Wróć do katalogu

Przemiana

"Coś we mnie narastało, coś nieuchronnego i groźnego, przekraczającego wszelkie znane ludzkości stany, coś nieporównanie większego niż pan Aleksander i jego szkaradne postępowanie."

sopocianka, opublikowano , 23 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Doskonale pamiętam pierwszy raz. Zmierzchało. Gdzieś wysoko w koronach drzew ptactwo wydobywało z siebie na pół senne trele, zagłuszając miarowe szemranie strumienia, który płynął nieopodal i leciutki szelest liści pieszczonych przez łagodny wiatr. Las szykował się do przyjęcia nadchodzącej nocy nieświadomy toczącej się w nim walki. Jedynym jej świadkiem był księżyc. I mrówki – ostatnie mrówki spieszące do mrowiska przed nadciągającą ciemnością, które napotkały niespodziewaną przeszkodę w postaci dwóch szamoczących się ciał. To ja miałam być ofiarą.

Któż mógł przypuszczać, że podobna rzecz się przydarzy? Na pewno nie ja, niewinna panienka z dobrego domu, która wiedzę o „tych sprawach” czerpała z równie niewinnych lektur polecanych na do niedawna uczęszczanej przez nią pensji, żartów zasłyszanych od służby i rozmów z podobnie poinformowanymi koleżankami. Wszelkie me romantyczne rojenia nie wykraczały poza krótki pocałunek będący wyrazem najczystszej, najświętszej miłości aż po grób. Zdawałam sobie sprawę, że po ślubie dochodzi do czegoś więcej, co sprawia, że w łonie kobiety powstaje nowe życie, które później w jakiś tajemniczy sposób wydostaje się na świat; nie chciałam się atoli w owo „więcej” wgłębiać, kojarząc niewysłowione sprawy małżeńskiej alkowy z bólem i wstydem – rezultat ówczesnego wychowania. Kontentowałam się marzeniami o pocałunku, poprzedzonym oczywiście odpowiednio długimi staraniami adoratora. Nie przyszło mi do głowy, jaką potworność mężczyzna może zrobić kobiecie wbrew jej woli. Ba! Nie sądziłam nawet, iż mógłby przyprawić ją świadomie o jakąkolwiek przykrość. Wszak od zawsze otaczali mnie sami dżentelmeni; Aleksandra Lemaire’a też uważałam za jednego z nich, dopóki swym postępowaniem nie zasłużył na inne miano, którego teraz nie zamierzam przytaczać. De mortuis aut bene, aut nihil… Tamtego wczesnojesiennego popołudnia wybraliśmy się, jak to od dawna mieliśmy w zwyczaju, do lasu. Nie widziałam w tym nic niestosownego, wszak pan Aleksander był poważanym obywatelem, cenionym artystą, w dodatku człowiekiem żonatym, blisko dwa razy ode mnie starszym tudzież wreszcie moim nauczycielem. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, iż z jego strony może mnie spotkać jakakolwiek krzywda. Przebywając z nim na leśnej polanie oddalonej od głównej drogi o więcej niż pół kilometra, czułam się równie bezpiecznie jak w domu mych rodziców zawsze pełnym ludzi mogących w każdej chwili wejść do pokoju. W plenerze byliśmy zupełnie sami, ze wszystkich stron otoczeni drzewami ściśle odgradzającymi nas od zewnętrznego świata, a mimo to nigdy wcześniej nie odczuwałam najmniejszego lęku przed swym mistrzem, jak zwykłam nazywać go w myślach. Jedyną rzeczą, która trochę niepokoiła mnie w czasie naszych wypraw były rozległe bagna otaczające polanę, na której mieliśmy zwyczaj przebywać. Tym jednakże nie musiałam się frasować, czyniłam to zresztą, przyznaję, głównie dla pozoru, aby pan Aleksander po raz kolejny miał sposobność do zapewnień, iż wyśmienicie zna bezpieczną drogę umożliwiającą nam dotarcie bez szwanku w miejsce naszych twórczych wysiłków, a będąc z nim, o nic nie muszę się martwić. - Czyni pani postępy, panno Alicjo – pochwalił mnie tego dnia po skończonej pracy. - Dziękuję panu – odparłam, chowając przybory malarskie do torby. Po chwili wyprostowałam się, czekając, aż mistrz złoży sztalugi i da sygnał do drogi powrotnej. On jednak osobliwie się ociągał. W zamyśleniu poprawił fular, po czym zapatrzył się w niebo. - Proszę spojrzeć. Do zmierzchu pozostał dobry kwadrans, a księżyc już wszedł na nieboskłon. Grzecznie spojrzałam w górę, ale nic nie powiedziałam. - Podobno pani słabowała – odezwał się nagle, zwracając głowę w mym kierunku. - Owszem – potwierdziłam. – Zapewne słyszał pan o mojej przygodzie w jaskini. - Powinna pani bardziej na siebie uważać – zauważył miękko i podszedł do mnie na odległość ramienia. – Szkoda takiej ślicznej buzi. Nigdy wcześniej w ten sposób do mnie nie przemawiał. Zrobiło mi się nieswojo, gdyż wiedziałam z literatury, iż podobne sformułowania, choć zazwyczaj nie tak śmiałe, padają z ust zakochanych młodzieńców, a nauczyciel mój miał już swoje lata i własną rodzinę, dlaczego zatem… Poczułam, że się rumienię. Nie znajdując adekwatnej odpowiedzi na ten niespodziewany komplement, milczałam, spoglądając nań spod skromnie przymkniętych powiek. - Doprawdy szkoda – powtórzył i dotknął mego policzka wierzchem dłoni. - To zaledwie draśnięcie – bąknęłam, cofając się o krok, bowiem nie do końca podobała mi się poufałość mistrza. Przypuszczam, iż gdyby na podobny gest poważył się mężczyzna równy mi wiekiem, zareagowałabym tak samo, nie czując jednakże kiełkującej w sercu obawy. - Mogło się skończyć dużo gorzej – wyjaśnił, jakby od niechcenia robiąc krok w moim kierunku. – Cóż ja bym począł bez mojej ulubionej uczennicy? - Wracajmy już – poprosiłam, nerwowo wygładzając niewidoczne fałdy na sukni. Mimo braku doświadczenia w sprawach damsko-męskich czułam, iż zachowanie mego nauczyciela jest nie całkiem właściwe. Słowa jego nie sprawiały mi przyjemności, wywoływały konsternację i coraz większy lęk. - Za chwilkę – odparł lekko, po czym znienacka objął ramionami moją kibić. - Panie Aleksandrze! – zawołałam zaskoczona i przestraszona zarazem. - Panno Alicjo! – odrzekł z nieodgadnionym uśmiechem, naśladując mój ton. – Czyż robię coś złego? - Nie uchodzi… – bezskutecznie usiłowałam odsunąć od siebie jego ręce. - Nikt nas nie widzi, jesteśmy tu sami – rzekł, jakby naprawdę sądził, iż jedynie obawa przed ewentualnymi świadkami jest przyczyną mojego oporu. W rzeczywistości musiał zdawać sobie sprawę, że moja niemądra argumentacja podyktowana została jedynie brakiem pewności siebie i nadmierną grzecznością wpajaną mi już od wczesnego dzieciństwa. - Pan jest żonaty – zauważyłam, naiwnie sądząc, iż skłonię go w ten sposób do zaprzestania nieobyczajnych poczynań. Zaśmiał się z politowaniem i jeszcze mocniej mnie objął. - Całowano panią kiedyś? – zapytał, zbliżając swoją twarz do mojej. – Niech zgadnę… Będę pierwszy. W jego oczach ujrzałam pragnienie i determinację. Wprawdzie nie uświadamiałam sobie dokładnie, co oznaczają, atoli wyraźnie wyczuwałam zagrożenie, jakie niosły za sobą emocje przepełniające mistrza w tym momencie. Zbliżył swoją twarz do mojej, zamierzając zdobyć me usta wedle zapowiedzi. W ostatniej chwili odwróciłam głowę. - Proszę mnie puścić – zażądałam, siląc się na stanowczy ton. – Proszę puścić, bo będę krzyczeć. Znów starał się mnie pocałować, lecz kręciłam głową na wszystkie strony, jednocześnie usiłując się wyrwać z obmierzłego uścisku; szarpałam rękawy jego marynarki, drapałam dłonie, czując ogarniające mnie przerażenie. Intuicyjnie wiedziałam, że nadciąga niebezpieczeństwo, że pan Aleksander nie zrezygnuje, że nic go nie powstrzyma przed spełnieniem swych haniebnych zamysłów, a już na pewno nie wątłe siły mych dziewczęcych rąk, których największych wysiłkiem dotychczas było malowanie i trzymanie koronkowej parasolki. - Pomocy! – krzyknęłam, jak mogłam najdonośniej. - Nikt nie usłyszy – mruknął szorstko, szybko tłumiąc moje wołanie swymi ustami. Nie byłam w stanie się temu przeciwstawić, gdyż lewą ręką przyciskał mą głowę do swojej, prawą zaś wciąż przytrzymywał mnie w talii. „To ohydne! To podłe!” – pomyślałam, poczuwszy na twarzy gorący oddech mężczyzny, a w ustach smak jego śliny. W dalszym ciągu usilnie starałam się wyrwać z żelaznego uścisku jego ramion, co w krótkim czasie zaowocowało skutkiem zgoła odmiennym: straciliśmy równowagę i upadliśmy na murawę. Zupełnie nie byłam na to przygotowana i zakręciło mi się w głowie. Świat zawirował, a gdy poszczególne jego elementy powróciły na miejsca sobie przynależne, ujrzałam pochyloną nad sobą twarz mistrza zmienioną nie do poznania nietłumioną teraz z żaden sposób żądzą. W oczach jego płonął bezlitosny ogień, usta wykrzywiał triumfujący uśmiech okrucieństwa, bowiem zniewalając mnie do leżenia na ziemi ciężarem swego ciała, pewien był osiągnięcia celu. Ja również nie miałam złudzeń w tej materii, co jednak nie mogło mnie powstrzymać przed dalszymi próbami ucieczki. Na wpół oszalała ze strachu nieprzerwanie biłam go po plecach i po głowie zaciśniętymi w pięści rękami, lecz on, ogarnięty jedną myślą, zdawał się nie odczuwać bólu, wręcz się uśmiechał, jakby mój opór sprawiał mu nie lada przyjemność. Nim się spostrzegłam, podkasał mi suknię i halki i, nadal przygniatając mnie ciężarem ciała, zaczął manipulować przy swoich spodniach. Do tej chwili wciąż nie do końca pojmowałam, do czego zmierza, teraz jednakże zasłyszane i podsłuchane w różnych okolicznościach strzępki rozmów dotyczących „tych spraw” połączyły się w mej głowie, tworząc niewyraźną, aliści dostatecznie złowróżbną całość. - Nie! – krzyknęłam, rzucając się pod napierającym na mnie ciałem niczym ryba pozbawiona wody. – Proszę zostawić mnie w spokoju! Proszę… On jednak zważał na moje słowa w równej mierze jak na gesty, bynajmniej nie robiły na nim wrażenia, a jeżeli nawet w jakikolwiek sposób nań działały, czego nie ośmielę się uznać za pewnik, podsycały jeszcze jego niegodziwe pragnienia. Pomyślałam, że nic mnie nie uratuje, że nic na całym świecie nie jest w stanie wybawić mej osoby z łap Lemaire’a, że choćby sama Matka Boska zstąpiła z nieba i stanęła obok, on i tak nie zaprzestałby swych plugawych poczynań. - Błagam… - jęknęłam bliska płaczu. Wtem coś się stało. Raptem czas zatracił swój dotychczasowy, zwyczajny bieg i każdy mijający ułamek sekundy zdał mi się dłuższym niż minuta, zaś każda z tych ułudnych minut niosła za sobą postępującą zmianę, a raczej przemianę. Oto w moim sercu obok rozpaczy z wolna pojawił się gniew, a wraz z nim osobliwa siła zdająca się pochodzić nie ze mnie, a skądś z zewnątrz. Poczucie niemocy i bezradności, panika, strach, wstyd stopniowo ustępowały miejsca czemuś innemu. Coś we mnie narastało, coś nieuchronnego i groźnego, przekraczającego wszelkie znane ludzkości stany, coś nieporównanie większego niż pan Aleksander i jego szkaradne postępowanie. Zafascynowana zachodzącą w mym wnętrzu przemianą, zaprzestałam prób uwolnienia się, uspokajając się w miarę jak spływała na mnie przedziwna, mroczna moc, mimo iż pozornie sytuacja moja, zaiste nie do pozazdroszczenia, nie zmieniła się ani o jotę. Nigdy wcześniej nie byłam tak świadoma swego ciała; zmysły moje wyostrzyły się, pozwalając mi chłonąć wrażenia dotąd niedostępne memu ludzkiemu poznaniu tudzież odbierać nieskończenie wiele bodźców w tym samym czasie. Czułam łzy przed chwilą jeszcze gotowe do wypłynięcia spod mych powiek, cofające się teraz w głąb ciała, by już nigdy nie powrócić; czułam chłód nadchodzącej nocy na swoich obnażonych nogach, jakąś gałązkę, na której spoczęła moja głowa pozbawiona kapelusza w wyniku wcześniejszej szamotaniny; słyszałam ptasi śpiew, szemranie strumienia, nieosiągalny dla ludzkiego ucha tupot mysich łap i inne odgłosy, których nie potrafiłam w tamtej chwili zidentyfikować; widziałam gniazda skryte w koronach najbliższych drzew i ich mieszkańców, widziałam zająca trwożliwie wyłaniającego się z okolicznych krzaków, nawet mrówki dzielnie maszerujące do mrowiska z drobinkami runa leśnego na grzbietach nie umknęły mojej nadzwyczajnie podzielnej uwadze; widziałam wreszcie pana Aleksandra, który wydobywszy na zewnątrz

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych