Przepowiednia
Samotny wojownik usiłuje rozwiązać wielką zagadkę. Wmieszany w sprawy obcych ludzi, błądzi po pustyni w poszukiwaniu odpowiedzi na swoje pytania, jednak po jakimś czasie okazuje się, że wszystko było dokładnie zaplanowane.../komentarze mile widziane
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dzień miał się ku końcowi, jednak słońce na pustyni świeciło nadal nieubłaganie mocno. Wielbłąd po raz kolejny ryknął ze zmęczenia, aż w końcu padł, nie zważając na przeraźliwie rozgrzany piasek, zrzucając przy tym z grzbietu mężczyznę. Mężczyznę tęgiego, dobrze zbudowanego, odzianego w lekką zbroję i lichy miecz przy pasie. Mimo, iż sprzęt ten nie był przedniej jakości, zauważyć można z łatwością, że niemało przeszedł. Wstał, otarł czoło z potu, zmierzwił ręką włosy, po czym energicznie otrzepał spodnie z piasku. -Ramzes, proszę, nie teraz! Jeszcze trochę! - mężczyzna bezsilnie szarpał za uzdę patrząc na zwierzę z wyraźnym wyrzutem.- Przed zmierzchem musimy zdążyć do Lut Gholein, a sam wiesz, że pustynia Aranoch nocą nie jest bezpieczna! Wielbłąd rozciągnięty jak długi na piasku mruknął coś pod nosem oblizując wargi długim jęzorem, nie racząc nawet się ruszyć. -No, więc dobrze. Siedź tu sobie aż cię zeżre jakieś pustynne ścierwo! Nie wiem jak ty, ale skoro mamy już tu nocować to nie na środku pustyni! – mówiąc to, mężczyzna załadował na plecy jukę, którą jak dotąd niósł na grzbiecie wielbłąd. Wojownik pochylony pod niemałym ciężarem człapał krok po kroku ku dwóm czy trzem skałom leżącym w oddali. Po paru metrach drogi usłyszał jak zwierzę energicznie się przeciąga, po czym podnosi z pisaku i idzie za nim oblizując się i kręcąc radośnie łbem. -Więc o to ci chodziło! Skoro już miałeś tak ciężko, ty leniu, to mogłeś po prostu mi o tym powie… - mężczyzna urwał w pół słowa zerkając na wierzchowca, po czym dodał jakby do siebie – Ja niedługo zwariuję, to trwa już zbyt długo! Im szybciej dotrzemy do tego przeklętego Lut Gholein tym lepiej! Poprawił jukę na plecach mamrocząc pod nosem coś w stylu: „Plugawy, leniwy, zawszony obibok!” Za nim wolnym krokiem człapał wesoło Ramzes zerkając na mężczyznę i wiecznie coś żując w swojej jakby uśmiechniętej gębie. Po paru minutach dotarli do skał, które oparte o siebie dały małe zadaszenie. Wojownik zdjął z pleców jukę, położył przy skale, po czym otarłszy czoło z potu usiadł ziewając. -No, tutaj powinno być dobrze, przynajmniej na razie, a ty, co się tak gapisz? Mógłbyś, chociaż rozpalić ogień? – zmęczony, nie czekając nawet na odpowiedź, chwilę potem odpowiedział patrząc ze złością na usadowionego już na ziemi wielbłąda. -Tak, wiem! Tego też ci się nie chce! Czasami zastanawiam się, dlaczego jeszcze nie wymieniłem cię na jakieś inne, bardziej pracowite stworzenie. Zwierzę drgnęło, czując się najwyraźniej urażone. Słońce zachodziło nadając otoczeniu mdły odcień, z oddali dochodziły już najrozmaitsze skomlenia czy piski. Nie trudno się dziwić – na pustyni Aranoch właśnie o tej porze wszystkie najohydniejsze stworzenia budzą się do życia. Tylko głupiec lub ktoś nieludzko odważny ośmieliłby się tam przebywać a co gorsza, nocować. Po długim czasie zmagań parę iskier padło na kupkę wysuszonej trawy w efekcie, czego zatlił się w niej dym, a po chwili pojawił ogień. Szybkimi ruchami, mężczyzna rzucał w płomienie, co mu się tylko nawinęło pod ręce, między innymi trawę z pod pyska wielbłąda, którą ten najwyraźniej przygotował sobie na wieczerzę. Kiedy ogień palił się już porządnie, wojownik odchylił się od ogniska, wyciągnął obolałe nogi i oparł je o skałę. Ramzes, leżąc z podkurczonymi kopytami, wpatrywał się w ogień mrucząc coś pod nosem. -Nie marudź, ty przynajmniej możesz zjeść sobie tej cholernej trawy, a mi przyjdzie tu głodować do rana lub dłużej, jeśli o świcie nie wyruszymy w dalszą drogę. Zresztą, gdyby nam coś jeszcze zostało z prowiantu, nie mógłbym tego zbliżyć do ognia, bo by się zebrało tutaj całe stado wszelakiego ścierwa, zwłaszcza nocą.- mówiąc to rozcierał jeszcze bolący kark, który porządnie sobie obtłukł spadając z wielbłąda. Nagle z oddali dał się słyszeć krzyk. Krzyk ludzki, lecz nie tylko ludzki. Przypominało to pisk zwykłej jaszczurki w połączeniu z wyciem hieny, jednak nie było to żadne z tych stworzeń. Mężczyzna zerwał się zdezorientowany. Po chwili chwycił miecz i zaczął biec w kierunku, z którego najprawdopodobniej dochodził krzyk. Biegł bez namysłu słysząc coraz to głośniejsze nawoływanie, aż jego oczom ukazał się przewrócony powóz kupiecki, do, którego zaprzężone były dwa miotające się konie. Wojownik dostrzegł szybko, co było powodem tego niepokoju. Jakiś kupiec, a był to na pewno kupiec sądząc po jego ubiorze, wymachiwał na oślep rozpaloną pochodnią, broniąc się a raczej próbując to robić przed atakującymi go skoczkami pustynnymi. Te plugawe stwory zazwyczaj żywią się padliną tak jak sępy, lecz tej nocy najwyraźniej niewytrzymały z głodu i zaatakowały żywego człowieka. Mężczyzna widząc jak kupiec zmaga się ze stworzeniami, zatrzymał się i rzekł spokojnie z kpiną, ale też z pewną ulgą wyraźnie widoczną na twarzy. -Głupcze, ogniem nic nie zdziałasz! Te bydlaki są na to odporne! Przerażony kupiec, zlany już potem odwrócił się na moment od przeciwnika i szybko rzucił przez ramię nieco błagalnym tonem: -Zamiast prawić teraz kazania, może byś mi tak pomógł!? -Och, z przyjemnością. – mówiąc to uniósł miecz i z dzikim pędem ruszył na małą grupkę skoczków. Padło parę dokładnych i niezwykle precyzyjnych uderzeń a w chwilę potem leżały już koło siebie cztery nieruchome, zmasakrowane ciała stworów. Kupiec dysząc ze zmęczenia z wybałuszonymi oczyma i rozwartą szczęką obserwował walkę, najwyraźniej nie wierząc w to, co ujrzał. Jeszcze przez chwilę tak stał, po czym w końcu wydusił z siebie jakby całe to zajście nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia: -Dziękuję ci za pomoc- odetchnął, po chwili dodał - choć niespecjalnie się z nią spieszyłeś, jeszcze raz ci dziękuję. Hmm…Jak Cię zwą? -Gellad. -Hmm…dziwne imię, mi mów Salm - przerwał, rozejrzał się po pobojowisku, wzrokiem przeleciał powóz kupiecki, rozkopane, dymiące jeszcze ognisko, porozrzucane wszędzie najróżniejsze przedmioty, po czym znów spoczął na Gelladzie.- Nie, nie jestem kupcem, to tylko tymczasowo. Zatrzymałem się tutaj na nocleg, ech te przeklęte bydlaki najwyraźniej zwabił tutaj zapach pieczonego mięsa. A zresztą, mniejsza z tym, nie pomyślałem. Powóz mi uszkodziły na dobre, ale jakoś muszę doczłapać do Lut Gholein, przynajmniej z częścią towaru, bo inaczej nie dostanę ani sztuki złota. -Wybierasz się do Lut Gholein? -No przecież mówię - spojrzał na Gellada z ukosa na moment przestając zbierać swoje rzeczy z ziemi.- No, ale dosyć gadania. Jeśli jutro o świcie nie pojawię się z towarami w pałacu Jerhyna, będę skończony! -Pomogę ci, niedaleko stąd mam rozbity obóz. Możesz zabrać tam swoje rzeczy razem z końmi, a o świcie wspólnie wyruszymy do miasta. Zgoda? – patrzyli na siebie przez moment, po chwili wahania, Salm przerwał ciszę -Zgoda. Wyglądasz na równego gościa, głowę dam, że jesteś tu obcy, więc przyda ci się ktoś, kto doprowadzi cię do miasta najkrótszą możliwą drogą. No, a jeśli coś nas zaatakuje, to jest nas już dwuch, hę? Oboje zaczęli pakować do juków najrozmaitsze towary, między innymi torby z dziwnymi owocami, czy nasionami różnych kwiatów. -Po, co temu Jerhynowi tyle nasion? I skąd żeś wytrzasną takie okazy? – wojownik obracał powoli w dłoniach bulwy i nasiona przeróżnej maści. -Zażyczył sobie, to nie miałem innego wyjścia.-kupiec wzruszył ramionami- Szukałem ich praktycznie wszędzie, dopóki nie znalazłem. Mam nadzieję, że za to, co jeszcze zostało zapłaci mi, co nieco. Założyli juki na konie, które wcześniej ciągnęły powóz. Dookoła było jeszcze zupełnie ciemno, więc drogę do obozu oświetlała im pochodnia. Po paru minutach dotarli do dogasającego ogniska przy skałach. Salm zaczepił końce uzd obu koni za wystający, spory kamień, rozjuczył je a potem sam usiadł na ziemi spoglądając pytająco na Gellada, który stał i jakby się nad czymś zastanawiał. -Nie ma go.- odparł po chwili trochę nieprzytomnie. -Nie ma? Ale, kogo? Był ktoś jeszcze z tobą? -Tak, miałem wielbłąda, Ramzesa.- powiedział nieco zdenerwowanym tonem i dodał siadając koło kupca.- Zapomniałem go przywiązać, cholera, zresztą to nie dziwne, że zapomniałem, bo nigdy tego wcześniej nie robiłem. Nie było potrzeby. Pewnie obraził się za to, co mu dzisiaj powiedziałem i postanowił sam iść do miasta. Salm popatrzył na niego jak na kogoś psychicznie chorego, chwilę potem wybuchnął śmiechem uważając wypowiedź wojownika za świetny żart. Gellad wpatrywał się w niego z niedowierzaniem. -Co w tym śmiesznego? Mówię poważnie. Zginął a był tu jeszcze przed tym jak usłyszałem twój krzyk parędziesiąt metrów stąd. -Nie z tego się śmieję.- powiedział przez łzy, trzymając się za brzuch, który mu najwyraźniej rozbolał od śmiechu.- Gadasz ze swoim wielbłądem? Musisz chyba bardzo długo podróżować przez tę pustynię, – odparł brodaty kupiec już nieco spokojniej. – jeśli tak bardzo się do niego przywiązałeś. -Może i masz trochę racji…podróżuję już dość długo. -No, ale skoro nie masz teraz żadnego wierzchowca, ja na czas podróży do Lut Gholein użyczę ci jednego ze swoich. A ten twój powinien się znaleźć. Jeśli jest tak sprytny jak mówiłeś, to chyba trafi do miasta sam. – odchrząkną by stłumić śmiech.- Hmm, no tak, ty o mnie już nieco wiesz, a ja o tobie tylko to, że twój wielbłąd się na ciebie obraził… -Och, przestań już!- przerwał mu nagle Gellad krzywiąc się. Salm, niski, przysadzisty mężczyzna o bujnej brodzie i wąsach w zwyczaju miał tego rodzaju żarty, jednak nie miały one na celu dopiec komuś, lecz tylko rozluźnić nieco atmosfere. -No dobrze, przepraszam. Najwidoczniej nie każdemu pasuje moje poczucie humoru. -Najwidoczniej.- zerkną z niesmakiem na drapiącego się beztrosko po brzuchu kupca. -Jak już mówiłem…zmierzałeś zapewne do Lut Gholein. Czego więc wojownik może szukać w spokojnym, portowym mieście?- mówiąc to poprawił sobie służącą za oparcie jukę Gellada, już chciał mówić dalej, jednak zauważył, że z juki wypadł zwitek pergaminu. Chwycił go, po czym zaczął mu się uważnie przyglądać. – Oho, to twoje? -Skoro wypadło z mojej juki, to odpowiedź jest raczej oczywista.- powiedział zgryźliwie. -No, fakt. Ale skąd żeś wytrzasną tę przepowiednię? Och, już wiem. Niech zgadnę. Wcisnęła ci to jakaś niby-wiedźma w obskurnej karczmie przekonując, że dzięki niej otrzymasz to, czego pragniesz…mam rację? -W pewnym stopniu tak, ale dziwi mnie skąd zwykły kupiec ma pojęcie o takich sprawach i jak rozpoznał w zwykłym zwitku przepowiednię.- mówiąc to, uważnie przyglądał się Salmowi. -Już ci mówiłem, że kupcem jestem na jakiś czas, normalnie nie tykam się takiej roboty, ale z góry mogę ci zaręczyć – jeśli zmierzasz do miasta z powodu tego kawałka papieru, to tracisz tylko czas. Wcześniej wiele słyszałem o tego typu historiach, że chłopak spotkał kobietę, ona mu przepowiedziała, że w jego życiu będzie tak, nie inaczej a ten naiwniak raz, dwa zmarnował sobie życie. No, ale nie ukrywam, że w niektórych historiach jest ziarno prawdy. -Co masz na myśli? -A to, że istnieją prawdziwe wiedźmy, ale jest ich bardzo mało. Większość z nich wymyśla takie oto bzdury dla zabawy i wmawia innym, że postępowanie zgodnie z nimi bardzo im się to opłaci. – uniósł zwitek, uważnie się mu przyglądając i dodał – Jednak nie mam pewności czy w tym wypadku jest podobnie. To jak? Mogę przeczytać? -Jak sobie chcesz, tylko uważaj. To nie jest zwykły kawałek papieru. -Jasne, jasne. Spokojnie, nie powinien mnie pożreć przed wcześniejszym przeczytaniem go. – zakpił z uśmiechem na twarzy i rozwiną zwitek. Już chciał zacząć czytać, lecz tekst na kartce zabłysł nagle złocistym światłem, po czym niewiadomo skąd wydobył się anielsko piękny, aksamitny głos, który czytał w beztroskim śpiewie zawartość pergaminu:
„Do miasta przy morzach, przez pustynię prowadzi droga, W mieście tym żyje władca sprawiedliwy, u niego nie pobrykasz, Jest smutny, gdyż stracił coś, marzy o rajskich ogrodach. Rzecz o dwóch obliczach, gdy jego panu oddasz, to ją odzyskasz.”
Obaj nie odzywali się przez dłuższą chwilę, wpatrując się w normalnie już wyglądający zwitek. Salm nadal trzymając go w rękach, wpatrywał się w niego z niemałym zainteresowaniem, po czym odparł: -Niezła sztuczka, dałeś się na to złapać? Zresztą, kto by nie dał. Piękny, dziewczęcy głoś mówiący o jakimś zadaniu i o wynagrodzeniu za jego wykonanie – zaśmiał się, drapiąc po głowie – Interesuje mnie jeszcze jedna rzecz, a mianowicie to skąd masz tę przepowiednię? To znaczy, dla mnie odpowiedź jest oczywista, jednak szczegóły mogą tu być istotne. -Szczegóły? No dobrze, skoro cię to interesuje, to nie mam chyba nic do stracenia. Hmm…po całym dniu wędrówki zrobiło się strasznie sucho w gardle, masz tam jeszcze gdzieś u siebie trochę rumu? No, w ostateczności może być woda. -Oho, zostało, co nieco, proszę – wyjął ze swojej juki dwie ciemne butelki rumu i rzucił jedną z nich przez ognisko dla Gellada. -Dzięki- zaczął szybko opróżniać butelkę, gdy się od niej w końcu odkleił, otarł wilgotne usta rękawem – To może zacznę od początku. Jak zauważyłeś nieźle sobie radzę w walce, nie tylko ty to zauważyłeś, bo gdy to u mnie odkryto szybko zaczęto mnie szkolić w tym kierunku. Jednak nie byłem bezmyślną maszyną do zabijania, robiłem to w słusznej sprawie, walczyłem wtedy, gdy była taka konieczność, a w mojej pracy nadarzała się ona często. Służyłem w oddziałach niejakiego generała Malevolyna. Dawno temu zbierał wielkie wojsko, więc, kiedy dowiedział się o moim istnieniu, szybko chciał mieć mnie w swoich szeregach. Zgodziłem się, nie miałem nic do stracenia. Potem dopiero dowiedziałem się o jego zamiarach, wobec nas, wobec całego swojego wojska. Wszyscy zrozumieli, po co mu służyło. Większość została, nie mając innego wyjścia, inaczej by zginęli. Część z nich uciekła, a raczej próbowała. Mi, jako jednemu z niewielu się to udało. Pewnie chcesz wiedzieć, dlaczego to zrobiłem? A dlatego, że nie leżało mi służenie komuś w imię zła. No, ale to już inna historia. Kiedy byłem na wolności nie miałem się gdzie podziać, nie miałem już żadnej rodziny, ani przyjaciela u boku. Całymi dniami siedziałem w karczmach, przepijając resztę pieniędzy. Pewnie dziwisz się, dlaczego nie szukałem nowej roboty, przecież dla mnie na pewno by się coś znalazło. Od czasu, gdy już nie byłem w szeregach Malevolyna, dręczyły mnie wspomnienia. Straszne wspomnienia. Zacząłem bać się własnego cienia. Trząsłem się ze strachu nawet wtedy, gdy wchodziłem do baru się czegoś napić, karczmarz, pytał mnie głośno i donośnie: „Co podać? Bo jak nic, to odmaszerować!”, a ja robiłem w portki jak małe dziecko. Nie potrafiłem nawet przylać w mordę wieśniakowi, który ukradł mi kapelusz, podczas gdy grałem w karty z jakimś marynarzem. Bardzo mną pomiatano, siedziałem zawsze w kącie, ludzie uważali mnie za pomylonego. Jednak pewnego dnia wszystko się zmieniło. Spotkałem kobietę, a dokładniej wpadła na mnie w karczmie. Była niska, przysadzista w podstarzałym wieku. Chodziła już nieco chwiejnie, z laską, ale po zachowaniu powiedzieć by można, że jest o wiele młodsza. Mówiła, że chce ze mną porozmawiać, ja nie miałem nic do stracenia, więc się zgodziłem, choć nieco się lękałem. Nie śmiej się, wtedy nie byłem sobą. Teraz widzę to wszystko przez mgłę, jak by to było lata temu. Otóż ta kobieta chciała wiedzieć, kim jestem. Bardzo ją to interesowało, więc jej opowiedziałem to, co teraz tobie. No, że jestem niezłym wojownikiem, że opuściłem legiony pewnego generała, bo nie chciałem mieć nic wspólnego z jego nikczemnymi planami. Dalszy ciąg był mniej więcej taki jak wcześniej mówiłeś, jednak wydarzyło się też coś niezwykłego. Tak, powiedziała, że moje udręki i cierpienia można skrócić w bardzo prosty sposób, że zna się na tym i może dla mnie pomóc. Potem wręczyła mi zwitek papieru, ten, co właśnie teraz trzymasz w dłoniach. Oczywiście wyśmiałem ją i wyzwałem od oszustek. Wiedziałem, że to niemożliwe. Jakaś stara kobieta, uważająca się za wszechmocną nie może mi pomóc kawałkiem papieru, ale wtedy zrobiła coś, przez co, za jakiś czas zmieniłem zupełnie pogląd na tą sprawę. Otóż wzięła moją dłoń w swoją i powiedziała, patrząc mi w oczy, że jest pewna, iż ja jestem właściwym człowiekiem. Dodała jeszcze, że chcąc czy nie chcąc, niebawem się przekonam, że nie kłamała. Potem mrugnęła do mnie okiem, uśmiechnęła się i odeszła. Nie zatrzymywałem jej, zastanawiałem się nad słowami, które wypowiedziała. Naturalnie, nadal jej nie wierzyłem, aż do momentu, kiedy wyszedłem z karczmy. Wierz mi lub nie, ale wszystko się zmieniło, moje życie znowu nabrało blasku. Patrzyłem na słońce i dziękowałem bogom, że tak pięknie dziś dla mnie świeci. Nie wiem, co było tego przyczyną. Rozwinąłem zwitek papieru, usłyszałem piękny głos, który dodał mi otuchy, wiedziałem, co mam robić, byłem znowu sobą! Miałem pewność, że muszę postępować zgodnie z przepowiednią, a na pewno mi się to opłaci, choć nie było w niej o tym ani słowa. Przypominam, że nie miałem ani grosza, więc pieniądze były mi szczególnie potrzebne. Lecz nie tylko odzyskałem wiarę siebie. Miecz leżał mi w dłoni jak dawniej, wymachiwałem nim z jeszcze większą wprawą niż niegdyś. Posłuchałem jeszcze raz anielskiego głosu i byłem pewien, że to, co robię jest słuszne i potrzebne. Zgodnie z przepowiednią, która mówiła „Do miasta przy morzach, przez pustynię prowadzi droga” zorientowałem się, że w całym Sanktuarium jedyne miasto portowe, do którego można dotrzeć przez pustynię to Lut Gholein! Tego byłem pewien, więc udałem się do pobliskiej gospody i pytałem o kupno wielbłąda, jako, że jest on najlepszy do podróży przez pustynię. Znalazł się owy staruszek, który miał takowego na sprzedaż. Nie miałem pieniędzy, wszystko przepiłem w karczmie przez ostatnie parę naście dni. Kiedy to usłyszał sprzedawca wierzchowca, ku mojemu zdziwieniu powiedział, że to każdemu może się zdarzyć i podarował mi wierzchowca w prezencie. Zapewniał, że na pewno mi się przyda bardziej niż jemu. Wielbłąda nazwałem Ramzes, dlatego, że tylko to mi przychodziło na myśl. Słyszałem to imię w jakiejś opowieści o dumnym i wielkim królu, a że ten zwierzak podobnie się zachowywał, to imię bardzo dobrze do niego pasowało.- zrobił małą pauzę, wzdychając ciężko- Tak, więc od tamtego czasu, podróżuję nieustannie przez tę przeklętą pustynię. Chciałeś znać szczegóły przepowiedni, teraz je znasz, a zarazem wiesz o mnie już całkiem sporo. Dowiedziałeś się też, dlaczego wierzę, iż treść tej przepowiedni jest prawdziwa. Dostałem na to wystarczającą ilość dowodów, by nie mieć jakichkolwiek wątpliwości. – skończył w końcu swą opowieść, po czym wypił resztę zawartości swojej butelki, zauważył, że Salm śpi, widocznie znudzony opowieścią i sam zasną. O świcie spakowali rzeczy, załadowali je na konie, rozkopali ognisko i odjechali ruszając w dalszą, niedaleką już podróż do Lut Gholein. Słońce nad nimi świeciło równie mocno jak i poprzedniego dnia. Na swoich koniach przedzierali się przez kolejne zaspy gorącego piasku pustyni Aranoch. Wierzchowce z trudem poruszały się o tej porze dnia, zalewając się potem, jednak nie dając za wygraną i dzielnie maszerując ku widocznemu już w oddali miastu. Jeszcze parę minut minęło i oboje stali przed bramą wejściową. Strażnicy pełniący tam wartę przyjrzeli się im uważnie, a w szczególności Gelladowi, gdyż Salma znali. W końcu, gestem dłoni pokazali, że mogą wejść. -Witajcie w pięknym mieście Lut Gholein! Czujcie się tu dobrze, jednak niech wam nawet nie przyjdzie do głowy robić coś głupiego, bo staniecie przed sądem samego Jerhyna, pana tych okolic. -Ma się rozumieć- rzekł Gellad obojętnie. Kiedy odeszli parę kroków od strażników, zwrócił się do Salma nieco ciszej- To ten Jerhyn, o, którym mówiłeś wczoraj w nocy, ten, któremu wieziesz nasiona? To on jest władcą tych okolic? -Oczywiście, a ty, co myślałeś? Teraz do niego idę, pozbyć się tego towaru- poklepał juki na koniach- nim znowu gdzieś zgubię jego część. -Skoro on jest władcą Lut Gholein, to według przepowiedni właśnie z nim powinienem się teraz spotkać, porozmawiać. Hmm…tylko, po co? -Nie mam pojęcia. Jemu ostatnio niczego nie brakuje, jak to królowi. No, ale skoro nadal wierzysz w te wypociny wiedźmy, to możesz iść ze mną. Zapoznam cię z królem, może cię od razu nie wywali na zbity pysk.- kupiec zarechotał klepiąc Gellada po ramieniu, który się nad czymś wyraźnie zastanawiał. -Dziwne, może to nie ta osoba. -Nie ta? A jest inny władca w Lut Gholein? -No dobrze, załóżmy, że chodzi o tego, Jerhyna, ale sam powiedziałeś, że niczego mu nie brakuje i jest szczęśliwy, a w przepowiedni było, że on wcale nie jest szczę… -O, nie, nie. Wcale nie powiedziałem, że jest szczęśliwy. Powiedziałem, że niczego mu nie brakuje. Miałem na myśli wszelkie dobra materialne, a to nie zawsze musi iść w parze ze szczęśliwym życiem.- przerwał mu poważnie Salm, kiwając głową. -Więc, dlaczego tam pisze, że coś stracił? Hmm…może nie coś, a kogoś? -Eee, wątpię. Król był zawsze samotnym człowiekiem. Rodziny już dawno niema, prócz jednej osoby, przynajmniej tak głosi plotka. A głosi, że ma jeszcze matkę, której dawno nie widział, ale nie wiem czy jest w tym, choć ziarno prawdy. -To już nie pozostaje mi nic innego, jak udać się z tobą do tego Jerhyna. Tylko wtedy się przekonam, czy to jest ta właściwa osoba. Powiedz mi jeszcze tylko czy mam się jakoś do niego specjalnie odnosić? Wiem, że na tym można wiele zyskać, ale i też przekreślić całą rozmowę. -Po prostu bądź uprzejmy. On jest z natury miłym człowiekiem, ale nie można tego nadużywać…
*************************************************
Mężczyzna siedział nieruchomo na pięknym ozdobnym krześle. Miał brzytwę na gardle. Brzytwę ze srebra, z rękojeścią wysadzaną diamentami. Ostrze przesuwało się w górę ku brodzie, po mokrej od potu skórze. Ręka cała się trzęsła, w pewnym momencie zatrzymała się gwałtownie. Spod ostrza popłynęła mała stróżka krwi, potem rozległ się krzyk. Mężczyzna zerwał się z krzesła. -Ty łachudro! Ty niedojdo! Precz mi stąd! Nie chce cię tu więcej widzieć! Taka ładna, a nawet ogolić porządnie nie umie. Dziewczyna cała zapłakana opuściła w pośpiechu piękną, urządzoną z przepychem komnatę. W drzwiach minęła się z dwoma mężczyznami, którzy właśnie przez nie wchodzili. Nieco zdziwieni, minęli ją i weszli do pomieszczenia. Człowiek na krześle spojrzał na gości gniewnym spojrzeniem, tamując krwotok z brody białą chustą. -No, Salm, w końcu ci się przypomniało, że masz dla mnie dostarczyć te cholerne towary? Ale jak to mówią, lepiej późno, niż wcale! – Jerhyn już się nieco rozchmurzył. Przynajmniej na tyle, by móc znowu pożartować, ale Salm zamiast odpowiedzieć spoglądał na Jerhyna błagalnym spojrzeniem. -Noo, nie. Chcesz powiedzieć, że sprzedałeś komuś innemu mój towar, bo oferował ci większe wynagrodzenie? Eh, co za czasy, powinienem uważać, komu ufam. -Nie, nie. To nie tak. Część towaru straciłem, ale nie z mojej winy…no dobrze trochę z mojej, tak czy inaczej wiele udało mi się odzyskać.- wytłumaczył się szybko. -Niech ci będzie. Potem jeszcze o tym porozmawiamy, a teraz przedstaw mi proszę człowieka, który przyszedł z tobą - wskazał palcem na wojownika. Gelled uchylił się nisko przed Jerhynem, po czym szybko zaczął mówić, by nie dać dojść do głosu Salmowi. -Miłościwy panie, jestem Gellad. Mam sprawę dotyczącą ciebie i mnie, a nie cierpiącą zwłoki. Jeśliś łaskaw, poświęć mi proszę parę chwil na rozmowę w cztery oczy. – patrzyli na siebie przez chwilę po czym monarcha odparł: -Dotyczącą mnie i ciebie, mówisz. Interesujące, że dwoje ludzi, widzących się pierwszy raz na oczy mogą mieć jakieś wspólne sprawy. No, ale niech ci będzie. Salm, zostaw nas samych, a jak będziesz wychodził, zamknij drzwi.- zwrócił się znowu do Gellada- a ty uważaj, jeden fałszywy ruch, a zjawi się tu cały oddział straży. Myślę jednak, że to nie będzie potrzebne, wyglądasz na rozsądnego człowieka.- mówiąc to wstał z krzesła i podszedł do dużego okna, przez które wpadało tyle światła, że czyniło komnatę niezwykle jasną. Gellad zaczął rozmowę trochę niepewnie. -Miłościwy panie… -Och, na bogów, kiedy jesteśmy sami, oszczędź sobie tych ceregieli. Po prostu – Jerhyn. -Dobrze, więc. Wie o tym niewiele osób, ale dowiedziałem się, że jesteś nieszczęśliwy, że coś straciłeś. Zależy ci na tym, a jeśli ktoś sprawi, że to coś wróci do ciebie, obiecałeś wysoką nagrodę- skłamał Gellad. Jerhyn odwrócił się od okna, podszedł bardzo blisko do wojownika, niemalże stykając się z nim nosem. -Bzdura. - odparł cicho i wrócił do okna, obserwując widok za nim. -Nie sądzę.- zaryzykował Gellad niepewnym tonem, jakby tracąc nadzieje, że rozmawia z właściwym człowiekiem. Król uśmiechnął się sztucznie do siebie po czym zaczął mamrotać coś pod nosem, coś niezrozumiałego. Stał tak jeszcze moment, spuścił nieco głowę i znowu zwrócił się ku wojownikowi. -Kim ty jesteś i dlaczego jechałeś taki szmat drogi, nie mając nawet pewności, że mam jakikolwiek problem i, że za jego rozwiązanie cię wynagrodzę? – zapytał patrząc mu prosto w oczy. -Jestem wojownikiem, do nie dawna, a raczej dawna, żołnierzem służącym u boku generała Malevolyna. Mówią, że w walce jestem dobry, nawet bardzo, a mogę się domyślić, że w zadaniu między innymi o to będzie chodzić. Zresztą nie mam innego wyboru, przejechałem całą pustynię, by się z tobą spotkać i o tym porozmawiać, Jerhynie. Jaki był tego powód? Potrzebne są mi pieniądze i to pilnie. Słyszałem o nagrodzie, a że król zleca to zadanie, pomyślałem, że nie poskąpi złota. Inaczej bym tu nie jechał. – skłamał znowu Gellad, siląc się by zataić to, że o problemie króla dowiedział się z przepowiedni usłyszanej od staruszki w karczmie a jednocześnie ciesząc się w duchu, że władca Lut Gholein okazał się być człowiekiem, którego szukał. Jerhyn na pewno wziąłby go za durnia słysząc o przepowiedni, tak, więc wolał na razie pominąć ten szczegół. -„pomyślałem, że nie poskąpi złota” –powtórzył Jerhyn – oczywiście, nie poskąpię, ale tylko wtedy, gdy zadanie będzie wykonane w stu procentach. -To może czas na zapoznanie mnie ze szczegółami tegoż zadania? -Ano, właśnie. Taki miałem właśnie zamiar. Myślę, że mogę ci zaufać. Skoro chcesz tylko tego brzęczącego i w rzeczywistości nic nieznaczącego złota to faktycznie, nie powinieneś mnie oszukać.- wyjął z kieszeni złoty naszyjnik, poobracał go w dłoni na oczach Gellada, po czym beznamiętnie wrzucił go z powrotem. –Wiesz już, że coś mi zginęło, że jako rozkapryszony król muszę to odzyskać. Wiesz też o tym wszystkim jako jeden z nielicznych, bardzo nielicznych. Powiedziałbym nawet, że o prócz mnie wiedzą o tym jeszcze tylko dwie osoby, ty i ktoś jeszcze. – wojownik zastanowił się nad tymi słowami. To niemożliwe, pomyślał, przecież skoro wiedzą o tym jeszcze tylko dwie osoby to skoro ja jestem tą drugą, to tą pierwszą powinna być staruszka z karczmy. Gellad zaczął coraz mniej wierzyć w tą przepowiednię, gdyż powiązanie tych obu faktów jest niemalże nierealne. Zresztą w tym momencie to było nieistotne. Stał już w komnacie właściwego człowieka, miał zaraz dowiedzieć się o szczegółach powierzonego mu zadania, za, które dostanie pieniądze i tylko to się teraz liczyło. -Słuchasz mnie? -Tak, tak. Przepraszam, zamyśliłem się. Kontynuuj, proszę. -Więc tym przedmiotem jest pewien miecz, a raczej mieczyk. Nie martwiłoby mnie to aż tak, gdyby nie był mi potrzebny do czegoś szczególnego. A jest. Otóż ten mieczyk otwiera największy, podziemny skarbiec w tym zamku. Co w nim się znajduje, tego nawet ja nie jestem pewny ale głowę dam, że to nie jest byle co, jakieś złoto czy inne niepotrzebne rupiecie, ale przedmiot o historycznej wartości, gdyż pałac należał niegdyś do moich dziadków. Denerwuje mnie, że mam taki gmach, w którym sporą część miejsca zajmuje głupi skarbiec, a którego nawet nie znam zawartości, nie mówiąc już o wydobyciu jej z niego. Wiedziałem, że czymś się otwiera ten cholerny zamek, ale w życiu bym nie wpadł na to, że jakaś broń wisząca tyle lat na mojej ścianie, właśnie do tego służy. Tak, więc ten mieczyk można nazwać w pewnym sensie kluczem. A w tym wszystkim najbardziej drażniące jest to, że o nietypowym zastosowaniu mieczyka dowiedziałem się, kiedy już go nie miałem. Pewnego
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ged
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…