Poranek
opowiadanie o młodzieży
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Poranek
Uczniowie klasy 3 B Liceum w Ostródzie byli typowymi przedstawicielami swojej grupy wiekowej i środowiskowej. O godzinie 9.38 w poniedziałek 22 stycznia, zachowywali się więc stosownie do okoliczności, w których się znaleźli. Od ośmiu minut trwała długa przerwa, zwana przez konserwatywne grono nauczycielskie śniadaniową. Nazwa była anachroniczna i pochodziła z zupełnie innej epoki, kiedy to mamy przygotowywały kanapki ze zdobytą spod lady krakowską lub żółtym serem, wystanym w dwudziestometrowej kolejce, i z nieodłącznym listkiem sałaty dla zdrowia, kupionym bez problemu na targu bądź wyhodowanym własnoręcznie przez troskliwą rodzicielkę w ogródku. Młodzież Anno Domini 2005 śniadań w teczkach nie nosiła. Książki mogłyby przejść zapachem wędliny i do delikwenta przylgnęłaby jakaś mało pochlebna ksywka typu: Wieśniak, Kiełbasiarz albo, nie daj Boże, Smrodek. Dla głodnych, czyli chłopców już od pierwszej przerwy otwierał szeroko drzwi swojego przybytku pan Mopsik – właściciel przedsiębiorstwa z, jak podkreślał, ograniczoną odpowiedzialnością, gdzie za jedyne 2złote kupić można było drożdżówkę z budyniem i kandyzowaną wisienką umieszczoną na wierzchu. Pan Mopsik był nowoczesnym przedsiębiorcą i wiedział, że estetyczny wygląd produktów jest równie ważny jak jego walory smakowe. Ba, może nawet ważniejszy! Drugim produktem, który cieszył się wzięciem wśród młodzieży, był hot dog. Współczesna młodzież, która naukę angielskiego rozpoczynała najczęściej już w przedszkolu, z łatwością tłumaczyła ten angielski zwrot na literacką polszczyznę. I chociaż nazwa ,,gorący pies” zdawała się wprost ostrzegać przed kiepską jakością mięsa, młodzi ludzie zajadali tę potrawę z apetytem przekonani o słuszności wyboru, bowiem na lekcjach biologii uczyli się o konieczności przyswajania białka zwierzęcego w okresie dojrzewania. Dziewczęta, które na biologii zwracały przede wszystkim uwagę na to, jak żywność wpływa na ich urodę, wybierały z oferty pana Mopsika raczej soki lub aktualnie reklamowaną w mediach wodę mineralną. Tylko czasami jakaś zdesperowana nastolatka po nieudanej odpowiedzi, zawalonej klasówce albo po kolejnej trudnej rozmowie z rodzicami przychodziła pocieszyć się batonikiem bądź filiżanką kawy cappuccino. Do sklepiku młodzi klienci zaglądali na każdej przerwie, a czasem nawet w czasie lekcji wpadali kupić gumę Orbit (bez cukru, ze względu na próchnicę), oczywiście wychodząc pod pozorem konieczności pójścia do łazienki. Piętnastominutowa przerwa rozpoczynająca się o 9.30 straciła więc praktycznie swój status śniadaniowej. Bez względu na nazwę kwadrans mijał uczniom zazwyczaj szybko, przy czym, zgodnie ze starożytną zasadą, starali się oni łączyć przyjemne z pożytecznym czyli rozmowę towarzyską z uzupełnianiem braków w pracy domowej, a szkolne plotki przeplatały się swobodnie z wiadomościami z różnych przedmiotów. Takimi właśnie sprawami zajmowała się klasa 3 B, kiedy do klasy weszła wysoka brunetka w jasnych spodniach i tenisowej bluzeczce. Rakieta wystająca z plecaka świadczyła o tym, że prosto ze szkoły pójdzie na lekcje tenisa, na które zapisali ją rodzice z myślą o jej przyszłości. W dzisiejszych czasach każdy młody człowiek powinien mieć jakieś niepretensjonalne hobby, które rozwijać go będzie duchowo i fizycznie. Rodzice dziewczyny nie umieli grać w tenisa, nie potrafili nawet do końca zrozumieć zasad tego sportu, zgodnie jednak stwierdzili, że jest to pożądana umiejętność , która na pewno zaowocuje w przyszłości, tym bardziej , że na kortach można zawrzeć wiele obiecujących znajomości .Matka dziewczyny żałowała, ze jej rodzice nie mieli na tyle wyobraźni, żeby pokierować jej życiem w jakimś ciekawszym kierunku. Ona postanowiła ułatwić córce życiowy start i dać jej wszystko co najlepsze. Wysiłek zaczął się tuż po urodzeniu dziewczynki. Już wcześniej wspólnie z mężem wybrali dla córki imię Katarzyna. Wydawało im się ładne i zaczynało się na tę samą literę co ich nazwisko – Kapuściak. Kobieta patrząc na niemowlę, doszła jednak do wniosku, że choć jest ono niewątpliwie ładne, z ciemnymi oczkami i włoskami, to jest też tłuściutkie, a słodka okrągła buzia może już na zawsze pozostać pucołowata. Nie chciała, aby ktoś krzyczał za jej córką: gruba Kaśka. Poza tym Kaśka jakoś ciągle kojarzyła jej się z Maćkiem, a Maciek z traktorem i kurami. Doszła do wniosku, że imię nie powinno być tak pospolite, bo od niego może zależeć całe życie dziewczynki. Jej argumentacja była tak żarliwa, że mąż zgodził się na zmianę. Tym razem wybrali imię niebanalne, można nawet rzec oryginalne, imię wyróżniające się elegancją, wnoszące powiew elitarnego świata, a przy tym udało się utrzymać wcześniejszy pomysł i zachować pierwszą literę K, która tak ładnie komponowała się z nazwiskiem.(Nigdy nie należy zarzucać dobrych pomysłów.) Dziewczynkę nazwano Konstancją, co w połączeniu z Kapuściak brzmiało dźwięcznie a matce kojarzyło się z jakąś królową, aktorką, a może świętą… W każdym razie z niezwykłą kobietą. Zaraz po urzędowym usankcjonowaniu wyboru pojawił się niewielki problem. Jakoś niewygodnie było używać imienia Konstancja w codziennym życiu. Ojciec na przykład zacinał się w środku zdania, kiedy mówił, że Konstancja zrobiła siusiu. Wkrótce zaczął używać sformułowania ,,zmoczyła się”, które według niego bardziej pasowało do imienia córki. Matka zaś zaczęła odczuwać typową dla wszystkich kobiet potrzebę zdrabniania i szczebiotania. I tu pojawił się trudny problem językowy. Jak się powinno mówić do małej Konstancji? Konstancjusia? Konstancia? Stańcia? Konstancjanka? Konstusia? Najbardziej odpowiadała jej ostatnia forma, która z biegiem czasu, z powodu niedbałości ortofonicznej rodziców, zmieniła się w Kostusię. Do przedszkola dziewczynka poszła przekonana, że nazywa się Kostusia Kapuściak. Do ósmego roku życia była całkiem zadowolona z tego faktu, dopóki któryś z kolegów nie zaczął wołać do niej Kostucha, co było w pewnym sensie adekwatne do sytuacji, ponieważ dziewczynka była nadzwyczajnie chuda. To wydarzenie sprawiło, że i rodzice i córka powrócili do oficjalnej formy imienia, mimo że nadal było niewygodne w codziennym użytku. Ponieważ jednak Konstancja od najmłodszych lat uczyła się angielskiego, a kultura anglo-amerykańska była dzięki radiu i telewizji znana jej lepiej niż własna, wkrótce znalazła pomysłowe rozwiązanie. Zaczęła przedstawiać się jako Conee ( czytaj Koni ). Jej nadmierna chudość zmieniła się w atrakcyjną szczupłość. Dzięki niej i swojemu z angielska brzmiącemu imieniu w życie towarzyskie nastolatki wystartowała z dobrej pozycji. Przy tym dodajmy, była to dziewczyna przeciętnie zdolna i przeciętnie pracowita a takich świat i nauczyciele kochają najbardziej. Czas nauki mijał jej przyjemnie, bezstresowo. Miała wierną przyjaciółkę, Dorotę, i grono znajomych, a już w pełni szczęśliwa była przez ostatnie kilka miesięcy, ponieważ kochała i była kochaną. Jej wybranek miał na imię… Maciek. (No cóż, przed przeznaczeniem nie da się chyba uciec.)Ich miłość rozwijała się obiecująco i klasycznie. Było odprowadzanie do domu, siedzenie w jednej ławce, wspólne spacery po korytarzach… Co tu dużo mówić? Każdy to przeżył a jak nie, to przynajmniej obserwował, na przykładzie najbliższego przyjaciela lub przyjaciółki. Do tego stałego repertuaru współcześni zakochani dorzucili oficjalne obłapianie w miejscach publicznych. Zaznaczmy jednak, że Conee i Maciek starali się nie nadużywać tego zwyczaju. W trudnej, z psychologicznego punktu widzenia, sytuacji znalazła się Dorota. Życzyła koleżance jak najlepiej, ale serce ją bolało. Przecież razem rozmawiały o wadach i zaletach kolegów i wspólnie doszły do wniosku, że Maciek jest jedynym sensownym chłopakiem w klasie. Dorota, patrząc w lustro widziała całkiem ładną buzię, teoretycznie więc ich szanse były równe. Była przekonana, że gdyby nie zachorowała na odrę, losy potoczyłyby się inaczej. Bo to właśnie w czasie jej dwutygodniowej nieobecności Conee usiadła z Maćkiem w jednej ławce, z powodu braku książki, którą zawsze nosiła Dorota. Kiedy po chorobie wróciła do szkoły, nie przeżyła wstrząsu, ponieważ Conee informowała ją na bieżąco o rozwoju sytuacji. ( Telefonicznie oczywiście, bo osobisty kontakt groziłby zarażeniem.) Dorota miała więc czas, aby zaakceptować to, że straciła potencjalnego chłopaka i całkiem fajną…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil lillak1
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…