Przygody Marianka cz. 1
opowiadanie o małym chłopcu, który ma niezwykły dar pakowania się w tarapaty...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przygody Marianka cz.1
Rozdział I Zuzia, dziadek i przygoda.
Pakowanie przed wyjazdem to gorsze niż zbudowanie zamku obronnego na chmurze. Taki dramat musiał przeżyć Marian potocznie zwany Mariankiem, a przez własnego ojca, pana doktora Bielińskiego po prostu „ziółkiem”. Jak mówił pan doktor, nazywał tak swojego syna ponieważ był magicznym ziółkiem na każde zło. Ciągle tylko pan doktor narzekał, że to ziółko nie może być użyte w medycynie. Tak tego żałował, bo sam nie umiał sobie poradzić z niektórymi chorobami. Marianek pakował się tak zawzięcie ponieważ za kilka dni miał wyjechać do Zalesia ( tak nazywała się wieś na południu Polski). We wsi pan Bieliński nosił miano doktora od chorób niepotrzebnych. Sam tłumaczył to sobie, że każda choroba jest niepotrzebna i w ten sposób się usprawiedliwiał. Wieś po której krążyły takie właśnie żarty nazywała się Pipidówka. Jak mówił nauczyciel Marianka nazwa tej wsi całkowicie zgadzała się z miejscem jej położenia i atmosferą w niej panującą. Nauczyciel był niezwykle wymagający, ale jednocześnie był wielkim wielbicielem dzieci. Pan profesor Milkowski, wychowawca Marianka za marnego miedziaka sprzedałby swoją ojczystą wieś. Właśnie trwała lekcja Matematyki, którą prowadził pan profesor, kiedy to do klasy wbiegł pan Bieliński- ojciec Marianka. - Czy mógłbym usprawiedliwić swojego syna, bardzo się spieszę- pan doktor powiedział to tak jakby prosił pana profesora na kolanach. - Tak, a za jakim pretekstem- stanowczo odpowiedział pan profesor wywyższając się jednocześnie przed obliczem pana doktora - Bo ja zapomniałem, ale Marianek dzisiaj ma wyjechać do Zalesia, do cioci- mówił z pośpiechem troskliwy ojciec. - Skoro to takie pośpieszne, proszę Marianku schowaj do ławki tabliczkę do pisania- mówił niezbyt zadowolony pan profesor- Mam nadzieję, że pana syn nadrobi wszelkie zaniechania z powodu wyjazdu. W końcu do wakacji jeszcze dwa tygodnie. - Tak obiecuję, tylko szybko Marianku po spóźnimy się na pociąg. Pan Bieliński twierdził, że kolej to zły sposób transportu. Mówił o nim, że to są żelazne klatki ciągnięte przez maszynę parową, którą wynaleziono w całkiem innym celu. Teraz jednak nie miał nic przeciwko temu, ponieważ to nie on musiał skorzystać z jej usług. Przybiegli na dworzec w ostatniej chwili z dwoma walizkami ciężkimi jak pięć dużych bukłaków wina. Nikt nie wie co w nich było, ale na pewno musiały się tam znaleźć stosy książek, które miały zamiar być przeczytane przez Marianka. Czytał ile się dało, ale nigdy nie czytał kiedy mu czas na to nie pozwalał. W jego pokoju książki były wszędzie gdzie tylko dało się je położyć. Marianek znalazł raz jedną niedokończoną książkę w małej szufladzie na bieliznę. Pan doktor miał zawsze z tym wielki problem i zawsze próbował zmienić ten nawyk u swego syna, jednak zawsze podjęta próba kończyła się porażką, czyli kolejna książka lądowała przy lusterku w łazience. Teraz jednak te sprawy odchodziły w dalszy plan i ojciec bliski łez żegnał swojego syna wyjeżdżającego do cioci Zuzanny Bogumilskiej. Była bardzo dobrą ciocią, ale tylko dla Marianka. Chłopiec darzył ją mianem „ miłej Bogu”, ale to chyba tylko dlatego, że można było to wywnioskować po jej nazwisku. Marianek sam chciał pojechać do swojej cioci, ponieważ uwielbiana przez niego ciocia miała wyjechać do Francji, była wielbicielką Francji i dopiero po dłuższych staraniach udało jej się zorganizować wyjazd do „świata marzeń i mody”. Na nieszczęście najbliższa i jedyna sąsiadka wyjechała i wróci dopiero trzy dni po wyjeździe cioci Marianka. W domu jest niby wujek, ale ciocia mu nie ufa, dlatego to też prosiła Marianka o pomoc. W pewnej chwili pan doktor zauważył, że brakuje mu jednej walizki, którą jego syn szykował specjalnie na ten wyjazd. Spocił się, a ciężkie krople potu spłynęły mu na czoło, a później na nos, na którym były wielki binokle. Próbował to za wszelką cenę to ukryć, bo gdyby jego syn dowiedział się, że brakuje jednej walizki od razu próbowałby pobiec do małej chatki, w której ma swój mały pokoik i zabrałby ją mimo zastrzeżeń ojca, a przecież pociąg stał już na stacji. - Dalej wsiadaj, a ja zaniosę za tobą walizki, a za chwile wyjdę z pociągu i się z tobą pożegnam- mówił to pan doktor, próbując zatuszować sprawę zapomnienia o jednej walizce- dalej, wsiadaj! - Dobrze, dobrze, już wsiadam- mówił Marianek coś podejrzewając. Mimo wszystko ojcu oryginalnego dziecka udało się zatuszować sprawę. Pożegnał się ojciec ze swym dzieckiem, a pociąg pojechał w świat jak nazywał pan doktor każdą inną wieś niż Pipidówka. Marianek nie mógł nawet uniknąć większych przygód podczas podróży pociągiem. Był to jego pierwszy raz kiedy podróżował taką maszyną, a podróżował nią w dodatku sam. Marianek siedział koło panny Jolanty, która kazała mówić na siebie Jolka. Marianek rozmawiał z nią o czym tylko się dało, ale przede wszystkim o książkach, które tak bardzo lubił czytać. Podróż trwała tylko sześć godzin, a Marianek zdążył w dwie godziny opowiedzieć pani Jolce o osiemnastu przeczytanych książkach. Następne cztery godziny były dla niego wielkim problemem. Zastanawiał się- Jak wykorzystać ten czas?- jednak bezskutecznie. W pewnej chwili poczuł pod sobą jakby lekkie gilgotanie, a później coś ukuło go. Zaczął krzyczeć jak głośno tylko się dało. Szybko zeskoczył z fotela i po kilku sekundach spojrzał na swoje „siedzisko”. Serce zamarło mu jak kamień będący na dnie. Na fotelu był ogromny pająk! Czarny, owłosiony, obrzydliwy, jednym słowem coś okropnego! Okazało się później iż był to pająk panny Jolanty, a Marianek obraził się na nią na krótką chwilę. Po pewnym czasie nie wytrzymał tej wstrętnej ciszy i zaczął gadać byle co do siebie, byle nie było cicho. Pani Jolka szybko odskoczyła myśląc, że chłopiec majaczy. Pobiegła prędko po doktora, który siedział w sąsiednim przedziale i zawołała go prosząc o pomoc. Marianek miał pecha, gdyż okazało się, że doktor, który przybiegł za prośbą panny Jolanty był przyjacielem jego taty. Chłopiec próbował zakryć twarz, by pan doktor nie skojarzył tej w końcu nieobcej mu twarzy. - Co ci się stało?- pytał troskliwie doktor - Nic! Niech pan mnie puści!- darł się Marianek jednocześnie wydzierając się z wielkich dłoni pana doktora i kilku innych ludzi z przedziału, którzy zlecieli się jak wszy do psiego ogona. - Nie bój się, no dalej! Chodź, otrzemy ci łzy.- mówił to pan doktor jednocześnie odsuwając dziecięce dłonie od twarzy Marianka - Ale pan nic nie powie mojemu tacie, prawda?- jąkał się Marianek - Rzeczywiście, Marianek, skąd tyś tu się wziął! - Nie wyśle mnie pan do taty, że już nawet w podróży nie mogłem uniknąć zdarzeń!- beczał chłopiec. - Nie, nie odeśle, ale opowiesz mi wszystko po kolei? - Tak, oczywiście, ale niech pan obieca na swoje zdrowie!- stanowczo powiedział Marianek. - Tak, obiecam- i w tym samym momencie doktor zaczął kichać- nie zważaj na to uwagi, ja naprawdę przyrzekam. Po całym zdarzeniu Marianek opowiedział wszystko doktorowi, aż dojechali do stacji kolejowej jakiegoś miasta.
Pan doktor obiecał Mariankowi, że odprowadzi chłopca do jego cioci. Tak też się stało. Szli właśnie krętom uliczką. Zbliżało się do wieczora. Była pora na podwieczorek. Marianek przypominał doktorowi o najważniejszym posiłku dnia, jak sądził małolat. Pan doktor, Leszek nie zważał na to jednak najmniejszej uwagi. Kroczył wielkimi krokami pomiędzy małymi kamienicami, chudymi, ale wysokimi. Nagle zatrzymał się i patrzył w stronę odbywającego się na rynku co piątkowego targu. - Chodź Marianek, może znajdziemy tam coś na podwieczorek.- natychmiast powiedział do Marianka pan Leszek. - Nareszcie, chyba Pan Bóg do niego przemówił- tak właśnie pomyślał Marianek usłyszawszy słowa pana Leszka. Weszli w pełny ludzi targ mimo, że dzień miał się już ku końcu. Przechodzili koło straganów z warzywami, owocami, słodyczami, ale nie zatrzymywali się. Marianek ciągle myślał „ W końcu miał być podwieczorek, a ty co!”. Wreszcie zatrzymali się przy jednym ze straganów. Chłopiec nie widział przy jakim ponieważ długi płaszcz pana doktora i tłum wokół niego uniemożliwiał mu zobaczenie niczego oprócz własnego stroju i trochę czubka własnego nosa. Chłopiec długo próbował zaglądać, podglądać, ale nic. Wreszcie pan doktor wziął coś do ręki w szmacianym woreczku. „ Co to może być?” zastanawiał się Marianek. - Usiądziemy na jakiejś ławce zaraz po tym jak wyjdziemy z targu- powiedział pan Leszek nawet nie patrząc na Marianka. - Mogę o coś zapytać? Czy to co pan ma w dłoni to jest nasz podwieczorek?- nieśmiało zapytał Marianek. Nie usłyszał jednak odpowiedzi. W tej samej chwili potknął się. Pan doktor tego nie zauważył i dalej kroczył poprzez zaludniony targ. - Niech pan poczeka!- wołał Marianek, jednak bez skutecznie. Marianek stał pośrodku ganeczku między straganami. - No cóż, będę zdany sam na siebie. Przecież i tak miałem tutaj przyjechać sam, czyli, że tata był pewny, że tutaj trafię. To oczywiście oznacza, że dotrę do cioci i bez pomocy tego doktora od siedmiu boleści.- stanowczo mówił Marianek. Ruszył przez zaludnione targowisko od czasu do czasu potykając się o kamienie, którymi był wyłożony cały plac. Nawet trochę się cieszył, że zgubił tego doktora od siedmiu boleści- jak mówił Marianek-, bo chłopiec lubi być zdany sam na siebie. Wyszedł z placu i podążał poprzez wąskie, kręte uliczki, które wyglądały jak wąwozy pośród, cienkich, wysokich kamieniczek. Nigdy na oczy nie widział tylu sklepów, nigdy nie plątał się pośród tyloma osobami czekającymi w kolejce po mięso. Bardzo mu się to spodobało. Okazało się nawet, że w kieszeni ma kilka miedziaków. Szukał odpowiedniego sklepu i go znalazł. Wszedł do środka i od razu bardzo mile przywitał go szef sklepu- Marianek takich nazywał miedziakami. Miało to oznaczać, że ktoś jest zamożny lub bardzo zamożny. Podwójnie bardzo zamożnych Marianek nazywał papierkami, od banknotów. A więc przywitał go miły głos „ miedziaka”, bo tylko na takiego wyglądał. - W czym mogę służyć młodzieńcze? Marianek stał jak wryty i myślał – młodzieńcze? Czy ten człowiek nie jest ze średniowiecza?- tak właśnie sobie myślał. - Czy mógłbym poprosić o czekoladę- powiedział Marianek trochę bojąc się, ponieważ pieniądze miał przekazać na poważne rzeczy, na pewno nie na czekoladę. - Oczywiście, jedną tabliczkę? - A na ile tabliczek wystarczyłaby te pieniądze?- zapytał się Marianek wykładając pieniądze na ladę. -Chm…No cóż, nawet nie wystarczyłoby na pół tabliczki, ale dla ciebie zrobię wyjątek. Widać, że jesteś miłym chłopcem i mogę dać ci ją za darmo po warunkiem, że tabliczki czekolady nie zjesz od razu tylko po jednej kostce będziesz jadł codziennie. Rozumiesz o co mi chodzi?- mówił chłopcu sprzedawca - Tak, mam być oszczędny!- szybko odpowiedział niepełnoletni klient. Wyszedł ze sklepu i zaczął zajadać czekoladę. Po kilku minutach czekolady nie było. Później Mariankowi zrobiło się trochę głupio, bo zajadał tą czekoladę na ławce, obok której leżała dziewczyna, żebrak jak sądząc po ubiorze. Otulona podziurawionym, wilgotnym kocem patrzyła na chłopca smutnymi oczyma. - Jak masz na imię?- zapytał niepewnie Marianek. - Ja?- zapytała się dziewczyna leżąca obok ławki niedowierzając, że ktoś ją oto zapytał. - Tak, ty, bo ja mam na imię Marian.- powiedział Marianek - Chcesz mi pomóc, czy tylko nie masz co robić?- zapytała nieco groźnie dziewczyna. - Chyba chcę ci pomóc. Inaczej bym cię nie pytał jak masz na imię.- całkiem spokojnie odpowiedział chłopiec. Chłopiec podszedł do dziewczyny i przyklęknął obok niej. Patrzył jej prosto w oczy, bardzo uważnie. - No to powiesz mi jak ty w końcu masz na imię?- zapytał po krótkiej chwili chłopiec. - Ja, no mów mi Zuzia, ale nie licz na to jak mam naprawdę na imię- odpowiedziała mu dziewczyna. - A ile ty masz lat? Ja dziesięć, ale i tak mówią mi wszyscy, że zachowuję się jak prawie dorosły.- powiedział Marianek. - Ja, no cóż, jesteś do mnie małym bąkiem, tylko tyle mogę ci powiedzieć- odpowiedziała Zuzia. - Zawsze jesteś taka tajemnicza, czy robisz mnie w durnia?- zapytał złośliwie Marian. - Ja, ciebie… i jeszcze w durnia? Nie chcę się tylko do końca zdradzić- mówiła co raz bardziej złośliwie Zuzia. W tej chwili Marianek zauważył jednak, że w palcach trzyma jeszcze mały kawałek czekolady, który zaczął się roztapiać. Dziewczyna już od dawna wpatrywała się w łakoć. Chłopiec to zauważył. Nie wiedział co uczynić. - Chcesz?- zapytał się bardzo cicho i bardzo nieśmiało. - A może proszę?- odpowiedziała sucho dziewczyna- najlepiej byłoby po prostu ofiarować mi ją. Chłopcu było wyraźnie głupio. Popatrzył na Zuzię i wyciągnął w jej stronę dłoń z topniejącą czekoladą. - Proszę.- powiedział równie cicho jak przedtem- weź, żebyś później nic o mnie złego nie mówiła, ani nie myślała. Dziewczyna wzięła kawałek czekolady i od razu wzięła go do ust. Najwyraźniej jej smakowało. - Smaczne!- powiedziała żywo- Nigdy takiego czegoś nie jadłam! - Popieram twoje zdanie, a co do jedzenia to też rzadko mam okazję skosztować czekolady- powiedział Marianek o wiele więcej ośmielony niż przedtem.- chciałbym mieć tego cały worek! - Oj, jesteś głupiutki Marianie. Przecież gdybyś miał cały worek ta czekolada już by tak nie smakowała- powiedziała Zuzia śmiejąc się z chłopca.- mi smakowała bardziej niż tobie. - A to niby dlaczego?- rzekł z oburzeniem Marianek. - Wiesz, ja nie mogłam jeść czekolady- mówiła z powagą dziewczyna- Ale zakazany owoc najbardziej kusi, a kiedy go się zerwie, najlepiej smakuje!
Chłopiec z dziewczyną siedzieli na ławce jeszcze czterdzieści pięć minut. W końcu chłopiec powiedział do Zuzi. - Wiesz, ja już muszę sobie iść. Bo ja przyjechałem do wuja- rzekł nieśmiało.- już naprawdę muszę iść. U dziewczyny na twarzy zniknął uśmiech. - Zawsze jak poznaję kogoś nowego, to zawsze ten ktoś po pewnym czasie zobaczy, że jestem wredna i, że nie chce więcej ze mną być.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pitex_94
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…