PRL Fantasy cz. I
W sam środek PRL-owskiego śmietnika trafia ktoś dosłownie nie z tego świata. Bez paszportu :) Dostępne wszystkie części!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Roderyka spotkałem... nie. Roderyk trafił do nas 26 kwietnia 1986 roku. Pamiętam to dokładnie, bo tego dnia przypadało święto polskiej służby więziennictwa i wuj mój, jako dumny przedstawiciel tej zaszczytnej profesji, już od wczorajszego wieczoru zalegał u mnie na kanapie narąbany jak zapas drewna na zimę. Ja zaś przebywałem wówczas na zwolnieniu chorobowym z powodu niemal całkowitej utraty głosu, której nabawiłem się w moim, nie mniej zaszczytnym, miejscu pracy. W szkole. No dobra, nie było tak źle, ale szkolny lekarz też przecież widział, co się w tym przybytku wyprawia, to i wziął się i zlitował. W każdym razie, wuj jakoś się o tym dowiedział i by mu ciotka, żona w sensie, głowy nie suszyła, zbunkrował się u mnie w ramach prewencyjnego nasączenia organizmu przed dzisiejszą, właściwą popijawą. Oczywiście, 26 kwietnia 1986 roku wydarzyło się też coś innego, ale o tym naród dowiedział się dopiero parę dni później. Tego dnia, o godzinie tak młodej, że wykorzystywanie jej do jakichś lubieżnych czynów nosiłoby znamiona ciężkiego przestępstwa temporalno-seksualnego, obudziło mnie dochodzące z dużego pokoju rzężenie ciężko rannego ciągnika rolniczego. Otworzyłem jedno oko i półprzytomnym wzrokiem spojrzałem na budzik. Dochodziła druga w nocy. Dokuczało mi również okrutne pragnienie, zwlokłem się więc z łóżka i poczłapałem do kuchni. W drodze przez duży pokój omal nie wywinąłem orła na porzuconej flaszce; udało mi się za to ustalić, że jednak nie będę musiał rano wzywać ekipy mechaników. To tylko wujek chrapał. Dotarłem do pozbawionej okien groty kuchni, znalazłem szklankę i nalałem wody. Wypiłem duszkiem jedną, potem drugą. Afrykańska susza, panująca w moim przełyku, dała chwilowo za wygraną, wróciłem więc ostrożnie do gościnnego i spojrzałem przez okno na szare podwórko, oświetlone jedną marną latarnią. Bloki były ciemne; osiedle spało. Pod wpływem alkoholu ludzie często robią dziwne rzeczy. Ja, chociaż nie wypiłem tyle co wujek, również wpadłem na świetny, zdawałoby się, pomysł. Pomyślałem, że odrobina świeżego powietrza pozwoli mi łatwiej ponownie zasnąć. A ponieważ nie miałem psa, z którym mógłbym wyjść na późny spacer, postanowiłem wynieść śmieci. Ubrałem dres, wsunąłem na nogi stare klapki i wziąwszy spod zlewu wiadro zawierające głównie ziemniaczane obierki – no bo co miało zawierać – wyszedłem w przyjemnie chłodną noc. Dopiero na dole zastanowiłem się, czy w obecnym stanie powrót na czwarte piętro będzie wymagał udziału wszystkich czterech kończyn. Rychło w czas. Jak to się dziwnie czasem w życiu układa, że człowiek najpierw wyskoczy z samolotu, a dopiero potem sprawdza czy w plecaku jest spadochron, czy tylko drugie śniadanie... Nic nie mogłem już na to poradzić, doczłapałem więc do śmietnika, zagłębiłem się między betonowe ściany i wysypałem zawartość wiadra do kubła. Następnie zrobiłem w tył zwrot i skierowałem się z powrotem ku wejściu do klatki schodowej, a półprzytomny umysł szacował już, po ilu schodach dostanę zadyszki i zacznę używać rąk do dalszej wspinaczki. Myślami byłem już z powrotem w łóżku. I wtedy z mrocznego wnętrza śmietnika powiał gorący wiatr, niosąc co lżejsze odpadki, a zaraz potem noc rozjaśnił rozbłysk zimnego, niebieskiego światła, malującego cienie aż na ścianach okolicznych bloków. Towarzyszył temu donośny dźwięk wściekłej sprężyny wyskakującej ze starego łóżka przepuszczony przez długą, metalową rurę. A przynajmniej tak mi się zdawało. Mogłem przecież nie zapamiętać wszystkiego zbyt dokładnie. Trwało to parę sekund, podczas których stałem nieruchomo niczym żona Lota w słup soli zamieniona. Podobała mi się zawsze ta historia; po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że w swej dobroci Bóg chciał jakoś Lotowi wynagrodzić utratę małżonki, sól była przecież wtedy bardzo cenna. Była też ciężka, a nikt nie wspominał o tym, by nieszczęsna kobieta założyła akurat wtedy wrotki... dobra, dobra, już mówię. No więc w jednej chwili światło zgasło, wiatr ustał i powróciła cisza, w której wciąż jeszcze przeprowadzałem gorączkowy rachunek sumienia na temat tego, co takiego z wujem mogliśmy wyrzucić do śmieci. Kiedy jednak
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marcinos83
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…