potrzeba nierealności
Praca dotycząca każdego z nas. Każdy ma czasem problemy egzystencjonalne i każdy ma czasem kaca. Poprostu niektórzy przeżywają to trochę inaczej. Jestem początkująca, więc będę bardzo wdzięczna za konstruktywną krytykę. Miłej lektury.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Potrzeba nierealności
Otworzyłem oczy, lecz nie dało to większego efektu, gdyż wciąż nic nie widziałem. Czaszka pulsowała tępym bólem, jakby wewnątrz stado słoni urządziło sobie radosną potańcówkę. W ustach miałem smak żółci, mokra, śmierdząca plama na przodzie koszuli potwierdziła moją teorię co do tego, co zaszło. Nie miałem już żadnych wątpliwości. Z obrzydzeniem odrzuciłem zarzyganą pościel. Starałem się odtworzyć w pamięci wszystkie wydarzenia, lecz miarowe dudnienie z tyłu głowy bynajmniej mi tego nie ułatwiały. Stół wigilijny był zastawiony potrawami. Monika siedziała naprzeciw mnie. Potem powiedziałem coś głupiego. Nie pamiętam co, pewnie o jej rodzicach. Zdenerwowała się. Płakała i wrzeszczała na mnie, nie słuchając przeprosin. Wybiegła i trzasnęła drzwiami, zostawiając mnie w domu samego, z na wpół zjedzonym karpiem na talerzu. Wtedy chyba coś zdemolowałem. Zrzuciłem talerze, może nawet przewróciłem stół. Jestem z Moniką już od czterech lat, a wciąż kłócimy się co najmniej raz w tygodniu. Strach pomyśleć co by się działo, gdybyśmy razem zamieszkali. Ten związek jest najgorszą rzeczą jaka nam się przydarzyła, lecz mimo wszystko, choć żadne z nas nie ma siły tego kontynuować i łatać za każdym razem na nowo, żadne nie ma też sił by to po prostu zakończyć. Takie pieprzone błędne koło. Kiedy minęła pierwsza wściekłość, pewnie zacząłem płakać. I gdy poczucie żalu i absolutnej beznadziei zawładnęła mną do tego stopnia, że nie mogłem już walczyć z pokusą, podszedłem do barku, wyciągnęłem wódkę i zacząłem chlać. Z trudem wwlokłem się po schodach do sypialni i runąłem na łóżko. I obudziłem się teraz, w zarzyganej koszuli i pościeli w nielepszym stanie, z resztkami treści żołądkowej zaschniętej na nozdrzach i ustach, z pulsującym bólem głowy i trzęsąc się z zimna, bo z niewyjaśnionych przyczyn (które wtedy zapewne wydawały się całkiem logiczne) zostawiłem okno na oścież otwarte. Podszedłem do niego, aby je zamknąć. Lodowate powietrze ocuciło mnie odrobinę. Oparłem dłonie o parapet. Miałem piękny widok na opustoszałą uliczkę, wzdłuż której stały zgrabne, dwupiętrowe szeregowce, lśniące tysiącami kolorowych lampek. Lecz żadna ze świątecznych dekoracji nie mogła się tej nocy równać z niebem. Pomimo, że całe miasto musiało być jasno oświetlone, srebrne gwiazdy wyraźnie jak nigdy rysowały się na granatowym nieboskłonie. Śnieg skrzył się w ich poświacie. W światłach latarni łagodnie wirowały śnieżynki. Kilka osiadło i rozpuściło mi się na twarzy. Ja tymczasem przechyliłem się nad parapetem i zwymiotowałem na własny dach. Kiedy skończyłem się krztusić, otarłem palcami usta i uniosłem głowę. Zaczerpnąłem lodowatego powietrza, które podrażniło płuca setką ostrych szpil. Po chwili wypuściełem je ze świstem. Po niebie przemknęła czarownica na miotle. Przypominała jedną z tych paskudnych ozdób, które niektórzy ludzie wieszają w oknach. Stanowiła jedynie ciemny kształt, lecz na tyle wyraźny, aby odróżnić wysoki, wiedźmi kapelusz z szerokim rondem oraz długi, haczykowaty, zdecydowanie wiedźmi nos. Dokładnie widziałem dwa, świecące na czerwono punkciki w miejscu oczu. Przez chwilę stałem bez ruchu z trwogą wpatrując się w ciemność. Potem chłodny realizm zaczął wolno, lecz nieubłaganie zwalczać ognistą pewność pijackiego umysłu co do prawdziwości widziadła. Wiedźmy na miotle Usłyszałem kpiący głos Moniki. Oczywiście wiedźma miała wysoki kapelusz? I zakrzywiony nos, co? A oczy świeciły na czerwono w ciemności? Racjonalność Moniki z wolna zaczęła mnie przekonywać. Pozwoliłem jej jeszcze dodać jedno zdanie, które do reszty zwalczyłoby moją niepewność. - A czy miała czarnego kota? - powiedziałaby. Lecz jako że jej nie było wyręczyłem ją w tym wypowiadając ową ostatnią myśl na głos i zaśmiałem się chrapliwie. - No wiesz, zawsze znajdziesz dziurę w całym. Nie leciałem z nią, owszem, ale nawet sobie nie wyobrażasz jak zimą wieje na tej miotle. Odwróciełem się bardzo, bardzo wolno, z denerwującym niezdecydowaniem, czy chcę zobaczyć czarnego kota na moim dywanie. Nie zważając na moje wahanie, kot jednak postanowił tam być i wpatrywać się we mnie cierpliwie zielonymi jak szmaragdy oczami. - Miau? - powiedział rozbawionym głosem, unosząc brwi. Cóż, sprawa czy koty unoszą brwi może być dyskusyjna, biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy w stanie orzec, czy one w ogóle brwi mają. Ten jednak, niezależnie od tego czy je miał, uniósł je, iście po ludzku, choć zachowując przy tym całą swoją kotowatość. - Jest Wigilia - wybełkotałem do siebie. - W Wigilię o północy zwierzęta mówią. Było to najgłupsze wyjaśnienie na świecie, ale też jedyne, jakie mogłem teraz wymyślić. - Możliwe - odparł kocur po chwili zastanowienia. - Ale i tak jest wpół do trzeciej. Zerknąłem na budzik stojący na stoliku przy łóżku. Cztery zielone, elektroniczne cyferki "02:38" bezlitośnie zabrały mi nadzieję, że jednak jest jakieś, choćby i najgłupsze, wyjaśnienie tego co się dzieje. Ciężko usiadłem na podłogę. - Mleka? - zapytałem jękliwie. Futrzak popatrzył na mnie z politowaniem i już otwierał pyszczek aby odpowiedzieć, lecz przez okno wleciała wiedźma, ta sama którą widziałem wcześniej, i z przeraźliwym piskiem przelaciała mi nad głową, aby wyrżnąć w znajdujące się naprzeciw drzwi. - Trzeba coś zrobić z tymi hamulcami. Pieprzona gnomia robota... - stękała gramoląc się z ziemi. Kot wymownie wpatrywał się w sufit, czekając aż czarownica wstanie, poprawi opadający na oczy kapelusz i wreszcie będzie mogła uśmiechnąć się do mnie upiornie. Pomimo nie najepszego początku, gwóźdź programu odniósł należyty efekt. Wrzasnąłem. - Tak, masz rację, nie jest ładna - mruknął kocur uśmiechając się wrednie. Nie zdajecie sobie nawet sprawy, że koty naprawdę potrafią się uśmiechać i to tak wrednie, że nasze wredne uśmiechy wydają się jedynie marnym połączeniem grymasu zadowolenia z ironią. Kot natomiast w pełni opanował sztukę wrednego uśmiechania się, który to wredny uśmiech był wręcz arcydziełem, samą kwintesencją wredności i uśmiechu. Wiedźma spiorunowała go czerwonymi punkcikami oczu. Boże, przy tej parze wszystkie nasze ludzkie gesty wydają mi się tylko imitacją tych prawdziwych, których my, biedne, niedorobione i poszkodowane na długiej drodze ewolucji istoty, nigdy nie nauczymy się wyrażać jak należy. Z oczu czarownicy naprawdę posypały się miniaturowe pioruny. Przez chwilę siedziałem oniemiały na ziemi otwierając i zamykając usta. Wreszcie, czując całą swoją absurdalność w owej sytuacji, wstałem i skłoniłem się dwornie. - Pozwolą się państwo zaprosić do salonu na kawę lub herbatę? - zapytałem wyraźnie wymawiając "ą" i "ę", ponieważ ta cecha zawsze, z niewyjaśnionych przyczyn, kojarzyła mi się z nadętymi lokajami. Z równie niewyjaśnionych przyczyn uznałem, że właśnie taka osoba będzie tu bardziej na miejscu. Właściwie miałem wrażenie, że każdy byłby tu bardziej na miejscu ode mnie. Wiedźma z dumą poprawiła kapelusz i skinęła głową. Kot wstał bez słowa (ha, ha...) - Tędy proszę - otwarłem drzwi i zamaszystym gestem wskazałem schody. Kocur ruszył przodem, wysoko podnosząc ogon, stąpając miękko jak arystokrata. Za nim szła czarownica, zadzierając w górę haczykowaty nos. Na czwartym od dołu stopniu potknęła się i resztę odległości dzielącą ją od podłogi przekoziołkowała, przygniątając sobą nieszczęsnego zwierzeka. Na dole Kot wygramolił się spod towarzyszki i obrzucił ją wściekłym spojrzeniem. Chyba nie muszę dodawać, że było to najbardziej wyraziste wściekłe spojrzenie jakie kiedykolwiek zdażyło mi się oglądać. W mojej chorej, wciąż obolałej głowie powstała teoria co do zdolności wyrażnia myśli gestami przez tych dwoje. Zapewne mieszkając razem, chcieli ograniczyć wymianę słów do minium i podczas długiego, wspólnego życia doszli do perfekcji, którą miałem zaszczyt dziś oglądać. Na dole zastałem prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy. Większość zastawy walała się w kawałkach po ziemi, poplamiony obrus leżał ciśnięty w kąt. Na całym dywanie znajdowały się resztki jedzenia i szkło. Zacisnąłem mocno powieki. Ogromnie zapragnąłem nie stać tu, w zarzyganej koszuli, wśród bałaganu będącego jeszcze niedawno moją kolacją wigilijną, w towarzystwie wiedźmy z miotłą i jej gadającego kota. - Uznam, że nie słyszałam ostatniego życzenia. Było wyjątkowo nieeleganckie z twojej strony. Kiedy otworzyłem oczy zdałem sobie sprawę, że wszystko zostało w niewyjaśnionych okolicznościach uprzątnięte. A mój stół wydawał się... zdecydowanie zbyt duży. Leżało na nim tuzin nakryć, świeże potrawy jeszcze parowały. Na środku stało... akwarium. Z całą pewnościa było to akwarium, a wewnątrz z całą pewnością pływała rybka. Rybka ta, ponad wszelką watpliwaość, była złota. - Zapraszam do stołu - mój głos brzmiał nienaturalnie pusto. Jakby dobiegał z dna jaskini w głębi ziemi, a nie z moich ust. Czarownica usiadła i ułożyła miotłę obok siebie. Na inne krzesło wskoczył Kot i chrząknął znacząco. Niewiele myśląc chwyciłem kilka tomów Encyklopedii Powszechnej PWN i położyłem na kolejnym stołku, na które po chwili wskoczył zadowolony kocur. Usłyszałem dzwonek do drzwi. - Kto tym razem? - mruknąłem. - Czerwony Kapturek? - Ma randkę z wilkiem - odburknął zwierzak patrząc łakomie na Złotą Rybkę. - Karpia poproszę. - Pieprzeni sadyści - oburzyła się Rybka. Podszedłem do drzwi. Otworzyłem je i z niewielkim zdziwieniem zdałem sobie sprawę, że tłusty brodacz w czerwonym dreso-podobnym kompleciku to Święty Mikołaj. - Ho. Ho. Ho - powiedział głebokim głosem absolutnie wypranym z emocji. Patrzyłem na niego dość długo. Chyba zbyt długo, bo nie wytrzymał i odepchnął mnie ładując się do środka. Otrzepał buty zostawiając mi w holu maleńką zaspę. Miałem już zamykać drzwi, ale usłyszałem pośpieszny stukot kopyt na brukowanej ścieżce do mojego domu. Renifer wpadł w poślizg tuż przy drzwiach, wleciał na mnie i przysiadł na zadzie. Następnie otrzepał poroże ponownie zasypując moją podłogę śniegiem. Spojrzał na mnie bystrze. W pysku trzymał kluczyki, które wcisnął mi w dłoń. - Reszty nie trzeba - puścił mi oko i ruszył do salonu stukając podkowami o mój piękny parkiet... Przyjrzałem się kluczykom. Wyglądały całkiem normalnie. Miały płaski breloczek ze złotym napisem "WESOŁYCH ŚWIĄT". Gdy tylko wróciłem do salonu wezwał mnie kolejny dzwonek. Tym razem do środka wpakowała się większa grupa. Chuda, zabiedzona dziewczyna o prostych, rozpaczliwie domagających się umycia włosach opadających na błędne ślepia szła pod rękę z wysokim jegomościem w czarnym kapturze i kosą na ramieniu. Za nimi weszła tęga kobieta w błyszczącej, błękitnej sukience z różdżką w dłoni, kłócąca się zawzięcie z brodatym, łysawym mężczyzną o zmęczonych oczach. Wróżka rzuciła mi nonszalancko płaszcz i przybierając minę kochanej ciotuni usiadła do stołu. Zrezygnowany usiadłem na jedno z czterech pozostałych wolnych miejsc. Zbieranina dziwolągów gawędziła radośnie nakładając sobie hojnie potraw i jeszcze hojniej polewając to winem, które ktoś najwyraźniej wygrzebał z barku. Kot siedział na stole obok akwarium Złotej Rybki, która bełkotała coś odwiecznych zasadach na temat pokoju między wszystkimi rasami. Kocur potakiwał udając, że słucha i co jakiś czas oblizywał się, z satysfakcją wyłapując lekką zmianę w tonie rozmówczyni. Ktoś zapukał. Ale nie do drzwi wejściowych. Przez chwilę siedziałem i zastanawiałem się. Pukanie powtórzyło się odrobinę głośniej, choć wciąż było kulturalne i nienachalne. Wstałem i otworzyłem szafę. Stał tam wysoki stwór o szarawej skórze,ciasno oblekającej wystające żebra. Potwór w przyjaznym uśmiechu ukazywał arsenał ostrych jak sztylety zębów. - Kłaniam - powiedział wesoło ruszył do stołu. - Miłość! - krzyknął ucieszony ściskając tłustowłosą dziewczynę o tępym spojrzeniu. - Dawno cię nie widziałem moja droga... - Och, bo rzadko ostatnio bywasz w świecie Bugimenie - tęga wróżka spojrzała na niego z wyrzutem. - I znowu schudłeś! - dodała wskazując na zapadły brzuch stwora. - Ot, wymóg zawodowy - wzruszył ramionami i usiadł na wolnym miejscu. Wódka wesoło krążyła między biesiadnikami. Ja też musiałem oczywiście coś wypić. Są sytuacje, w których napić się bezwzględnie trzeba. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że taka właśnie nastąpiła. Trochę straciłem rachubę czasu, nie wiem w jakim tempie wszyscy się upili. W każdym…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Apokalipsa555
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…