Prawo krwi - Rozdział I, część 2
"Helga nerwowo przechadzała się po komnacie, stukając obcasami o kamienną posadzkę. Raz po raz podchodziła do otwartego na oścież okna i wyglądała na zamkowy dziedziniec, bębniąc czerwonymi i długimi jak szpony paznokciami o parapet."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Helga nerwowo przechadzała się po komnacie, stukając obcasami o kamienną posadzkę. Raz po raz podchodziła do otwartego na oścież okna i wyglądała na zamkowy dziedziniec, bębniąc czerwonymi i długimi jak szpony paznokciami o parapet. - Do ciężkiej cholery! – zaklęła – Już dawno powinna tu być! Pięć par starannie wymalowanych oczu zwróciło się w jej stronę. - Ależ Helgo! – zaszczebiotała jasnowłosa Elemen, elfka o urodzie dziecka. – Jakże tak możesz? Przecież damie nie przystoi… Helga prychnęła gniewnie i obdarzyła ja pogardliwym spojrzeniem. - Może damie – ironicznie zaakcentowała to słowo – nie, ale czarodziejce owszem. Za to spóźniać się nie wypada nikomu, a już czarodziejce w szczególności. Zapomniałam jednak, że Sartre nie może poszczycić się tym mianem. To zwykła wiedźma! Złośliwą tyradę przerwało delikatne pukanie. - Wejść! – zaordynowała Helga. Dwuskrzydłowe dębowe drzwi po przeciwnej stronie komnaty otwarły się z cichym zgrzytem. Służący w zielonej liberii wszedł i skłonił się nisko. - Wasza Wysokość, przybyła panna Sartre Evans. Helga przywołała na twarz najpiękniejszy ze swych fałszywych uśmiechów. - Wprowadź. – powiedziała głosem słodkim jak miód. Zapowiedziana Sartre dumnie wkroczyła do sali, powłócząc czerwoną jedwabną suknią, odsłaniającą ramiona. Miała obcięte tuż przy linii brody czarne włosy, naszyjnik z wielkich nieoszlifowanych rubinów na szyi i mocno ukarminowane usta. - Witaj Helgo! – powiedziała, nie siląc się na oficjalne tytuły. – Mam nadzieję, że nie kazałam na siebie czekać zbyt długo. - Ależ skąd, moja droga! – Helga przyłożyła policzek do jej twarzy i cmoknęła w powietrze. – Usiądź proszę, najwyższa pora zaczynać! Kobiety siedzące przy stole spoglądały na nią z napięciem. Sartre zajęła wolne krzesło. - No dalej, kochaniutka, wyjaw wreszcie po co nas tu zaprosiłaś. – zniecierpliwiła się Messalina, pulchna czarodziejka o kasztanowych puklach. - Ja również uważam, że najwyższy czas, abyśmy poznały twoje intencje. – zawtórowała jej Elemen. Helga uśmiechnęła się władczo i zajęła miejsce u szczytu stołu. - Zaczniemy od… krótkiej prezentacji. Żeby żadna z nas nie miała wątpliwości, kto jest kim i dlaczego się tu znalazł. – powiodła wzrokiem po zgromadzonych. – Jak wszystkie już zapewne wiecie, nazywam się Helga van Messeng i jestem królową Królestwa Gassnaru, żoną Odgarda Trzeciego. Ale jestem też wyszkoloną czarodziejką, adeptką i wykładowcą Akademii. Tam też poznałam połowę z was. Sartre, Massalinę i Roxannę. Czarodziejki potakująco kiwnęły głowami. Messalina uśmiechała się pogodnie, Sartre – wyniośle. Wyraz twarzy ciemnowłosej, zapiętej po szyję Roxanny pozostał nieodgadniony. Helga mówiła dalej: - Elemen – ruchem brody wskazała na elfkę. – miałam okazję poznać dawno temu, przy okazji podpisywania pewnego sojuszu. Z pozostałymi dwiema mam dziś zaszczyt widzieć się pierwszy raz. Tara pochodzi z plemienia Hakibu, które niedawno ogłosiło się księstwem. Jest jedną z konkubin księcia Kelekigdara oraz szamanką z wielopokoleniową tradycją. - Nasza kultura bardzo różni się od waszej. – przerwała jej Tara. Zgromadzone czarodziejki przyglądały się jej z nieskrywaną ciekawością. Miała skórę czarną jak heban i tej samej barwy włosy, spięte w wysoki kok. Ubrana była w skóry. Skórzana, beżowa przepaska wiązana na szyi, osłaniała jej piersi, pozostawiając nagi brzuch. Złoty pas na biodrach podtrzymywał długą cętkowaną spódnicę z głębokim rozcięciem. Ramiona powyżej łokci zdobiły kute złote naramienniki, a w uszach błyszczały długie złote kolczyki. Wyglądała jak wojowniczka z dzikiego plemienia, którą w pewnym stopniu była. Wrażenie dzikości potęgowały oczy, mocno obrysowane czarnym węgielkiem. - U Hakibu – kontynuowała. – nie istnieje ktoś taki jak żona. Mężczyźni maja konkubiny, biorą ich sobie ile chcą. Mamy jednak różne rangi. Ja jestem pierwszą konkubiną Kelekigdara, co daje mi władzę nad jego pozostałymi kobietami. Nie ma u nas także czarodziejek. Jest szamanka, która włada zaklęciami, ma wiedzę o ziołach i rozmawia z bogami. Jedna w całym plemieniu, jedna na pokolenie. Szamanką była moja matka, moja babka i prababka. To wielki zaszczyt. Nie mieszkamy w takich pałacach jak wy, nie jadamy przy takich stołach. Nasze kobiety nie treflą włosów, tylko uczą się walki jak mężczyźni. Ale jesteśmy bardzo młodym księstwem i większość wciąż ma nas za dzikie plemię. - Poniektórzy mają podobne zdanie o elfach. – odparła lekko Elemen. Była bez wątpienia najpiękniejszą i najlepiej ubraną kobietą w towarzystwie. Gładkie jak len włosy barwy najczystszej platyny upięte miała w misterny koczek, ozdobiony różową lilią. Ubrana była w delikatną jak mgła muślinową suknię z krótkim okrągłym rękawkiem i głębokim dekoltem, idealnie pasującą odcieniem do kwiatu we włosach. Na łabędziej szyi i mlecznobiałych przegubach skrzyły się diamenty. Nikomu patrzącemu na Elemen nawet nie przeszłoby przez myśl, że elfy mogłyby być dzikim ludem. Helga spojrzała na nią z wdzięcznością. - Nie pozostaje mi nic innego jak przedstawić ostatnią z nas. – Spojrzała na najmłodszą, złotowłosą dziewczynę w błękitnej szacie kapłanki. Pomiędzy brwiami miała wytatuowany niebieski półksiężyc. – Swojego czasu wysłałam wiadomość do Najwyższej Kapłanki Vernementon, opisującą mój projekt, który za chwilę poznacie. Poprosiłam o wybranie przedstawicielki zgromadzenia: młodej, lecz już nieco doświadczonej w magii, uzdolnionej i pięknej. Na początku pomyślałam oczywiście o samej Najwyższej Kapłance, lecz nie sądzę, aby jej codzienne obowiązki pozostawiały dość wolnego czasu. Rozumiem, Lidoro – zwróciła się bezpośrednio do dziewczyny. – że to ty jesteś tą wybranką? - Tak, Wasza Wysokość. - Och, darujmy sobie tytulaturę. Tutaj wszystkie jesteśmy równe. Jesteśmy czarodziejkami. Przyjaciółkami. Ciemnowłosa Roxanna parsknęła drwiąco. Messalina w odpowiedzi wyszczerzyła idealnie białe zęby. - Dokładnie kochaniutka – zwróciła się do Lidory. – Wszystkie jesteśmy takie same. Ot, wyjątkowo piękne kobiety z wyjątkowymi zdolnościami. Elemen zaśmiała się perliście. - Moje drogie, dosyć! – przerwała im Helga. – Już dość czasu straciłyśmy, a mamy mnóstwo do uzgodnienia. Posłuchajcie mnie wszystkie dokładnie. Zapadła cisza. Wszystkie spojrzenia zwróciły się na królową Gassnaru, siedzącą dumnie u szczytu stołu. - Jak głosi historia, przed laty Królestwem Harmountu władał mądry i sprawiedliwy król Isolin, wraz ze swoją małżonką Elenor. Harmount był wówczas krainą, jak rzekłby poeta, mlekiem i miodem płynącą. Isolin nie prowadził wojen, szanował suwerenność plemienia Hakibu i wspierał jego dążenia do stania się odrębnym państwem. Podobną wolność na jego terenach zagwarantowaną mieli przedstawiciele Starszych Ras. Elfy miały swoje wolne królestwo, a góry Eregsaru w całości należały do krasnoludów. Kapłanki Wielkiej Bogini mogły liczyć na jego protekcję, przy czym nigdy nie ingerował w wewnętrzny ustrój Vernementon. Liczne sojusze i traktaty handlowe zapewniły mu poważanie innych władców i spokój na kontynencie. Wszyscy byliśmy szczęśliwi. Jednym słowem, złoty wiek! Niestety wszystko poszło w cholerę, gdy Elenor zachciało się romansu! Prawda, są tacy, którzy twierdzą, że już wcześniej zaczęło dziać się źle. Pojawiła się tajemnicza grupa buntowników, choć nikt nie wiedział przeciw czemu mogliby się buntować. Byli wśród nich rycerze i magowie, kilkoro elfów. Rebelie i akcje dywersyjne wybuchały w różnych częściach kraju, często wybawiając króla ze stolicy. Królowej tak się widać nudziło pod nieobecność męża, że znalazła pocieszenie w ramionach tajemniczego mężczyzny, o którym nikt nawet nie wiedział skąd pochodził. Nikt też nigdy nie poznał jego imienia, nawet sama królowa. Gorący był to romans! Elenor zupełnie straciła głowę, a na zamku aż huczało od plotek. Niektórzy twierdzili, że amant przybywał o pełni księżyca i odlatywał na skrzydłach niczym nietoperz. Inni utrzymywali, że widzieli go lecącego nocą na smoku. Byli i tacy, którzy głęboko wierzyli, że sam zmieniał się w smoka. Kilka lat później, wśród zgiełku spowodowanego wyjściem sprawy na jaw, pojawiły się spekulacje, jakoby maczał palce w wcześniej wspomnianych zamieszkach. Miał być ponoć dowódcą owej tajemniczej grupy, nękającej królestwo, po to aby zyskać bezpieczny dostęp do królowej, powić z nią syna i podstępem osadzić go na tronie. Nigdy nie pojawił się jednoznaczny dowód, lecz wszystko zdaje się to potwierdzać, bowiem jego plan wypełnił się w najmniejszych szczegółach. Elenor rzeczywiście zaszła w ciążę, choć zamkowe plotkary utrzymują, że była przy nadziei już podczas ostatniej schadzki z kochankiem. W tym czasie zniknęli zarówno rebelianci, jak i tajemniczy amant. Isolin nie posiadał się ze szczęścia, gdy w Królestwie Harmountu znów zapanował spokój, a droga małżonka urodziła bliźnięta, dwóch synów. Chłopcy od początku byli tak podobni do Isolina, że wszelkie plotki o romansie Elenor ucichły jak ręką odjął. Minęły trzy lata, po których królewska sielanka zaczęła zmieniać się w koszmar. Chłopcy, początkowo identyczni jak dwie krople wody, zaczęli różnić się pod każdym względem. Podczas gdy Rodfin był, jak ojciec, pucułowatym niebieskookim szatynem, włosy Tarhala stały się czarne jak smoła, a jego oczy, równie czarne, o wąskich pionowych źrenicach, przypominały oczy gada. Ponadto trzylatek zaczął zdradzać mordercze skłonności. Łapał szczury, biegające czasem po korytarzach i skręcał im karki. Rzucał kamieniami w przelatujące ptaki. Któregoś razu dorwał jednego z psów, które Isolin trzymał do polowań i obciął mu wszystkie łapy. Martwe zwierzęta znosił zawsze do łóżka brata. Służący twierdzili, że widzieli jak zjadał robaki, wygrzebane z ziemi. Trzyletnie dziecko budziło postrach na zamku, lecz miarka się przebrała, gdy Tarhal zabił swoją piastunkę. Nikt nie wie jak to zrobił, lecz kobietę znaleziono…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Angela
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…