Wróć do katalogu

Prawo bumerangów

psychoanalityk, wbrew zawodowym i osobistym zasadom, w sprzeczności do postanowień zakochuje się podświadomie w pacjentce, która trafia do niego po utracie męża i sześciomiesięcznego dziecka.

es., opublikowano , 25 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prawo bumerangów

Cichą przestrzeń mieszkania obudził zgrzyt zamka. Nie zdejmując płaszcza odłożył aktówkę i zatopiony w ciemnościach odnalazł kontur fotela, po czym usiadł, położył głowę na twardym oparciu i zamknął oczy.

*

Zawsze zamyka oczy kiedy wieczorem siada w fotelu. Próbuje potem zasnąć zdając sobie sprawę, że kiedy śpi nic go nie wygania z domu, każąc chodzić ulicami w poszukiwaniu nieokreślonego rodzaju „niczego”, które w mniemaniu jego podświadomości jest mu do czegoś potrzebne. Nie lubi chodzić nocą po mieście, dzieje się to raczej z pragmatycznego powodu mającego swoje źródło w całokształcie jego sposobu bycia. Większość jego decyzji i działań ma swoje podwaliny właśnie tam. Cechę tę z zadziwiającą systematycznością w pojawianiu się w swoim codziennym zachowaniu wyniósł z rodzinnego domu, jednak nawet, gdyby nie zdołała zakorzenić się w jego genach, podejrzewa, że i tak odnalazłby ją po jakimś czasie. Pragmatyzm odkąd sięga pamięcią wyznaczał trasę jego codziennej drogi. Zawsze tak było i zawsze będzie, bowiem nie wyobraża sobie innego sposobu na życie. Nie chce. W przypadku bezsennych nocy pragmatyzm objawia się możliwością zwyczajnego zaśnięcia po powrocie z nocnej przechadzki, choć to przecież dziwaczny sposób na sen i dziwaczne przyzwyczajenie. Od pewnego czasu bezsenne noce męczą go dotkliwiej niż kiedykolwiek, dlatego właśnie nocą wychodzi przemierzając w poszukiwaniu spokoju puste ulice. Tak samo jak męczy go cisza, która staje się co wieczór jego udziałem.

*

Bo co dobrego jest w ciszy? Głuchej, odosobnionej i aroganckiej? Czasami chce, żeby cisza krzyczała, wyrwała go ze stanu nietrzeźwości umysłu i nie pozwoliła usiąść w tym przeklętym fotelu. Żeby złapała za szyję, ścisnęła do czerwoności skóry i wstrzymując dopływ powietrza kazała zacząć żyć inaczej. Kiedy w przypływie tłumionej agresji dociera do niego, zaczyna wkradać do podświadomości i tę podświadomość wyniszczać, odruchowo zakłada słuchawki i wtapia się w głośną muzykę, jak za dawnych lat. Tylko muzyka przypomina mu, że było inaczej i że to inaczej było normalnością, którą chłonął i o której nie chce zapomnieć. Czasami chciałby żeby cisza uśmiechała się i całowała go na powitanie, byłaby wtedy zupełnie inna. Jakże odmiennie czułby się otwierając drzwi, czuł, że to za moment, że za chwilę, że teraz. Myśl, że poczuje na swoim ciele delikatność ust sprawiłaby, że zapomniałby o jej aroganckiej wersji, odsunął w strefę zapomnienia, pochował, wypędził ze swojej przestrzeni. Tak... Lekki pocałunek w policzek...Tak lekki, że czułby jedynie drobne muśnięcia warg ułożonych w łagodny grymas uśmiechu. Jak za dawnych lat.

*

Z letargu ocknął się z powodu odgłosu tłuczonego szkła, mniej więcej dwa metry nad jego głową. To sąsiadka znów zbiła szklankę, albo strąciła ze stołu talerz. Często to robi i często wieczorami, kiedy on siedzi w fotelu z głową ułożoną na twardym oparciu. Czasami zamiast szklanki, czy talerza słyszy odgłos drewniaków stukających o podłogę, albo dźwięk uderzającej o nią miotły, potrąconej ni to przypadkowo, ni to specjalnie. Nieraz odnosi wrażenie, że między nim a tą kobietą jest jakaś niepisana umowa, którą on zawarł nieświadomie, a która jej każe tłuc, stukać, albo uderzać przywracając mu tym samym świadomość rzeczywistości, do której od pewnego czasu nie potrafi podchodzić już tak jak dawniej. Dlatego też nienawidzi tych przeklętych szklanek, talerzy, drewniaków i mioteł. Chce tylko normalnie zasypiać, ubrany w płaszcz i chce móc śnić o niczym. Tak jest zwyczajnie bezpieczniej. Wyprostował głowę i z lekką nerwowością popatrzył przez okno tak jak robią to pasażerowie pociągów, którzy chcą sprawdzić na jakiej stacji się zatrzymali. Było zupełnie ciemno, latarnie od jakiegoś czasu nie świecą pod jego kamienicą, dlatego prawie nic nie widział. Mimo to wciąż siedząc wyprostowany próbował pokonać niedostępność otoczenia. Przez chwilę z mozołem wpatrywał się w ścianę, ale ciemność wieczoru odmawiała pomocy w odgadywaniu oznaczeń zegara. Wstał więc i zapalił światło. Było kilka minut po dziesiątej. Odruchowo zapalił papierosa i podszedł do telefonu wybierając numer z pamięci aparatu. To najczęściej wybierana kombinacja cyfr jaką zna i jakiej używa. Poza kombinacjami do gabinetu, szpitala i do ojca. Te przecież są oczywistą koniecznością. „Telefon to dla mnie absolutnie fenomenalny wynalazek” – mawiał jego profesor filozofii, który w tak intrygujący sposób opowiadał o życiu, że nikomu z roku nawet nie przechodziło przez myśl, żeby spóźnić się choć o minutę na jego piątkowy wykład, nawet jeżeli miałby dotyczyć sposobu wiązania krawata. Często rozmyśla o tym poczciwym staruszku, z wesołością w oczach wymachującego drewnianą witką, choć aparat telefoniczny wcale nie wydaje mu się fenomenalnym wynalazkiem. Odebrała po kilku sygnałach pytająco mówiąc „tak”. Zawsze mówi „tak” zamiast normalnego „słucham”, albo „proszę”, tak jakby te słowa nie były wpisane do kanonu prowadzenia rozmów telefonicznych. Czasami trochę go to denerwuje, ale nigdy nie zdradził się ze swoimi odczuciami. To w końcu przecież błahostka. Wyczuł, że była w obojętnym nastroju. Zresztą wieczorami przeważnie jest w nastroju obojętności i głównie z tego powodu chce z nią rozmawiać. Jest wówczas bardziej obiektywna i trzeźwa w ocenach; poza tym jest mu potrzebna. Potrzebna zwyczajnie, na co dzień, tak jak dziś choć mieszka przecież w innym mieście i nie widuje jej zbyt często. Ostatnio spotkali się dwa miesiące temu, tak jakoś w połowie września. Rozmawiali długo i bezproblemowo. Nie odnajdywał w swojej pamięci innego słowa, które wierniej odzwierciedlałoby sposób w jaki to robili. Nie chciała silić się na zwierzenia i nie chciała ich też wysłuchiwać. Powiedziała tylko, że w zlewozmuwaku czeka na nią stos naczyń po kolacji, którą urządziła przyjaciołom i akurat nie ma nastroju do nadprogramowych dyskusji. Za to on, inaczej niż zazwyczaj, chciał porozmawiać o tym, jak podle się dziś czuje, o tym, że jest mu po prostu źle. Nie potrafi rozmawiać o swoich rozterkach, przychodzi mu to raczej z trudem i fizycznym bólem objawiającym się kłuciem w lewej łopatce. Co więcej, można zaryzykować stwierdzenie, że zwierzanie się komukolwiek w jego wydaniu jest co najmniej małoprawdopodobne. Ale dziś, jak rzadko dotąd, wyczuwał w sobie nieodpartą wręcz potrzebę tej czynności. Właśnie tego dnia i właśnie o tej godzinie, kiedy z papierosem w ustach trzymał słuchawkę aparatu i stał wpatrzony w okno, za którym niczego nie było już właściwie widać. Rozmawiali jednak o bzdurach, choć bezproblemowo i komunikatywnie, tak jak rozmawiają zazwyczaj. Mówili o jej galerii, o jego pacjentach i o nowej restauracji, do której wybiorą się, kiedy on przyjedzie do niej. Nie miał odwagi burzyć porządku tej rozmowy, którym po piętnastu minutach z lekka zaczął już gardzić, ale z drugiej strony nie mają już przecież dwudziestu lat, żeby wprost i bezceremonialnie oznajmiać o stanie swojego życiowego samopoczucia. Co prawda znają się bardzo długo, nawet nie pamięta już od kiedy, ale odczuwał silnie zakorzenione w podświadomości przekonanie, że w jego wieku mężczyzna nie ma prawa użalać się nad sobą, a tym bardziej okazywać słabość przed kobietą. Nawet kiedy znajduje się w sytuacji podobnej do jego położenia i nawet kiedy ta kobieta jest jedną z nielicznych, bliskich mu osób.

*

Obudził go pisk kół samochodu zbyt szybko pokonującego zakręt. Nie zdejmując głowy z twardego oparcia stwierdził, że w rogu pokoju pali się lampa, a on odziany w płaszcz nadal siedzi w fotelu. – Doktorze, byłam dziś u pana ostatni raz – przypomniała mu się poranna rozmowa. Te dwa lata, które u pana spędziłam wiele w moim życiu zmieniły... Ten gabinet wiele we mnie zmienił... Chyba jestem silniejsza... mogę już normalnie funkcjonować i mogę wrócić tam, gdzie jest moje miejsce...Wie Pan, doktorze, że już jestem gotowa? Powinien pan to wiedzieć, bo ja czuję to w sobie, choć tam dokąd wracam nie jest już tak samo, że ich wszystkich już nie ma, że nigdy ich nie zobaczę.... Ale ja chcę tego powrotu, bo już się go nie boję... Chcę wrócić... Wrócić i znów spokojnie pójść na kawę do tej samej kafejki, co zawsze... I zrobię to jeszcze dziś. Dzięki panu, doktorze...Do widzenia... wracam do siebie... ...i przepraszam za ten incydent, chciałam tylko, żeby pan... ...chciałam Panu...przepraszam...do widzenia. Pójdę już...” Wstał z fotela i ruszył w kierunku wieszaka ustawionego tuż przy drzwiach. Nim zdjął płaszcz i powiesił na metalowym haczyku, doszedł do wniosku, że wiele osób, które są mu choć trochę bliskie, prędzej lub później odchodzi. Odchodzi, podobnie jak ta młoda kobieta, której, wydaje się, pomógł na tyle, by mogła wrócić do codziennej rzeczywistości zaczynając wszystko od nowa. A może już wrócić, bo w istocie, jest przecież inną osobą, nie tą, która zgłosiła się do niego dwa lata temu. I choć przez długi okres czasu nie dopuszczał do siebie podobnej myśli, to jednak w niewytłumaczalny sposób stała mu się bliska, a bliskim przecież pomaga się o wiele intensywniej niż obcym. Stała się, mimo iż przyrzekł kiedyś przed sobą, że pacjent zostanie tylko pacjentem, jednak kiedy myśli o tej kobiecie wkradają mu się do głowy ogarnia go przeświadczenie, że przegrał z własnym postanowieniem i zawiódł swoje sumienie. Jak nigdy dotąd. Skierował się w stronę kuchni. Z kredensu, który kilka lat temu mieli wymienić z Anitą na komplet upatrzony w sklepie na rogu Milo i Chespo, wyjął ekspresowy czajnik i przysuwając pod kran nalał do niego jak zawsze dwie filiżanki wody. Przeczucia nigdy go nie zawodziły. No, może kilka razy w ciągu życia, ale to raczej drobne i odznaczające się brakiem poważniejszych konsekwencji przypadki. Ot, jak choćby wtedy, gdy zamiast drogi do Trebigo wybrał trasę na Salmincję i wpadł samochodem w ogromną dziurę w jezdni, której niewielki odcinek akurat miał być remontowany. Albo kiedy nie zgłosił zaginięcia dokumentów i potem całą noc tłukł się pociągiem, żeby w jakimś komisariacie na drugim końcu kraju z uporem desperaty udowadniać, że to jednak nie on obiecywał pracę przy zbiorze pomidorów i w żadnym wypadku nie ma tych dwudziestu wyłudzonych tysięcy. Bo przecież droga to droga, dziurawa, czy też nie. Bo przecież nigdy nie posiadał większych pieniędzy, a co dopiero tak dużej kwoty. Ba! Nawet nie wie jak dojechać do zapadłej dziury leżącej gdzieś na krańcach południowego okręgu, gdzie rzekomo znajduje się ta plantacja, chociaż w to akurat na owym komisariacie „cudownie” mu uwierzyli. Idioci. Zapatrzył kawę wypełniając filiżankę wodą do połowy jej objętości, drugą zaś połowę zostawiając na mleko. Anita zawsze śmiała się, że zamiast kawy z mlekiem pija mleko z kawą. Mówiła, że przypomina jej to niewyrazisty, bliżej nieokreślony płyn podawany uzależnionym od kofeiny w jakiś "odwykowniach", by smakowali go niczym substytut, jak twierdziła, tego zacnego trunku.

*

Właściwie nie wie jak to się stało, że tyle czasu spędzał na rozmyślaniach o tej dziewczynie. A przecież jej historia to zwyczajny przypadek, wręcz podręcznikowy. „Kobieta, lat dwadzieścia siedem, rasa biała. W wypadku samochodowym, czwartego października dziewięćdziesiątego piątego roku, ginie jej matka, sześciomiesięczne dziecko i mąż. W wyniku bezpośredniego wywiadu stwierdzono, że nie korzysta z pomocy psychologicznej i nie poddaje się jakimkolwiek innym rodzajom terapii, nie zażywa środków farmakologicznych, nie próbowała też popełnić samobójstwa. Rozpoznanie wstępne: średniozaawansowany stan depresyjny.” Tak...Pamięta ten zapis dokładnie. Nie wie na pewno, czy kobieta, po kilkudziesięciu u niego wizytach, poradzi sobie w zderzeniu z codziennością, czy umocnił ją na tyle, by mogła zacząć w miarę bezproblemowe funkcjonowanie. Dwadzieścia trzy miesiące terapii... To trudniejszy przypadek niż sądził kiedy przyszła do niego po raz pierwszy. Spędziła wtedy u niego dwie godziny i piętnaście minut.

*

Mijała druga trzydzieści. Sięgnął po filiżankę z kawą, która nietknięta zdążyła już nieco ostygnąć i zgęstnieć. Kawa działa na niego usypiająco, więc często pija ją nocami, choć to przecież zaprzeczenie powodom spożywania kofeiny. Zanurzył usta w zimnym napoju, po czym stanął przy oknie i wpatrzył w neon…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych