Przeklęte dziedzictwo
Zdradzę tylko że powieść będzie mocno fantastyczna, ale jednocześnie osadzona w współczesnym świecie. Ogólny zarys fabuły zalega w mojej głowie ale brak motywacji nie pozwala przelać mi jej na papier. Dlatego każde dobre słowo pomoże mi napisać kolej
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
I Otworzyłem oczy. Przede mną rozpościerała się nieskończona przestrzeń. W oddali majaczyła się linia horyzontu, gdzie widać już było jedynie rozpływającą się szarość. Spojrzałem za siebie, w okuł nie było nic. Wielka pustka i ja stojący na szczycie wąskiej skały - Co ja tu robię? – Pomyślałem głośno i spojrzałem w dół. Szczyt wynurzał się z morza gęstej czarnej mgły. Co to jest? Zacząłem wpatrywać się w tą ciemną masę znajdującą się parę metrów pod moimi stopami. To bardziej niż mgłę przypominało czarny kłębiący się dym. Nie wiedziałem co ja tu robię ani z skąd się tu wziąłem. Czułem strach, nie bardzo wiedziałem przed czym, chyba przed tą wrogo wyglądającą zawiesiną pode mną. Najgorsze było to, że narastał we mnie gniew, czułem jakieś zło które na mnie oddziaływało, ciężko było to wytłumaczyć, czułem się coraz bardziej rozdrażniony, ale dlaczego? Próbowałem z tym walczyć ale to było bez celowe, tak jak by próbowało się pozbyć emocji, czegoś co jest częścią mnie. Narastał we mnie strach. Znów spojrzałem w dół i skamieniałem. Kłębiący się dym był zaraz pod moimi stopami i wciąż się podnosił. Targały mną panika i gniew. Czarna masa dotarła już do kostek i czułem teraz tylko zło jakiego jeszcze nigdy nie zaznałem. Byłem na nie całkowicie podatny, odczuwałem chęć bycia okrutnym, tak, w głowie krążyła mi jedna myśl… - Jak przyjemnie było by kogoś zabić – te słowa same wypłynęły z moich ust. I choć w głębi duszy się z nimi nie zgadzałem to w tej chwili byłe one zgodne z moimi zamiarami. Dym wciąż się podnosił. Stałem zanurzony w nim do pasa. Mordercze myśli mnie opuściły, a cały gniew zaczął ustępować panicznemu strachowi. Był to strach przed śmiercią. Tak, czułem że zaraz umrę, ale że to będzie straszna śmierć po prostu rozpłynę się w tej złej czerni. Ta masa chciała mojego życia, dotarła do szyi i z wielką siłą zaczęła uciskać moją klatkę piersiową. Nie mogłem złapać oddechu, dusiłem się. Chciałem się ruszyć, uwolnić, uciekać ale to było nie możliwe moje odrętwiałe ciało już mnie nie słuchało. Zło mnie przesiąkało a ja się dusiłem, powietrza! Do moich uszu dotarł jakby cichy szyderczy śmiech. Chciałem spojrzeć w tamtą stronę ale moje oczy pochłonęła ciemność. To koniec, pomyślałem.
Zerwałem się z łóżka cały zlany zimnym potem, ciężko łapiąc powietrze. Musiałem dać sobie chwile na zebranie myśli. Tak to był sen, znowu ten sam lecz tym razem był naprawdę realny, czułem jeszcze ten strach i ból w piersiach. Padłem z powrotem na spocone łóżko, za oknem już świtało. Wciąż myślałem o tym co mi się przyśniło. Nie pierwszy raz stałem we nocnych majakach na tej skale, to uczucie ten „gniew” zawsze towarzyszył mi w tym momencie. Ale pierwszy raz czułem taki strach przed tą masą, pierwszy raz chciała mnie pochłonąć. - Muszę coś z tym zrobić.- powiedziałem sam do siebie, wciąż leżąc w łóżku i ślepo wpatrując się w sufit. Mam te sny od ósmego roku życia, zaczęły się w noc po śmierci ojca, i trwają do dziś choć mam już osiemnaście lat. Zdarzały się rzadko, najwyżej raz w miesiącu i były to koszmary z których budziłem się z krzykiem nie pamiętając o czym śniłem. Potem były coraz wyraźniejsze aż do dziś, to drugi w tym tygodniu, i był realistyczny aż do bólu. Od początku miałem wrażenie że śmierć ojca ma coś z ty wspólnego. To ja jako ośmioletnie dziecko znalazłem jego ciało w garażu. Leżał na podłodze z otwartymi oczami, zimny, bez ruchu. Stałem nad jego ciałem, miałem świadomość że nie żyje ale jako dziecko nie przyjmowałem tego do wiadomości. Do dziś widzę jego twarz gdy o tym pomyśle. W pamięć zapadły mi matowe oczy pozbawione blasku i lekki uśmiech na jego twarzy, ale może mi się zdawało byłem przecież dzieckiem. Przyjechało pogotowie, policja, stwierdzili zgon ale nikt nie potrafił podać przyczyny. Jak zdrowy mężczyzna w sile wieku mógł tak po prostu umrzeć z dnia na dzień. Po sekcji powiedzieli że serce się zatrzymało, tak po prostu. Miał trzydzieści dwa lata gdy odszedł. Osierocił mnie i moją rok starszą siostrę Anastazję. Usiadłem na łóżku i przecierając oczy wydałem sobie „rozkaz”. - Dość tych głupot Max, trzeba wstać i znaleźć sobie jakieś zajęcie na dziś – ostatnie słowa wypowiedziałem ziewając. Jak już wspomniałem mam na imię Max, Maksymilian… w każdym razie lubię swoje imię, dostałem je po Dziaku, ojciec tak chciał. Na nazwisko też nie narzekam bo nie spotkałem się z kimś o podobnym nie licząc rodziny. Wiritus, Maksymilian Wiritus, osiemnastoletni chłopak chodzący do ogólniaka, drugo roczniak no można powiedzieć że już trzecio klasista, w końcu dziś pierwszy dzień wakacji, sobota. Ubrałem się i wyszedłem z pokoju. Na korytarzu uderzałem parę razy pięścią w drzwi na przeciwko moich. Należały one do siostry a raczej do jej pokoju. Niech wstaje, wczoraj oblewała koniec roku szkolnego jako szalona dwudziestka bo tydzień temu miała urodziny, wróciła pewnie gdzieś w nocy. Nie było to na pewno mile zachowanie z mojej strony w tej sytuacji szczególnie że lubi sobie pospać ale nie zrobiłem jej tego na złość. Wiedziałem że rano ma jechać gdzieś z mamą, do jakiegoś urzędu chyba, nawet nie wiem po co. Wiedziałem że jeszcze nie wstała bo na drzwiach wisiała czerwona tabliczka zawieszona na sznurku na której widniał biały napis „wejście grozi śmiercią lub trwałym kalectwem”. Gdy wychodziła zawsze odwracała go na drugą stronę gdzie umieszczone było jej imię mieniące się wszystkimi kolorami tęczy, taka pozostałość po dziecięcych latach. Usiadłem przy kuchennym stole jedząc płatki śniadaniowe i myśląc o tym śnie. Czemu nic z ty nie robię? A co mam zrobić?! Iść do psychologa, wygadać się komuś. Opowiedziałem raz siostrze o swoich snach to proponowała bym się do jakiegoś zapisał. Ale nie uważam się za wariata ani za kogoś z problemami więc nie było na to szans. W sennikach też sprawdzałem, chyba w każdym możliwym lecz nic to nie dało bo w każdym pisze coś innego więc to olałem. Choć ten sen mnie naprawdę wystraszył to chyba lepiej o tym nie myśleć, przecież nie mam na to wpływu, mam tylko nadzieje że nie zwariowałem. Siostra wkroczyła do kuchni w różowej piżamie, z miną nie wróżącą nic dobrego, była średniego wzrostu szczupłą szatynką z włosami sięgającymi po niżej ramion. Nawiązując do tematu moich myśli mruczała pod nosem, coś w stylu „powinieneś się leczyć człowieku…”. Chwyciła karton soku i wyszła. Ma wyczucie dziewczyna, pomyślałem i mimowolnie się uśmiechnąłem. Z salonu dobiegał głos mamy, rozmawiała przez telefon, po chwili była już w kuchni. Odłożyła słuchawkę na stół i spojrzała na mnie. - Co dziś robisz? – spytała - Nie wiem, chyba nic – nie ma to jak konkretna odpowiedz. Rzuciła mi spojrzenie które znałem, świadczyło ono o lekkim niezrozumieniu dla moich planów. Dla niej plan dnia odkładający się z „nie robienia niczego” nim nie był, dla mnie wręcz przeciwnie. - No dobra masz wakacje, niech ci będzie ale śmieci wyrzuć i nakarm Burego bo ja już nie zdążę. Będziemy z powrotem pewnie po południu. – ostatnie słowa wypowiedziała wychodząc na korytarz. Bury to nasz pies, dog niemiecki, wielkie bydle ale bardzo łagodne, rzadko słyszałem jak szczeka był na to za leniwy, teraz leżał pod stołem. Nie pamiętam kto wymyślił mu to imię, chyba siostra. Do kuchni wpadła znów mama, - Zapomniałam kluczy- mówiąc to wybiegła z domu. Zofia, bo tak miała na imię, była elegancką kobietą mierzyła niewiele ponad 160 cm wzrostu, i o identycznym kolorze włosów co siostra, miała 38lat. Można było powiedzieć że siostra była jej młodszą kopią, ja natomiast podałem się na ojca, przynajmniej tak mówiła mama, ja nie widziałem podobieństwa. Wyglądała młodo jak na swój wiek, ale nie związała się przez ten czas z nikim. Patrząc przez okno widziałem jak wsiada z siostrą do samochodu na podjeździe i odjeżdżają. Zostałem sam w domu, za oknem była piękna pogoda. Wyszedłem do ogrodu i usiadłem na huśtawce. Piękny czerwcowy dzień, ciszę przerywał tylko śpiew ptaków siedzących na drzewach w okuł. Mieszkam w niewielkim mieście, centralizując południowa Polska, środek Europy. Nie chciał bym mieszkać gdzieś indziej, lubię to miejsce, lubię góry. Przy moich nogach położył się Bury, widać było po nim że to już staruszek, miał chyba z dziesięć lat. Przede mną dwa miesiące wakacji, dużo wolnego czasu, choć szczerze mówiąc lubię szkołę. Kumple, żarty, tylko z nauką gorzej bo na to jakoś nigdy nie miałem ochoty. Nigdy nie spędzałem wolnego czasu przy książkach, chyba że przy jakiejś ciekawej nie związanej w żaden sposób z programem nauczania, a dobre oceny zawsze i tak przychodziły mi bez trudu. Wakacje to dla mnie po prostu czas bez stresu którego czasem dostarcza szkoła. W mojej głowie krążyły właśnie plany na wakacje. Raczej nigdzie nie pojadę, spędzę ten czas w domu albo u dziadków od strony mamy. Wieczorami jakieś wypady z kumplami, może jakaś impreza. Jedyny minus tych wakacji to taki że pewnie nie prędko zobaczę Wiktorie. To dziewczyna ze szkoły, siostra kolegi z klasy, jest rok starsza i chodzi do technikum. Zawsze mi się podobała ale nigdy nie udało mi się jej nigdzie zaprosić, czemu? Nie wiem, boje się że mnie wyśmieje. Rozmawiamy jedynie gdy przychodzi do swojego brata, wtedy zamienimy parę słów. Ona nie narzeka na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej, nic dziwnego, wszystkich urzekają jej rudowłose gęste loki i niewinna twarz wyposażona w bursztynowe oczy i z zawsze lekkim uśmiechem. Więc nie był bym pierwszym który próbował się z nią umówić i dostał bolesnego kosza. Z resztą nie wiem nawet czy miał bym u niej jakiekolwiek szanse. Wydaje mi się że jestem przeciętny dlatego do dziewczyn odpędzać się nie muszę. Wysportowany jestem raczej średnio, choć często gram z chłopakami w kosza. Mam sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, włosy ciemne nie za długie, rozmierzwione na wszystkie strony no i niebieskie oczy. Czasem ćwiczę na siłowni, i chodzę no basen raz w tygodniu. Nie różnie się zbyt od rówieśników, i nie przeszkadza mi to, nigdy nie lubiłem się wybijać przed szereg. Siedząc na huśtawce rozmyślałem o różnych sprawach mniej lub bardziej ważnych, w tym o moich snach. Często tak robiłem. Było to jedno z miejsc w których mogłem się skupić na tym co mnie w danej chwili nurtowało. Tą huśtawkę zrobił jeszcze ojciec za życia. Była cała z drewna z szerokim wygodnym siedzeniem pomalowanym na czekoladowy brąz. Było wystarczająco długie by można się było na nim położyć, co też często robiłem, tak jak i dziś. Patrzyłem w niebo przez gałęzie lipy która rosła obok i dawała przyjemny cień w takie dni jak ten. Tak leżąc przymknąłem oczy i próbowałem wyrzucić wszystkie myśli z głowy, czasem tak trzeba, po prostu odpocząć. Niestety myśli, które mnie dręczyły najbardziej wróciły, tyle że w najgorszej możliwej formie. Znów to poczułem, ten nie pokój, zło. Otworzyłem szybko oczy i chciałem się poderwać, ale było za późno, stałem na własnych nogach tyle że nie w ogrodzie a znów na tej skale. Byłem w tym miejscu co w nocy tyle że w pełni świadomy, tak jak przed chwilą siedząc na huśtawce. To przypominało sen na jawie lub świadomy sen w którym wiesz że śnisz tyle że nie możesz się obudzić. Ponownie targały mną te same emocje co w nocy, gniew, strach lecz tym razem także poczucie bezsilności gdy tylko spojrzałem na ten złowrogo wyglądający czarny jak smoła dym kłębiący się pod moimi stopami. Co się teraz stanie? Czy to co ostatnim razem? Na samą myśl o tym serce chciało wyskoczyć mi z piersi, uderzając z prędkością salwy z karabinu maszynowego. Jak to możliwe że znów tu jestem, to przecież jakiś nonsens. Nie mogłem oderwać wzroku od tej
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Halny0
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…