Wróć do katalogu

Przerwać krąg - cz.3

Pojawia się trochę romansu, chociaż, na szczęście (niestety???) na krótko. Nie przewidziałam tego, że tekst zboczy się w tym kierunku, ale zboczyło... sami zobaczcie z jakim skutkiem.

Arie, opublikowano , 30 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

____________________________________________________________________________

Koty Mają Ciężkie Życie… ____________________________________________________________________________

– Panie Minaro, nie powinien pan być teraz na dole i rozpatrywać jakiegoś wyjątkowo pilnego przypadku?

Maxwell Mirano spiął się cały na dźwięk głosu szefa. Do tego jego dłonie nagle jakby odmówiły posłuszeństwa i pęk żółtych kwiatów, który niósł, rozsypał się malowniczo na podłodze.

– A–ale p–panie Rokwood... – zająknął się.

– Taaak?

Max rozejrzał się nerwowo dookoła. Znikąd ratunku.

Jak miał się przyznać szefowi, że czuje się winny z powodu szpiegowania Seleny i jej rodziny i że miał właśnie zamiar zrewanżować się jej jakoś za to? Oczywiście, nic by jej nie powiedział – bardziej dlatego, że się wstydził i czuł jak zdrajca niż ze względu na dobro firmy – ale przecież kwiaty i zaproszenie na tańce to też jest jakaś forma zadośćuczynienia, przeprosin czy czegoś, co zmazałoby te brzydkie plamy z jego sumienia.

– Ja... yyy... chciałem... tego...

Proszę cię, Boże – myślał – jeśli istniejesz, zrób coś! Inaczej za niesubordynację wyląduję w jakimś zakurzonym archiwum, zakopany w stosy papierów sprzed wieków...

O jego nogi otarła się smukła, czarna od pyszczka po czubek ogona kotka, tylko oczy miała intensywnie zielone. Z jakiegoś powodu nie miał wątpliwości co do płci zwierzęcia. Przerwał swoją nieskładną wypowiedź i gapił się na nią z otwartymi ustami.

Koty? Tutaj?

Odezwał się w nim profesjonalista. Podniósł wyrywającą się kotkę i przycisnął do siebie. Drugą ręką złapał za ramię usiłującą przemknąć się bokiem sekretarkę. Nie zamierzał przepuścić takiej szansy.

– Panno...

– Felgrowe – podpowiedziała uprzejmie.

– Panno Felgrowe. Nie wie pani przypadkiem, jak to zwierzę się tutaj dostało?

– Ja?

– Tak. Pani.

– Eee...

Max zerknął kątem oka na szefa, ale jego kamienna mina mogła oznaczać cokolwiek.

– Kto pilnuje wyjść?

– Portier, oczywiście. I kilku ochroniarzy.

– A okna?

– Przecież w oknach są siatki elektromagnetyczne!

Max zarumienił się. Zapomniał.

– Więc jak, pani zdaniem, dostał się tutaj ten kot? CZARNY kot, śmiem zauważyć?

– Nnie wiem, na pewno nie sam, któryś z petentów musiał go tu wnieść. Na pewno żaden z pracowników, proszę pana... Zawiadomię służby porządkowe.

– Niech pani to natychmiast zrobi – rzekł, czując się strasznie głupio ze świadomością, że szef ogląda to żałosne przedstawienie mające na celu odciągnięcie jego uwagi od sprawy poniewierających się po linoleum żółtych kwiatów.

– I proszę TO stąd wyrzucić – dodał, z zamiarem przekazania przedmiotu rozmowy w ręce kobiety.

Diamand Rockwood uprzedził go

– Ja ją wezmę.

Kotka zdawała się jednak mieć własne poglądy na temat miejsca swojego dalszego pobytu. Do tej pory dość spokojna, nagle wczepiła się pazurami wszystkich czterech czarnych łapek w rękaw koszuli Maxwella, drapiąc go przy okazji do krwi, i zaczęła dziko miauczeć, wyraźnie zdecydowana nie znaleźć się w rękach wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny z ukrytymi za okularami w złotych oprawkach oczami o kamiennym spojrzeniu. Max wrzasnął z bólu, usiłując ją z siebie zrzucić. Udało mu się to po chwili, a kotka ze stulonymi uszami i nastroszoną na karku czarną sierścią pognała do wyjścia, lawirując pomiędzy ludzkimi nogami. Nie była jednak dość szybka. W chwili, gdy już prawie dosięgła drzwi, smukła dłoń wczepiła się w zjeżoną sierść, pociągnęła w górę i w następnej sekundzie już siedziała, mrucząc zadziornie i posykując ostrzegawczo, spokojna, ale w sposób, który sugerował, że szykuje się do skoku lub kolejnej serii precyzyjnych drapnięć, na przedramieniu Diamanda Rockwooda. On jednak, jak gdyby nigdy nic, drapał drugą ręką jedwabistą sierść za jej uszami.

