REHABILITACJA: seria trzecia - Dotykoterapia
rozdział piąty ostatniej części losów młodej pacjentki w gabinecie masażu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria trzecia - Dotykoterapia{/b} - część ostatnia{/u}
{u}rozdział piąty{/u} na szczyt
Czwartkowy poranek. Wybudzając się ze snu, towarzyszył mi rozmarzony uśmiech na twarzy. Z jednej strony chętnie bym jeszcze poleżała w łóżeczku i powymyślała nierealne, ale jakże przyjemnie historyjki, lecz z drugiej strony wzywająca mnie rzeczywistość wydawała się nie mniej kusząca… Wyszłam więc z łóżka i szybko się wyszykowałam. Chciałam, żeby ekipa z sali zawsze o mnie pamiętała, dlatego też wpadłam na genialny pomysł: na doniczce kwiatka, którego miałam zamiar podarować samej kierowniczce, wypisałam dedykację: „Kwiatuszek od Słoneczka dla Kwiatuszka”. Z drugiej strony doniczki dopisałam jeszcze mój znak firmowy: Hasło na dziś: UŚMIECHNIJ SIĘ :)” Tak uzbrojona w pozytywne atrybuty optymistki, opuściłam dom, nie włączywszy nawet komputera. Nie chciałam sobie psuć nastroju ewentualnymi niechcianymi wiadomościami. Z jednej strony. Bo z drugiej – brakiem wiadomości. Na kuzyna dziś nie czekałam; miał do mnie dołączyć dopiero na sali. Koniecznie potrzebowałam pobyć ze swoimi myślami trochę dłużej sam na sam. A poza tym, potrzebowałam zdobyć skierowanie na masaże. Na szczęście lekarz okazał się być bardzo wyrozumiały; widząc mnie podjaraną do granic możliwości i zdając sobie sprawę, jak pozytywny wpływ do tej pory miały na mnie te zabiegi, nie szczędził papieru na swoje bazgroły. Już dawno nie byłam nikomu tak wdzięczna! Wszedłszy na salę, pozytywnie rozruszana świeżutką wizytą u mojego lekarza, od razu skierowałam się w stronę rehabilitantki. W teatralnym geście wręczyłam jej Caletheę. - Oto obiecane cudo – powiedziałam z uśmiechem szaleńca. - Postawię sobie na biurku – otrzymałam uśmiech zwrotny. Przyjemnie mi się zrobiło. Kwiatek ode mnie, jako jedyny, zajął miejsce na tym biurku! Rehabilitantka przeczytała dedykację i oczy jej pojaśniały. - Słoneczko to ja – powiedziałam z dumą. - Dziękuję, nie spodziewałam się… - zdawała się być poruszona. - Nie ma za co – odparłam. – W końcu ta sala to tak jakby mój drugi dom. Idę się przebrać i biorę się ostro do roboty. Jak rzekłam, tak też zrobiłam. Przystąpiłam dziś do ćwiczeń tak energicznie, jakbym chciałam nadrobić ten cały czas, który poświęciłam na dołowanie się, rozpamiętując znajomość z wakacji, oraz popadając w paranoje na myśl o ewentualnych konsekwencjach tej znajomości. A sama perspektywa masażu z moim masażystą… Eh, są chwile, dla których warto żyć! Spojrzałam w stronę zasłonki. I mój uśmiech zniknął. Zasłonka była odsłonięta, a w środku pusto… - A ten masaż to dzisiaj mam mieć tu, czy w gabinecie? – spytałam kierowniczkę sali łamiącym się głosem. - Tutaj – odparła. – Dopołudniowi pacjenci będą przyjmowani w gabinecie, a popołudniowi tutaj. - Ok. – uspokoiłam się. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że może to, że będę mieć od dziś zabiegi, po prostu mi się tylko przyśniło. Albo, że ekipa robi sobie ze mnie żarty. Ten czwartek okazał się być jednak przełomowym dniem. Ze zdziwieniem odkryłam, że kierowniczka sali od czasu do czasu prosi mnie, bym nadzorowała pacjentów na materacach, kiedy ona musi gdzieś wyjść! „Czyżbym się myliła? Ufają mi tutaj!”, doznałam olśnienia. Mogłam pacjentom pokazywać ćwiczenia, a nawet poprawiać, jeśli robili coś źle! Ależ mi się spodobała moja nowa rola! Mojemu kuzynowi, niestety, trochę mniej. Skubany, nie chciał mi się podporządkować. Trudno. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Przynajmniej nie od razu. Koło godziny dwunastej na salę w końcu przyszedł mój masażysta i wpuścił pacjentkę za zasłonkę. Zobaczywszy mnie, posłał mi promienny uśmiech, który od razu odwzajemniłam. Poczułam, jak wszystko się we mnie poruszyło. Tak, już niedługo! Jeszcze tylko godzinka… Ćwiczyłam jak w transie. Będąc na materacu, czekając na swój masażyk, świat poza murami przychodni zdawał się być jakąś równoległą rzeczywistością, do której nigdy wcześniej nie należałam. Życie wydało mi się takie proste i bezbolesne! Do czasu, gdy usłyszałam zza zasłonki pytanie od mojego masażysty: - Która godzina? - Zaraz ci powiem – odparłam i spojrzałam na ścianę, w stronę zegara. – Daj mi chwilę… Cholera, nie byłam w stanie odczytać godziny! Wstałam z materaca i zaczęłam podchodzić do zegara. Bliżej i bliżej… A zegar wcale nie był mały… „Co jest…?”, zmartwiłam się. Byłam jakiś metr od ściany, gdy w końcu mogłam odczytać godzinę! - Aż tak źle widzisz? – zdziwił się mój masażysta, wyglądając zza zasłonki; najwyraźniej zniecierpliwił się tak długim czekaniem. - Cóż, mam najwyraźniej sporą wadę – musiałam przyznać. – Chyba powinnam wybrać się do okulisty. - Widzisz mnie w ogóle? – zażartował i pomachał mi ręką. - Jesteś dla mnie rozmytą plamą – odbiłam piłeczkę. Zdałam sobie sprawę, że muszę koniecznie odwiedzić okulistę… Mój masażysta w międzyczasie zwrócił się do mojego kuzyna: - Ale żeś sobie kuzynkę wybrał. - Jakby miał jakiś wybór – odparowałam z uśmiechem. Wizytą u okulisty postanowiłam pomartwić się jutro. - Niestety, wziąłem, co było – usłyszałam mojego kuzyna z materaca. - Wiecie, co? – wtrąciła się kierowniczka, która właśnie wróciła na salę. – Może zróbcie sobie ten masaż wcześniej, bo ja później będę potrzebować łóżka. - Ok., niech będzie – zgodził się mój masażysta. Zwrócił się do mnie – Jak tylko skończę z panią, zapraszam cię na leżankę. - Jak super! – ucieszyłam się z miejsca i aż klasnęłam w dłonie. Oczekiwanie nie trwało długo. Gdy tylko pacjentka wyszła, od razu udałam się za zasłonkę i zaczęłam się przygotowywać. Zajęło mi to trochę czasu, jako że już dawno nie byłam w tak przyjemnej i z niecierpliwością oczekiwanej sytuacji. Nagle usłyszałam głos mojego masażysty, stojącego obok zasłonki: - No, ileż można z siebie koszulkę ściągać? – spytał łobuzerskim tonem. - Nie ściągam samej koszulki, wiążę jeszcze włosy – wyjaśniłam zaczepnie. Nagle coś mi się przypomniało. – Ale nie dałam ci jeszcze mojego skierowania. - No, nie ma skierowania, nie ma zabiegu – droczył się ze mną. Tak, lubiłam to… - To muszę w takim razie założyć koszulkę, iść po torebkę, odnaleźć skierowanie… - zaczęłam wymieniać, chichrając się sama do siebie. - Dobra, dobra – przerwał mi. – Dasz po zabiegu. Z miną zwycięzcy, a zwłaszcza z uśmiechem od ucha do ucha, wgramoliłam się więc na leżankę. Co za uczucie! Tak, to było moje miejsce na Ziemi… - O, łóżko zaskrzypiało, czyli jesteś już gotowa – wydedukował radośnie. Wszedł do mnie za zasłonkę i zaczął coś majstrować przy leżance. Poczułam, jak podnoszę się w górę, więc zaczęłam się rozglądać. Zażartował. - I wszystko bym chciała wiedzieć! - No, a jak! – odparłam radośnie. W chwilę później wetknął mi za spodenki papierowy ręczniczek, rozpiął mi stanik i zaczął rozlewać na moich plecach oliwkę. - Robisz na mnie ciapki! – zaśmiałam się. - Robię – przyznał dumnie. – Podoba ci się zapach tej oliwki? – spytał, podstawiając mi pod nos swoją dłoń do powąchania. - Genialna! – oceniłam. – A co to za zapach? - Trawa cytrynowa – odpowiedział. W chwilę później miałam już jego dłonie na swoich plecach. Ależ się za tym stęskniłam! Wniebowzięcie totalne… - Coś nam tu przeskoczyło – zauważył, majstrując w okolicach mojej lewej łopatki. - Coś zabolało… - jęknęłam, a on bawił się dalej. - Znowu cała mi się spinasz – zauważył. A na moją typową reakcję dodał – I znów cała się trzęsiesz jak galareta. - Już zapomniałeś, jak to ze mną jest? – zadałam mu podchwytliwe pytanie. - Jeszcze nie zapomniałem, o to się nie martw – odrzekł zaczepnie i zaczął mi robić wałeczki od kręgosłupa w stronę boczków. Znów zapiszczałam. Zabolało. - Odcinek lędźwiowy spięty – ocenił bez problemu. - No, nie… - wiedziałam, co to oznacza. Czyżby powtórka z eliminowania napięć? Znałam to już z poprzednich wizyt… Na szczęście to sobie na dzień dzisiejszy podarowaliśmy. Za to poczułam, jak jego dłonie wędrują coraz niżej i niżej po moich plecach… Jeszcze nigdy tak nisko mnie nie masował… Nawet kolega na zastępstwie nie odważył się zjechać w tak odległe okolice! Ale nic nie powiedziałam; było mi zbyt fajnie… Nagle znów zapiszczałam. - Boli? – spytał. – Gdzie ci ból promieniuje? - Nie wiem, to się dzieje za szybko… - odpowiedziałam, cała czerwona. – To raczej tak, jakby zaszczypało. Masz nieobcięte paznokcie? - Skądże znowu – odrzekł, pokazując mi swoje idealnie przycięte pazurki. – Ja w ogóle nie mam paznokci. Spojrzałam na niego z miną męczennika, a on wrócił do sprawdzania stanu mojego kręgosłupa i pleców w ogóle. Doszedł do podobnych wniosków, co za pierwszym razem, gdy u niego wylądowałam: najgorsza jest prawa strona moich pleców… Zaczął się więc dość intensywnie zajmować tymi moimi nieszczęsnymi plecami. W pewnym momencie tak mocno zaczął mi rozcierać skórę, że miałam odczucie, jakbym płonęła. Znów trochę się spięłam. - Wyglądasz, jak rozjechana żaba – nabijał się. Rzeczywiście, moje dłonie, z maksymalnie rozczapierzonymi palcami, trzymałam napięte na leżance na wysokości mojej głowy. - Dzięki wielkie – uśmiechnęłam się. Uwielbiałam, jak mnie tak zaczepiał. - Ale się wiercisz – szedł za ciosem. – Niszczysz całą moją pracę. - Przez to, że się ruszam? – nie uwierzyłam i parsknęłam śmiechem. – Całą pracę? - No, prawie całą – sprostował. – To tak, jakbym stawiał na plaży zamek z piasku, a ty byś mi go zburzyła. Albo inaczej; jakbym stawiał dwie babki z piasku, a ty byś mi zburzyła jedną z nich. Bo w końcu nie cała praca idzie na marne. - Śliczna metafora – sypnęłam komplementem. Uśmiechnął się. - Dużo takich rzeczy mi się wymyśla – odrzekł z zadowoleniem. - Mam talent do takich różnych tworów. - To może na polonistykę trzeba było iść? – spytałam. - Oczywiście – zakpił. – Ja na polonistykę! Nagle zadzwonił telefon, a że rehabilitantka znów zniknęła z sali, mój masażysta, chcąc – nie chcąc, musiał się ode mnie na chwilę oderwać. Leżałam sobie niezbyt długo, stygnąc powoli. Aż w końcu do mnie wrócił. - Nie lubię przerywać pracy – powiedział z westchnieniem. - Ja też nie – zgodziłam się z nim. W tej chwili za naszą zasłonkę weszła kierowniczka, która właśnie też wróciła na salę. - I co o tym sądzisz? – spytała go. - No, wiesz, nie jest jeszcze aż tak tragicznie – odparł luzacko. – Nieźle spięta, nie? – drążyła temat. - Widywałem już bardziej spiętych. Pięć zabiegów i będzie jak nowa. Wiesz, czasami wystarczy po prostu na nią nakrzyczeć i sama się rozluźnia – zażartował, a ona tylko machnęła ręką i wyszła. - Nie wolno na mnie krzyczeć – zbuntowałam się i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil AgnieszkaQ
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…