Wróć do katalogu

Pojedynek

Zapraszam...

sopocianka, opublikowano , 17 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Czy wszystko gotowe? – zapytał surowo mężczyzna na oko pięćdziesięcioletni, odziany w paradny frak i cylinder. - Tak, panie prezesie – odparł mistrz ceremonii. – Scenograf wykonał imponującą pracę i nadał zamkowi autentyczny dziewiętnastowieczny wygląd, co do detalu! - Czego pan pleciesz? – rozzłościł się elegant. – Toć widzę, żeś nie wdział liberii! Za pół godziny odbędzie się bal, a pan i jak mniemam pańscy koledzy... - Czy nie dałoby się uniknąć tych przebieranek? Dobrze pan wie, że mamy dwudziesty drugi wiek, podbijamy niebo, budujemy olbrzymie drapacze chmur, rozwijamy technologie.. - Milczeć! – rozkazał prezes ostro, grożąc niesubordynowanemu laską. – Wszyscy członkowie TMR-u przybędą ubrani odpowiednio do epoki. Żądam, abyś pan, który obsługujesz dzisiejszą fetę, dostosował się do ogółu, dotrzymując tym samym umowy, którąś pan ze mną zawarł. - Dobrze, dobrze... – zgodził się kontrahent i posłusznie podreptał w stronę pokoi dla personelu, mamrocząc – Co za maniak, co za wariat... Za bardzo wczuwa się w rolę dziewiętnastowiecznego barona. Nie wyniknie z takiej postawy nic dobrego. Poczciwiec wiele się nie pomylił. Pan Henryk Podgórski, prezes Towarzystwa Miłośników Romantyzmu nie tylko czuł się dżentelmenem sprzed trzech wieków, lecz w tej chwili święcie wierzył, że nim jest. Czyż nie trzymał w dłoni mosiężnej gałki ozdobnej laski, czyż nie czuł ciężaru cylindra na głowie, czyż nie widział staromodnego wystroju sali, w której się znajdował? - Trudno dziś o dobrą służbę – westchnął, patrząc za znikającym człowiekiem w schludnym, ale jakże rażącym nowoczesnością, garniturze i przewiązanym w pasie białym fartuchem. Westchnął powtórnie i usiadł w wielkim fotelu obitym czerwoną materią. Nie ruszył się stamtąd do czasu aż pojawili się pierwsi członkowie Towarzystwa. Gdy już wszyscy przybyli i ceremonialnym powitaniom stało się zadość, przyszła pora na przemówienie. Podgórski wzniósł ręce do góry i kilkakrotnie chrząknął, delikatnie, acz znacząco, na znak, że chce zabrać głos. Zgromadzeni umilkli i z uwagą na niego spojrzeli. Pan prezes przebiegł wzrokiem po kilkudziesięciu przyjacielskich twarzach, niemal ginących wśród cylindrów, fraków, a przede wszystkim olśniewających toalet pań, jeszcze raz chrząknął, tłumiąc wzruszenie i odezwał się: - Dobry wieczór państwu. Wielki to dla mnie zaszczyt i przeogromna radość, że kontynuując to, co zaczął mój prapraprapra... – zająknął się - ...mój przodek w 1949 roku, mogę powitać dzisiaj łaskawych państwa na kolejnym uroczystym balu Towarzystwa Miłośników Romantyzmu, który odbywa się rokrocznie na pamiątkę powstania naszej wspaniałej, ściśle tajnej organizacji. Organizacji, która od wielu, wielu już lat stanowi dla nas - romantyków jedyne schronienie przed wciąż napierającym, ordynarnym światem. Dzisiejszy wieczór jest bardziej magiczny niż zazwyczaj, bowiem dzisiaj mija dokładnie dwieście lat od pierwszego zgromadzenia naszego zacnego Towarzystwa. Gdybyśmy się natomiast cofnęli w czasie o lat trzysta – na policzki prezesa wstąpiły rumieńce. – Tak, moi drodzy państwo, znaleźlibyśmy się w samym sercu, w samym rozkwicie ukochanej przez nas epoki. Rozpoczynając zatem dwusetny bal Towarzystwa Miłośników Romantyzmu proponuję wznieść toast – mówiąc to Podgórski dał znak kelnerom w liberii, aby podali kieliszki z szampanem. – Za romantyzm! Za TMR! Za nas! Tłum jak zahipnotyzowany powtórzył ten potrójny toast, wznosząc kieliszki do góry. Prezes wychylił swój szampan jednym ruchem nadgarstka i zaraz potem skinął głową dyrygentowi stojącemu przed orkiestrą, umiejscowioną przy południowej ścianie pomieszczenia. Maestrowi, hojnie opłaconemu przed balem, nie trzeba było dwa razy powtarzać. Machnął batutą i cała sala, a może i cały zamek, przebrzmiał cudowną melodią walca z La Traviaty Verdiego. Wraz z pierwszymi taktami otworzyły się ogromne odrzwia a z nich wysunęły się olbrzymie stoły pchane przez kelnerów, obładowane wykwintnym jedzeniem i napitkiem, z jakiego słynęła dziewiętnastowieczna Europa, a którego nie zaznały podniebienia ludzi ery sztucznej inteligencji. Zaczęto balować: konsumowano, sączono, walcowano, konwersowano... bawiono się w najlepsze. W pewnej chwili powstał z miejsca pan Szamiliński, vice prezes Towarzystwa i stukając widelcem o kieliszek starał się skupić na sobie uwagę ogółu. - Proszę państwa! –wołał tubalnym barytonem. Ponieważ cieszył się ogólnym poważaniem, muzyka umilkła i tłum zwrócił się w jego stronę. – Wraz z czcigodnym maestrem i jego orkiestrą przygotowaliśmy niespodziankę. Jak państwo wiedzą, od przeszło dwudziestu lat nie funkcjonuje w naszym kraju i całym świecie ani jedna uczelnia muzyczna. O operze już nasi pradziadowie mogli tylko pomarzyć. Sztuka, a zwłaszcza muzyka klasyczna, chyli się ku całkowitej ruinie. - Tak, to prawda – szeptali ludzie z głębokim smutkiem. - Ale my, tu obecni – mówił dalej vice prezes – kochamy Straussa, Mozarta, Donizettiego i innych mistrzów świata muzyki. Nie chcemy uczestniczyć w wykorzenianiu z serc ludzi współczesnych owych wzniosłych wzruszeń, które przynosi li tylko piękna muzyka klasycznych instrumentów. - Nie chcemy! – zawtórowali mu zebrani. - Dlatego porwałem się na heroiczny wysiłek i zdobyłem, nie pytajcie państwo jakim cudem, rozsypującą się książkę do nauki śpiewu i śpiewniczek z najpiękniejszymi ariami operowymi. Dzień po dniu, gdy syn mój, zwolennik Współczesności, wychodził do pracy, kształtowałem swój głos, starając się poszerzyć jego możliwości, ćwiczyłem, ćwiczyłem... – tu wzruszony dżentelmen przetarł oczy chustką, poczym dokończył z emfazą – aby dziś zaprezentować państwu słynną onegdaj arię toreadora z opery Carmen Bizeta. Rozległy się entuzjastyczne oklaski trwające nieprzerwanie pięć minut.

- Nie do wiary, że nie powzięli żadnych środków ostrożności – zaśmiał się pewien młody człowiek, wszedłszy do zamku tylnymi wrotami. – Wystarczyło podejść do tego śmiesznie przebranego strażnika, samemu będąc ubranym jak dziewiętnastowieczny fagas, a potem odsunąć jego podejrzenia prostym: „Jestem jednym z kelnerów. Na honor, proszę mnie wpuścić. Pan prezes będzie się gniewać.” Nawet nie chciało mu się mnie rewidować. I tak nie zauważyłby plazmowej kamery w guziku. Jeżeli uda mi się nakręcić ten materiał zostanę sławny! Sławny i bogaty! A wszystko dzięki nieostrożności ojca. Zachciało się staremu prowadzić tradycyjny dziennik na papierze... Szedł chłodnym korytarzem, słabo oświetlonym jedynie lampami gazowymi i bacznie rozglądał się na boki. Gdzieś tu musiał się odbywać ten ich coroczny bal... Nigdzie nie widział jednak żadnych drzwi prowadzących do zamkowych komnat, mijał tylko gabloty pełne pożółkłych wycinków z papierowych gazet, jakieś dziwne stare przedmioty, o których przeznaczeniu nie miał pojęcia, zakurzone szmaty, rewolwery, pordzewiałe miecze i szable. Domyślił się, że znajduje się w muzeum TMR-u. Wtem do jego uszu doleciał głos, wznoszący się donoście i czysto przy wtórze jakiejś niezwykłej, subtelnej muzyki. Żurnalista przystanął oczarowany. Nigdy czegoś podobnego nie słyszał. Znał słowo „śpiew”, lecz jedynie w odniesieniu do nielicznych ptaków, które siedząc w klatkach Muzeum Natury czasem przypominały sobie o dawnej wolności ptasiego rodu i wydawały smutne trele. Ludzie nie śpiewali. Muzyki również nie było. Istniały tylko elektroniczne brzmienia bez melodii i słów, przy których bawiła się młodzież. Dlatego dziennikarz zastygł w bezruchu i słuchał jak urzeczony, sam nie wiedząc, że słucha prawdziwej muzyki. Po chwili, całkiem bezwiednie, zaczął iść w stronę kojącej melodii i pełnych uczucia słów, których nie rozumiał. Uszy, zazwyczaj znieczulone na rażące dźwięki Współczesności, prowadziły go teraz po mrocznej zamkowej przestrzeni. Jak lunatyk wszedł do wielkiej, kolorowej sali, zapełnionej wyfraczonymi dżentelmenami i damami w przepysznych toaletach. Wmieszał się w tłum. Powiódł wzrokiem po dziewiętnastowiecznej arystokracji i wreszcie odnalazł źródło przecudnego zmysłowego wrażenia. Nie zdążył dojrzeć twarzy śpiewaka, gdyż tenże właśnie zakończył arię i jął się kłaniać przy wtórze gorącego aplauzu. Dziennikarz nie klaskał, był zbyt oszołomiony pięknem tego, co usłyszał, aby się poruszyć. Niemoc jego pogłębiła się jeszcze, gdy rozpoznał w kłaniającym się mężczyźnie własnego…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych