Wróć do katalogu

Powrót do Wrońców

Geralt z Rivii podróżując przez Velen napotyka zlecenie Barona. Udaje się do grodu starego znajomego,aby je przyjąć.

Eskel, opublikowano , 33 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Samotny jeździec pędził przez łąkę. Biegło za nim stado psów. Dzikich, głodnych psów. Z powodu wojny uciekły ze wsi bądź straciły panów i teraz krążyły w okolicach wsi poszukując jedzenia. Nie wahały się atakować ludzi. - Dalej, Płotka! – krzyczał na konia jeździec. – Ruchy, ruchy! Jeżeli chcesz wyjść z tego cało, musimy dotrzeć do wsi!

Koń biegł coraz szybciej. Zwykłe zwierzę padłoby już dawno, ale nie Płotka. Był to doskonale wyszkolony, wytrwały koń wiedźmina Geralta z Rivii. Bo to właśnie on uciekał przed psami. Rzecz jasna mógł się zatrzymać i wybić ogary, ale tego nie zrobił. A to dlatego, że mogłoby być na nie zlecenie i nie dostałby nagrody. A każda płaca była dla niego ważna. Koń minął drzewo wisielców. Stało ono na niewielkim wzniesieniu, otoczonym łąkami. Jakieś dwie mile dalej widać było wieś o nazwie Jawornik. Na drzewie wisiało wiele szkieletów, niektóre mogły być tam już od lat, a niektóre od kilku dni. Niektórzy mogli się sami powiesić, niektórych powiesili żołnierze lub rozdrażnieni chłopi. Choć wojna już się skończyła, niewielkie oddziały Nilfgaardczyków i dezerterów wciąż nachodziły wioski. Zabijali wieśniaków, zabierali im żywność i pieniądze, porywali kobiety i dzieci, czasem zwierzęta, palili zboże. Często można było znaleźć dezerterów bądź Cesarskich pobierających opłaty niczym najzwyklejsi zbóje. Kto nie płacił, ginął, a jego ciało zjadały trupojady, które wypełzały ze swych kryjówek. Kawałek przed psią, psy przestały gonić jeźdźca i zrezygnowane zawróciły. Geralt uspokoił wierzchowca znakiem Axii i wjechał do miejscowości.

Jawornik wyglądał jak typowa wioska w Velen. Biednie wyglądające, drewniane chaty kryte strzechą, rzadziej drewnem, uschnięte drzewa. Gdzieniegdzie stały ławki, na których siedziały wioskowe staruchy. Rozmawiały one na przeróżne tematy, plotkowały i obgadywały mieszkańców okolicy. Na widok wiedźmina przerwały rozmowę, a kiedy przejechał rozpoczęły nową pogadankę. O nim. Na środku wsi, przy drodze, stał najbardziej interesujący wiedźmina punkt. Była to drewniana tablica ogłoszeniowa, na której mieszkańcy przyczepiali przeróżne wiadomości, w tym zlecenia. Geralt zeskoczył z Płotki i zbliżył się do tablicy. - Co my tu mamy? – mruknął sam do siebie. – Hmm, poszukuję grajka, tanie wyroby, idą dziady, strzeżcie się dzikich psów, zlecenie: Tajemniczy Morderca. Coś ciekawego…. Hmmm.

Geralt zerwał ogłoszenie z tablicy i chwycił je do rąk. Jego treść była następująca:

Potrzebny Wiedźmin! W Velen pojawił się jakiś straszliwy stwór. Nie bestia dzika, lecz stwór przedziwny, sprytny i niczym lis szczwany. Zabija on ludzi, mężów i baby, nad dzieckiem też się nie zlituje. Grasuje w okolicy Kasztelu, ale do pobliskich wsi też chodzi! Wiedźmin, który chciałby się podjąć zlecenia, proszony jest do kasztelu Wrońce na rozmowę z Baronem.

- Więc baron powrócił! – mruknął wiedźmin. – Przyjmę zlecenie, ciekawe jak mu się wiedzie! Czy żona ozdrowiała, czy wrócił samotnie…..

Wskoczył na konia i ruszył. Wyjechał ze wsi i pędził w stronę rzeki. Minął kapliczkę Welesa i dojechał do mostu. Kręciło się pod nim kilka utopców, potworów okrutnych, czyhających na ludzi. Rzucały się na wszystkie napotkane osoby i wciągały do wody, tam pożerały. Wiedźmin wolał się ich pozbyć. Wyjął z pochwy miecz srebrny, specjalny na potwory i zgrabnie zbiegł pod most.

Utopców było sześć. Niebieskie, wychudzone poczwary przypominały trochę ludzi. Miały jednak błony pławne, szpony niczym zwierzęta, paskudne zębiska i kolce na plecach. Geralt błyskawicznie złożył palce w Igni. Strumień ognia podpalił dwie bestie. Rycząc z bólu rzuciły się na Geralta. Ten szybko odskoczył i ciachnął poczwarę, która wynurzyła się z wody. Syknęła i zanurzyła się ponownie. Pozostałe utopce wciąż nacierały na wiedźmina. Ten zasłaniał się falami ciosów i co chwilę używał Igni. Topielce nie przepadały za ogniem, ponieważ ich cienka skóra była na niego niezwykle wrażliwa. Ryczały i skakały w kierunku wiedźmina. Ten jednak rozpoczął młynek tnąc wszystkie i odpędzając je w kierunku wody. Popłynęła ich blada krew. Największy osobnik próbował wskoczyć Geraltowi na plecy, jednak ten odciął mu zgrabnym ciosem łeb, po czym zrobił unik przed atakiem następnego i spalił go Igni. Ogień zadziałał perfekcyjnie i stwór padł. Reszta utopców podjęła jeszcze jedną próbę powalenia wiedźmina, jednak ten wykonał ponowny młynek, ścinając dwóm z nich łby. Tego było dość. Dwa utopce, które zostały przy życiu, uciekały w kierunku wody, ale nie doceniły wyposażenia wiedźmina. Wydobył on petardę Gwiazdę Tańczącą i rzucił ją w ich kierunku. Wybuch zabił oba ranne stwory…. - No i po robocie – mruknął wiedźmin i wyciągnął zza pasa ostry sztylet. Służył on do wyciągania wnętrzności potworów i brania trofeów. Wnętrzności potrzebne było do warzenia przeróżnych eliksirów, a także do tworzenia wiedźmińskich zbroi. Trofea były wykorzystywane do udowadniania wywiązania się z roboty. Geralt wyciągnął kilku utopcom mózgi. Zmieszane z kilkoma zielskami służyły do wytworzenia oleju przeciwko trupojadom i eliksirów. Olej był nakładany na miecz, a jego efekt widać było już na początku walki. Ciosy srebrnego miecza, wysmarowanego olejem bolały bestie niczym pożoga. Wiedźmin wrzucił wnętrzności do sakwy i wspiął się na górę. - Jedź, Płotka – skinął na konia i ruszył. Przejechali przez most i zaczęli mknąć w kierunku Kasztelu Wrońce, siedziby Filipa Strengera zwanego Krwawym Baronem, samozwańczego władcy Velen. Po godzinie dojechali do kapliczki Peruna, przy której modliło się kilku wieśniaków. Jeden z nich, czarnowłosy mąż z wielkim wąsem burknął na widok wiedźmina: - Witamy na zadupiu! Geralt nie odpowiedział. Nawet się nie zatrzymał, tylko jechał dalej. Teren wzdłuż drogi był podmokły i zalesiony. Nagle gościniec przecięła rzeka. Na moście stała zgraja zbirów, trzymających broń. Przywódca pokazał Geraltowi, żeby się zatrzymał. Tamten spokojnie zeskoczył na ziemię i zbliżył się do uzbrojonych. - Przejazd kosztuje dziesięć koron! – powiedział przywódca, brodacz w skórzanej zbroi i żelaznym hełmie. – Płać, albo zawracaj! Ale pamiętaj, do kasztelu nie znajdziesz szybszej drogi! - Dziesięć koron, powiadacie! – spytał wiedźmin. – Ile osób dziennie wam płaci? Dwie, jedna, czy nikt?! - Nie twój interes! – parsknął przywódca. – Ten most jest nasz i zapłata to jedyny sposób na przejazd! - Nie zamierzam wam płacić! – powiedział Geralt. – Zejdźcie mi z drogi! - Ha, ha! – zaśmiał się herszt. – Niby dlaczego?! - Dlatego! – mruknął wiedźmin i odsłonił medalion cechowy. Użycie Axii mogłoby doprowadzić do walki ze zdenerwowanymi rabusiami. Wolał spróbować ich wystraszyć. Skutek był natychmiastowy. - Wybacz, panie wiedźminie! – krzyknął przywódca. – Nie poznałem, kim jesteś… Ty możesz przejeżdżać tędy, kiedy tylko zechcesz… - Tak jak wszyscy chłopi! – mruknął Geralt. – Jak was tu jeszcze zobaczę, nafaszeruję was stalą. Zejdźcie mi z oczu, rabujcie dezerterów, czy Nilfgaardczyków! - Oczywiście, oczywiście! – ukłonił się grzecznie wódz. – Już zmiatamy! Chłopaki, idziemy ubić niedźwiedzia! Mówiąc to odszedł, a za nim reszta rzezimieszków. Wiedźmin jechał dalej. Minęła kolejna godzina i dotarł na niewielkie wzniesienie, z którego było widać Kasztel Wrońce. Gród stał na wzgórzu otoczonym szeroką, głęboką fosą. Jedynym dojściem do bramy był zwodzony most, opuszczany na wypadek zagrożenia. Przed nim stało kilka chat smolarzy i rolników, a dookoła roztaczały się podmokłe tereny. Tak wyglądało centrum Velen, Ziemi Niczyjej. Gościniec prowadził prosto pod most. Stało przed nim dwóch żołnierzy Barona, grubych rzezimieszków z buławami, odzianych w kożuchy. Widząc wiedźmina, weszli na most i stanęli w pozycji obronnej. - Czego?! – wrzasnął jeden z nich. - Spokojnie – odparł Geralt. – Jestem wiedźminem. Przyjechałem w sprawie zlecenia… - Zlecenia?! – parsknął strażnik. – A może przyjechałeś zakłócać porządek w kasztelu? Dlaczego miałbym cię wpuszczać?! - Spokojne, Zbycho! – powiedział drugi żołnierz. – Ja go już kiedyś widziałem w Velen. To Geralt z Rivii, prawdziwy wiedźmin! To on pomógł Baronowi odzyskać żonę! - W porządku! – warknął Zbycho. – No to jedź, ale pamiętaj! Jeden występek, a utnę ci jaja i wrzucę je do rzeki na pożarcie utopcom! - Nie zdążyłbyś! – mruknął groźnie wiedźmin i przejechał pomiędzy strażnikami. – A co u Barona? - Stul pysk! – ryknął Zbychu. – Dowiesz się za chwilę! - Bardzo miłe powitanie – mruknął wiedźmin i wjechał przez bramę do Kasztelu.

Miejsce to było inne niż reszta miejscowości w Velen. Chaty wydawały się bogatsze, ludzie mniej głodni. Po wsi chodziły zwierzęta. Roiło się tam od kotów i psów, gdzieniegdzie biegały też kury. Na sznurach suszyła się bielizna miejscowych. Przy ścieżce stała mała gospoda, pod którą kręcili się pijący wódkę żołnierze. Dalej stały kramy kupieckie i spichlerze. Droga prowadziła stromo w górę, aż do potężnej bramy z zamykaną kratą, aktualnie opuszczoną. Siedziało przed nią czterech żołdaków. - Stać! – krzyknął ich dowódca. – Do Barona?! - Do Barona – przytaknął Geralt pokazując medalion. – W sprawie zlecenia i ze względów starej znajomości. - Znam cię! – krzyknął jeden z nich. – Przecież ty jesteś Geralt. Witamy we Wrońcach, wiedźminie! Witamy, kurwa, we Wrońcach! - Wpuścić Geralta! – krzyknął przywódca. Brama poczęła się podnosić. Wiedźmin podziękował skinieniem głowy i wjechał na dziedziniec…. Brudno było na nim niczym w jaskini ghuli. Pełno szamba, zwierzęcych odchodów, na rogu niewielka kupa gnoju. Cuchnęło. Wiedźmin zatkał lekko nos i zeskoczył z konia. Zbliżył się do niego gruby stajenny. - Wiedźmin z Rivii?! – spytał. – Zabiorę waszego konia do stajni. - Dobrze, ale bądźcie ostrożni. – odparł Geralt. – Jeden niewłaściwy ruch, a Płotka złamie ci kilka kości. Pilnujcie, żeby miał jak najlepsze warunki. - Tak, panie! – ukłonił się stajenny i chwycił Płotkę za lejce. Ten posłusznie ruszył za nim, nie stawiając żadnego oporu. Wiedźmin wypatrzył na rogu dziedzińca stanowisko płatnerza.

- Ha, klient! – krzyknął rzemieślnik, stary krasnolud z długą brodą. – Coś naprawić, sprzedać?! - Fergus, tak? – spytał wiedźmin. – Zamówiłem kiedyś u ciebie zbroję. I musiałem płynąć na Undvik po narzędzia….. - To musiało być dawno, bo cię nie pamiętam. Ale mniejsza z tym, co dla ciebie zrobić?! - Ile kosztuje teraz naprawa mieczy?! - Hmm, pokaż je z bliska! Geralt wyciągnął z pochwy oba miecze i podał je płatnerzowi. Ten obejrzał je uważnie, po czym westchnął: - Wybacz, wiedźminie, ale już się nie zajmuję naprawą mieczy. Rzuciłem to, kiedy odeszła moja pomocniczka, Yoanna. Teraz naprawiam jedynie zbroje. No, robię też, rzecz jasna. - Masz może na sprzedaż narzędzia kowalskie?! - No pewnie! Za kogo ty mnie masz. Czeladnicze narzędzia kowalskie i płatnerskie, 30 koron za sztukę. - Cholernie drogo! – zaklął wiedźmin. – Ale niech ci będzie, zdzierco. - Jak mnie nazwałeś?! – oburzył się Fergus. – Dawaj forsę i bierz narzędzia. Wiedźmin mrucząc pod nosem, wziął od krasnoluda narzędzia i rzucił mu pieniądze. Odwrócił się i poszedł dalej. Droga prowadziła przez kolejną bramę, tym razem bez kraty. Stało w niej kilku wartowników. Łypali ponuro na Geralta, ale ten nawet na nich nie spojrzał.

Drugi dziedziniec sprawiał zupełnie inne wrażenie niż poprzedni. Po prawej stronie stał dworek Barona. Wysoki, drewniany z wieżą. Obok niego roztaczał się niewielki ogród z żywopłotem i fontanną. Po lewej stronie stały budynki gospodarcze, zaś na środku dziedzińca studnia. Wiedźmin pamiętał dobrze, jak wchodził przez nią do kasztelu, kiedy był tu pierwszy raz. Pod studnią była jaskinia Baby Wodnej, paskudnej bestii. Nagle drzwi dworka otwarły się z hukiem i ze schodów zszedł Baron. Był to mąż ogromnej postury. Odziany w czerwony płaszcz, nakryty zbroją, z wielkim rozdętym brzuchem. Miał srebrną brodę i wąsy. Wiedźmin zbliżył się do niego. - Witaj Geralt, stary druhu! – krzyknął Baron. Miał potężny głos. - Witaj, Baronie! – odparł Geralt. – Co z żoną?! Baron cały poczerwieniał. Mruknął coś pod nosem i zaproponował wejście do dworka. Wiedźmin skinął głową. … Baron zaprowadził wiedźmina do wielkiej sali. Kazał wyjść strażnikom i grzecznie wskazał Geraltowi krzesło. Wiedźmin usiadł, Strenger też. - Pytałeś, jak z żoną – powiedział spokojnie Baron. – Dobrze. Aktualnie jest w Oxenfurcie na targu. - Pogodziłeś się z nią, czy dalej nie chce cię znać?! – spytał groźnie Geralt. Baronowi uśmiech znikł z twarzy. Spojrzał się ponuro na okno. - Nie przypominaj mi tego, kurwa! – warknął. – Mam z nią dość dobre stosunki i nie wracam, do tego co się wtedy działo. Uzdrowiciel pomógł. Po roku w Górach Sinych odzyskała zmysły….

Dawniej Geralt robił dla Barona zlecenie. Chodziło o odszukanie jego żony. Odnalazł ją przypadkowo na Krzywuchowych Moczarach, u wiedźm. Wiedźmy te były władczyniami Velen, a nazywały się Prządka, Kuchta i Szepciucha. Wiedźmin odzyskał ją z ich rąk, ale wycieńczona kobieta postradała zmysły. Baron zabrał ją do uzdrowiciela w Góry Sine. Wcześniej Strenger był pokłócony z rodziną. Nie stronił od gorzałki i bił żonę, która dawniej go zdradziła. Zdruzgotany tym wydarzeniem Baron zaczął pić. I pił dużo, alkohol był jego jedynym przyjacielem. Żona, Anna, razem z córką, Tamarą, postanowiły uciec. Córce się to udało, lecz Annę uprowadził do wiedźm bies. Stało się to dlatego, iż wcześniej żona barona zawarła z nimi pakt. Chodziło o zatrzymanie jej ciąży.

- A więc wszystko dobrze? – spytał wiedźmin. - Z Anną tak, z Tamarą nie. Włóczy się gdzieś z tymi pieprzonymi łowcami wiedźm…… Gdybym miał jeszcze na to wpływ.. Ale nie mam, cholera, nie mam! Ten palant Graden nie chce jej puścić do domu. Mówi, iż najpierw musi się przysłużyć Wiecznemu Ogniowi. Gówno, nie religia…. Już bardziej wiarygodne są pogańskie zwyczaje, niż ten pieprzony ogień…. A ty co sądzisz o Wiecznym Ogniu?! - Oszustwo – mruknął wiedźmin. – Zwykłe oszczerstwo. Nie służy on do ochrony przed złem, ale do wykorzystywania ludzi. W Ogniu Wiecznym moje grzechy spłoną, Nasz świat chroni Wieczny Ogień….. Zwykłe bzdury…. Zgadzam się z tobą. - Ha! – zaśmiał się Baron. – No, przynajmniej jeden nie wierzy w to gówno. Niedawno do Wrońców przyjechał kaznodzieja, paskudny typ. Nawracał moich ludzi na Wieczny Ogień. Chciałem go wtrącić do lochu, ale Anna się zdenerwowała. No, więc w nocy wysłałem kilku ludzi do stajni, gdzie nocował, napieprzyli mu i wyrzucili z kasztelu. Więcej tu nie wróci…. Ścierwo zwykłe. - A wywiązałeś się z obietnicy danej córce?! – spytał Geralt. – Nie sięgasz już po gorzałkę?! - Za kogo ty mnie masz, wiedźminie?! Oczywiście, że się z niej wywiązałem. I nie żałuję tego. - Twoi ludzie nie buntują się z tego powodu?! - A, oni nie mają nic do gadania. Dranie…. Były kłopoty, kiedy wyjechałem w góry… - Jakie? - Ten dupek Sierżant nadużywał swojej władzy. Zabrałem żonę, ośmiu ludzi i pojechaliśmy. Sierżant miał mnie zastąpić w tym czasie. I tak to zrobił, że musiałem go wygnać… - Chodzi zapewne o terror, który tu panował, jak odjechałeś.. - Nie, nie tylko o to – jęknął Baron. – Chodzi o to, że zbuntował się przeciwko mnie. Nie dość, że rozpuścił za bardzo swoich ludzi, a ze stu miał na zawołanie, to jeszcze planował urządzić na mnie zasadzkę, gdy wróciłem. Zwołał dwudziestu ludzi i zasadzili się przy gościńcu. Sierżanta tam, rzecz jasna nie było, czekał we Wrońcach. Później powiedziałby, że napadli mnie Nilfgaardczycy, albo bandyci. No, ale nie spodziewał się, że będę miał czterdziestu ludzi w eskorcie. Najemników profesjonalistów. W walce zginęło piętnastu chłopców Sierżanta i trzech moich. Dowiedziałem się od jeńców, że to Ardal ich przysłał. Wjechałem do kasztelu i jak myślisz, co zrobiłem?! - Nie wiem. Kazałeś powiesić Sierżanta?! - Ee, Anna się nie zgodziła. Wpadłem do kasztelu i na powitanie strzeliłem go w ryj. Upadł na podłogę i próbował wstać. Dostał drugi raz. Potem moi ludzie wywlekli go do wsi, gdzie na oczach wieśniaków dostał trzydzieści kii. Potem oberwał jeszcze kilka razy ode mnie, aż stracił przytomność. Jego i jego kilku pomagierów kazałem wyrzucić z grodu. Bez gaci… - Mieszkańcy pewnie się cieszyli. - A jakże! Pozbyli się ciemiężyciela. Ciekawe, co teraz porabia. Mam nadzieję, że gryzie ziemię. Sam bym go chętnie zatłukł, ale Anna popadłaby w rozpacz. Był jej zawsze oddany, szanował ją i bawił się z małą Tamarą….

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych