Wróć do katalogu

Pocotenpośpiech?

Zdesperowany ojciec wierzy, że ukochaną córkę może odzyskać jedynie przez precyzyjne zaplanowanie całego życia lub morderstwo...

reaktywacja_pstraga, opublikowano , 34 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Plan dnia mężczyzny, który popijał kawę przy zagraconym biurku w rogu biura, był zawsze dokładnie zorganizowany. O szóstej rano wstawał i jadł trzy jajka na twardo; popijał je zimnym mlekiem i szedł do łazienki umyć zęby. Szczoteczkę zawsze trzymał w lewej ręce, mimo że był praworęczny – uważał, że w ten sposób mniej kaleczy dziąsła. Następnie wchodził pod prysznic, pilnując przy tym, żeby zakręcić wodę, kiedy namydlał ciało. O szóstej czterdzieści pięć wiązał buty, strzepywał niewidoczne pyłki z garnituru, sprawdzał, czy zamknął teczkę i po cichu – żeby nie obudzić córki ani żony – wychodził do pracy. Rzadko jeździł autem – najczęściej decydował się na spacer, chyba że bardzo padało – i po dwudziestu pięciu minutach wchodził do budynku redakcji. Pół godziny zajmowała mu prasówka – był dziennikarzem – a punktualnie o ósmej uzupełniał stronę internetową gazety o najbardziej aktualne newsy.

Jan – bo tak też się nazywał, a trzeba wiedzieć, że nie przepadał za zdrobnieniami – lubił o sobie myśleć, jako o człowieku, który poprzez swoje zorganizowanie jest człowiekiem szczęśliwym. Plan całego tygodnia zawsze ustalał z dużym wyprzedzeniem. Dzięki temu potrafił wygospodarować czas dla swojej rodziny – choć nie więcej niż szesnaście godzin w weekendy – i na drobne przyjemności dla samego siebie; wędkowanie, czy obejrzenie dobrego filmu w telewizji.

Jedyną wadą jego drobiazgowości – denerwował się, kiedy mówiono mu, że jest pedantyczny – był fakt, że nie mógł nią obdarzyć innych ludzi. Zalewała go krew na myśl o mężczyźnie, który pracował dwa piętra nad nim; zawsze spóźniony, popełniający błędy ortograficzne, a na dodatek gubiący się w rozkładzie strony, którą miał samodzielnie prowadzić. Pozostawało zagadką, w jaki sposób dostał tę pracę – jeszcze większą było to, w jaki sposób zdołał ją utrzymać.

Z zegarmistrzowską precyzją, dokładnie co miesiąc, mężczyzna, który zawsze się spóźniał przybiegał do mężczyzny, który zawsze był zorganizowany, błagając, żeby ten pomógł mu w napisaniu raportu, bo inaczej zostanie bez pracy – lubił wtedy przypominać, że ma troje dzieci na utrzymaniu. W takiej chwili Jan liczył do dziesięciu, cierpliwie tłumaczył swojemu współpracownikowi, dlaczego nie może tego zrobić, a potem szedł te dwa piętra wyżej i poprawiał wszystko , co było nie tak. Nie powodowały nim żadne altruistyczne pobudki – po prostu nienawidził spapranej roboty. Zajmowało mu to zazwyczaj koło dwudziestu pięciu minut, wliczając w to czterominutową przerwę na zamknięcie oczu i masowanie skroni – Jan doznawał prawdziwie fizycznego bólu patrząc na prowizorkę, którą miał przed sobą. Tego dnia poprawek było dużo więcej i spędził nad nimi aż czterdzieści trzy minuty i to bez żadnej pauzy. To zapoczątkowało łańcuch zdarzeń, który doprowadził do najbardziej tragicznego spóźnienia w jego życiu.

Wyszedł z pracy bardzo zdenerwowany – czy ludzie naprawdę nie potrafią docenić zalet właściwej organizacji swoich zajęć? Idąc do auta – rano tego dnia było istne oberwanie chmury, teraz zastąpione przez błękitne niebo i wiosenne słońce – nerwowo przebierał kluczykami pomiędzy palcami. Gdy był już przy samochodzie, wypadły mu z rąk lądując tuż przy kratce ściekowej. Z piersi Jana wydostało się westchnienie ulgi, a na twarzy pojawił się lekki i pierwszy tego dnia uśmiech. Pomyślał, że może jednak to nie będzie taki zły dzień. Sześć godzin później przypomniał sobie ową myśl i płacząc, zaczął wyrywać sobie włosy z głowy. Nikt nie mógł go uspokoić.

Póki co, Jan spokojnie prowadził samochód, ufny w to , że bez problemu zdąży dojechać na czas. Gdy zatrzymał się na światłach był już w bardzo dobrym humorze, a w radiu leciała jego ulubiona piosenka – podkręcił głośność i zaczął beztrosko wybijać rytm na skórzanym obiciu kierownicy. Światło zmieniło się na żółte i niemal od razu po nim, na zielone. Jan obserwował, jak ruszają auta po jego lewej i prawej stronie – to, które było przed nim stało, jakby jego kierowca był zajęty zupełnie czymś innym. Zirytowany, wycofał nieco i wcisnął gaz w nadziei ominięcia marudera i zyskaniu kilku cennych minut. Nie zdążył – czerwona lampa zapaliła się ponownie, gdy zrównał się z samochodem, który zatamował ruch. Gdy zobaczył powód przestoju, odchylił głowę i wyszeptał przekleństwa. Rzadko zdarzało się, żeby klął, ale widok kobiety pochłoniętej poprawianiem swojego makijażu wydał mu się nie tylko próżny, ale i wyjątkowo irytujący.

Spojrzał na zegarek. Było za piętnaście osiemnasta i szanse na wizytę w sklepie z zabawkami malały z każdą chwilą – nie lubił nie dotrzymywać słowa, a obiecał swojej córeczce, że kupi jej dziś łopatkę, wiaderko i sprzęt do robienia babek. Gdy rozbłysła zieleń – ruszył z piskiem opon.

Dotarł na minutę przed zamknięciem, praktycznie wciskając się w zamykane akurat drzwi. Pracownik sklepu – chudy, pryszczaty chłopak o bladej cerze i długich, przetłuszczonych włosach – spojrzał na niego zniecierpliwiony i wybąkał coś o zamkniętych kasach. Jan go nie słyszał. Minął półki z misiami, zabawkami dla chłopców i dziecięcymi ubrankami. Zatrzymał się przy żółtym stojaku z rysunkiem palmy i przyklęknął, biorąc do ręki dwa komplety opatrzone krzykliwymi napisami „Beach fun”. Wahał się między tym w kolorze zielonym, a tym w kolorze bladego różu. Zajęło mu to prawie cztery i pół minuty, co sprawiło, że jego spóźnienie zaokrągliło się do całych trzydziestu minut. Nie mogąc się zdecydować – wybrał oba wiaderka wypełnione łopatkami, grabkami i babkami do piasku. Podszedł do kasy i zapłacił kartą – błąd pryszczatego chłopaka sprawił, że musiał dwa razy wbijać PIN.

Ponownie zasiadając za kierownicą auta był już spóźniony o niemal czterdzieści minut. Jechał teraz bardzo szybko i dwa razy przemknął przez skrzyżowania, gdy światła zmieniały się już na zielone dla samochodów jadących z przeciwnych kierunków. Tylko, że wtedy nie musiał się już wcale spieszyć. Miało się okazać, że jedyną szansą na ratunek byłoby, gdyby przyjechał najpóźniej pół godziny po czasie wyznaczonego spotkania.

Dojeżdżając na miejsce, zostawił auto na parkingu. Sięgnął na tylnie siedzenie po komplety „Beach fun” – był przekonany, że ta banalna nazwa to efekt kiepskiego zorganizowania czasu pracy i próba wymyślenia czegoś na ostnią chwilę – i dziarskim krokiem ruszył w stronę wydm. Mimo, że szedł w ich kierunku – nie mieszkał nad morzem. Tą nazwą określano piaskowe hałdy, które pozostawiono na opuszczonym placu budowy luksusowego apartamentowca.

Kiedy pięć lat wcześniej ogłoszono przetarg, wiele osób ostrzegało przed tym miejscem uważając je za przeklęte. Jan nigdy się nad tym nie zastanawiał i tak naprawdę mało go to obchodziło – nie lubił marnować cennych minut na bezcelowe gdybania. Przez trzy lata budowy zginęło siedmiu robotników, czterech innych zostało rannych. Najgłośniejszym echem odbił się przypadek mężczyzny, który samotnie wyrabiał nadgodziny. Jedna z maszyn okazała się wadliwa – wkręciła mu ręce głęboko w tryby swojej machiny – i męczył się ponad dziesięć godzin, nim w końcu umarł. Klątwa – nawet, jeśli była tylko wymysłem zabobonnych starców, czy żądnych sensacji plotkarzy– zawisła nad apartamentowcem zbyt ciężką chmurą, by można ją było przegonić. Zaniechano budowy, pozostawiając, ku uciesze pokaźnej grupki dzieci, niemal wszystkie materiały. Największą popularnością cieszyły się właśnie owe wydmy. Ile to znaleziono już tam skarbów, na jakie góry się tam wspięto, ile labiryntów zostało w nich wykopanych. Wieżowiec nigdy nie powstał, ale dziecięca wyobraźnia zdołała z brudnego piachu wybudować najwspanialszy plac zabaw, jaki znały. Przekleństwo, które miało prześladować ten teren wypłowiało, jak koszule zostawione zbyt długo na słońcu.

Jan był mniej więcej w połowie drogi do wydm – mijał właśnie starą stróżówkę, koło której leżała zardzewiała taczka – kiedy poczuł nagłe ukłucie niepokoju. Zatrzymał się, wziął głęboki oddech i przyłożył rękę do serca. Wydawało mu się niemożliwe, żeby dostał zawału. Nie miał zdrętwiałych kończyn ani zawrotów głowy. A jednak coś… Coś było nie tak. - Marysiu… - wyszeptał imię córki i przyspieszył kroku. Dzięki temu zyskał ponad dwie minuty i trzydzieści sekund, ale to i tak nie miało już żadnego znaczenia.

Zginęły tylko trzy osoby: Marysia, jej opiekunka – rodzice nigdy by nie puścili swojej córki samej na wydmy – i jej kolega, który mieszkał w bloku obok, i, jak mówiły wszystkie dzieci, miał najbardziej czadowy rower w płomienie, na całym świecie. Deszcz, który tak obficie padał przez cały ranek, wsiąkł w piasek sprawiając, że ten było dużo cięższy niż w inne, cieplejsze i dużo weselsze dni. Zawalił się jeden z korytarzy labiryntu, który dziś miał prowadzić do tajemniczej komnaty czarnych elfów. Ściany nie wytrzymały, grzebiąc wszystkich pod tonami brudu. Zanim przyjechały karetki, policja i straż pożarna – a wszystkie zrobiły to niemal dokładnie po piętnastu minutach – Jan cierpliwie odkopywał z piasku zwłoki Marysi. Zdarł sobie prawie wszystkie paznokcie, a w palec wskazujący prawej ręki wbiło mu się pomarańczowe szkło z rozbitej butelki po tanim piwie – przecięło go niemal na pół, ale w ogóle tego nie poczuł. Żona przyjechała po dwudziestu sześciu minutach – musiała przebijać się przez korki w centrum miasta. Policjanci cierpliwie tłumaczyli , co się stało i poprosili o odwiezienie męża do domu – był pod wpływem silnych środków uspokajających. Wszyscy byli pod wrażeniem jej reakcji; nie płakała, przygryzła jedynie wargi i potakiwała od czasu do czasu, uważnie słuchając wyjaśnień.

Gdy przyjechała do domu, położyła Jana w sypialni, a sama poszła do łazienki. Przesunęła kolorowe kuleczki do kąpieli, które tak bardzo lubiła Marysia i usiadła na skraju wanny. Wpatrywała się w lustro przez osiemdziesiąt cztery minuty. W osiemdziesiątej piątej minucie wstała i zaczęła uderzać w nie czołem tak długo, aż rozsypało się na kawałki, a skóra na jej czole zamieniła się w wielką poszarpaną ranę pełną krwi, kości i poczucia winy.

W tym samym czasie Jan wpatrywał się w swój zegarek – słyszał hałasy z łazienki, ale nie zwracał na nie uwagi – i gorączkowo przeliczał, o której powinien był przyjechać na miejsce, żeby móc uratować Marysię.

Ich życie, jak można się było spodziewać, zmieniło się na zawsze. Żona spędzała czas wyłącznie przed telewizorem – nawet wtedy , kiedy był wyłączony. Przestała dbać o siebie – przetłuszczone włosy zamieniały się powoli w obrzydliwe kołtuny, a jej twarz zaczęła przypominać popękane fasady zrujnowanych budynków na obrzeżach miasta. Maszynki do depilacji kurzyły się gdzieś za zlewem, zestaw do makijażu już dawno wyrzuciła do kosza – usiłowała wmówić Janowi, że to był przypadek i że wkrótce kupi nowy. Nigdy tego nie zrobiła i po sześciu tysiącach minut jej mąż przestał o to pytać. Widział, jak z czasem oddalała się od niego coraz bardziej – tak, jakby kolejne godziny były silnym, morskim prądem, który uniemożliwia jej powrót na bezpieczny brzeg.

Jan odczuł stratę zupełnie inaczej. Przekonany, że śmierć Marysi była owocem jego spóźnienia, zaczął przywiązywać do dokładnej organizacji dnia jeszcze większą wagę niż wcześniej. Po czterdziestu tysiącach minut od wypadku wszystko , co robił, było obliczone, co do sekundy Mycie zębów – trzy minuty i siedemnaście sekund. Śniadanie – sześć minut i dwanaście sekund, a jeśli zamiast zimnego mleka pił gorącą kawę – sześć minut i pięćdziesiąt osiem sekund. Oglądanie telewizji – czterdzieści dwie minuty i cztery sekundy. Rozmowy z żoną – dwie minuty i trzydzieści sekund. Przez jakiś czas od śmierci córki uprawiali seks – na pewno się nie kochali. Jan pilnował, żeby przed upływem ośmiu minut zmienić pozycję na taką, w której mógł być na górze. Dzięki temu mógł mieć na oku zegar i pilnować, żeby czas stosunku nie przekroczył dziesięciu minut i jedenastu sekund; nawet, jeśli żadne z nich zdążyło osiągnąć orgazmu.

Minął niemal rok od wypadku. Żona siedziała w kuchni wyglądając przez brudne, niemyte od bardzo dawna, szyby. Na stoliku leżały sterty talerzy, kubków i paczek po daniach jednorazowych – przestali jadać w tym pomieszczeniu i bałagan niespecjalnie im przeszkadzał. Nagle usłyszała wołanie Jana. - Kochanie! Kochanie, gdzie jesteś? Mam to! W końcu wymyśliłem!. Usłyszała za sobą kroki i odwróciła się gwałtownie, potrącając przy tym szklankę z niedopitą herbatą – roztrzaskała się na podłodze, a jej okruszki przylepiły się do czarno-białych kafelków. - Co… masz? – powiedziała cichym i zmęczonym głosem. - Wszystko obliczyłem! – Jan wyglądał na uradowanego i dumnego z siebie. Usiadł przy niej, rzucając na stół setki kartek zapisanych malutkimi cyferkami. - Co to jest? – żona podniosła jedną z nich i usiłowała wyłowić sens z dziwnych, niemal nieczytelnych bazgrołów. Jan przysunął się do niej na krześle i złapał za ręce, trochę zbyt mocno. Skrzywiła się, ale nic nie powiedziała – on był zbyt przejęty, żeby zwrócić na to uwagę. - W końcu wiem… Wyliczyłem wszystko od samego początku. Dokładnie, co do sekundy. - O czym ty mówisz? Jan przewrócił ze zniecierpliwieniem oczami i ścisnął jej ręce jeszcze mocniej. Tym razem syknęła z bólu i wydostała nadgarstki z nieprzyjemnego uchwytu. - Jeśli będziemy się kochać przez trzynaście minut i czterdzieści dwie sekundy i poczniemy dziecko, i dopilnujemy, żeby poród nie przekroczył sześciu godzin, dwudziestu minut i pięciu sekund to… To pójdzie już z górki! – Jan energicznie podniósł się z fotela, aż ten zakołysał się i prawie przewrócił. Żona przygryzła paznokcie i z niedowierzaniem kręciła głową. Nie miała pojęcia o co mu chodzi. - Jeszcze nie rozumiesz?! Obliczyłem całe życie drugiej Marysi – co do sekundy, wszystko tu jest! – sięgnął po kartki i przekładając je, pokazywał po kolei każdą z nich żonie, która słuchała go z coraz większym niedowarzeniem. – Jeśli dopilnujemy, zorganizujemy wszystko według mojego planu, to druga Marysia nigdy nie zginie, rozumiesz?! Nigdy! W tym momencie uświadomiła sobie, co próbuje jej powiedzieć i w tej samej sekundzie – choć Jan z pewnością zwróciłby uwagę, że to właściwie była już druga sekunda – znienawidziła go całym sercem. - Wynoś się. – Szepnęła. - Co? - Wynoś się. – Powtórzyła, tym razem nieco głośniej. - Ale… Nie rozumiesz? Odzyskamy nasze życie, odzyskamy Marysię! - Wynoś się, wynoś się, wynoś się, wynoś się, wynoś się! – Wrzasnęła i wstając, rzuciła się na niego bijąc mizernymi, wychudzonymi dłońmi, gdzie popadło. Jan był tak zaskoczony, że nawet nie próbował się bronić. Stał tylko nieruchomo przez całe półtorej minuty wybuchu furii i mrugał nerwowo oczami, kiedy ciosy lądowały niebezpiecznie blisko twarzy. Wyszedł z mieszkania bez słowa.

Przez jakiś czas sypiał na kanapie u znajomych, potem przeprowadził się do małej kawalerki przy ruchliwym skrzyżowaniu i bardzo blisko torów kolejowych. Zawsze o jedenastej pięćdziesiąt sześć zatykał uszy i patrzył, jak trzęsie się zawieszone na szafie, pęknięte wpół lustro – niemal tuż za ścianą przejeżdżał wtedy pociąg towarowy pędzący aż na kraniec Rosji. Przebolał już rozstanie z żoną – nigdy tego, co stało się z Marysią. Uciekając przed poczuciem winy, wpadał w coraz głębszą otchłań obsesyjnego szaleństwa.

Plan dnia organizował już według dziesiętnych części sekund, mając przy tym nadzieję, że wkrótce uda mu się zejść do setnych. Zamiast zeszytów – zaczął zapisywać wszystko na ścianach; ufał, że mając plan cały czas przed oczami, nigdy już się nie spóźni i nie popełni żadnego błędu.

W czwartkowy wieczór zapisał już całe drzwi szafy i z braku miejsca – próbował nakreślić cyfry na fakturze lustra. Właśnie wtedy, tuż przed ostatecznym osunięciem się w przepaść, studnię, z której nie mógłby się już wydostać – pojawiła się szansa. Poczuł, że trochę trudniej mu się oddycha, tak jakby w mieszkaniu nagle zabrakło tlenu. Odchrząknął, ale wrażenie nie minęło. Wydawało mu się, że cyfry zaczynają odrywać się od ścian i pływać wokół niego. Przerażony, przysiadł na łóżku i zamknął oczy, powtarzając sobie w duszy, że to musi być sen. - Spójrz na mnie. – Dobiegło do niego z miejsca, w którym wisiało lustro. Poczuł, jak jeżą mu się włosy na karku. Przecież w pokoju nie było nikogo oprócz niego. Zacisnął oczy jeszcze mocniej, tak jakby to mogło pomóc zwalczyć koszmar, który zakradał się do jego głowy. - Nie kochasz mnie już… Tatusiu? – Tym razem głos jego córki zabrzmiał dużo mocniej niż wcześniej, gdy wydawał się dobiegać, jakby z… Spod ziemi? Jan odważył się w końcu podnieść głowę. Spojrzał w kierunku lustra i zobaczył Marysię. Marysię z częściowo przegniłą skórą, zamkniętymi oczami i pożółkłymi, połamanymi kośćmi przebijającymi śmiertelnie bladą skórę. - Córeczko… Jak… Jak to możliwe, kochanie. Boże, wybacz mi. – Osunął się na podłogę i jego ciałem raz po raz wstrząsał żałosny szloch. Dziewczynka z lustra stała milcząc, dając mu czas – dziewięć minut i dziewięć sekund – żeby się uspokoił. Dopiero wtedy, odezwała się po raz drugi. - Tata, jak bardzo mnie kochałeś? Jak bardzo mnie kochasz? - Bardzo, kochanie. Najbardziej na świecie. Byłaś… Jesteś moim życiem. Zrobiłbym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych