Wróć do katalogu

Podróże w czasie

Opowiadanie to, a raczej początek planowanej książki napisałem parę lat temu i nie pokazywałem szerszej publiczności. Chciałbym wiedzieć czy się do czegoś nadaje.

quintarus, opublikowano , 24 min czytania, 4,4 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Minęły dwa miesiące od ostatniej podróży, kiedy profesor Brown znów poprosił Jay’a o przybycie do swojego laboratorium. Po przyjeździe, tak przedstawił mu sytuację: - Wyruszamy na planetę Nemezis. - Dlaczego? – zapytał – I co to za planeta? - Nemezis to dziesiąta planeta Układu Słonecznego, która nie została jeszcze odkryta przez ludzi. Musimy tam wyruszyć, ponieważ dostałem wczoraj międzygalaktyczną wiadomość z Neptuna, że mieszkańcy Nemezis chcą przeprowadzić inwazję na Ziemię i inne planety. - Od kogo pan się tego dowiedział? - Od mojego przyjaciela – profesora Diwaka. Powiedział mi, że mieszkańcy Nemezis podbili już Plutona i zbliżają się do Neptuna! - Czym lecimy? - Moim statkiem podróżującym w czasie i przestrzeni. - Już go pan naprawił? Po ostatniej podróży był bardzo zniszczony. - Tak, już go naprawiłem. Wyjdźmy na dwór, poznasz naszych współpracowników. Wyszli na dwór, gdzie stał wehikuł, a obok niego siedem osób. - To ludzie, z którymi będziesz pracował: Marti McFlai, Rubeus, Konan, Will Smish, Johny Smish, Jordi Laforge i Beniamin Sisco. - Bardzo mi miło. Możecie mówić mi Jay. Jay Baderic był młodym człowiekiem. Miał 19 lat. Był dosyć wysoki, szczupły. Jego oczy były niebieskie. Na twarzy widać było młodzieńczą radość. Ubrany był w luźne spodnie i bluzę, wybrane starannie na tę wyprawę. Jay nie był nowicjuszem. Wcześniej brał już udział w podobnej wyprawie. Jadnak nie wiedział, że ta będzie tak długa. Weszli do statku i ruszyli. O nic nie trzeba było się martwić, bo profesor kierował pojazdem, a reszta tylko siedziała. Nagle Jay poczuł jak wehikuł się trzęsie, a za oknem ujrzał dziwny wir. - Co to za zjawisko? – zapytał profesora wskazując na wir. - To korytarz czasoprzestrzenny, nie mogłeś go widzieć podczas poprzedniej podróży, bo w statku nie było okien. Teraz dopiero zauważył, że w statku są dorobione okna, których podczas wcześniejszej podróży nie było. Pojazd wylądował. Wszyscy wyszli na zewnątrz. Baderic nie był nigdy na Neptunie, ale z tego, co słyszał nie wygląda on jak Ziemia. Ta planeta wyglądała jak Ziemia, tylko była mniej zaniedbana. Profesor powiedział: - Rozgośćcie się panowie, zostaniemy tu na dłużej. - Dlaczego? – zapytał McFlai. - Zepsuł się generator siłowy. - Jak długo potrwa naprawa? – włączył się Rubeus. - Około trzydziestu sześciu godzin. - A gdzie jesteśmy? – zapytał Konan. - Na Ziemi. - Na Ziemi? To znaczy, że wróciliśmy na Ziemię? - Nie zupełnie. Jesteśmy na Ziemi, na bezludnej wyspie, ale w roku 1364. Po naprawie będziemy musieli wrócić do teraźniejszości, a później przenieść się na Neptuna. Tak więc podróżnicy zostali na bezludnej wyspie. Zapadał zmierzch, więc Johny, Laforge i Sisco poszli pozbierać drewno na ognisko. Jay, profesor i McFlai wyładowywali zapasy jedzenia, a Rubeus i Konan rozkładali namioty. Natomiast Will wszedł na drzewo z lornetką i obserwował okolicę. Po dwudziestu minutach trzech ludzi z drewnem wynurzyło się z lasu, w tym czasie „bagażowi” kończyli już znoszenie bagaży, a Rubeus i Konan po skończonym zadaniu usiedli i rozmawiali. Była godzina dwudziesta pierwsza. Członkowie wyprawy ustalili dwugodzinne warty. Pierwszy na warcie stał Johny. Kiedy rano Baderic’a obudził profesor była już siódma. - Gdzie są wszyscy? – zapytał – widzę tylko Sisco. - McFlai z Rubeusem znaleźli staw i łowią ryby, Konan z Will’em zbierają drewno, a Johny z Laforge’m trzymają wartę. Chłopak szybko wstał i poszedł umyć się w stawie. Kiedy wrócił w obozie byli już Konan i Will. Za chwilę przyszli McFlai i Rubeus, a każdy z nich trzymał po pięć ryb. Okazało się, że Sisco jest świetnym kucharzem, bo ryby były bardzo smaczne. Po śniadaniu profesor zabrał się za naprawę wehikułu. Młodemu podróżnikowi nudziło się, więc poszedł rozejrzeć się po okolicy. Wszedł do lasu i nagle z krzaków wynurzył się potwór ze strasznymi rogami. Dopiero po chwili Jay zorientował się, że był to jeleń. Zwiedził jeszcze kawałek pięknego lasu i wrócił do obozu. - Skończyła nam się woda – powiedział profesor. - Będziemy musieli znaleźć jakieś źródło, bo woda w stawie nie jest zdatna do picia. – dodał McFlai. - Jay, Rubeus i Konan pójdziecie w głąb lasu poszukać go. – skończył profesor. Wzięli trochę jedzenia i wody, która im pozostała i ruszyli. Nie wiedzieli, co ich spotka w dżungli. Dlatego najpierw szli ostrożnie i powoli, ale po jakimś czasie już się oswoili i poruszali się normalnym, marszowym krokiem. Minęła godzina od czasu, gdy opuścili obóz. - Słychać szum w oddali. – stwierdził Rubeus. Chłopak też to usłyszał. Wydawało mu się, że to odgłos wodospadu. I miał rację, po pięciu minutach doszli do wielkiego wodospadu. Co więcej stwierdzili, że woda jest zdatna do picia. Napełnili swoje dziewięć manierek i zawrócili w stronę obozu. Wokół podróżników śpiewały ptaki, szumiał las, było bardzo przyjemnie. Nagle Konan, który szedł pierwszy krzyknął. Przed nimi, z lasu wyłonił się niedźwiedź. Zwierz musiał go usłyszeć, bo odwrócił łeb w ich stronę, ryknął i zaczął biec. W pierwszej chwili stali wszyscy trzej nieruchomo. Pierwszy ruszył do ucieczki Rubeus, pozostali za nim. Biegli, nie wiadomo dokąd, byle tylko jak najdalej od niedźwiedzia. - Na to drzewo – krzyknął Konan i wskazał ręką dąb stojący na skraju lasu. Szybko wdrapali się na drzewo, a zwierzak bezradnie stanął pod dębem i po chwili zaczął nim trząść. Widząc, że nic nie wskóra, oddalił się. Siedzieli jeszcze na drzewie, aby upewnić się czy niedźwiedź poszedł. W końcu zdecydowali się zejść. - Już myślałem, że nas złapie – powiedział młody podróżnik. - Tak, był blisko – stwierdził Rubeus. - Szybki zwierz – dodał Konan. Okazało się, że nie wiedzą gdzie są. Uciekali przed niedźwiedziem, nie patrząc, gdzie biegną. - Skąd przybiegliśmy? – zapytał Baderic. - Nie mam pojęcia – stwierdził Rubeus. - Ani ja. – powiedział Konan – Odpocznijmy trochę, a później spróbujemy znaleźć drogę do obozu. - Zgadzam się z tobą – powiedział chłopak. Usiedli pod drzewem i odpoczywali. Konan nawet zasnął. Wokół śpiewały ptaki, ponad nimi szumiały drzewa. Wiał miły, leciutki wiaterek. Było bardzo przyjemnie. Leżeli tak około pół godziny. Niebo było czyste, lecz zaczęły zbierać się na nim czarne, deszczowe chmury. Zaniepokoiło to trochę młodego podróżnika. Nie dość, że zgubili się w środku nieznanej wyspy, to jeszcze zanosiło się na burzę. Rubeus podniósł się i rzekł: - Chodźmy. Lepiej, jeżeli dotrzemy do obozu zanim zacznie padać. Ruszyli. Szli, jak się im zdawało, w dobrym kierunku. Jakiś czas maszerowali polaną, później wkroczyli do lasu. Chmury zasłaniały słońce, więc było trochę ciemno. Ciemno było na polanie, a gdy weszli do lasu zrobiło się jeszcze ciemniej, ponieważ drzewa przesłaniały niebo. Jay’owi wydawało się, że jest już późno, a było południe. Zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, w oddali słychać było grzmoty. - Musimy się ukryć przed burzą. – powiedział Konan. Niedaleko przed nimi stało wielkie, rozłożyste drzewo. Szybko podbiegli do niego. Konan wdrapał się na górę. Reszta weszła za nim. Z góry było widać dużą część wyspy. Z jednej strony zbliżały się czarne chmury. Z drugiej ujrzeli dym. - To może być nasz obóz – zauważył chłopak. - Chyba masz rację. – rzekł Rubeus – Gdy przestanie padać, pójdziemy w tamtą stronę. Padało coraz mocniej. Niebo rozdzierały błyskawice, słychać było potężne grzmoty. Podróżnicy siedzieli tak na drzewie bardzo długo. Czekali, aż przestanie padać. Lało cały czas. Baderic był zmęczony, więc, nawet nie wiedząc kiedy, zasnął. Obudził go Rubeus. Już nie padało. Ruszyli w stronę, z której przedtem widać było dym. Idąc przez las widzieli szkody, jakie wyrządziła burza. Wszędzie było wiele połamanych drzew. Dym zniknął im z oczu, więc szli przed siebie, licząc na swój instynkt. Zaczęło się ściemniać, było około godziny osiemnastej, kiedy dochodzili do miejsca, z którego było widać dym, usłyszeli dzikie wrzaski. Na polanie, na którą za chwilę mieli wejść tańczyło jakieś plemię czarnych ludzi. Odprawiali swoje rytuały. Mężczyźni schowali się za drzewami, stojącymi na brzegu polany. Dzicy tańczyli wokół pala stojącego na środku, do którego przywiązany był człowiek. Wyglądał na jednego z ich plemienia. Do pala podszedł jeden z murzynów, wyglądający na szamana, albo kogoś podobnego, i podpalił stos. Przywiązany człowiek zaczął krzyczeć. Młody podróżnik zastanawiał się, czy nie skoczyć mu na pomoc, ale dzikich było zbyt wielu, więc zrezygnował. Nagle poczuł lekkie ukłucie. Odwrócił się i ujrzał kilku tubylców z włóczniami skierowanymi w ich stronę. - Nie wygląda to dobrze. – powiedział Konan. Czarnoskórzy kazali im wstać i iść za nimi. Weszli na polanę. Dzicy byli wyraźnie zdziwieni ich obecnością. Szaman zaczął coś mówić do kilku wojowników. Ci chwycili podróżników i przywiązali do pali wbitych obok tego, do którego był przywiązany nieszczęśnik, którego obserwowali z ukrycia. - Co teraz zrobimy? – zapytał Rubeus. - Nic nie możemy zrobić – odpowiedział Jay – chyba tu zginiemy. - Jeszcze nie wszystko stracone – powiedział Konan – w kieszeni mam nóż, spróbuje go wyciągnąć i rozciąć sznur. - Nawet, jeżeli się uwolnimy, to jak stąd uciekniemy? – zapytał Rubeus. - Warto spróbować. Później będziemy się martwić, co będzie dalej. – odpowiedział Konan. Szaman podpalił stos, zaczynało robić się gorąco. Konan wreszcie wyciągnął nóż i zaczął przecinać sznur. - Pospiesz się! – krzyknął Rubeus. - Robię, co mogę. Wreszcie przeciął liny. W tym momencie z lasu wyszli Will, Johny, Jordi i Beniamin. Will wyciągnął pistolet i wystrzelił. Tubylcy wystraszyli się i poukrywali w lesie. Konan rozciął już sznur wiążący Rubeus’a. Johny i Jordi stali ze strzelbami i pilnowali żeby nikt się nie zbliżał. Sisco i Will podeszli do uwięzionych. - Martwiliśmy się, że tak długo nie wracacie. – powiedział Beniamin – Dlatego profesor kazał nam, żebyśmy was poszukali. Szliśmy około piętnastu minut w kierunku, w którym wy wyruszyliście. Usłyszeliśmy jakieś wrzaski, więc pospieszyliśmy w tą stronę. Will rozwiązywał chłopaka, a Konan czarnoskórego. - Naprawdę cieszę się, że was widzę. – powiedział Baderic – Gdybyście nie przybyli, było by z nami naprawdę źle. - Lepiej chodźmy. – powiedział Johny – Bo dzicy zaraz zmienią zdanie i wrócą. Tubylec, którego uwolnili zaczął bić im pokłony i dziękować za ratunek. Sisco nabrał wody z wiader, które stały nieopodal. Manierki, z którymi wyruszyła trójka wyznaczona do znalezienia wody zostały zgubione. Część, gdy uciekali przed niedźwiedziem, a resztę, gdy złapali ich czarnoskórzy. Wszyscy ostrożnie weszli do lasu, obserwując patrzących na nich dzikich. Uratowany tubylec szedł z nimi. Było już prawie całkiem ciemno. - Czy profesor naprawił już pojazd? – zapytał Rubeus. - Jeszcze nie. – odpowiedział Jordi – Gdy wychodziliśmy z obozu, mówił, że naprawa potrwa jeszcze siedem godzin. Podczas powrotu do obozu nie spotkało ich już nic złego. Gdy wynurzyli się z lasu młody podróżnik zobaczył, że profesor naprawia statek, a Marti siedział przy ognisku. Ich czarnoskóry przyjaciel pożegnał się z nimi i po chwili zniknął w lesie. Profesor i McFlai przywitali resztę serdecznie. Po chwili usiedli wszyscy wokół ogniska, a Beniamin podał im pieczoną sarnę, którą upolowali podczas naszej nieobecności. Jay był bardzo głodny, więc zjadł dużą porcję. Po kolacji rozmawiali jeszcze trochę, a profesor zajmował się wehikułem. Chłopak szybko poczuł się znużony i zasnął. Rano obudził go Johny, który ostatni pełnił wartę. Obok Baderic’aspał jeszcze Rubeus. Reszta krzątała się wokół obozowiska. Młody podróżnik poszedł się umyć. Kiedy wrócił śniadanie przygotowane przez Sisco było już gotowe. Podczas posiłku zapytał profesora: - Kiedy odlatujemy? - Za około dwie godziny.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych