Rejs marzeń
O tym jakie ludzie mogą mieć marzenia i co ma znimi wspólnego rejs po zalewie Solińskim. Opowiadanie to dedykuję Ani.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Schodziliśmy wąskimi schodkami prowadzącymi na nadbrzeże. Ciągle nie mogłem się nadziwić temu, że sen się spełniał. Jeszcze niedawno dałbym sobie rękę uciąć, że to się nie uda, Ania się nie zgodzi, a Łukasz ze swoją laską będą woleli spędzić wakacje sami z dala od ludzi z byłej klasy (o czym zresztą wielokrotnie mi mówił). Wszystko wywróciło się do góry nogami na początku maja. Matura, ach dziwny to był czas. Kilka tygodni męczarni poprzedzone latami nerwowego wyczekiwania na ten jeden moment. No i jakoś to było. Jednym poszło lepiej drugim ciut gorzej. Nie zmieniało to jednak faktu, że aktualnie nic nie dało się z tym zrobić. Wyniki to wyniki. Choć wszyscy zdaliśmy, to jednak pozostał pewien żal, że można było nieco wyżej, mieć więcej punktów. Jednak to już nieistotne. Byliśmy z dala od Krakowa, z dala od tamtych problemów, ale czekały nas nowe, na zupełnie innym podłożu. Problemy, których w Krakowie nie poruszaliśmy i żyliśmy obok siebie w obojętności. Poprawiłem plecak, który zaczynał mi się zsuwać z ramienia, po czym schodząc po ostatnim schodku wszedłem na drewniany pomost. Za mną podążyli moi znajomi, choć nie bez lęku spoglądali na kołysającą się bez przerwy rampę, do której przycumowanych było kilkanaście łodzi. W tym momencie powinienem powiedzieć, co nieco o celu naszej wyprawy. Otóż chcąc nabrać nowych doświadczeń i w niezwykły sposób spędzić kilka dni ze swoich jakże długich wakacji (4 miesiące) Łukasz szukał ofert po różnych biurach podróży. Gdy po jakimś czasie zrezygnował zaproponowałem mu wspólny wyjazd, jako że byliśmy dobrymi kumplami. Nie bez znaczenia był udział tu jego dziewczyny - Hani, która w całkowity sposób przekonała go do tego wyjazdu. Jednakże zwróciłem mu uwagę, iż jacht, na którym mamy pływać jest przeznaczony dla około 5 osób i choć nie chciałem mieć bydła na pokładzie to jednak przydałaby się jakaś przyjacielska dusza, najchętniej płci pięknej. Łukasz oznajmił mi po jakimś czasie, że Ania się zgodziła i choć nie zamieniła ze mną słowa przystałem na propozycję kumpla, aby zabrać ją ze sobą. Tak naprawdę bardzo mnie to cieszyło. Wyruszyliśmy nad Solinę. Przeszliśmy mniej więcej do połowy pomostu zatrzymując się przy jednej z łódek, która na burcie naklejony miała enigmatyczny wyraz „Iskander”. Była to Sasanka 660, posiadała zgrabną linię i innowacyjną budowę, o którą nie będę tu zahaczał, gdyż nie o to chodzi. Usłyszałem ciche westchnienie zza pleców. - Kto to był? Przyznać się! – Zażartowałem odwracając się - Tam rzeczywiście jest tyle miejsca ile nam opowiadałeś? – Zapytał Łukasz - No... prawie. Bilard tam się nie zmieści, ale wystarczy miejsca do wygodnego spania. – Zrobiłem krótką przerwę, po czym rozglądając się na boki wszedłem ostrożnie do kokpitu. Otworzyłem właz, po czym wrzuciliśmy do środka wszystkie nasze plecaki i torby. Nie było ich wiele z racji tego, iż to był jedynie kilkudniowy pobyt nad zalewem Solińskim. Byliśmy najedzeni, więc chwilę po zadomowieniu się na pokładzie znajomi postanowili (wyłączając mnie z głosowania), że skoro dojechali taki kawał chcieliby zobaczyć czy było warto i domagali się wypłynięcia z portu. Na zewnątrz była piękna pogoda. Bezchmurne niebo, przyjemne słoneczko czerwcowego poranka oraz wyraźny, lecz delikatny wiaterek. To była dobra pogoda do żeglowania. Po prowizorycznym uświadomieniu ich, na czym stoją (a raczej pływają) i wyjaśnieniu pewnych kwestii technicznych („Ach, więc jak chcemy skręcić w lewo to musimy dać ster w prawo, idiotyzm” Łukasz był niepocieszony) mogliśmy wypłynąć. Łódka była przygotowana do pływania, gdyż dzień wcześniej powiadomiłem znajomego o swoim przybyciu i dzięki temu nie musiałem wszystkiego ustawiać na swoje miejsce. Byliśmy gotowi. Wydałem pierwsze komendy, które nowi załoganci przyjęli z cichym pomrukiem, lecz posłusznie wykonywali je zdając sobie sprawę, iż się na żeglowaniu w ogóle nie znają. Obróciłem powoli łódkę w stronę wyjścia z portu i wsiadając na nią dodałem jej początkowej prędkości odbijając się od kei. Zapanowało chwilowe zamieszanie i łódka skręciła nieoczekiwanie pod wiatr, lecz jakoś to opanowałem. Moi załoganci zresztą nie byli w ciemię bici i potrafili reagować w odpowiedni sposób na zagrożenia. Płynęliśmy ostro na wiatr. Żagle się wypełniły, a ja ściskając w ręce szoty grota nie pozwoliłem mu się zluzować, co spowodowało powstanie niewielkiego przechyłu, który został przyjęty z entuzjazmem i udawanym strachem. Choć może i nie? Kto by tam wyczuł tych ludzi? Uśmiechnąłem się. Płynęliśmy. Po dłuższej chwili, w czasie, której ludziska oswoiły się z nowymi warunkami oraz widokiem wody z każdej strony nawiązała się rozmowa, którą przytoczę tylko mały fragment, gdyż nie lubię się chwalić, a co jakiś czas padały w moją stronę prośby o to abym miał na uwadze ich dobro, gdyż ich życie jest teraz w moich rękach blablabla oraz podziw, że chciało mi się nauczyć sztuki, jaką jest żeglarstwo. Najwidoczniej chciało. - No to jak? Po piwku miłe panie? – Zaproponował Łukasz, lecz odpowiedziała mu tylko cisza – No, co z wami? Widocznie nie miały ochoty. Często tak bywa, że dziewczyny nie chcą pić w obecności facetów. Oczywiście nie wszystkich, to jasne. Nie wiem, czego one się boją, że zrobimy im krzywdę po pijaku? Tfu, przyszło mi na myśl coś obrzydliwego. - Danek, Żywca czy Tyskie? - Łukasz – zacząłem, zawsze miałem problem z odmówieniem mojemu kumplowi czegokolwiek – wybacz, ale... łódka jest jak samochód. Nie mogę być pijany. Tobie też radzę nie pij teraz. Jak dobijemy do portu to wtedy droga wolna. - No, ale... – Powstrzymała go Hania, wiedziała, że to nie przelewki. Stała na straży zdrowia i życia swego ukochanego, słodkie. Wiał dosyć mocny wiatr. W miarę jak zbliżaliśmy się ku środku jeziora siła i prędkość wiatru wzrastała, jednak wciąż było to w sam raz. Nie panikowałem, lecz gdyby wiało za silnie na pewno bym zawrócił. Nie mógłbym nikogo narażać, a gdyby coś się stało, nie wybaczyłbym sobie tego. Założyłem okulary przeciwsłoneczne. Od razu mi ulżyło. Hania bez przerwy o coś pytała. To o moje uprawnienia, to znowu o fakt, że nie powiedziałem jej nic, że mam własny jacht. Chyba poczuła się dotknięta, ale tylko troszkę, bo zaraz o tym zapomniała i znów zaczęła ze mną rozmawiać. Lubiłem ją, była miła i sympatyczna oraz ładnie się uśmiechała. Szczęściarz z Łukasza. Powinienem opisać każdego z nich z osobna, ale, po co to komu, skoro to nie żadna biografia ani wspomnienia z młodości. Oni byli i już. Tylko z nimi zdecydowałem się pojechać, gdyż tylko z nimi czułem się dobrze w towarzystwie. Ania siedziała cicho i rzadko się odzywała. W sumie rozumiem ją. Mimo, iż zna nas wszystkich nie prowadziliśmy ze sobą ożywionych kontaktów. No może Łukasz jeszcze tak, ale Hania czy ja? Choć niewiele o niej wiedziałem to jednak bardzo lubiłem jej towarzystwo. Tak jakby wnosiła do niego iskierkę ciepła i uśmiechu. Widziałem jednak, że czuje się tu nieswojo. Jakby zmuszono ją do spędzania wakacji na mojej łódce i w moim towarzystwie. Wiatr rozwiewał jej piękne blond włosy, gdy patrzyła się w kierunku, w którym płynęliśmy. Miała tą iskierkę w oku. Jakieś niesamowite ciepło biło od jej spojrzenia i nie można było złapać tchu, gdy napotkało się jej niebieskie oczy. Przynajmniej ja nie mogłem. - Powiedz mi Danek – zaczął Łukasz trzymając butelkę mrożonej herbaty w ręce – To prawda, co mówiłeś o tych wilkach? - Wilkach? – Zapytała nieoczekiwanie Ania czując się jakby ktoś jej nie poinformował o paru istotnych szczegółach dotyczących tej wyprawy. - Chodzi ci o to, że wilki podchodzą w nocy do domów i w ogóle blisko ludzi? – Zapytałem udając całkowitą powagę - No no. – Przytaknął Łukasz, Hania tymczasem spojrzała na niego podniósłszy brwi - Ej, nie żartujcie sobie. – Ania była chyba naprawdę niepewna czy mówimy prawdę czy jednak stroimy sobie żarty. Nie sądzę, żeby się bała, choć ja bym się bał gdyby to była prawda. Spotkać wilka w czasie pełni pośrodku nocy. Nie bałbym się tylko w jednej sytuacji - gdybym znajdował się wtedy w ruskim czołgu T-64 z podwójnym opancerzeniem. - No dobra, nie ma się czym przejmować. – Uspokoiłem drogie dziewczyny – Mimo, że usłyszałem od kogoś informacje o tym, iż słyszał w nocy wycie, ale to chyba nie było nic strasznego. - Danek. – Hanka szturchnęła mnie po ramieniu – Widzisz tam? - Nie. Co tam jest? - Na wodzie. Chyba kajak. - Co? – Poderwałem się na nogi spoglądając w przestrzeń tuż przed dziobem łódki. Rzeczywiście ktoś w najlepsze płynął sobie kajakiem i najwidoczniej kichał na to, że przeciął nam kurs. Co gorsza znajdował się kilka metrów od naszej łódki. Krzyknąłem coś niezrozumiałego, choć wydawało mi się, że była to komenda na zwrot. Wyciągnąłem szoty grota, po czym ostro skręciłem na wiatr próbując zmienić kierunek. Na linii wiatru stało się coś nie niespotykanego, lecz hmmmm... dla mnie przynajmniej nieoczekiwanego. Wiatr zmienił nieznacznie kierunek i trafiłem w dodatku na chwilę, w której zaatakował nas szkwał termiczny. Wiatr zaświstał złowieszczo a jego prędkość wzrosła kilkakrotnie. Rzuciło nas gwałtownie do przodu. Widziałem zbliżający się żółty kadłub kajaka. Nie zastanawiałem się ani chwili. Pchnąłem ster całkowicie na prawo, lecz poślizgnąłem się jedną nogą na zmoczonym pokładzie i upadłem boleśnie tyłkiem na siedzisko wypuszczając linę z dłoni. Gdy zdążyłem ją złapać widziałem jedynie przelatujący w powietrzu bom i gwałtowne szarpnięcie połączone ze stuknięciem w metal. Łukasz klnąc siarczyście złapał się za głowę w miejscu, gdzie został uderzony. Hania również straciła równowagę i przewróciła się w kokpicie. Anka natomiast trzymała się kurczowo żelaznego relingu. Wszyscy wrzeszczeli na mnie i wykrzykiwali moje imię. Stary mężczyzna znajdujący się w kajaku postukał palcem po czole na znak głupoty z naszej strony. Sytuacja uspokoiła się dopiero po chwili. Hania chciała zejść podpokład i zamoczyć ściereczkę, którą chciała położyć Łukaszowi na czole, lecz ten kategorycznie odmawiał. Chciał wyjść na twardziela, choć wiem z doświadczenia, że bliskie spotkanie z bomem nie jest niczym przyjemnym. - Przepraszam, moja wina – przyznałem się, chciałem mu podać rękę na zgodę, ale odchodząc od steru wywołałbym jeszcze gorsze efekty niż podczas ostatniej akcji. - W porządku – machnął ręką, którą nie trzymał się jeszcze za głowę, nie miał żadnego siniaka, całe szczęście. Pływaliśmy jeszcze przez jakiś czas. Pokazałem im przelotnie większą część jeziora przepływając je wszerz. Trzymałem się otwartej przestrzeni, gdyż wiem, że w odnogach Sanu i tej drugiej rzeki (nie pamiętam już nazwy) z reguły nic nie wieje. Po południu załoga zapragnęła wyjść na ląd. Choć mile rozmawialiśmy ze sobą i wiał dostateczny wiaterek żeglowanie nie było nużące, to jednak ja też chciałem rozprostować kości. Tak jak wyjście z portu, tak i podbicie do brzegu musiało się odbyć w odpowiedni sposób. Wytłumaczyłem załodze, co należy robić w takich sytuacjach i rozplanowałem zadania. - Może tam? – Hania wskazała na cichą zatoczkę z wąskim przesmykiem, idealne, sam bym lepiej nie wybrał. - Jak sobie życzysz – uśmiechnąłem się – No to ekhm... załoga do roboty! Łukasz popatrzył na mnie krzywo, lecz również się uśmiechnął. Powoli wdrapał się na dziób i stanął na koszu trzymając się relingów, które zbiegały się w tym miejscu. Skierowałem łódkę w stronę wąskiego przejścia do zatoczki. Zaraz po tym zrzuciliśmy żagle i dalej płynęliśmy już tylko siłą rozpędu. Zresztą wiatr w miarę zbliżania się do brzegu tracił na sile, aż w końcu całkowicie przestało wiać. - Patrz tam czy nie ma jakichś skał przed nami! – Krzyknąłem na Łukasza - Spokojnie. Wszystko w porządku. - Gdzie teraz, pani kapitan? – Zapytałem Hanię - Może tam? Jest jakiś mały kawałeczek plaży. – Spojrzałem w kierunku, który wskazywała, po czym popatrzyłem pytająco na Anię. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, lecz ona tylko wzruszyła ramionami, po czym odwróciła wzrok. Wolno podpływaliśmy do brzegu. Na szczęście w zatoce panowała cisza, dzięki czemu łatwiej przybijało się do nadbrzeża. - Trochę w prawo! W prawo! Po lewej skały! – Krzyczał Łukasz, nie chciałem ryzykować uszkodzeniem łodzi, pociągnąłem ster w lewo. Łódka łagodnie skręciła w wyznaczonym kierunku. W tym momencie wszyscy usłyszeliśmy chrobotanie metalu o podłoże. Zobaczyłem za lewą burtą wystające z wody kamienie. Zakląłem w duchu i jednocześnie modliłem się, aby łódka nie uległa zniszczeniu. Pomimo, iż ominęliśmy tamte głazy dźwięk ten nie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ignis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…