– Nie ma pani nic do roboty, panno Felgrowe?

Kobieta burknęła coś pod nosem i poszła sobie.

– A pan, Mirano? Czy nie musi pan czasem wrócić do koordynowania pracy nad jakimś pilnym przypadkiem?

– Tak, oczywiście. Ale...

– Słucham?

Max właściwie sam nie wiedział, po co chce o to zapytać.

– Co pan zrobi z kotem?

– Niech pan się nie martwi, zajmę się nią. Nic jej się nie stanie – odpowiedział mu Rockwood. A kiedy Max odszedł poza zasięg słuchu, dodał z krzywym uśmiechem – przynajmniej nic bardzo złego.

Kotka miauknęła pytająco. I trochę żałośnie.

____________________________________________________________________________

Skutki Wtykania Nosa w Nie Swoje Sprawy ____________________________________________________________________________

Selena Andersen nie czuła się dobrze. Prawdę mówiąc, czuła się właściwie bardzo źle. Jeszcze kilka minut temu wycieczka w labirynt korytarzy biurowca NUMP–u w skórze kota wydawała jej się doskonałym pomysłem, szczególnie, że już kilka razy zostawiała ubranie w rzadko używanej łazience piętro niżej i przemieniała się. Doprawdy, zawsze mam doskonałe pomysły! – pomyślała, usiłując odsunąć głowę z zasięgu palców Diamanda Rockwooda. Syknęła gniewnie, gdy spróbował podrapać ją pod brodą.

– Coś się kici nie podoba? – zachichotał i przejechał ręką wzdłuż jej grzbietu, a Selena mimowolnie zmrużyła swoje kocie oczy z rozkoszy

– Oj, jednak się podoba.

A pewnie – pomyślała. Diabli nadali koci instynkt!

Skręcili w stronę wind. Selenie nie uśmiechało się znalezienie się w zamkniętej przestrzeni kabiny. Znów spróbowała się wyrwać, ale jakoś nie mogła. Tak jakby coś paraliżowało jej wolę.

Kiedy drzwi ciasnej windy zasunęły się za nimi, prezes NUMP–u wystukał na panelu znajdującym się obok rzędu przycisków z numerami pięter jakiś kod i przejechał kartą po czytniku. Zapaliło się zielone światełko, a ze ściany wyłonił się dodatkowy guzik, tuż pod innymi. Rockwood nacisnął go.

Selena naprawdę zaczęła się bać.

– Pewnie chcesz wiedzieć, dokąd jedziemy – powiedział cicho Rockwood, znowu delikatnie pieszcząc jej kark. Zamruczała pytająco.

– Nie martw się – znów zachichotał. – Niedługo się dowiesz.

Wyraźnie był w doskonałym humorze. Wolała nie dociekać powodów tego stanu, choć sam fakt, że do niej mówił, wiele tłumaczył. Gdyby prezes jakiejkolwiek innej, liczącej się na runku firmy zaczął któregoś dnia rozmawiać ze zwierzętami, niewątpliwie skierowano by go do odpowiedniego szpitala. Ale Diamand Rockwood nie był zwyczajnym prezesem, a Agencja nie była taką znowu zwyczajną firmą. Jemu rozmowa z kotem, czarnym na dodatek, pewnie nie wydawała się wcale czymś dziwnym.

Selena zadrżała ze strachu. Jeśli on wiedział...

Drzwi windy rozsunęły się i znaleźli się w korytarzu, w którym Selena nigdy wcześniej nie była. Poczuła, że musi się natychmiast wydostać z obezwładniającego uchwytu trzymających ją rąk.

– Przestań się tak prężyć. To nic nie da.

Sięgnął do kieszeni i wyjął mały, ciemny, obły kamień. Podsunął jej go pod wąsaty nosek.

– Wiesz, co to jest.

Tak, wiedziała. Czarny diament był bardzo rzadki i, nawet nieoszlifowany, miał ogromną moc. Ktoś znający się na rzeczy mógł z jego pomocą „zamrozić” wszystkie działające zaklęcia w promieniu kilku metrów. Ktoś, kto NAPRAWDĘ znał się na rzeczy mógł także zamrozić wolę rzucającego zaklęcie, przerwać jego działanie czy nawet całkowicie zdjąć czar.

Zastanawiała się, jak dobrze Diamand Rockwood znał się na rzeczy.

– To sekcja badawcza Agencji –tłumaczył beztrosko Rockwood, jakby słuchał go tłum licealistów na wycieczce. – Są tu biblioteki, magazyny i różne laboratoria. Bardzo wiele różnych laboratoriów, badających... hymm... różne rzeczy.

- Miau!

– Właśnie dlatego – kontynuował – bardzo nie chciałem, żebyś dostała się w ręce tej Felgrowe. Bo prawdopodobnie przekazałaby cię któremuś z osiłków pilnujących wejść. A oni, choć może niezbyt rozgarnięci, mają pewne obowiązki. Na przykład muszą każdą osobę, zwierzę lub rzecz, która przekroczyła próg tego budynku niezgodnie z przepisami przepuszczać przez wykrywacz taumaturgiczny. Przecież dobrze o tym wiesz. A zważywszy na to, że jesteś teraz pod wpływem dość silnego zaklęcia, wyniki owych testów sprawiłyby prawdopodobnie, że znalazłabyś się właśnie w laboratorium. W niewłaściwym laboratorium, na dodatek. A tego byśmy przecież nie chcieli.

Rockwood zatrzymał się przed drzwiami z wzmocnionej stali. Wstukał kod i włożył kartę magnetyczną do zamka. Wysunął się skaner siatkówki. Przyłożył do niego oko, po czym podał jeszcze hasło głosowe.

– Lubię prywatność. Czasem to konieczne w tym zawodzie – powiedział tonem wyjaśnienia.

Znaleźli się w przestronnym pomieszczeniu, umeblowanym, wbrew obawom Seleny, dość przytulnie i zupełnie nie przypominającym laboratorium. Na podłodze leżały miękkie dywany, ścianę naprzeciwko drzwi zdobił olejny obraz przedstawiający jakiś nadmorski pejzaż. Po bokach stały półki z książkami i aparaturą, która Selenie wydawała się dziwnie znajoma. W rogu znajdowała się kanapa, a nad tym wszystkim królowało olbrzymie, dębowe biurko, identyczne z tym w gabinecie prezesa kilka pięter wyżej.

Rockwood posadził ją na nim, obok komputera. Na stercie dokumentów leżących opodal, jak zwyczajny przycisk do papieru, położył czarny diament. Sam usiadł na fotelu naprzeciwko i przyglądał się jej przez dłuższą chwilę.

– Widzisz, Seleno – powiedział, a ona straciła resztki nadziei – nie mogłem pozwolić, żeby pastwił się nad tobą któryś z tutejszych tak zwanych naukowców, nie po tym, jak tak uprzejmie niemal dosłownie wpadłaś mi w ręce. Wbrew temu, co się o nich sądzi, tutejsi naukowcy są dość ograniczeni i zanim by doszli, że nie jesteś zwyczajnym kotem, na którego rzucono jakieś zaklęcie, ale kimś, powtarzam – KIMŚ, więcej, minęłoby dużo czasu. A i dla ciebie pewnie nie byłoby to zbyt przyjemne. Zrozumiałe więc, że musiałem cię uchronić przed smutnym losem królika doświadczalnego, szczególnie, że jesteś mi potrzebna. Nie planowałem wprawdzie tego tak szybko, ale cóż poradzić, jak powiadają, nawet najbardziej dopracowany plan zwykle rozsypuje się w zderzeniu z rzeczywistością.

Posadził ją sobie na kolanach. W akcie desperacji próbowała go drapnąć. Nie udało jej się.

– Nie sądzisz, kiciu – podrapał ja za uchem. Syknęła – że czas już wrócić do własnej postaci?

Wziął z biurka diament, położył go na jej pyszczku, nad oczami, i powiedział coś w języku, którego Selena nie rozumiała.

Poczuła jak w środku coś jej się przekręca, przed oczami zamigotały jej kolory i rozpoznała symptomy Zmiany. Nie, tylko nie to – pomyślała jeszcze i już była sobą – długonoga, ciemnowłosa, bezwładna z powodu brutalnego odwrócenia zaklęcia i działania kamienia, a przede wszystkim kompletnie naga, spoczywała w ramionach Diamanda Rockwooda, człowieka, którego bała się najbardziej na świecie, a on ciągle gładził jej kark, jakby wcale nie przestała być kotką.

____________________________________________________________________________

Potrzeby Ciała i Ducha ____________________________________________________________________________

Dziewczyna była kompletnie zamroczona i chyba nie za bardzo zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje. Oddychała ciężko i usiłowała dojść do siebie, a to, że siedzi sobie wygodnie na jego kolanach, a przy tym jest zupełne golusieńka, zdawało się jej nie przeszkadzać.

Jeszcze.

No cóż, jemu przeszkadzało. Bardzo. Ale jakoś nie mógł się zdobyć na zrobienie czegoś, żeby temu zaradzić. W końcu – pocieszał się – należy mu się coś od życia, które, przy odrobinie współpracy ze strony losu i Seleny, zamierzał możliwie szybko zakończyć.

Przesunął ręce z jej karku na plecy i nim się spostrzegł, już głaskał każdy skrawek tej jej gładkiej jak skórka brzoskwini skóry. Poczuł, jak krew w jego żyłach zaczyna szybciej krążyć, a ciało tężeje. Wtulił twarz w jej pachnące kwiatami włosy, odgarnął je, by się dostać do miękkiej szyi. Musnął wargami pulsującą żyłkę, potem ramię, obojczyk, a na końcu usta.

W tym momencie Selena ocknęła się, ale zanim zdążyła zaprotestować, wsunął gorący język między rozchylone wargi i protesty uleciały jej z głowy.

Kiedy przestał, obejmowała go rękami za szyję, a na skórze, na brzuchu, piersiach i bokach czuła materiał jego koszuli. Trwała tak przez chwilę, znów zamroczona, dopóki nie dotarło do niej, że gorące usta i język przeniosły się na jej szyję, a dłonie masują jej pośladki z niepokojącą dokładnością. Przecież to jest Diamand Rockwood! – krzyknęło coś w niej, choć każdy jego dotyk zagłuszał coraz bardziej głos rozsądku. On wie, kim jesteś! Przepadłaś, ale czy musisz dokładać do swego upokorzenia jeszcze całowanie się z tym mężczyzną? Na Księżyce, żeby tylko całowanie!Przecież ty jesteś zupełnie goła!

Chciała się odsunąć, ale moc diamentu nadal działała. Uświadomiła sobie to bardzo wyraźnie – mógł z nią teraz zrobić wszystko, cokolwiek zechciał.

Zadrżała.

– Nie – szepnęła cicho.

Znieruchomiał.

– Nie, proszę – powtórzyła.

Podniósł głowę, odgarnął jej włosy z twarzy i spojrzał w oczy tak, jakby chciał wyłuskać z nich wszystkie jej sekrety.

Odwróciła oczy.

Milczenie stało się ciężkie i niezręczne. W końcu odchrząknął i poczuła, że wstaje.

– Przepraszam, trochę mnie poniosło – bąknął pod nosem.

Uniósł ją na ręce i zanim się zorientowała, już leżała na miękkiej kanapie. Rockwood odsunął się od niej trochę, niewiele jednak, tyle tylko, by mógł uspokoić oddech.

– Nie rób mi krzywdy, proszę – powiedziała cicho, nie patrząc na niego.

– To zależy od tego, co rozumiesz pod pojęciem krzywdy.

– Jak to?

– Widzisz, nie chcę, byśmy się źle zrozumieli. Potrzebuję czegoś, co jedynie ty możesz mi dać. Teraz... i może jeszcze kilka razy. Rany, nie patrz tak. To wcale nie to, o czym myślisz. W zamian za to nie zdradzę twojego sekretu. Ani sekretów twojej rodziny. Tak, wiem o Kółku Gospodyń Domowych.

– Jaką mam gwarancję, że pan dotrzyma obietnicy, jeśli zrobię to, co pan chce, żebym zrobiła, cokolwiek to jest?

– Żadnej. Ale nie masz też zbyt dużego wyboru. Będziesz musiała mi zaufać.

Selena zadrżała na myśl o obdarzeniu zaufaniem tego człowieka.

– A jeśli się nie zgodzę?

– Wolałbym nie tłumaczyć ci bliżej konsekwencji takiej decyzji. Ale chyba możesz się domyślić.

Tak, mogła. W końcu była ekspertem w tych sprawach.

Laboratoria. Całe mnóstwo laboratoriów.

– Nno dobrze. Czego pan w takim razie chce?

Rockwood zmusił ją, by spojrzała mu w oczy.

– Chcę twojego życia.

Otworzyła usta, zdumiona i przerażona. Usiłowała się szarpnąć, ale choć kamień został gdzieś obok biurka, jego moc ciągle była zbyt silna, by mogła ją na stałe przełamać. Osłabła jedynie na tyle, by Selena była w stanie miotać się szaleńczo po kanapie.

Diamandowi nie sprawiło wielkiego problemu unieruchomienie jej. Złapał ją po prostu za ramiona i przycisnął do łóżka.

– Hej, uspokój się! Jeszcze nie skończyłem.

– To może być coś jeszcze gorszego od zabicia mnie!?

Skrzywił się.

– Wierz mi, istnieją rzeczy o wiele gorsze od śmierci. Ale też ja wcale nie zamierzam cię zabijać!

– Jak to, przecież powiedział pan...

– ...że chcę twojego życia, tak, nie wyraziłem się zbyt jasno, przepraszam. Inaczej rzecz

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych