Pragnienia
Krótki impuls, kilka chwil i życie zmienia się w śmierć, w powolne umieranie w aurze wyrzutów sumienia i poczucia winy... Tuż po tragedii...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jak płachta na byka. Tak podziałało na mnie to… W chwili, gdy moje oczy uchwyciły ten cudowny zdawałoby się brąz, przestałam logicznie myśleć. Otoczenie zniknęło. Pogrążyło się w bezkształtnym cieniu. Jakby przestało istnieć. Czy na pewno?
Odzyskałam świadomość, wydawałoby się, momentalnie. Ku mojemu zdziwieniu nie byłam już pod pokojem nauczycielskim. Uderzyło mnie zimno - straszliwy chłód, co przeszył mnie na wskroś. Oddychałam ciężko, jak po godzinnym biegu. Rozglądnęłam się. I rozpoznałam to miejsce: to „wnęka”, czyli ślepa ścieżka między garażami… mojego osiedla… Dziwne. Jak to możliwe, że jestem na własnym osiedlu, oddalonym od szkoły o dobre trzy kilometry? Jak się tam znalazłam?
Było mi podejrzanie lekko i ciężko zarazem. Pytacie pewnie: cóż ona bredzi? To przecież niemożliwe, by tak było. A jednak… Nie miałam swojego plecaka, który nawet gdy był na wpół pusty ważył dobrych kilka kilo. Więc czemu było mi tak ciężko, pomimo iż nie taszczyłam mojego tobołka? Otóż paliło mnie poczucie winy, takie jakie nie raz dokuczało mi w dzieciństwie, gdy coś przeskrobałam i wiedziałam, że czeka mnie porządne manto od ojca. Wtem zorientowałam się, że moja prawa ręka obraca, bezmyślnie nieco, jakiś gładki, skórzany przedmiot. Spojrzałam na to. Portfel…
Taki brązowy, lśniący i… pełny. Miałam nieodparte wrażenie, że moje sumienie daje mi coś do zrozumienia. Otwórz to, namawiał. No, otwórz!
Tak tedy odnalazłam otwarcie i już po chwili patrzyłam na wnętrze tego jakże cudownego przedmiotu. Jakiś dokument, trochę paragonów, a w kieszonce: banknoty. Dużo banknotów. Moje palce machinalnie zaczęły je liczyć… 1… 2… 3… 4… 5… w końcu: 28… 29… 30! 30 setek! To trzy tysiące! Nie rozumiałam wciąż, co temu mojemu sumieniu odbiło.
Otworzyłaś, krzyknęło. I spójrz, co zrobiłaś!
Mój rozum, który wbrew pozorom jeszcze istnieje, gdzieś siedzi pogrążony w mojej głowie, doszedł do głosu. Oczywiście, po nitce do kłębka… Te pieniądze nie mogą być moje, nigdy w życiu nie miałam tyle gotówki w ręku. Ten portfel także nie był mój. Dokument…
Gdy tylko mój biedny rozum zrozumiał sens słów, które przesłały mu oczy, zbladł. I wraz z nim ja. Imię znajome… Nazwisko jak najbardziej… Lat, wychodzi na to 32… I ta sympatyczna twarzyczka, która wesoło spoglądała na mnie ze zdjęcia… Nauczyciel, szepnął rozum. To portfel nauczyciela.
Szłam wzdłuż bloku jak umarła, co dopiero jakimś cudem wstała z grobu: trupio blada, zdezorientowana, zagubiona. Sama nie wiem, jak doszłam do mieszkania. Poszłam do naszego pokoju. Nie zwróciłam uwagi na matkę, która spała po nocnej zmianie na tapczanie w dużym pokoju, ani na siostrę, która siedząc na fotelu niedaleko pieczołowicie malowała sobie kreskę na górnej powiece. Siostrzyczka nawet na mnie nie spojrzała… Phi! Nihil novi. Właściwie zdziwiłabym się, gdyby powiedziała mi „cześć”. Było mi wszystko obojętne. Zamknęłam drzwi do pokoju i położyłam się. Nie ściągnęłam nawet butów, niefortunny portfel wciąż trzymałam w dłoni. Usilnie starałam się przypomnieć sobie, jak to się stało, że to skórzane „coś” jest teraz w moim posiadaniu, a nie w rękach właściciela.
Siostra wyszła, zawsze demonstrowała to głośnym trzaśnięciem drzwi. Matka przez sen burknęła coś niezrozumiałego, choć pełnego pretensji. I leżała już cicho. A ja leżałam też. Rozum spał. I budziły się demony… I żaden, jak na złość, nie chciał powiedzieć, co zrobiłam.
Pukanie do drzwi… Straszne, nachalne… Odruchowo znieruchomiałam. Na szczęście nie było to pukanie do moich drzwiczek do pokoju, tylko do wejściowych. Słyszałam, jak matka, mrucząc coś pod nosem, wstała i przeszła do przedpokoju. Zgrzyt zamka, głosy… Jeden męski, drugi żeński, trzeci matki. Zrozumiałam tylko słowa rozbudzonej, choć nie do końca przytomnej mamy: „Jej tu nie ma! Jest w szkole!”. I trzaśnięcie. Identyczne jak to, którym siostra demonstrowała swoje wyjście. Szybkie kroki, zgrzyt sprężyn tapczanu i głośne westchnięcie. Najwyraźniej matka uznała, że mnie nie ma, więc przepędziła… Ale kogo? Czułam, że serce aż zadławiło się krwią. Wszak te głosy były znajome. Nazbyt. Skuliłam się. Starałam się oddychać jak najciszej. Być, jakby mnie w ogóle nie było.
Wskazówki zegara poruszały się powolutku. Dopiero po jakimś czasie wstałam. Ciężkie, palące poczucie winy nie opuszczało mnie ani na chwilę. Podreptałam cicho do łazienki. Spojrzałam sobie w oczy. I co poczułam? Nienawiść do samej siebie. Przeraziło mnie to. Huk. To portfel wypadł mi z ręki i uderzył o podłogę. Wstrzymałam oddech. Wsłuchałam się. Matka się nie obudziła. Ulga… Chwilowa. Niewiele myśląc wyszłam z domu. Porwałam tylko z wieszaka jakąś byle jaką kurtkę (ta akurat należała do siostry), zarzuciłam na ramiona. Nie zamknęłam domu na klucz, nie dbałam wówczas o to. Nieszczęsny portfel schowałam do kieszeni. Ale moja prawa dłoń musiała mieć go w zasięgu dotyku. Głaskała go, jak złaknionego pieszczot, opuszczonego psa.
Rozum wciąż spał. Pociągnął za sobą wzrok. A szkoda, bo zdążyłby mnie ostrzec. Przed kim? Przed koleżanką z klasy, która właśnie wracała ze szkoły do domu. Może to nawet dobrze, że ją spotkałam… Bo to ona mi powiedziała, co zrobiłam. Oczywiście, nie na środku ulicy. Weszłyśmy na klatkę schodową. Koleżanka, cała roztrzęsiona mówiła, że prawie zabiłam nauczyciela! Mam nadzieję, że przesadzała, bo ma takie skłonności. A wracając do tematu… Rzuciłam się na niego od tyłu i powaliłam na brzuch. Chwyciłam go za włosy i kilka razy uderzyłam jego głową o posadzkę (o zgrozo!). I uciekłam „umiejętnie myląc pościgi”. I to właśnie wyprowadzając ścigających w pole utwierdziłam wszystkich w przekonaniu, że to zaplanowałam. Och, nie!
Zapytałam o świadków. Było kilku uczniów na ławce, owszem. No i tu jest taka nieścisłość, bo gdybym to zaplanowała, to wybrałabym raczej ustronne miejsce. Prawda…? Do diabła, starałam się bardziej przekonać siebie niż tę dziewczynę…
Pożegnałam się i poszłam. Nogi same prowadziły mnie do szkoły. I zaprowadziły. Był środek lekcji, gdy weszłam. Nikogo nie było na korytarzach. Było podejrzanie cicho. Teraz moja dłoń gorączkowo głaskała portfel, jakby chciała powiedzieć: „Nie bój się, zaraz wrócisz do domu!”. Usiadłam na ławce na pierwszym piętrze. Swoim zwyczajem wyprostowałam nogi. Rozglądnęłam się. Choć korytarz był oświetlony, mnie wydawał się mroczny. Szczególnie ta część, która ściśle przylegała do pokoju nauczycielskiego. Byłam tu rano, a wydawało mi się, że to było tak dawno. Wzdrygnęłam się. Jakby to właśnie w tym korytarzu czaiło się zło, co nakłoniło mnie do tego okropnego czynu. Omiotłam wzrokiem podłogę. I aż mi się słabo zrobiło, gdy w tym okropnym świetle zobaczyłam smużkę. Była taka… czerwono - brunatna. I tak ledwie zauważalna, że sama się sobie dziwiłam, że ją dostrzegłam. Ale była. W kształcie łuku. Na jednym jego końcu był większy kleks. I teraz dopiero do mnie dotarło: ogrom zniszczenia, katastrofy… Te przerażające sceny, jakie się tu rozegrały stały się wyraźniejsze. Ale bardziej dla mojej wyobraźni niż dla rozumu. Skuliłam się. Czekałam na najgorsze. Nie byłam na to gotowa, a jednak czekałam.
Kroki… Ktoś wbiegał po schodach. Patrzyłam w tamtym kierunku spode łba. I kiedy tylko zobaczyłam, kto to, przeszło mi przez myśl, że gorzej być nie może. Dyrektorka. Ta zobaczywszy mnie siedzącą na ławeczce pod gablotką jak gdyby nigdy nic, zamarła. Jakby nie wiedziała czy rzucić się na mnie czy do ucieczki. Kaszlnęłam. Nie wiem, co chciałam przez to powiedzieć. Że co? Że jestem słaba, bezbronna? Nie wiem.
W tymże momencie oddalone nieco drzwi pokoju nauczycielskiego otworzyły się. Wyszedł młody mężczyzna. On także zamarł. Nawet mnie to rozbawiło…
Młody zwrócił się do kogoś, kto najwyraźniej był w środku. Powiedział tylko: „Wróciła”. Dyrektorka w końcu odzyskała kontrolę i nabrawszy głębokiego wdechu wspięła się po tych nieszczęsnych schodach. Podeszła do mnie, bez słowa chwyciła za lewe ramię i zaciągnęła do pokoju. Pojawił się opór. Zaczęłam ulegać powoli panice. Czułam napływające do oczu łzy. I strach przed wejściem. Dyrektorka zaczęła coś mówić, ale ja nie słyszałam. A próg drzwi zbliżał się coraz to bardziej i bardziej… Aż dotarł do mnie.
To był zdecydowanie najgorszy moment mojego życia. Widok zszokowanego mężczyzny, drżącego nieznacznie, z nieobecnym wzrokiem, siedzącego przy wielkim stole. Na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Szczurza Śmierć
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…