pokonani
tekst z pogranicza fantastyki i s-f, zapraszam
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
POKONANI
"Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest magią."
Arthur. C. Clarke
***
Teku Suryon, szósty admirał floty jego Imperatorskiej Mości, stał na mostku flagowego okrętu liniowego „Deneb”1 klasy 2D. Obserwował w skupieniu przygotowania do natarcia na planetę. „Powinno pójść lżej niż sądzimy, ta rasa naprawdę jest zacofana”. Za pół godziny miał rozpocząć się zmasowany atak. „Najpierw wystartują myśliwce, potem szturmowce, wszystkie jednostki mają już dokładnie wyznaczone cele. Dla niektórych nawet ich zabrakło”. VI flota nie była najpotężniejszą ze wszystkich piętnastu, daleko było jej do I Floty, nazywanej „Imperatorską” czy choćby do XV nazywanej „Obronną” gdyż stacjonowała na orbicie, zaś jej zadaniem była obrona planety. Lecz do tego zadania VI flota wystarczyła. Osiem ogromnych lotniskowców klasy 3X, dwanaście krążowników eskortowych typu BR5 i dwadzieścia okrętów wsparcia różnych klas. „Ta siła wystarczy” - dodał w myśli Suryon. Admirale – za plecami Suryona pojawił się komandor Iowi Touria – wszystko gotowe. Niech zaczynają – Suryon nawet się nie obrócił.
*** Shanyan właściwie sam nie wiedział co ma o tym myśleć. Ten obcy pojawił się tak nagle i wyglądał tak dziwnie. Jego ubranie nie przypominało niczego, co do tej pory widział... i do tego wyszedł wprost z oceanu. Sam przecież to widział. Opowiadał o tym najstarszemu Mędrcowi w wiosce. Tamten długo kręcił głową – nikt nie chciał uwierzyć Shanyan'owi. Obcy mówił w jakimś niezrozumiałym języku. Wciąż coś pokazywał. To na ocean, to na niebo. Mędrca najbardziej przerażało to, że wciąż pokazywał na niebo i głośno coś tłumaczył. Nikt z ludzi w wiosce nie rozumiał przybysza. Ubrany był na czarno, jego strój był absolutnie gładki i dokładnie przylegał do jego ciała. Mędrzec odprawił Shanyan'a i ten wrócił w końcu do swojego ulubionego zajęcia – łowienia ryb. „Któż mógł zrozumieć Bogów – pomyślał – po co zesłali tu tego dziwnego obcego?” - zastanawiał się dopóki sporej wielkości ryba nie zaczęła szamotać się na haczyku. Kiedy wrócił do wioski obcy wciąż siedział naprzeciw mędrca, wyglądał na dosyć załamanego. Ojciec Shanyan'a dał znak synowi, i ów poszedł w jego stronę z wzrokiem utkwionym w obcego. Słucham ojcze. Pójdziesz zaraz do lasu Atanar po ziele wieczności – powiedział ojciec. Ojcze, co to za przybysz? - zapytał Shanyan. Czuł, że potrzeba posiadania tej informacji jest silniejsza od niego. Nie interesuj się tym! – ton ojca był chłodny i stanowczy. Tak ojcze.
*** Arrakin siedział w swojej lekkiej machinie bojowej i spoglądał w niebo. Wczoraj jeszcze zastanawiał się czy zwiad rzeczywiście ma rację. Dzisiejsze poranne wiadomości z kwatery głównej rozwiały resztkę jego wątpliwości. "A więc tak ma wyglądać pierwszy kontakt z inną cywilizacją. Więc naprawdę czeka nas wojna? Cóż to za wróg? Czy przebył lata świetlne tylko po to, aby z nami walczyć. Po co? Przecież na tej planecie nie ma nic cennego. Jedynie skały, pola, nawet wody nie jest dużo. O co tu walczyć?” Nie zdając sobie sprawy z tego co go czeka, Arrakin zaczął przygotowywać się do walki. Ostatnim rzutem oka ogarnął niebo. Coś, jakby spadająca gwiazda, przykuło na chwilę jego uwagę. Była nieco dziwna. "Powinna być żółta lub biała, a jest niebieska – pomyślał – cóż dziś chyba wszystko jest inne". Wiedział, że w swojej lekkiej machinie bojowej nie ma zbyt wielkich szans przeżycia potężniejszego uderzenia. Maszyny te służyły raczej do zwiadu lub do szybkiego kontrataku. Oddział Arrakina stanowił wsparcie dla ich głównych sił. To właśnie jego koledzy ukryci w ciężkich machinach bojowych stanowili trzon obrony. Łyknął jedno Masteru2, chwycił właz i zaczął przygotowania do walki.
*** Shanyan wyruszył tuż po posiłku. Szedł dosyć szybko i tuż pod wieczór udało mu się dotrzeć do doliny w której rosło ziele wieczności. Właściwie nikt nie wiedział dlaczego tak nazywała się ta roślina, ale nikt też nie pamiętał innej nazwy dla niej. Nie miała ona bowiem tak potężnych właściwości jak sugerowałaby jej nazwa. Podobna była do zwykłego chwastu jakich pełno w okolicy. Jedynie niewielkie kuleczki pod liśćmi, występujące tylko w określonych porach lata, mogły odróżnić ją od setek innych podobnych roślin. Dosyć szybko napełnił liśćmi cały worek. Tylko one posiadały wartość. Ziele rosło w postaci pojedynczych roślin w sporych odstępach jedna od drugiej Noc spędził w dolinie. Niewiele spał. Dręczyły go koszmary. Śniły mu się jakieś wielkie nieziemskie światła. Nie wiedział skąd pochodzą, ale instynktownie przeczuwał, że są niebezpieczne. Dwukrotnie budził się w nocy, zwracał głowę na wschód, w stronę krainy Bogów i wydawało się mu, że widzi te światła. „Czyżby Bogowie się gniewali?” - pomyślał. Rano, bardzo wcześnie, wyruszył prężnym krokiem do domu. Szedł szybko, ale wciąż jego myśli wracały do nocnych świateł. Przechodząc przez ostatnie wzgórza poczuł jakby swąd. Nie był to jednak zapach palonego drewna jaki znał. Ten swąd był inny, ostry, choć ledwo wyczuwalny. Około południa był już blisko wioski. Pierwsze, co zaniepokoiło go już z daleka, to brak jakichkolwiek odgłosów życia we wsi. To niemożliwe. Zwykle wioskę było słychać na wiele kroków wcześniej. Albo był to dźwięk rytualnych pieśni czy tańców, albo po prostu głośniejsze rozmowy czy też spory jej mieszkańców. Prawdziwe przerażenie ogarnęło Shanyan'a gdy znalazł się na skraju osady. Takiej ciszy nie słyszał nigdy. Kiedy wkroczył do wsi spostrzegł, że jest pusta. Najpierw udał się na centralny plac. Było wręcz niemożliwe, aby nikogo tam nie było. A jednak. Potem z nabożną czcią wszedł do największego namiotu. Również nic. Po kolei – niemal metodycznie przeszukiwał namioty. Od większych do najmniejszych. Na końcu zajrzał do własnego. Nigdzie ani żywej duszy. ”To nie możliwe – gdzie się wszyscy podziali, nie mogli opuścić wioski naraz, nawet podczas największych uroczystości tuż po zbiorach zostawało przecież co najmniej czterech kapłanów strzegących Świętego Ołtarza”. Zrozpaczony niemal całkowicie, usiadł na pieńku opodal swojego domu. Rzucił worek na podłogę i zamyślony patrzył na plac. „Najpierw ten obcy, potem światła, i jeszcze ten zapach” – pomyślał. Postanowił pójść na plażę. Jego nogi same biegły, zaś zdenerwowanie sięgało granic. Kiedy wybiegł na plażę zobaczył od razu dziwne ślady na piasku. Długie, grube, głębokie na całą stopę. Ślady prowadziły do morza. „Może Bogowie wysłali potwory, które pożarły wszystkich w wiosce” - pomyślał, lecz od razu porzucił tę myśl. Od pierwszych zarośli ślady dzieliło dobre pięćdziesiąt kroków. „Gdyby potwór pożarł mieszkańców musiałby wejść do wioski, a w stronę wioski nie prowadziły ślady „potwora””. Rozejrzał się. Po obu stronach w odległości około stu kroków znajdowały się takie same ślady. „Więc potworów było kilka”. Ale na plaży ślady się urywały. „Kilka wypełzło z wody na plażę i wpełzło z powrotem, ale jak pożarły naszych”. Ani w stronę wioski, ani też od niej, nie prowadziły żadne ślady. Na piasku nie było nawet jednego odcisku stopy któregoś z mieszkańców. Teraz dopiero Shanyan podniósł wzrok i zobaczył na horyzoncie morza bijące w niebo dymy. „Stąd ten swąd, - pomyślał - ale tam mieszkają przecież Bogowie, czyżby im też coś się stało. Czyżby zaatakowały Ich również te potwory”.
*** Niebo wydawało się spokojne. Nastały już prawie całkowite ciemności Nic nie wskazywało na to że czai się tam czterdzieści okrętów ziemskich klasy galaktycznej. Pełna ziemska VI Flota wyszła z nadprzestrzeni dwadzieścia pięć ziemskich godzin temu i teraz przygotowywała się do ataku. Dwadzieścia okrętów rozpoczęło uwalnianie ze swoich leż lekkich i średnich zdalnie sterowanych myśliwców i bombowce. Na pokładach okrętów gwiezdnych ludzcy piloci wyposażeni w specjalne hełmy, myślami zdalnie sterowali myśliwcami i bombowcami. Po niezliczonej ilości wojen człowiek teraz starał się ograniczać do minimum straty we własnej rasie, lecz wciąż tak silna była w nim potrzeba walki i zabijania. Myśliwce oderwały się od macierzystych jednostek i skierowały się w stronę jedynego satelity atakowanej planety. Tam miały się przegrupować i uderzyć na planetę. Tuż za nimi leciały bombowce. Osiem tysięcy kilometrów od powierzchni planety, myśliwce wystrzeliły rakiety samosterujące. Ponad osiemdziesiąt jeden tysięcy niewidzialnych rakiet skierowało się na ustalone wcześniej cele. Były to głównie stanowiska dowodzenia i łączności Po dwóch minutach osiągnęły cel z zadziwiającą skutecznością dziewięćdziesięciu dziewięciu i ośmiu dziesiątych procenta. Następne w kolejności były bombowce. Tym razem ponad sześćdziesiąt jeden tysięcy inteligentnych bomb rozpoczęło opadanie w kierunku stanowisk obronnych i resztek magazynów. Dla części pocisków zabrakło już celów i uderzały one w wybite przez swoich poprzedników ogromne leje w powierzchni. Myśliwce zawróciły, a w dwie minuty później w ślad za nimi pomknęły bombowce. Straty ziemian wynosiły zero koma zero. Jedynie jedna maszyna zwiadowcza uległa awarii wskutek błędu prowadzącego komputera.
*** Słabo i źle uzbrojona rasa, znajdująca się na wiele niższym poziomie technicznym nie mogła stawiać oporu zbyt długo. Arrakin nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. Spodziewał się silnego ataku po istotach, które potrafią podróżować w kosmosie – jego rasa jak dotąd tego nie potrafiła. Nie miał nawet pojęcia, jak wyglądają ich maszyny bojowe lub statki do podróży międzyplanetarnych. Lecz, to czego dokonali najeźdźcy w jednej krótkiej chwili przewyższyło ze wszech miar nawet jego najśmielsze koszmary. Piekło nawet, nie wydawało się tak straszne. Po pierwszym nalocie planeta Arrakina pozbawiona została wszelkiej obrony, a to był dopiero początek. Arrakin usłyszał jak kwatera główna wysyła sygnał do najeźdźców z prośbą o poddanie się i o rozejm. Tuż po chwili przyszła odpowiedź i warunki kapitulacji – tylko jeden warunek – pełne wysiedlenie rodowitych mieszkańców planety. Nie było więc mowy o jakiejkolwiek kapitulacji.
*** Wiedza Shanyana o otaczającym go świecie była niezwykle ograniczona. Była to raczej mieszanka zabobonów, wierzeń przekazywanych z pokolenia na pokolenie, przesądów i doświadczeń zbudowanych na podstawie obserwacji przyrody. Choć Shanyan wyróżniał się wśród swoich rówieśników zdolnością logicznego myślenia, zdolność ta była dość skutecznie hamowana przez wierzenia jego plemienia i przez jego ojca. Również podróże Shanyana były niezwykle skąpe. Jedynie raz był na drugim końcu wyspy podczas koniecznej dla chłopców inicjacji, później jego świat ograniczał się do wioski, pól na których pracował, i Świętego Lasu Atanar dokąd czasem chodził po zioła. „Smoki potrafią pływać, więc po co wypełzałyby z wody na plażę” - ta zagadka była dla niego nie do rozwiązania. Stał wciąż nie wiedząc co robić, z głową zwróconą w horyzont, gdzie wciąż widać było łuny potężnego ognia i słupy dymu.
*** Spod ociekającego krwią czoła, Arrakin zobaczył teraz ogrom zniszczeń. Poprzez błękitnawą poświatę własnej krwi zalewającej mu oczy, ujrzał klęskę wojsk jego rasy. Wszystkie w zasięgu wzroku machiny bojowe, lekkie i ciężkie zostały zniszczone, a przecież nawet nie ujrzeli nieprzyjaciela lub jego broni, nie mieli nawet szans na podjęcie walki. Ich machiny bojowe po prostu eksplodowały jedna po drugiej, jakby ktoś podkładał pod nie ładunki wybuchowe Arrakin rozejrzał się wokół. Teraz dopiero uświadomił sobie, że jest jedynym szczęśliwcem z jego oddziału, któremu udało się przeżyć takie piekło. Jak okiem sięgnąć nie widział nikogo żywego. Na horyzoncie, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno stacjonował oddział jego przyjaciela Plattina, również biły słupy dymu i ognia. "Może tam też komuś się udało. Trzeba się stąd zabierać jak najprędzej". Próbował stanąć na nogach, ale nie było to takie proste. Niesamowity ból głowy przypomniał mu o tym że podczas pierwszego wybuchu uderzył się o ścianę kabiny. "Chyba źle zapiąłem hełm" – przemknęło mu przez myśl. Nigdzie też nie mógł go znaleźć. Pośpiesznie wyskoczył z munduru i kulejąc zaczął podążać w stronę lasu. Postanowił ukryć się tam i rozeznać nieco w sytuacji. "Niedługo powinni zjawić się tu tamci, może wreszcie zobaczę jak wyglądają”. Ukrył się w dość gęstych zaroślach i czekał. Rozglądał się oceniając zniszczone pozycje obronne. Nie mógł wyjść z podziwu jeśli chodzi o celność broni nieprzyjaciela. Las znajdował się niecałe trzysta metrów od zajmowanych przez nich wzgórz, a nawet jeden listek na najbliższych drzewach nie ucierpiał od ataku.
*** Gotowe, panie admirale – meldował komandor Touria. Jakieś straty? - Admirał podniósł wzrok. Nie, panie admirale, wszystkie jednostki wróciły. Zaczynajcie drugą fazę. Tak jest
*** Shanyan, zrozpaczony własnym położeniem, długo zastanawiał się co ma robić. Wreszcie postanowił opuścić wioskę. Jedynie miejsce, jakie przyszło mu do głowy, dokąd mógłby się udać był Lituan. Była to osada położona dość wysoko i zamieszkiwana przez tak zwanych "górali". Tylko raz w roku górale schodzili do ich wioski. Miało to miejsce zwykle wczesną wiosną kiedy drogi w górach były już drożne. Górali nigdy nie przychodziło więcej niż czterech. Podobno w ogóle ich plemię zaczynało powoli wymierać. Shanyan słyszał od ojca, że górali jest nie więcej niż trzydziestu. Przynosili skóry hodowanych przez siebie Rattari oraz różnego rodzaju ozdoby wykonane z kłów Habunu3. Wymieniali to na nasiona różnych roślin i zioła. Górale zawsze bardzo się spieszyli z powrotem do swoich zwierząt. Różnili się znacznie budową ciała od mieszkańców wioski: byli krępi, mocno zbudowani, silni i bardzo wytrzymali. Wyprawa do Lituanu była jedynym pomysłem jaki przyszedł do głowy Shanyan'owi przez całą nieprzespaną noc. Górale zawsze życzliwie odnosili się do mieszkańców wioski, ale byli bardzo tajemniczy. Nigdy nie opowiadali skąd pochodzą, wszystkie pytania na swój temat zbywali, lecz zawsze byli uprzejmi i poproszeni o pomoc nigdy nie odmawiali. Na to właśnie liczył Shanyan. Wiedział, że istnieją inne wioski, ale znajdowały się tak daleko, że w pojedynkę bał się podejmować taką wyprawę. Najbliższa wieś położona była o dziesięć dni drogi. Po drodze znajdował się „Dziki las” i pustynia. Lituan zaś, jak dowiedział się kiedyś od górali, położony był o niecałe trzy dni drogi. Wspinaczka, dla Shanyan'a, który nigdy nie był w górach, okazała się niezwykle trudna. Pod wieczór drugiego dnia był już na tyle wysoko, że przechodząc obok skarpy, ujrzał drugi kraniec wyspy i majaczące na horyzoncie po drugiej stronie lądu morze. Trzeciego dnia około południa dotarł do sporej przepaści. Do tej pory szedł nikłą wydeptaną ścieżyną. „Tędy pewnie chodzą górale” – pomyślał. Kilkakrotnie już gubił ścieżkę, na szczęście za każdym razem udawało mu się ją odnaleźć. Teraz jednak doprowadziła go ona na skraj przepaści. „Chyba jednak poszedłem w niewłaściwym kierunku, przecież nawet górale nie przeskoczą tej przepaści.” Była to prawda, nawet górale, znani ze swej niezwykłej sprawności nie byliby w stanie samodzielnie pokonać rozpadliny. Miała dobre dziesięć metrów szerokości. Shanyan spojrzał w dół. Dno porośnięte krzakami wyglądało złowieszczo z wystającymi tu i ówdzie skałami. Ściany rozpadliny były prawie gładkie. „Jeśli cofnę się, żeby poszukać obejścia, mogę już nie znaleźć ścieżki.” Shanyan rozejrzał się spoza ściany drzew rosnących tuż nad przepaścią. Rozpadlina ciągnęła się w obie strony jak okiem sięgnąć. Przecież muszą jakoś pokonywać tę dziurę – mruknął do siebie drapiąc się po głowie. Zmęczony wspinaczką usiadł wreszcie pod drzewem. Sen ogarnął go tak nagle, że nie zdążył nawet położyć się i zasnął siedząc.
*** Wbrew temu czego oczekiwał Arrakin nieprzyjaciel nie pojawił się tego dnia w jego pobliżu. Jedynie w środku nocy zauważył jakiś niewielki pojazd sunący bezszelestnie, wysoko po niebie. Arrakin znajdował się w dużej jamie pomiędzy trzema krzakami. "W sumie nic interesującego tu niema. Co mieliby oglądać? Kupę zniszczonego sprzętu, który i tak wyda im się zabytkowy. Skupili się zapewne na kopalniach, uprawach i miejscach pod przyszłe własne osiedla." Głodny i zmęczony Arrakin chciał jak najszybciej dotrzeć do kogokolwiek z własnej rasy. Bał się jednak opuszczać kryjówkę. W tej jednej chwili ta niewielka jama, w której się położył, otoczona krzakami o drzewami wydawała mu się najbardziej bezpiecznym miejscem w całym wszechświecie. Zdawał sobie sprawę, że do tej pory miał niezwykle dużo szczęścia. Nie chciał, aby go opuszczało, a wyjście z tej kryjówki wydawało mu się właśnie kuszeniem losu. Następnego dnia, kiedy Arrakin obudził się, zobaczył na horyzoncie kilka postaci. Były jednak bardzo daleko i nie potrafił odróżnić czy to swoi czy też najeźdźcy, tym bardziej, że nie wiedział jak wyglądają. Bał się również wychodzić gdyż nie był uzbrojony, zaś żadnego sprzętu do obserwacji nie posiadał. Postanowił poczekać do nocy. Ciemności zapadały niesamowicie powoli, tak przynajmniej wydawało się Arrakinowi. Kiedy zmierzch wydał się mu wystarczająco gęsty, postanowił poszukać żywności i dotrzeć do kogoś żywego. Biegł skulony nisko nad ziemią. Co kilkadziesiąt kroków przypadał do ziemi i rozglądał się badawczo. Kolejny „skok” wykonał w stronę pozycji Plattina. Znajdował się już w odległości nie większej niż rzut kamieniem, kiedy białe przeraźliwe i oślepiające światło spadło na niego z góry. Stało się to tak nagle, że Arrakin o mały włos nie dostał ataku serc. Światło było tak silne, że prawie przygniotło go do ziemi. Tuż potem rozległ się wysoki, przenikający, niesamowity dźwięk. Rozdzierał uszy, wnikał w głąb głowy, nie pozwalał skupić myśli. Arrakin skulił się zacisnął uszy i leżał nieruchomo na ziemi. Został pojmany.
*** Wyłaniający się powoli świt zbudził Shanyan’a. Spał pół dnia i prawie całą noc. „Czyżbym był aż tak zmęczony?” Nie było czasu na zastanawianie się. Rozpadlina w ziemi przed nim jakby czekała na decyzję w jaki sposób ją pokona. Ciemności nie były całkowite, ale pomimo to Shanyan bał się przebywać sam w lesie. Rozglądał się niecierpliwie i w tym momencie zauważył zwisającą z drzewa pod którym spał linę. Podbiegł do drzewa i chwycił ją. Była gruba na całe cztery palce. „Więc w ten sposób pokonują rozpadlinę, – domyślił się – może dam radę?” Po ciemku jednak nie chciał ryzykować skoku przez rozpadlinę. Ciemności były jeszcze dosyć gęste. Drugiego brzegu wąwozu nie było widać prawie wcale. Postanowił zaczekać aż całkiem się rozjaśni. Usiadł znów pod drzewem, ściskając pusty już worek, który zabrał ze sobą ze wsi. „Wziąłem za mało żywności – pomyślał – a nie wiadomo jak daleko jeszcze do osady górali.” Siedział dość długo rozmyślając nad tym co się stało w wiosce podczas jego nieobecności. Kiedy pierwsze promienie słońca przebiły się przez horyzont, Shanyan ujął obiema rękami linę i odszedł nieco od brzegu rozpadliny. Nabrał rozpędu i... już szybował w powietrzu nad przepaścią. Nie zdołał jednak dokładnie obliczyć gdzie wyląduje. Uderzył ręką o drzewo. Dotkliwy ból przeszył mu ramie. Drugą ręką zdołał jednak uchwycić gałęzi sąsiedniego drzewa. Znajdował się cztery metry nad powierzchnią brzegu przepaści na którym wylądował. „Udało się, – przemknęło mu przez myśl – ale jak zejść na dół?” Wisiał tak dobrą chwilę. Wreszcie znalazł sposób. Przytrzymując się z całej siły gałęzi przywiązał linę do drzewa i po niej opuścił się na ziemię. Teraz dopiero z całą siłą odczuł ból w ramieniu. Kiedy rozmasował ramię zobaczył, że w jednym miejscu lina jest zabarwiona na zielono. „No tak, górale oznakowali ją sobie na długość, żeby uniknąć takich wpadek jak ja przed chwilą.”
*** Arrakin obudził się kiedy wciąż było ciemno. Nie mógł ustalić czy to ta sama noc czy może już następna. Usiadł na ziemi i rozejrzał się. Znajdował się jakby w klatce. Pomieszczenie było dwa razy wyższe od niego, mógł też swobodnie się poruszać na przestrzeni kilku kroków. W odległości około dwudziestu kroków znajdował się rząd kolejnych klatek, podobnych do jego. Usytuowanych na lekko pochylonym brzegu morza. Arrakin rozejrzał się. Sąsiadujące z jego klatką pomieszczenia były puste. Odruchowo sięgnął po Masteru lecz... wówczas ogarnęła go panika. Pojemnik zniknął. Zrozpaczony umysł Arrakina stanął teraz nad przepaścią. Dopiero po dłuższej chwili doszedł do siebie. Masując obolałe nogi po długim leżeniu w niewygodnej pozycji ujrzał, po raz pierwszy, w odległości pięćdziesięciu kroków jednego z najeźdźców. Nie specjalnie różnili się budową ciała od niego. Podobnie, mieli cztery kończyny, na dwóch dolnych poruszali się, lecz jakże zwinnie i szybko, dwie górne kończyny, jak ocenił Arrakin służyły im do wykonywania wszystkich pozostałych funkcji. Głowa niezbyt duża, jednak nie był w stanie ocenić szczegółów. Najeźdźca miał na niej z całą pewnością coś w rodzaju hełmu. Jedną rzecz jednak dostrzegł od razu. Na szczycie głowy tego osobnika znajdowało się coś, o czym czytał jedynie w podręcznikach biologii. Czarny, dość krótki wytwór skóry pokrywał całą jej górną część. Spod hełmu wytwór ten wystawał z każdej strony. Nie pamiętał nazwy tego skórnego wytworu, lecz budziło to jego najwyższą odrazę. „Teraz wiem czemu nas zaatakowali – zamyślił się – to barbarzyńcy. Ale skąd u nich taka technologia. Musieli ją skraść innej rasie.” Arrakin wstał i podszedł do ściany klatki. Wykonana była z delikatnej jakby siatki. Dotknął jej i... w tym samym momencie odskoczył jak oparzony. Siatka poraziła go. Upadł na ziemie i zwinął się z bólu. Wszystkie jego mięśnie doznały gwałtownego skurczu. Powoli, bardzo powoli, krew znów zaczynała krążyć w jego ciele. „To naprawdę barbarzyńcy.” Najbardziej obawiał się obrażeń wewnętrznych. Związki fosforu w jego krwi stanowiące jeden z jej głównych składników były wrażliwe na wpływ elektryczności. „Chyba dokładnie znają naszą budowę ciała i funkcje życiowe – zastanowił się – może obserwowali nas od jakiegoś czasu.” W tym samym momencie, przed jego więzieniem pojawiło się dwóch najeźdźców. Stanęli, przyglądając się mu i jego poczynaniom. Jeden z nich powiedział coś w całkowicie nie zrozumiałym dla Arrakina języku. Był to język chrapliwy, niski, zbudowany jakby z krótkich warknięć. To co usłyszał przypominało raczej dźwięki Haturu4, które widział kiedyś w rezerwacie, aniżeli jakąś mowę. Najeźdźcy stali przed klatką. Jeden z nich coś pokazywał wskazując na Arrakina. Następnie rozległ się głośny rechot i obaj oddalili się od jego więzienia. W ciągu następnego dnia nie zaszło nic. Najeźdźcy nie pojawiali się wcale. Arrakin był strasznie głodny, zaś ci barbarzyńcy wcale nie dbali o jego stan. „Może chcą zagłodzić w więzieniu resztę ocalałych”. Rozpoczął się za to przypływ, co budziło przerażenie Arrakina, gdyż jego klatka znajdowała się nad samym brzegiem morza. Co prawda nie znał tej okolicy, lecz wiedział, że pływy morza są tu wysokie i za kilka godzin utopi się. Nic nie pomoże szamotanina po klatce. Właśnie, klatka. Przyjrzał się jej teraz dokładniej, lecz nie próbował już dotykać siatki pamiętając o porażeniu. Dno klatki wykonane było z nieznanego mu materiału. Nie było to ani drewno ani metal, lecz materiał był twardy i wytrzymały. Za to siatka pod prądem sprawiała wrażenie niezwykle delikatnej. Arrakin, na ile to było możliwe, rozejrzał się po okolicy. Siedziba najeźdźców wyglądała na opuszczoną. Prawie wszystkie klatki w zasięgu wzroku były puste. Jedyna „zamieszkana” znajdowała się tak daleko, że nie sposób było dostrzec kto tam się znajduje. „Czyżby tak mało naszych ocalało”. Tymczasem woda w morzu wciąż się podnosiła. Arrakin obserwował jak podchodzi do granic stojącej krzywo na zboczu klatki. Kolejne uderzenia fal sięgały coraz bliżej. Wreszcie jeden ze spienionych grzywaczy liznął siatkę powodując iskrzenie. Arrakin jak oparzony odskoczył w przeciwległą stronę klatki. Znajdowała się nieco wyżej i woda potrzebowała więcej czasu aby tu dotrzeć. Wiedział jednak, że prędzej czy później to nastąpi. Fale wdzierały się do klatki powodując coraz silniejsze wyładowania. „W złym miejscu ustawili klatki – pomyślał – w tym miejscu brzeg jest wąski. Woda podejdzie daleko. Może o tym nie wiedzieli, a może specjalnie chcą nas potopić”. Kolejna fala dotarła prawie do stóp Arrakina. W tym samym momencie, usłyszał okropny grzmot. Kątem oka dostrzegł strzelające w centrum obozu najeźdźców wielkie błyskawice. Następna fala podmyła jego stopy i Arrakin przewrócił się. W ułamku sekundy, kiedy się przewracał pojął, że uderzy plecami o siatkę klatki. Umysł starał się przygotować na ból. Lecz... nic takiego nie nastąpiło. Upadł na ziemię. Chwycił siatkę. Nic. „Nie wiedzieli, że tu są tak duże pływy i woda podmyła ich obóz. Może coś się zepsuło”. Niewiele myśląc, naparł całym ciałem na siatkę. Była bardzo sprężysta. Raz za razem rozpędzał się i uderzał bokiem o siatkę. „Jeśli zaraz to naprawią, będzie po mnie”. Kolejne uderzenie. Spostrzegł, że mocowanie siatki w rogu zaczyna ustępować. Następny cios rozdarł mocowanie na tyle, że Arrakin zdołał przecisnąć się przez wyrwę. Natychmiast pobiegł w kierunku drzew. Kiedy znajdował się kilkanaście kroków od swego więzienia, z rozerwanej siatki wystrzelił snop iskier. „W ostatniej chwili”. Biegł na oślep w stronę drzew pochylając się nisko. Kiedy dopadł zarośli natychmiast upadł na ziemię. Z oddali słyszał chrapliwe głosy zbiegających się najeźdźców. „Z pewnością ujrzeli już rozerwaną klatkę”. Arrakin przywołał na pomoc całą swoją znajomość geografii tej części swojej planety. „To wyspa, chyba numer osiem wokół rezerwatu, powinno znajdować się tu stanowisko obserwacyjne rezerwatu, trzeba tam dotrzeć. Może tamtych tam nie ma”. Była to jedyna nadzieja Arrakina. Po cichu zaczął wędrować przez las. Po około dwóch godzinach marszu dotarł do drugiego brzegu. Na horyzoncie, umieszczone na niewielkiej wysepce widać było stanowisko obserwacyjne rezerwatu. Skrajnie zmęczony i głodny położył się w najbliższych krzakach i postanowił odpocząć.
*** Teraz Shanyan z dużo większą już pewnością kroczył ścieżką. Pokonanie tej przepaści napełniło go dumą i wiarą w swe możliwości. Widać już było sam szczyt góry, kiedy Shanyan po lewej stronie na odsłoniętym zboczu ujrzał osadę górali. Spiesznie zbiegł po równiutkiej łące w kierunku pierwszej chaty. W oddali widać było tuzin kolejnych. Z zapartym tchem i szybko bijącym sercem Shanyan wkroczył do osady. Nigdy wcześniej nikt z jego wioski nie był w osadzie górali, i dopiero teraz Shanyanowi przyszło do głowy, że może tu być nie mile widziany. Zebrał jednak całą odwagę i wkroczył do chaty. Była pusta. W jego głowie natychmiast zaświtała myśl, że może smoki pożarły również i górali, zaś przed oczami stanął mu obraz jego własnej opustoszałej wioski. Kolejno przeszukiwał chaty, lecz wszystkie witały go smutną pustką. Łzy stanęły w oczach Shanyana, kiedy z lasu opodal dał się jakby jęk. Ostrożnie podszedł do granicy lasu i zawołał: Jest tam ktoś? Jęk powtórzył się, a Shanyan powtórzył wołanie: Jest tam ktoś? Pomocy – dało się słyszeć z lasu – pomocy... – drugie wołanie było już o wiele cichsze. Niewiele myśląc Shanyan ruszył w kierunku skąd dobiegał głos. Przedzierał się przez gęste zarośla kalecząc swą delikatną skórę. Zobaczył go od razu. Na zwalonym pniu ogromnego drzewa wpółleżał jeden z najstarszych górali. Był ciężko ranny. Z jego skroni płynęła krew. Ta właśnie krew sprawiła, że Shanyan zatrzymał się dziesięć kroków od górala. Nie, nie bał się widoku krwi, nie, normalnej krwi nie. Lecz ta była czerwona! Podejdź synku – powoli powiedział góral – nic ci nie zrobię. Nie bój się. Shanyan patrzył nieufnie na górala. Wiem, przestraszyłeś się mojej krwi – dodał ranny – pomóż mi. Wszystko ci wyjaśnię. Nic ci nie zrobię – powtarzał góral – zresztą jestem bardzo słaby. To akurat wydawało się Shanyanowi logicznym wytłumaczeniem i przekonało go ostatecznie. Pomógł wstać starcowi i ledwie razem dowlekli się do osady. Góral był bardzo ciężki. Kiedy dotarli do najbliższej chaty i ranny położył się, Shanyan opadł z sił. Podaj mi proszę wody – cicho powiedział starzec. Kiedy już zaspokoili oboje pragnienie starzec odezwał się. Skąd przybywasz chłopcze? Na imię mam Shanyan. Przyszedłem z wioski nad brzegiem morza – wskazał ręką kierunek – przyszedłem, bo... ... zostałeś sam, prawda – dokończył góral. Tak. Jak to się stało, że ty zostałeś. Poszedłem do lasu Atanar,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil LUCAS
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…