Psychorzeźnia. Część II
Druga część opowieści o tym, jak bardzo abstrakcyjne jest pojęcie rzeczywistości. Historia zagubionych w "naszej" rzeczywistości ludzi.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Część II
P – jak „psychika”, r – jak „rzeźnia”
Otworzyłem oczy i długo nie mogłem zaakceptować, że znajduję się w jakimś opustoszałym parku. Było bardzo ciemno. W dali widziałem światełka pochodzące od latarni. W ustach miałem tak sucho, że mógłbym chyba wskrzesić ogień za pomocą języka i podniebienia. Wszystko mnie bolało. Wstałem i kiedy przeszły mi lekkie mdłości, zacząłem zbierać myśli. Najbardziej niepokoił mnie fakt, że Witek, Radek i Jacek znikli gdzieś, a ja sam znajdowałem się w środku nocy, w nieznanym mi miejscu. Nagle przypomniałem sobie o telefonie komórkowym, który zawsze nosiłem przy sobie w kieszeni. Wyciągnąłem go, włączyłem i wybrałem z listy numer do Radka, który był pomysłodawcą i organizatorem całej tej koszmarnej imprezy. Stałem z telefonem przy uchu, modląc się w Ducha Świętego czy czego tam, aby w końcu odebrał... Nie odbierał. Wybrałem numer do Witka. Po trzech sygnałach, usłyszałem jego głos i poczułem ulgę. - Tak? - spytał spokojnie, jakby się nic tej nocy nie stało. - To ja, Andrzej. Gdzie wy jesteście do chuja pana? - Przecież kazałeś nam iść do domu! Co ty kurwa, nie pamiętasz? Usiadłeś na ławce, jak przechodziliśmy przez park i powiedziałeś że się źle czujesz. - Ja wam kazałem iść do domu? - spytałem oburzony, choć wiedziałem że coś było nie tak, że to ze mną stało się coś dziwnego. - Stary. Jak przeszło nam wszystkim, pozadawali każdemu parę pytań i powiedzieliśmy im “do widzenia”. Nie panikuj. Wszystko jest OK. - Co się ze mną działo? - spytałem. - No co ty... naprawdę nic nie pamiętasz? Jak się to już skończyło, wyglądałeś jakbyś chciał się położyć już na wieki. Szedłeś jakimś dziwnym, sztywnym krokiem i przypominałeś chodzący, milczący słup. Mieliśmy z ciebie niezłą polewkę. Jacek omal nie udusił się ze śmiechu. - A co z resztą? - Jacek z Radkiem poszli w jedną stronę, a ja w drugą. Mam nadzieję że z nimi dobrze, bo też zachowywali się dziwnie. Jacek po wyjściu dostawał jeszcze ataków. Mówił, że lata nad nami jakaś chimera... ja pierdole, to było chore. - A co z tobą? - spytałem po chwili milczenia, która świadczyła o tym, że nie tylko ja odczuwałem coś w rodzaju dziwnego niepokoju. - Człowieku. Jak mi wstrzyknęli ten środek, poczułem jakby mnie tam w ogóle nie było! Widziałem was, ale nie czułem siebie... kurwa... to było takie dziwne. Byłem... - Mów! – zachęciłem go, gdy przerwał, gdyż wyczułem że wstydzi się przyznać, że i jego mózg dopadło Pr2. Nietykalny twardziel Radek. Kurwa mać. - ...powietrzem. Nie umie ci opisać dokładnie tego uczucia. Widziałem wszystko, oprócz siebie samego... byłem jak gaz, który wypełniał salę, mogłem obserwować wszystko pod dowolnym kątem, z dowolnej odległości, a wszystko to wydawało się jakby bardziej rzeczywiste... - przerwał na chwilę, po czym spytał cichym głosem. - Andrzej? - Co? - Też czujesz takie mdłości? Wyrzygałem chyba swój układ pokarmowy... - Przed chwilą też mi było niedobrze, ale jakoś przechodzi. - Ten Sasza powiedział na końcu, że tak może być, ale nie wiem... - Co jest? - ... nie wiem, wydaje mi się, że oni nam wstrzyknęli tego za dużo. - Daj spokój, sam przecież powiedziałeś przed chwilą, że wszystko jest OK. Ja już zaczynam dochodzić do siebie i czuję się coraz lepiej. - Dobra, trzymaj się stary... chyba znowu muszę pochylić się nad klozetem. - Narka - odpowiedziałem, ale on zdążył wcześniej się rozłączyć. Poczułem niesamowitą ulgę, kiedy skończyłem rozmawiać z Radkiem. Nie miałem najmniejszej ochoty dzwonić do Jacka. Zdecydowałem, że pójdę w stronę najbardziej oświetlonej części. Szedłem długą aleją, od czasu do czasu mijając latarnię, której blask był jak widok oazy na środku pustyni. W takim mroku, w nieznanym miejscu, człowiek zaczyna mieć różne nielogiczne wyobrażenia na temat chociażby dziwnie wyglądającej gałęzi drzewa, czy podejrzanych kształtów cieni, i choć nie wiem jak racjonalny miałby umysł, lęk spowodowany tymi - wydawałoby się absurdalnymi podejrzeniami - zawsze bierze górę nad logicznym uzasadnieniem ich niemożliwości. Szedłem, szedłem i zacząłem zastanawiać się czy kiedykolwiek wyjdę z tego strasznego miejsca. Strasznego, bo w mych oczach zdawało się ono być coraz bardziej niezwykłe... (magiczne?). Niepokoiło mnie wszystko: dziwnie wyglądające latarnie, totalna cisza, tak głęboka, że jedynym dźwiękiem jaki słyszałem były odgłosy moich kroków na brukowanej alei i bicie własnego serca – bardzo, bardzo głośne. Ta cisza była okropna. Wolałbym już usłyszeć wycie sowy, czy odgłos łamanych gałęzi gdzieś w oddali. Pewnie by mnie to przeraziło trochę bardziej niż podczas oglądania “Blair Witch”, ale przynajmniej czułbym się jak w rzeczywistości. Później, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Naprawdę dziwne rzeczy. Coraz bardziej zaczynałem wierzyć, że aleja jest nieskończona. Niemal zaakceptowałem tę myśl. Zaszokowała mnie natomiast monotonia obiektów które mijałem. W pewnym momencie, zrozumiałem dlaczego latarnie i drzewa wyglądały dziwnie. One były po prostu takie same! Powtarzające się w jednakowych odstępach obiekty, miały identyczne kształty, a każda lampa była lekko pochylona w tę samą stronę i posiadała pękniętą szybkę w tym samym miejscu! Nawet koło śmietników leżały porozrzucane identyczne rzeczy. Moja wędrówka trwała już bardzo długo. Czułem się wyczerpany, obolały i głodny. Wiedziałem jednak że nie mogę przystanąć. To dziwne, ale wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że ciągle mogłem być pod działaniem Pr2. Kiedy niemal już się przyzwyczaiłem do tego miejsca, zdarzyła się kolejna dziwna rzecz - zobaczyłem że niebo jest jaśniejsze i ma kolor czerwieni. Coś się zmieniło w tym miejscu. Obróciłem się do tyłu i spostrzegłem coś, co naprawdę będzie mi teraz trudno opisać. Jakbym się nagle przeniósł do zupełnie innego świata - pięknego, bajkowego - niczym raju, takiego jak przedstawiają na obrazkach w katechizmach dla dzieci. Stopniowo, ten widok stawał się coraz bardziej wyraźny, a do moich uszu dochodziły coraz to głośniejsze dźwięki: świergotów kolorowych ptaków, które latały po prostu wszędzie, śmiechu dzieci i śpiewów pięknych, młodych dziewczyn. Te dziewczyny... ależ to był widok! Zupełnie nagie, niesamowicie jędrne, zgrabne, wydawały się jakby były i zawsze będą szczęśliwe w tym wspaniałym miejscu. Jestem pewien, że widziałem kolory, których nigdy wcześniej nie dostrzegałem w rzeczywistości (kiedy to piszę, słowo “rzeczywistość” wydaje mi się jeszcze bardziej abstrakcyjne niż wcześniej). Obróciłem się za siebie i nagle cały ten widok raju zanikł. Zacząłem odczuwać, że wracam do zaklętego parku. Znikło też uczucie niesamowicie silnej euforii i podniecenia. “Witaj z powrotem w koszmarze” - usłyszałem dziwny glos, dochodzący z głębi mej psychiki. Teraz to już naprawdę wiedziałem że jestem w samym środku koszmaru. Było nienormalnie jasno jak na nocną porę, a do moich nozdrzy dochodził niezwykle silny zapach spalenizny - smród śmierci i palonych ciał. Powietrze stawało się coraz bardziej gorące, a ja biegłem przez ścianę drzew. Zauważyłem, że zbliżam się do granicy parku. Nagle, dostrzegłem że coś się pali daleko przede mną i to coś cholernie wielkiego. Usłyszałem wybuch dochodzący z oddali. Nade mną, z potwornym świstem przeleciał jakiś obiekt, a moment później, do moich uszu doszedł olbrzymi huk i wrzaski ludzi. Stwierdziłem, że znajduję się w jakimś piekle. Powietrze było już tak gorące, że ciężko było oddychać. Biegłem, biegłem i choć uważałem się wcześniej za absolutnego ateistę, teraz zacząłem błagać Boga, już nie o to aby cały ten narkotyczny koszmar się skończył, ale żeby któryś z latających w powietrzu i palących się odłamków, nie uderzył we mnie. Wrzaski ludzi stawały się głośniejsze, a odgłosy eksplozji coraz częstsze. To coś, co właśnie wybuchło, musiało się mieścić za mną, gdyż palące się obiekty leciały właśnie zza moich pleców. W końcu dostrzegłem coś, czego nie zapomnę do końca życia. Widok tak przerażający, sprawiający że człowiek czuje się bezbronny, jak kanarek w klatce, którego właściciele pozostawili na pastwę losu, uciekając z płonącego domu. Zobaczyłem w dali potężną, niesamowicie wysoką i szeroką ścianę ognia. Była to ściana czterech, połączonych ze sobą, płonących wieżowców, takich jakie buduje się na nowoczesnych osiedlach mieszkaniowych. Ściana buchała, żarzyła i widziałem ludzi wyskakujących z okien. Wysokie płomienie zasłaniały fasady wieżowców. Choć niektórzy ze skaczących, okazywali jeszcze oznaki życia, machając dynamiczne kończynami jak topiące się w wodzie muchy, to i tak byli już martwi. Widziałem przybijający obraz śmierci ciał, z których jedne się paliły, inne jeszcze nie; tak bardzo przybijający, że stałem tylko i patrzyłem. Zauważyłem malutkie ciałko lecące gdzieś z czternastego piętra. Płonęło i machało rączkami, a ja zastanawiałem się czy wyrzucili go rodzice, którzy byli już w połowie drogi do śmierci, czy też samo wyskoczyło za nimi. Ludzie krzyczeli, uciekali w panice gdzie popadnie, a ja stałem jak wbity w ziemię i wciąż się gapiłem. Uświadomiłem sobie, że narkohorror nie ma zamiaru się jeszcze skończyć i szybko zaczęło do mnie docierać, że czymkolwiek ta piekielna wizja jest spowodowana, strach przed latającymi coraz niżej elementami, jest bardzo silny. Rzuciłem się do ucieczki. Nade mną latały śmigłowce, słychać było wycia syren ostrzegających o niebezpieczeństwie, które chyba miało dopiero nastąpić. Na niebie pojawił się błysk i towarzyszył mu kolejny, potężny huk, a wysoko nad sobą, zobaczyłem setki płonących fragmentów czegoś, co właśnie wybuchło. Było to trochę podobne do pokazu sztucznych ogni, tyle że ten pokaz urządzała sama śmierć, a ognie wcale nie były sztuczne. Leżący na ziemi ludzie wydawali przeraźliwe jęki. Jedni konali, inni już dawno umarli w straszliwych katuszach, lub zginęli na miejscu, zabici przez upadający z potężną prędkością odłamek, który postanowił oszczędzić im cierpienia. Pozostali natomiast, biegli w tym samym kierunku co ja, a właściwie to ja biegłem tam gdzie oni. Usłyszałem strzały z broni palnej, dochodzące z daleka. Pomyślałem, że jestem na wojnie. Jedyna nadzieja jaką miałem, to że się w końcu obudzę. Nagle, zobaczyłem dużą ciężarówkę wojskową. Uzbrojeni żołnierze pomagali wejść ludziom do środka. Wszyscy się pchali, pchałem się też i ja. Kiedy ciężarówka została wypełniona żywymi i półżywymi, odjechała i zostawiła za sobą tych, którzy przegrali wyścig, albo przybyli za późno. W tym mnie. Usłyszałem krzyk jakiegoś człowieka. - Mamy jeszcze dwa miejsca! – wołał mężczyzna, stojący koło samochodu osobowego. Rzuciłem się w kolejny wyścig. Zdążyłem, bo przybiegłem jako drugi i odjechaliśmy niemal natychmiast. Siedząc ściśnięty w samochodzie, wśród płaczu małej dziewczynki, spowodowanym ciężkim poparzeniami całego ciała i lamentu jej matki, która starała się ją uspokoić, słyszałem głos dziennikarza, pochodzący z samochodowego radia. - Służby ratunkowe po prostu nie nadążają nad ratowaniem ludzi. Do akcji zostały włączone wszystkie służby dostępne we Wrocławiu gotowe nieść pomoc - nastąpiły jakieś zakłócenia i ponownie usłyszeliśmy głos spikera. - Wciąż czekamy na pomoc z zewnątrz, natomiast cały czas szukamy przyczyny wybuchu. Istnieją podejrzenia, że mógł to być atak Al-Kaidy, ale w chwili obecnej wszyscy jesteśmy skoncentrowani na akcji ratunkowej - znowu zakłócenia. Samochód, który prowadził łysy mężczyzna w średnim wieku, przebijał się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil klb
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…