Wróć do katalogu

PORWANIE

Bochater tej opowieści wiedzie spokojne życie.Ma żonę,dzieci, dobrą pracę, przyjaciół. Jednak pewnej nocy jego życie diametralnie się zmienia, ponieważ jego rodzina zostaje porwana przez pszybyszów z innej planety. Nasz bochater będzie musiał walczy

Brykaś, opublikowano , 31 min czytania, 4,1 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Moje opowiadanie – Porwanie

-1- Obudziłem się o szóstej rano. Była to niedziela dwudziestego piątego lipca 2005 roku. Choć żaluzje były zasłonięte za oknem było widać smugi wschodzącego słońca. Był po prostu piękny dzień, zresztą tak jak i od tygodnia. Mimo to nie chciało mi się wstawać z łóżka. Tym bardziej, że moja żona Magda lubiła ostatnio niedzielami dłużej pospać. Zachowywała się trochę dziwnie. Zarzuciłem więc poduszkę na głowę i ułożyłem się do snu. Chwilę później przypomniało mi się, że miałem dzisiaj naprawić samochód żony. Tak samochód. Co prawda jestem lekarzem, lecz moje drugie hobby to właśnie samochody. Pewnie dlatego, że mój ojciec był mechanikiem samochodowym. Był dobrym człowiekiem który interesował się polityką i sportem, w przeciwieństwie do mnie. Zwłaszcza lubił oglądać mecze piłki nożnej. Kiedy mój tata oglądał jakiś mecz ja w tym czasie i można to nazwać pierwszym i z kolejnych moich hobby czytałem książki związane z UFO, gwiazdach i planetach. Zawsze mnie to fascynowało. Lubiłem też różne thrillery ale już nie tak. Moją ulubioną książką o UFO była „Cywilizacje nie ludzkie” Lucjana Znicza. Jak już pewnie zauważyłeś miałem dużo zainteresowań. Lubiłem także filmy, ale najbardziej lubiłem strzelać z pistoletów do jakiegoś celu. Ojciec w każdą sobotę zabierał mnie na strzelnicę. Miałem także zeszyt zatytułowany „Moje myśli”, w którym zapisywałem wszystkie swoje filozoficzne myśli. Ale dość już o tym! Jak już wspomniałem wcześniej jestem lekarzem, a jeśli chodzi o ścisłość dyrektorem szpitala dla osób umysłowo chorych w Olsztynie, żona jest natomiast dyrektorem Kombatanta Domu Pomocy Społecznej. Mamy ładny dom w Worlinach niedaleko Olsztyna. Mamy także 18-letnią córkę Izę i syna Wojtka. Z Magdą poznałem się na studiach i w wieku 24 lat pobraliśmy się. Jesteśmy w tym samym wieku więc mamy teraz po 43 lata. Nasz dom jest bardzo ładny. Ma ściany grubości 45 cm i kuloodporne szyby. Pięć pokoi z salonem, kuchnią i trzema łazienkami kosztowało około czterysta tysięcy złotych. Spojrzałem na zegarek. Było dwie po szóstej, wstałem więc lecz ciężko mi to przyszło i poszedłem do łazienki by się umyć. Mimo iż byłem lekarzem to jednak nigdy nie lubiłem myć zębów. Dzisiaj umyłem. Następnie się ubrałem i zszedłem do garażu by naprawić samochód. Około dziewiątej skończyłem i w tym samym czasie Magda zawołała mnie na śniadanie. Aaa o mało bym zapomniał. Mamy też kota o imieniu Dixi. Przybłąkał się kiedyś do nas więc go przygarnęliśmy. Jednak jest to kot z rasy dachowców, więc nigdy nie wiadomo czy nam nie ucieknie. Zapytałem żonę. -Wyspałaś się? -Tak, a ty? -Nie za bardzo. -Może byśmy dzisiaj poszli nad jezioro. -Możemy, jak zjesz obudź dzieci. Jezioro było niedaleko. Część plaży należało nawet do nas. Mieliśmy własne molo i łódkę. Magda z Izą opalały się na palącym słońcu. Ja natomiast razem z Wojtkiem wypłynęliśmy na środek jeziora by łowić ryby. Wieczorem zrobiliśmy sobie ucztę ze złowionych ryb.

-2- Następnego dnia nie było znowu mowy o wylegiwaniu się. Trzeba było jechać do pracy. Magda wracała przeważnie do domu koło godz. 16°° ja natomiast o 20³°. Jednak bywało tak, że miałem dyżur, wtedy wracałem nieco później. I właśnie dziś miałem tak wrócić. Zapowiadał się kolejny ładny dzień, a na niebie nie było nawet jednej chmurki. Mając na 8ºº do pracy wychodziłem koło 7ºº. Zawsze musiałem nieco wcześniej wyjechać, ponieważ droga prowadząca do głównej ulicy była bardzo wąska i łatwo było o wypadek Dlatego przez ten kawałek jechałem trochę wolniej. W pracy miałem dzisiaj urwanie głowy. Oprócz tego, że dużo pacjentów to jeszcze obchód, konsultacje i dyżur. -Cześć Michał. -Cześć Paweł! -Co tam, zapowiada się kolejny dzień pełen wrażeń. -Na to wygląda. Coś marnie wyglądasz. -Oglądałeś wczoraj mecz NBA Lajkersi przeciwko Denver dali niezłego bata. -Nie, wczoraj cały dzień wylegiwałem się na plaży. A kto wygrał? -Lajkersi, a któż by inny. Mówie ci kiedyś pojadę na ich mecz do stanów. -Ta jasne. Ile wczoraj wypiłeś bo z tego co opowiadała Monika jak wypijesz to lecisz zawsze do ameryki na ich mecz. -Nie żartuj sobie. No może dwa piwka. Zaśmiałem się. -Nadal jesteśmy umówieni? -Tak. -To na razie. -Na ra. Paweł był moim najlepszym przyjacielem, razem studiowaliśmy, a teraz razem pracujemy. Mimo iż wypiłem dwie kawy rozbolała mnie głowa. Ciągły huk i gwar zaczął działać mi na nerwy. Jak to w szpitalu psychiatrycznym. Pomyślałem jednak, to nic i tak za tydzień biorę urlop. Nie mogłem się już doczekać, ponieważ miałem razem Magdą i dziećmi wyjechać najpierw do Paryża, a potem do Madrytu. W końcu mój czas pracy minął. Pora wracać do domu. Wsiadłem do mojego Peugeot 206 i ruszyłem. Była dwunasta w nocy w radiu leciała jakaś piosenka Britney Spears. Nie podobała mi się zbytnio więc przełączyłem stacje, jednak i tu nie było nic ciekawego, przełączyłem jeszcze raz i w końcu zgasiłem całkiem radio. Na drodze nie było żadnego inne samochodu. Może jestem dość drobiazgowy, ale trochę mnie to zdziwiło, gdyż przeważnie jak wracałem o tej porze za mną lub przede mną jechały chociaż ze trzy samochody. W końcu skręciłem w wąską uliczkę prowadzącą do mojego domu, kiedy nagle zauważyłem za mną czarne BMW, a w środku dwóch mężczyzn w czarnych garniturach. Zdziwił mnie fakt, że mimo iż była noc, mieli oni na oczach okulary przeciwsłoneczne. Dziwnie się poczułem. Dostałem gęsiej skórki choć nie było mi zimno. Po chwili jednak mi przeszło. W końcu dojechałem do domu, a czarne BMW pojechało dalej. Co prawda nie wiem dokąd, ponieważ mieszkam na młodym osiedlu i dwa kilometry dalej kończy się droga a zaczyna las. Wjeżdżając do garażu spojrzałem na duże okno od sypialni ciesząc się, że nareszcie po ciężkim dniu położę się w łóżku przytulę się do żony i pójdę spać. Po cichutku wszedłem do sypialni nie chcąc obudzić Magdy. Nim się położyłem spojrzałem jeszcze raz na okno, tak jak bym się spodziewał kogoś zobaczyć. Magda jednak nie spała, ponieważ po chwili spytała. -Jak minął dzień? -Tragicznie. A tobie? -Dobrze. Położyłem się. -Jak dobrze rozprostować kości. Pomyślałem jeszcze przez chwile o facetach w czerni i zamknąłem oczy.

-3- Wszystko zaczęło się o pierwszej piętnaście w nocy. Zapadłem w drzemkę, ale nagle coś mnie obudziło. Poczułem ucisk na piersi jak by coś mnie przygniatało. Próbowałem się poruszyć, ale nie mogłem. Jak bym miał sparaliżowane całe ciało z wyjątkiem oczu. Spojrzałem na Magdę z nią też coś się działo. Zwalczyła panikę i starała się oddychać wolniej kiedy u stóp łóżka zauważyliśmy trzy nieruchome postaci, od razu wiedziałem co zdarzy się dalej i Magda chyba też. Mieli około metra wzrostu i jasnoszarą skórę. Byli ubrani w rodzaj obcisłych jednoczęściowych kombinezonów bez żadnych dystynkcji. Ich kończyny były długie i cienkie zakończone czterema palcami, a głowy nieproporcjonalnie duże. Dominującym elementem w humanoidalnych twarzach obcych były oczy, lśniąco czarne i wielkie. Mieliśmy wrażenie, że gdziekolwiek spojrzymy, te oczy śledzą nas. Nie potrafiliśmy przed nimi uciec, miały nad nami jakąś hipnotyczną władzę. Mimo to próbowałem się poruszyć. Bezskutecznie. Nagle pokuj wypełniło jasne światło, którego źródła nie potrafiliśmy zlokalizować. Światło było białe może z lekkim odcieniem błękitu. Paraliż zaczął ustępować. Próbowałem chwycić żonę za rękę. Jednak obcy uprzedzili mnie. Dwóch przybyszy wzięło pod ramię Magdę i podeszli do szyby w sypialni. W jakiś sposób przedostali się przez okno, a to uczucie nie było chyba przyjemne, ponieważ Magda aż krzyknęła. Zacząłem się zastanawiać co z dziećmi i czy ktoś nas teraz widzi, chciałem również krzyknąć. Nie mogłem jednak mówić. Tuż nad naszym domem znajdował się jakiś obiekt, próbowałem spojrzeć w górę, żeby go zobaczyć. Oczywiście wiedziałem, że to statek kosmiczny, jednak wszystko co mogłem dostrzec, to wiązka światła, po której ona i trzy obce istoty lecieli w górę. Nagle światło znikło i obiekt odleciał.

-4- Paraliż całkowicie zniknął. Szybko wstałem z łóżka i pobiegłem do pokoju Wojtka. Tam go nie było, pobiegłem więc do pokoju Izy, jej też nie było. Szybko zrozumiałem, że także i dzieci porwali. Czułem pustkę, a właściwie to nic nie czułem. Wpadłem w szok. Pobiegłem jeszcze raz do okna w sypialni i spojrzałem w niebo, nic tylko setki gwiazd. Spojrzałem w dół i zobaczyłem czarne BMW, który szybko ruszył i odjechał. Nieco się uspokoiłem. Zacząłem się zastanawiać czy ci faceci w czerni mieli z tym wszystkim coś wspólnego. Rano zadzwoniłem do pracy, że wcześniej biorę urlop. Musiałem uporządkować myśli. Nie wiedziałem co mam począć. Cały czas myślałem o tym co się stało i o facetach w czerni. Po raz pierwszy w życiu naprawdę się bałem. Bałem się że już nigdy nie zobaczę żony i dzieci. Przychodziły mi do głowy najgorsze myśli. Zastanawiałem się dlaczego porwali Magdę, Izę i Wojtka, a mnie zostawili. To nie miało sensu. Nie wiedziałem do kogo mam się zwrócić o pomoc. Ojciec powiedział mi kiedyś, uważaj na swoje życzenia bo mogą zostać spełnione, po części miał chyba i trochę racji bo zawsze interesowały mnie takie sprawy. Ale nie sądziłem, że to może się właśnie przytrafić mojej rodzinie i że to takie straszne. Teraz już wiem na pewno, że my ludzie nie jesteśmy samotni we wszechświecie, choć nie mogłem w to wszystko uwierzyć.

-5- Postanowiłem wezwać policję. Wiedziałem, że wezmą mnie za jakiegoś świra, a nawet osądzą, że zabiłem własną rodzinę i ukryłem gdzieś ciała, ale musiałem zaryzykować. Zadzwoniłem, to był chyba najgłubszy pomysł jaki mi przyszedł do głowy, a może nie? -Policja? -Tak. -Nazywam się Michał Brykała i chciałbym zgłosić zaginięcie mojej rodziny? -Jak dawno zaginęła pańska rodzina? -Dzisiaj w nocy? -Przykro mi, ale takie zgłoszenia przyjmujemy dopiero po 48-godzinach od zaginięcia. Jak się pan mocno denerwuje to proszę na wszelki wypadek obdzwonić po miejskich szpitalach może mieli jakiś wypadek. -Pani nic nie rozumie. Krzyknąłem do słuchawki. Moją rodzinę porwali jacyś obcy. -To w kącu zaginęli czy zostali porwani. -Proszę do mnie po prostu kogoś przysłać to wtedy wszystko powiem. Mój adres to Worliny 4. -Dobrze zaraz do pana kogoś przyślemy. Zniechęcony do wszystkiego usiadłem na fotelu przy kominku. Wypadło lepiej niż myślałem pomyślałem. Lecz jak to teraz wyjaśnić tym z policji. Zamyśliłem się. Kiedy nagle usłyszałem przed domem warkot zatrzymującego się samochodu. Czyżby tak szybko przyjechali. Wyjrzałem przez okno i zauważyłem wojskowego Jeppa. Wysiadło z niego czterech umundurowanych żołnierzy. Odskoczyłem szybko od szyby. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłem. -Dzień dobry. Wybaczy pan, że tak wcześnie pana niepokoimy ale mamy nakaz przeszukania mieszkania. -Jak to!? Kim panowie są? Krzyknąłem. -Proszę nie zadawać pytań i nie przeszkadzać uwiniemy się szybko. Zamilkłem. Nie wiedziałem co się dzieje. I rzeczywiście po około pięciu minutach jeden z wojskowych krzyknął. -Mam! Nie wiedziałem o co chodzi ani nawet co znaleźli, ponieważ szybko to coś schował do kieszeni. Byłem przerażony. Jak by wszystkiego było mało. -Dziękujemy za współpracę. Proszę nikomu o nas nie mówić. Wyszli wsiedli do swojego Jeppa i odjechali. Teraz dopiero się zdenerwowałem, wpadłem w szał.

-6- Po godzinie od zdarzenia z wojskowymi przyjechało dwóch policjantów. Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć. Jeden z nich ubrany był jasny sweter w czarne wzorki i dżinsy drugi w ciemny dwuczęściowy garnitur. Obydwaj byli szczupli, a wzrostem mniej więcej równi. -Przepraszamy, że tak długo. To jest detektyw Marcin Przybylski, a ja jestem Marek Wańko. Pan zapewne Michał Kopeć. -Tak. Proszę wejść. Marek próbując się do mnie uśmiechnąć wszedł do środka, tuż za nim jego kolega. -Dobrze wiedzieć, że lepiej się pan już czuje. Zauważył Marek. -Wcale nie! Odparłem. Wyglądał na zdumionego. -Nie poczuje się lepiej do póki nie odzyskam swojej rodziny. -Spokojnie, a co właściwie takiego się stało? -Wszystko wyjaśnię. -Mam nadzieję. Przełknąłem ślinę i opowiedziałem im całą historię o latającym talerzu, porwaniu, o ludziach w czerni i o wojskowych którzy odwiedzili mnie z przed godziny. Marek przez ten czas wszystko notował. Wyglądali tak jak by uwierzyli, a może i nie, oczywiście że nie uwierzyli. Mieli cały czas posępne miny, ale kogo to obchodzi. Po części kamień spadł mi z serca. Kiedy skończyłem opowiadać Wańko i Przybylski spojrzeli po sobie puszczając w swoim kierunku szydercze uśmieszki. Marek chrząknął, widać było tak jak by grał na czas. A może i nie. -Musimy zadać panu jeszcze kilka pytań choć mogą się one panu nie spodobać. -Proszę pytać. -Co może mi pan powiedzieć o pańskim małżeństwie i dzieciach? Łza zakręciła mi się w oku. -Proszę odpowiedzieć. Opowiedziałem do jakiej szkoły dzieci chodzą, gdzie żona pracuje, ile mają lat, kiedy się pobrałem z Magdą, jak żyliśmy i że wiedliśmy spokojne i szczęśliwe życie. -Często nadużywał pan alkoholu? Myślałem, że wybuchnę. Spojrzałem na Marcina lecz ten cały czas siedział nie ruchomo wpatrując się we mnie jak w jakieś zjawisko. -Nie prawie w ogóle nie piję. -Czy ostatnio gdzieś pan wyjeżdżał razem z rodziną? -Nie, ale mieliśmy zamiar pojechać w sierpniu do Madrytu i Paryża. A co to ma do rzeczy. -Nie wiem my tylko próbujemy rozwiązać tą łamigłówkę. -Czy był pan kiedyś na coś leczony lub jest pan na coś chorych? Strzelił Marek. Chyba prosto w serce, ponieważ poczułem w tym miejscu właśnie ukłucie. -Tak mam chore serce. -A czy posiada doktor broń? -Tak. Wisi nad kominkiem. Wańko przechylił głowę na bok udając zaskoczenie. -A powie pan nam jeszcze coś o tych facetach w czerni i wojskowych? -Wydaje mi się, że już odpowiadałem na to pytanie. -A tak oczywiście. Po czym wstał i powiedział. – To na razie wszystko, odezwiemy się jeszcze. Proszę nie wyjeżdżać z miasta. -Dobrze. Po czym wyszli, wsiedli do swojego żółtego Reno Megan i odjechali. Wcześniej jednak mówili coś po cichu do siebie. Nie tracili czasu. Pojechali w stronę lasu tam gdzie kończyła się droga.

-7- Marek siedział za kierownicą. -Moim zdaniem ta sprawa cuchnie na kilometr. -I to jak. Dojechali do końca drogi, dalej roznosił się las. Wańko wysiadł pierwszy z samochodu, tuż za nim Przybylski. -Jeżeli to prawda, to czego mogli szukać tutaj ci faceci w czerni. -Daj spokój chyba nie wierzysz w te brednie. Ten facet to świr i mam takie wrażenie, że właśnie gdzieś tutaj ukrył ciała. -Generalnie to możliwe, uważasz że byłby taki glupi. -Nie wiem odpowiedział Marcin. Rozejrzeli się jeszcze przez chwile poczym wsiedli do samochodu i zawrócili.

-8- Nie było mi ani lepiej ani gorzej. Musiałem coś jeszcze zrobić. Postanowiłem wziąć śledztwo w swoje ręce. Wiedziałem, że mogą oskarżyć mnie o morderstwo, musiałem więc znaleźć jakiś świadków tego zdarzenia. Zacząłem od sąsiadów którzy mieli domek zaraz za moim. Byli to starsi państwo koło siedemdziesiątki. Spytałem, czy nie widzieli tej nocy czegoś dziwnego. Nic co by zwróciło ich uwagę. Poszedłem więc do państwa Kowalskich. Zapukałem do drzwi. Raz, drugi raz lecz nikt nie otwierał. Zawróciłem i poszedłem w kierunku domu pani Marty. Jej domostwo znajdowało się jakieś pół kilometra od mojego. Po drodze minąłem szkołę Wojtka i Izy. Wojtek chodził do drugiej klasy liceum nr 1, Iza zaś była w klasie maturalnej. Nagle uświadomiłem sobie jak łatwo wszystko można stracić. Zamyśliłem się. Pani Marta lubiła często wieczorami spacerować ze swoim psem Maxem. Dlatego pokładałem w niej największe nadzieje, że coś widziała. Jednak bez powodzenia. Spuściłem głowę użalając się nad sobą. Spojrzałem na złoty zegarek, który dostałem od Magdy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych