Wróć do katalogu

Poza chmurami

Pierwszy taki mecz w życiu Halvora.

maestrina, opublikowano , 37 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

DESZCZ BĘBNIŁ MONOTONNIE O SZYBY SZKOLNYCH SAL. Ciężka, senna atmosfera unosiła się ponad głowami znękanych uczniów i nie mniej wyczerpanego nauczyciela, sprawiając, że lekcja matematyki powoli zamieniała się w swoiste leżakowanie grupy siedemnastolatków wraz z profesorem. Kilka osób przysypiało, niektórzy czytali pod ławką literaturę niekoniecznie popularnonaukową, jeden z licealistów zaś, siedzący w ostatniej ławce, w skupieniu wyglądał przez okno, a im rzęsiściej padał deszcz, tym bardziej jego twarz pochmurniała. Kolejne krople coraz dalej zabierały jego wspaniałe plany na piątkowe popołudnie. – Niech to szlag! – wyrwało mu się cicho, nim smętnie opadł na blat ławki, zatrzymując się wzrokiem na jakimś wysoce skomplikowanym równaniu gdzieś na siedemdziesiątej szóstej stronie podręcznika. Napis powyżej głosił coś o potęgowaniu potęg, jednak jego ogólny sens nijak nie chciał dotrzeć do umysłu jasnowłosego chłopaka, który swej przyszłości nie wiązał z żadnymi przedmiotami ścisłymi, a już na pewno nie z matematyką. Siedzący obok Kenneth Jacobsen szturchnął go łokciem. – O co chodzi, Halie? – spytał szeptem w odpowiedzi na nieme zdumienie kolegi. Halie oparł głowę o parapet i westchnął. Już chciał opowiedzieć, co się stało, dlaczego deszcz jest tak wielkim zmartwieniem. Przerwało mu jednak znaczące chrząknięcie profesora, starającego się zachować choćby pozory wzorowo prowadzonej lekcji. Wobec takiego obrotu sprawy, młodzieniec otworzył zeszyt i ołówkiem naskrobał szybko wiadomość: „W taką pogodę nie da się jeździć!” Przeczytawszy, Kenneth ze zrozumieniem pokiwał głową. Jako syn promotora klubu Holsted SK, dość się już w swoim życiu napatrzył, jak pogoda potrafi pokrzyżować plany trenującym żużlowcom. A otwarcie sezonu zbliżało się nieubłaganie… „Nie przejmuj się. Przecież wiesz, że Ing zrobi wszystko, żebyście jednak trenowali” – odpisał natychmiast, poklepując Halvora po ramieniu. Uśmiechnęli się do siebie – obaj aż za dobrze wiedzieli, że Ingmar Erik Hansen, kapitan drużyny, prędzej postawi świat na głowie niźli dopuści do tego, by trening się nie odbył. Właśnie w tym momencie zadzwonił dzwonek, przerywając świszczącą w uszach ciszę i budząc połowę klasy do życia. Druga połowa natomiast, jakby nie zauważając obwieszczającego koniec lekcji dźwięku, wciąż spoczywała z nosami w podręcznikach. Tymczasem Halie niemal natychmiast poderwał się z miejsca, chwycił plecak w jedną rękę, w drugą zaś jedyny leżący dotąd na ławce przedmiot – podręcznik – po czym ile sił w nogach wybiegł z sali, jeszcze zanim nauczyciel zdołał wstać z miejsca. Zaraz za nim popędził Kenneth. Do drzwi wyjściowych dotarli na chwilę przed tym, zanim pojawiło się tam kłębowisko znękanej braci szkolnej. Chcieli wyjść, ale w ostatnim momencie dobiegł ich damski głos: – A wy dokąd? Tak bez pożegnania? Halie odwrócił się i niemal natychmiast ujrzał czarnowłosą ślicznotkę w legginsach i bluzce na ramiączkach. Uśmiechnął się na jej widok. Lubił tę dziewuszkę z równoległej klasy, tę… Chwileczkę, jak jej było na imię? – Cześć, Cathrine! – Szarmancko uchylił kapelusza, czy też raczej wysłużonego kaszkietu w beżową kratkę. Przez chwilę wpatrywał się jeszcze w stojącą w otoczeniu koleżanek dziewczynę, po czym przypomniał sobie, dokąd się wybiera i oznajmił: – A teraz wybaczcie, drogie panie, ale lecę na trening… – Jednak znów nie zdążył uczynić dwóch kroków, gdy rozległ się słodki głosik Cath: – O! A co trenujesz? – Halie jeździ na żużlu – odpowiedział za niego Kenneth, wywołując tym zbiorowy okrzyk zachwytu wśród pań. Halvor już go nie dosłyszał, wchodził bowiem po schodach prowadzących do wyjścia. Śpieszyło mu się, co było całkiem normalne. Chociaż w drużynie nigdy nie odgrywał znaczącej roli, lubił być na treningach, rozmawiać ze starszymi, doświadczonymi zawodnikami, czy chociażby podpatrywać przygotowania tychże – zarówno fizyczne, sprzętowe, jak i mentalne. I, koniec końców, tylko podczas treningu miał okazję rywalizować z prawdziwymi żużlowcami. Takiej okazji każdy młody jeździec pragnął najbardziej na świecie. Pokonał już ostatni stopień i pędem rzucił się w stronę drewnianych drzwi. Pchnął je z niebywałą siłą, aż wychodzący za nim Kenneth zdziwił się, jak „ciężkie niczym sto wołów” wrota – jak nazywali je uczniowie – mogły tak prędko ustąpić. Lecz ten wątek szybko zakryła inna, o wiele istotniejsza, myśl. Za drzwiami bowiem, u progu upragnionej wolności, widać było skrawek nieba. Szare chmury powoli rozstępowały się, a promienie słoneczne wreszcie przebijały przez ciemne kłęby. Halie odwrócił się w stronę kumpla. Na jego twarzy połyskiwał triumfalny uśmiech.

*

– Halvor! – Niski głos jednego z kolegów z drużyny przebił się przez warkot silników. Halie uniósł głowę i na chwilę odłożył trzymany w ręce śrubokręt. – Tak? – wrzasnął, mając niejasne wrażenie, że w tym szumie przecież nic nie powinno być słychać. Jasnowłosy żużlowiec, niejaki Anders, podszedł do niego i pociągnął za rozpięty rękaw kevlaru. Chłopak posłusznie wstał, z pewną dozą niepewności wpatrując się w starszego zawodnika. – Do biura, młody! Na jednej nodze! – krzyknął mu do ucha. Przez głowę Halvora w jednej chwili przeleciało tysiąc jeden myśli, wśród których dominowała ta jedna, jedyna – to pewnie koniec. Żegnają się z nim, bo na co im junior, którego nawet nie można przetestować na meczu. Zresztą, Holsted wręcz cierpiało na nadwyżkę zdolnych juniorów, odprawią go z kwitkiem i każą szukać szczęścia gdzie indziej. Tylko gdzie?! Zmrożony tymi mało optymistycznymi wizjami, potrzebował chwili, by zmobilizować się i pędem pognać do siedziby zarządu klubu. Kenneth jak cień ruszył za nim. Biegiem minęli boksy innych zawodników, a spostrzegawcze oko Halvora zarejestrowało podejrzany porządek w królestwie Ingmara Erika Hansena. Czyżby kapitan już skończył dzisiejszy trening? Halie aż poczuł dumę, że choć najważniejszy żużlowiec w drużynie jeździł tak krótko, znalazł czas, by zmierzyć się z nim aż trzykrotnie. A raz nawet… Och, Halvor wiedział, że nie zapomni tej chwili tak szybko – raz nawet udało mu się wygrać z wielkim mistrzem. I to wcale nie dlatego, że Ing dawał mu fory, przecież to nie leżało w naturze kapitana – on każdego cisnął maksymalnie, każdemu tak samo chciał udowodnić swoja wyższość. Jak można się pozbyć juniora, który pokonał Ingmara Erika Hansena?! Nieważne, że raz i na treningu – liczy się fakt! Tym też argumentem Halie planował zacząć przekonywanie zarządu do przydatności swojej osoby w późniejszych latach. W końcu – gdyby go odprawili, skończyłyby się marzenia o jeździe na żużlu. W żadnym innym klubie nie mógłby jeździć, a powód ku temu był zasadniczy – jego rodzice – a właściwie matka, ojciec bowiem był w domu rzadkim gościem – nic nie wiedzieli o uprawianiu przezeń jakiejkolwiek dyscypliny. Po każdym treningu obiecywał sobie, że właśnie dziś powie, gdzie przepada na całe popołudnia i dlaczego czasem wraca ze zdartą skórą na łokciu. Jednak gdy tylko przekraczał próg domu, opuszczała go odwaga. Bo jak niby miałby wytłumaczyć fakt, że trenował od roku i przez cały rok nie pisnął nikomu ani słowa na ten temat? Poza tym, mama uznałaby, że żużel jest niebezpieczny i zbyt kosztowny, i kazała siedzieć w domu albo zająć się czymś innym. A on chciał być właśnie żużlowcem i koniec! Zgodę opiekuna na przystąpienie do szkółki dostał od ojca, zbyt zajętego, by choćby spojrzeć na podpisywany papierek, sprzęt zaś i kevlar wyżebrał u władz klubu, które chętnie wspomagały każdego żużlowego zapaleńca. Gdy szedł na trening, opowiadał mamie bajki o spotkaniu z kumplem, randce albo dodatkowych zajęciach w szkole. Jak dobrze, że nigdy nie przyszło jej do głowy sprawdzanie wiarygodności tych wymówek! Dotarli do niewielkiego, piętrowego budynku, służącego za siedzibę klubu. Pod drzwiami stał – o dziwo – Ingmar, już przebrany w zwykłą koszulę i dżinsy. Na widok Kennetha pokręcił przecząco głową. – Osoby towarzyszące uprasza się o pozostanie przy bramie – poinformował, mrugając porozumiewawczo do syna promotora. Halie ruszył naprzód, biorąc głęboki wdech. Coś mu podpowiadało, że wolałby pozostać na zewnątrz. Ingmar otworzył przed nim drzwi i gestem zaprosił do środka. – Właź. – Przyjrzał się uważnie chłopakowi, po czym dodał: – I uśmiechnij się, na litość boską, bo wyglądasz, jakbyś szedł na ścięcie. Halvor rzucił mu ponure spojrzenie pod tytułem: „Łatwo ci mówić. To nie ciebie zaraz wywalą z drużyny”. Zapewne Ingmar nie wiedział o planach zarządu i był tylko kimś na zasadzie przynieś-wynieś (tu: przyprowadź-wyprowadź). Pewnie nie miał pojęcia, że oto widzi Haliego po raz ostatni w kevlarze w barwach Holsted SK. Nie tylko on – żaden z trenujących dziś żużlowców nie miał tej świadomości. W pewnym momencie łzy zaczęły się cisnąć Haliemu pod powieki, gdy poczuł, że przecież jest związany z tymi ludźmi, z klubem, że trudno będzie mu się pogodzić z opuszczeniem drużyny. Może pozwoliliby mu zostać asystentem mechaników? Mógłby nawet podawać zębatki, byleby pracować blisko ekipy z Holsted! Korytarz był wąski, ciemny i ciągnął się w nieskończoność. Na jego końcu, po lewej stronie, Halvor dostrzegł uchylone drzwi. To pewnie tam obradowali „ludzie z góry” i to tam ważył się jego los. Na samą myśl o tym fakcie aż się wzdrygnął. Nie, dalej nie pójdzie, przecież wie, co go czeka za drzwiami. Odwróci się, wyjdzie i już nigdy nie wróci. Proste, banalne, najłatwiejsza droga. Najłatwiejsza droga ucieczki. – Hola, a ty dokąd? – Ingmar zagrodził mu przejście. Kapitan do małych chudzielców nie należał, toteż Halie z góry założył, że próbować obejść „przeszkodę”, ruchomą w dodatku, jest bezsensem. Chciał nawet wymyślić jakieś kłamstewko na poczekaniu, lecz gdy jego oczy przypadkiem napotkały wzrok Hansena, już wiedział, że łatwo się nie wywinie. – Przecież wiem, po co mam iść na to spotkanie! – rzucił ostro, jednak z zaskakującą szczerością. Ing zamrugał kilkakrotnie, a kąciki jego ust uniosły się lekko w dziwnie znaczący sposób. – Tak sądzisz? – spytał z zawadiackim uśmiechem, zaplatając ręce. – Wolałbym, żebyś usłyszał o tym oficjalnie, od zarządu. „Aha, czyli Ing o wszystkim wiedział!”, pomyślał z goryczą Halie. Nie dość, że chcą go wyrzucić z drużyny, to jeszcze zamierzają skompromitować. To powinno podpadać pod jakiś paragraf. Czując się z każdą sekundą coraz gorzej, podreptał grzecznie za kapitanem. Może jeśli nie będzie pyskował, nie dadzą mu wilczego biletu we wszystkie miejsca związane z żużlem. Z ustami zaciśniętymi w wąską linię wszedł za Ingmarem do pokoju. Wokół okrągłego stołu siedzieli tam wszyscy znani mu – oraz ci, których kompletnie nie kojarzył – członkowie zarządu, jednak tym razem nie zwracał szczególnej uwagi na poszczególne osoby. Ktoś wskazał mu miejsce obok promotora. Halie usiadł z nachmurzoną miną, po czym bez chwili wahania spuścił głowę, udając, że w lakierowanym na czarno blacie jest coś szczególnie fascynującego. Nie minęło parę sekund, a poczuł szturchnięcie. Z najwyższym trudem kryjąc zdenerwowanie, spojrzał na twarz Jacoba Jacobsena. – Nie stresuj się tak, nie damy ci zginąć. – Po czym puścił do niego oczko. Właśnie w tamtym momencie niejako skonsternowany Halvor pierwszy raz dopuścił do siebie myśl, iż może chodzić o coś innego niż wyrzucenie z klubu. Nie wiedzieć czemu, pozornie niewiele znaczący gest promotora niesamowicie dodał mu otuchy. Może jednak nie będzie tak źle? Któryś z siedzących za stołem osobników odchrząknął, podnosząc się z miejsca. Szmery rozmów natychmiast ucichły, jak ucięte nożem. W twarzy siwowłosego mężczyzny o orlim nosie i wąskich wargach Halie rozpoznał prezesa Holsted SK, Christiana-Uwe Lusegera. Zamarł na przesadnie wygodnym krześle, wpatrując się jak zahipnotyzowany w człowieka, od którego zależał teraz jego los. – Widzę, że jesteśmy tu już wszyscy – odezwał się niskim, głębokim głosem Christian. – I bardzo dobrze – zauważył, ani na chwilę nie tracąc śmiertelnie poważnego wyrazu twarzy. – Nie mam zamiaru zanudzać panów… i pani – spojrzał życzliwie w stronę rzeczniczki prasowej klubu, przysadzistej, młodej kobiety o ciemnych włosach i pogodnych oczach – długimi przemówieniami, toteż przejdźmy od razu do rzeczy. Wszyscy wiemy, że otwierający sezon mecz jest już w najbliższą środę. Przypominam, że bronimy tytułu mistrzowskiego, gdyby ktoś jeszcze nie zdał sobie z tego faktu sprawy. – Po raz pierwszy odkąd Halvor wszedł do biura, na twarzy Lusegera pojawił się delikatny uśmiech. Atmosfera momentalnie uległa rozluźnieniu, gdzieś uleciał towarzyszący dotąd im wszystkim ciężki nastrój. Skoro prezes pozwala sobie na drobny żarcik, nie może być chyba aż tak źle? – Znów jesteśmy stawiani w roli faworytów, co nie zmienia faktu, że mamy paskudną dziurę w składzie – Bjoern Jensen tradycyjnie nabawił się kontuzji na Wyspach i ktoś musi go zastąpić. Widzi mi się jakiś solidny junior, bo tych akurat nigdy nam nie brakowało. Przedyskutowaliśmy z trenerem wszystkie kandydatury i uznaliśmy, że najrozsądniej będzie wystawić kogoś, kto jeszcze nie miał szansy pokazania się w zawodach, a kto z treningu na trening spisuje się coraz lepiej. To nie jest mecz o jakieś być albo nie być, choć nie ukrywam, że lepiej pokazać się z jak najlepszej strony. Zatem razem z Olafem Staermeierem – wskazał na trenera, który skinieniem głowy pozdrowił zebranych – zdecydowaliśmy wstawić do składu Halvora Kristensena. Mamy nadzieję, że nie zawiedziesz naszych oczekiwań. – Tym razem zwrócił się bezpośrednio do Haliego, który z wytrzeszczonymi oczami i palcami z całych sił zaciśniętymi na oparciach krzesła wyglądał, jakby ktoś go zahibernował. To było po prostu niewyobrażalne! Spodziewał się wyrzucenia z drużyny, a tymczasem trener i prezes chcieli go wstawić do składu na najbliższy mecz! – I co? Cieszysz się? – Jacob obdarzył go życzliwym spojrzeniem. Halvor uśmiechnął się niepewnie. – To tylko sen, prawda? – wykrztusił szeptem. - To się nie może dziać naprawdę... – Ale dzieje się – zaznaczył siedzący po jego prawej ręce Ingmar. Wydawało mu się, że minęło zaledwie kilka sekund, nim we trójkę wyszli z sali, kierując się w stronę drzwi budynku. W progu czekał już Kenneth, niespokojnie przestępujący z nogi na nogę. Na wieść o przekazanej na posiedzeniu zarządu informacji nie krył wielkiej radości, rzucając się Haliemu na szyję i prawie go przewracając. – Gratulacje, stary! – wykrzyknął tak głośno, jak umieją krzyczeć tylko rozradowani Duńczycy. Zupełnie nie rozumiał umiarkowanego entuzjazmu kolegi, lecz tłumaczył go sobie w duchu jako przejaw zaćmienia umysłu niesamowicie radosną wieścią. – Zadzwonić do twoich rodziców czy może wolisz pochwalić się osobiście? – spytał znienacka Jacobsen senior, sprawiając, że i tak już zgięte nogi Haliego jeszcze bardziej się pod nim ugięły. – S-sam... – wyjąkał cicho, choć na usta cisnęło mu się głośne i dobitne: "Ja to zrobię! Moi rodzice nic nie wiedzą o tym, że jeżdżę na żużlu!"

* Przez następne dni Halvor naprawdę próbował poinformować matkę o swoim debiucie w lidze żużlowej, jednak ilekroć już nabierał powietrza, by rozpocząć poważną rozmowę, uciekała z niego cała odwaga i nie potrafił wykrztusić ani słowa. Rodzicielka, Hannah Kristensen, nieraz musiała się zastanawiać, o co chodzi synowi i dlaczego podchodzi do niej jak do jeża chorego na wściekliznę. Ani razu jednak nie spytała wprost, czego chce od niej Halvor, wychodziła bowiem z założenia, że tak samo jak jego ojciec – wszak niedaleko pada jabłko od jabłoni – powie wtedy, kiedy poczuje taką potrzebę. Czas miał pokazać, czy się myliła. W sobotnie popołudnie, co stanowiło już niejako swoistą tradycję, Hannah pojechała na zakupy do pobliskiego miasta. „Zakupy” stanowiły pojęcie umowne, pod którym kryło się nie tylko zaopatrywanie domu w niezbędne artykuły żywnościowe (co nie należało do zadań łatwych – Halvor bowiem nie dość, że miał dość specyficzny gust, to jeszcze pochłaniał tyle jedzenia co duży nowofundland), ale także chodzenie po sklepach i oglądanie butów, których i tak nie miałaby za co kupić, czy choćby wybieranie się z przyjaciółkami do lodziarni. Kiedyś nawet odczuwała wyrzuty sumienia, że zostawia syna samego w domu, szybko jednak przekonała się, iż Haliemu ta sytuacja jest bardzo na rękę. Tak czy inaczej, nie wnikając już zbytnio w okoliczności towarzyszące, przyjmijmy, że rodzicielka Halvora była po prostu na zakupach. Albo, dokładniej rzecz ujmując, właśnie z tychże wracała. Starej daty autobus wlókł się w tempie ślimaka z nadwagą, na dodatek zaś na trasie z jednego z większych duńskich miast do Holsted zdarzył się wypadek, efektem czego nie sposób było ominąć ciągnących się w nieskończoność korków. Hannah ze znudzeniem wyglądała przez okno, choć wiejski krajobraz uparcie nie chciał się zmienić w miarę powolnego posuwania się pojazdu do przodu. Z całego serca żałowała, że nie miała okazji wstąpić do księgarni i kupić jakiejś dobrej (lub choćby średniej jakości) książki. Przynajmniej miałaby jakieś zajęcie na czas podróży. Gdy blisko dwie godziny później docierała do domu, była głodna, zła i zmęczona. Na dodatek, zakorzeniła się w niej świadomość, że syn – korzystając z okazji – zapewne wybył do któregoś z kolegów, jak od kilku lat miał to w zwyczaju. Na obecność męża w domu już nawet nie liczyła. Wniosek nasuwał się zatem jeden – nici z odpoczynku, będzie musiała posprzątać w domu, pozmywać naczynia i – chyba przede wszystkim – przygotować sobie kolację. Na samą myśl o tym wszystkim odechciewało jej się żyć. Zapadał już zmrok, kiedy Hannah wreszcie znalazła się pod niewielkim, piętrowym domkiem o spadzistym dachu. Od jakiegoś kwadransa padał deszcz, więc teraz była już zmoknięta, głodna, zła i zmęczona. Tymczasem, ku jej wielkiemu zdumieniu, w oknie salonu paliło się niewielkie światełko. Oczyma duszy ujrzała śpiącego smacznie na kanapie Halvora, ryczący telewizor i stojącą lampę, której syn nie zdążył zgasić przed zaśnięciem. Uśmiechnęła się mimowolnie – zrobiło jej się ciepło na sercu na myśl, że nie będzie musiała spędzać wieczoru sama. Najciszej jak umiała, przekręciła klucz w zamku i weszła do domu, odkładając siatki z zakupami na szafkę w przedpokoju. Od strony największego pokoju nie dochodziły żadne dźwięki świadczące o włączonym telewizorze, z czego Hannah wywnioskowała, że Halie musiał zasnąć przy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych