Wróć do katalogu

Prawdziwe wiedźmy

Prawdziwe oblicze czarownic, zsyłających zarazę na nasz drób. A przy okazji karczmarzyka, który ma okazję (miłą lub niemiłą) je poznać. Zapraszam do czytania.

Robert'cik, opublikowano , 21 min czytania, 4,2 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i}Gdzie kochać nie można, tam należy mijać. Fryderyk Nietzsche{/i}

Spory tłumek zebrał się dzisiaj na placu przed ratuszem. Nie dziwota w sumie. W dni takie jak ten – w dzień egzekucji heretyków czy innych takich – zawsze gawiedź zbiera się żeby popatrzeć. Nie ma lepszej rozrywki dla miastowych, niźli wrzask palonych czy odgłos głowy spadającej na ziemię. Przed bramą ratusza ustawiono specjalne podwyższenie, dla burmistrza i innych miejskich dostojników. Stawiły się wszystkie znamienitości z okolicy – był i wójt Arthur z Khand, i biskup, świątobliwy Darius. Swoją obecnością zaszczyciła miasto nawet księżna Kori, przebywająca akurat w pobliżu. Oczywiście dla niej miejsce ustawiono na samym środku podwyższenia, dla najlepszego widoku na egzekucję. Siedzący obok burmistrz wstał i wielkim głosem krzyknął, aby wprowadzić skazańców. Zza podwyższenia wyszło kilku strażników w koszulkach kolczych z godłem Cesarstwa, a pomiędzy nimi trzy kobiety. Miały na sobie pokrwawione szmaty, które kiedyś były zapewne lnianymi tunikami. Wszystkie były bardzo brudne i sponiewierane. Nikt z zebranych nie wątpił, że były torturowane, a i żołnierze pewnie się nimi zabawili. Kiedy tylko skazane doprowadzono przed oblicze sądu w osobie burmistrza, stojący nieopodal herold oznajmił głośno: - Te tutaj trzy czarownice zostaną zaraz spalone na stosach, na mocy ustawy... – Jego głos utonął i zginął w fali szeptów i szmerów, które jeszcze bardziej nasiliły się po tym oświadczeniu. On jednak nie zwracał na to uwagi, i dalej czytał tekst z pergaminu. Nikt ze zgromadzonych już go nie słuchał, pochłonięty własnymi domysłami i rozmowami z sąsiadami. Kiedy tylko skończył, zniknął z pola widzenia, a każda z kobiet została wprowadzona na swój stos. Z tłumu wyszło kilku mężczyzn, trzymających zapalone pochodnie. Pośród nich widać było duchownego bogini życia i śmierci, w charakterystycznych oślepiająco białych szatach. Kapłan stanął za stosami, a ci z pochodniami – przed. Duchowny uniósł ręce do nieba, wzywając swoją boginię, aby odpuściła grzechy trzem wiedźmom. Gdy tylko skończył, dał znak, a stosy zapłonęły. Milczące dotąd kobiety wrzasnęły jak na komendę. Siedzący na podwyższeniu burmistrz uśmiechnął się lubieżnie i poklepał po wydatnym brzuchu. Gdy tylko dotarł do nich swąd palonych włosów, księżna Kori wydęła z niesmakiem usta. Nagle wszystko ustało. Wrzaski palonych ucichły, ogień jakby przygasł. - Niech szarańcza zeżre tych, co dali mi tu wilgotne drzewo! – Burmistrz poderwał się ze swojego siedziska i skierował w stronę stosów. Ogień już prawie całkowicie zagasł i wtedy ludzie to zobaczyli. A właściwie nic nie zobaczyli. Do żadnego z pali nie była przywiązana czarownica. Panująca dotąd pełna ekscytacji cisza znów zniknęła i podniosła się wrzawa, jakiej dotąd burmistrz nie słyszał. On sam stanął jak wryty. Gdzieś w tłumie dało się usłyszeć płacz dziecka. Znad stosów uniosły się trzy strużki błękitnego dymu, a swąd palonych włosów ustąpił zapachowi bzu i agrestu. Burmistrz bardzo brzydko zaklął. Tym razem złapał jednak prawdziwe czarownice.

*

Dan siedział cały dzień w swojej karczmie. Kiedy tylko odbywały się egzekucje czarownic, wolał tu zostawać. Teraz polerował szklanki, stojąc za kontuarem. Nie robił na tym wielkiego interesu, ale wystarczało na utrzymanie żony i trzech córek. Nigdy nie zaszkodziło jednak na czymś dodatkowo zarobić. Zdawało mu się, że właśnie na zapleczu wylądowało jego główne źródło zarobku. Dobrze mu się zdawało. Cały magazyn był wypełniony niebieskawa mgłą, a w powietrzu unosił się zapach agrestu i bzu. Na ławie pod ścianą siedziała trójka kobiet w brudnych i połatanych tunikach. Adna, Vera i Jenna. Cała trójka. Chyba w tej mgle nie zauważyły jego wejścia. - Przez ciebie – syknęła Adna – po raz czwarty pogwałciłyśmy prawa. Nie wolno nam się ujawniać, rozumiesz? - Dobrze, spokojnie! – odparła Jenna. – Jest jeszcze młoda, nauczy się. - Już zaczęłam żałować, ze przyjęłam was obie na praktyki. Jako doświadczona czarownica... - Masz prawo nam rozkazywać i nas karcić – powiedziała skrzekliwym, udającym Adnę głosem, Vera. - Znam kodeks. Na pamięć, i chyba właśnie dzięki tobie i jego ciągłemu powtarzaniu. Nie uważasz, że przyda się zerwać z monotonią? Dlaczego nie miałybyśmy się ujawniać? Jesteśmy potężne, mogłybyśmy władać ludźmi... - Powiedz to Radzie – odrzekła Jenna. – Ale przyznaj, że zabawa była przednia – skierowała się do Adny. – A ci żołnierze... Zachichotała, a starsza stażem czarownica po raz pierwszy lekko się uśmiechnęła. - No, w sumie to nawet lubię te płomienie, zawsze lubiłam łaskotki... Teraz wszystkie trzy wybuchły głośnym śmiechem, a Adna zaczerwieniła się. Dan postanowił odchrząknąć i uczynił to. Wiedźmy natychmiast umilkły, a uśmiechy zniknęły z ich twarzy. Vera zakrztusiła się i zaczęła kaszleć jak opętana, a Jenna zdzieliła ją pięścią w plecy. Adna wstała i wyciągnęła do niego dłoń w geście przywitania. - Cieszę się, że znów mogłyśmy pojawić się tutaj po kolejnym głupim wybryku naszej koleżanki. I pewnie niedługo zjawimy się ponownie, jeśli ją dobrze znam. – Mówiąc to, wyciągnęła w jego stronę sporą sakiewkę. Zapłata. Taka jak zawsze. Za milczenie i pomoc w ucieczce z miasta. - Może dzisiaj polecimy na miotłach? – zapytała Vera z błyskiem podniecenia w oczach. – Taka odrobina ekstrawagancji... Nie zaszkodzi. Adna i Jenna zamyśliły się. Z jednej strony to byłoby już drugie pogwałcenie Kodeksu w tak krótkim czasie. Z drugiej to może być naprawdę ciekawe. Adna chyba jeszcze nigdy nie odleciała z miasta w pełnym blasku słońca na miotle. - A co mi tam! – wykrzyknęła. – Lecimy. Dan, daj mi no tu jakieś stare miotły, zaraz je zaczaruję. Dan przyjął tę informację z ulgą. Niezbyt lubił pomagać wiedźmom w ucieczkach. Było to jeszcze bardziej ryzykowne od ukrywania ich w karczmie. Przypomniała mu się niebezpieczna historia, kiedy to Vera zdenerwowała się na strażnika, którego ręka zabłąkała się nieco zbyt blisko jej pleców. Przypalenie mu fryzury wiązało się z błyskawiczną modyfikacja pamięci poszkodowanego i błyskawicznym zniknięciem. Dan też ledwo wyplątał się z tej afery. Ale takie sytuacje zdarzają się naprawdę rzadko. W gruncie rzeczy czarownice były normalnymi kobietami, którym bogowie dali nieco więcej zdolności. I dystansu do samych siebie. Właściwie nazwanie ich swego rodzaju gatunkiem nadludzkim nie byłoby jakąś przesadą. Czy ludzie nie mogliby żyć tak jak one – ponad podziałami rasowymi czy wiarą w określonego boga czy boginię. One nie zwracają uwagi na kolor skóry innej czarownicy ani na jej stopień opanowania mocy. Świat mógłby być dużo lepszy, gdyby ludzie tez tak żyli. Dlatego Dan pomagał im od wielu lat. Otrząsnął się, odpędzając od siebie wszystkie myśli i pognał do drugiego składu po trzy nieużywane miotły. W sumie czary widział tylko trzy razy w życiu, więc bardzo chętnie obejrzałby kolejny pokaz w wykonaniu tak znakomitej znawczyni tej sztuki jak Adna. - Pewnie chętnie obejrzałbyś lot na miotle? – zapytała go, gdy tylko przyniósł przyszłe pojazdy. Po chwili dodała: - Przynieś jeszcze jedną. Polecisz z nami. - Ale... – zatkało go. – Przecież mogą mnie rozpoznać! Spłonę na stosie! - Spokojnie. – Jenna położyła mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście. – Zaklęcie Zmiennokształtności jest naprawdę jednym z prostszych. Prawdopodobnie nawet Vera poradziłaby sobie z rzuceniem go. Oczywiście nie powierzymy ciebie jej zdolnościom, mogłaby ci się stać krzywda. - Bardzo śmieszne – prychnęła najmłodsza wiedźma. – Umiem rzucić to Zaklęcie, i to bardzo dobrze. O, popatrz! – Zacisnęła w skupieniu oczy, zrobiła się cała czerwona z wysiłku. Po chwili jej nos wydłużył się i poszerzył. Cały pokrył się gęstą sierścią. Na ten widok Adna parsknęła śmiechem, w ślad za nią poszła Jenna. Dan nie śmiał nawet się uśmiechnąć. Był na to zbyt podekscytowany. - W sumie wyszło ci to Zaklęcie bardzo dobrze, kochana – rzekła protekcjonalnym tonem Jenna. – Gdybyś cała się tak przepolimorfowała, na pewno żadna z nas by cię nie poznała. - Pracuj dalej, a może kiedyś osiągniesz mój poziom mistrzostwa – dodała Adna, puszczając do niej oko. Gdy to mówiła jej twarz zmieniła się płynnie w twarz Jenny i z powrotem. - Brawo, wspaniale! – zakrzyknęła z emfazą Vera. – A teraz zabierz się, z łaski swojej za miotły, o wielka mistrzyni magii. Z sardonicznym uśmieszkiem Adna chwyciła dwie miotły, po jednej w każdą dłoń. To samo zrobiła Jenna. Chwilę je tak trzymały, po trzonkach mioteł przebiegły różnokolorowe iskry, a witki zmieniły kolor ze słomianego na wściekle czerwony. I to tyle? Dan liczył na dużo większą efektowność. Ale nic nie mógł na to poradzić. Przecież nie mógłby poprosić: „Przepraszam, ale życzyłbym sobie jakieś fajerwerki.” Prawdopodobnie sam skończyłby wtedy jako jedna wielka petarda. Wiele razy słyszał, co czarownice potrafią robić z niemiłymi ludźmi. Chociaż w sumie... Te trzy na pewno nie zrobiłyby mu krzywdy. To na pewno jarmarczne bajki wymyślane dla mas. Jenna podała mu miotłę, wyglądającą na najbardziej zdewastowaną. - A polimorfizacja? – zapytał. - Już jesteś zmieniony. Teraz wyglądasz jak sobowtór kochanej Very. - Bzdura – wtrąciła Vera. – Nie widzę w nim nic podobnego do mnie. Nie wmówicie mi, że mam taki krzywy nos i tak się garbię. - Oj, masz taki nos i dokładnie tak samo się garbisz – powiedziała Adna tonem, który nie mógł oznaczać nic innego, jak tylko zakończenie dyskusji. Ale tak naprawdę Vera nie miała ani krzywego nosa ani się nie garbiła. I nie wyglądała na przejętą słowami starszych opiekunek. - Chwilunia! – zawołał Dan, gdy wiedźmy szykowały się już do wylotu przez komin. – Jak się tym lata i jak mam przecisnąć się przez ten komin? - Miotła sama cię poniesie – uspokoiła go Jenna, a Adna i Vera skinęły głowami. Postarał się usiąść w miarę wygodnie na tym kawałku drewna, ale było to chyba niemożliwe. Kobiety wydawały się być do tego przyzwyczajone. Po chwili poczuł mocne szarpnięcie w okolicach pępka, a po chwili znalazł się w gigantycznej chmurze dymu. Któraś z wiedźm chciała w ten sposób zamaskować, z którego komina wylatują. Chyba się udało, bo gdy Dan wrócił do karczmy, nie zastał tam strażników. Ale zanim wrócił, wydarzyło się jeszcze kilka rzeczy godnych wzmianki. Teraz właśnie spełniały się wszystkie marzenia Dana. Leciał nad miasteczkiem na miotle, w towarzystwie trzech wiedźm, wprost do ich tajnej siedziby.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych