Wróć do katalogu

Rekloog Prolog

Prolog Oczami swymi ujrzeć drugie dno świata tego...

artakses, opublikowano , 29 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Z jaką siłą dosięga mnie dziś ten dmący wciąż od kilku godzin wiatr? Czy mogę zbadać skalę, której nie znam? - Pomyślał, po czym zrobił kolejny krok przemierzając zaciszne zaułki miasta. Na niebie nie było widać gwiazd. Już kilka godzin temu z południowego zachodu nadciągnęły duże, ciężkie, burzowe chmury. Wiedział doskonale, że by dotrzeć do domu musi przejść jeszcze przez ten park, z którym wiązało go tyle wspomnień. Nie chciał tamtędy przechodzić, tym bardziej, że wiedział, o wszystkich ekscesach jakie ostatnimi czasy miały tam miejsce. Jednakże odnawiające się w myślach obrazy pchały go nieubłaganie w tamtą stronę. Chciał, przejść kolejny raz tymi chodnikami, pośród tych ławek, gdzie jeszcze nie tak dawna siadywał by nacieszyć się obecnością miłości swojej. Brakowało mu jej. Brakowało każdego dnia gdy się budził, brakowało gdy szedł do łazienki by oczy otworzyć, brakowało, gdy w samotności jadł kolejny kawałek jajecznicy, brakowało, gdy wychodził z domu i już nie słyszał: „miłego dnia kochanie”. - A jednak życie dalej się toczy, czy tego chcę, czy nie. Cóż mogę zrobić? Przechodził przez starą bramę, niedawno odrestaurowaną. Pamiętał jak wyglądała jeszcze jesienią. Była taka obskurna. Odrapana farba, która kiedyś była biała, połamane pręty, wybazgrane graffiti, które w żaden sposób nie nawiązywało do tych bajecznych wizerunków widzianych nieraz na murach wielkich miast. Tu były tylko bazgroły w stylu: „HWDP”, czy „Dziewczyny idą siku”. Teraz jednak mógł dostrzec nową farbę, przykrywającą te wszystkie bezsensowne malowidła. Mógł cieszyć się nawet delikatnym skrzypnięciem zawiasów gdy swą silną dłonią pchał metalowe wrota. Przekroczył bramę parku. Zdać się jednak zdecydował. Przecież miał już swoje lata, nie był smarkaczem, choć nie był też jeszcze specjalnie stary. Owszem, życie obdarzyło go dużym balastem doświadczeń, ale tyle jeszcze było przed nim. Nie musiał się aż tak bać, tym bardziej, że do takich całkiem niewinnych i bezbronnych jednostek też nie należał. Ileż to przecież razy na jego obliczu znać było ślady bójek? - Za każdym razem ona te wszystkie moje zadrapania opatrywała. Znów chwilę wspomniał na to szczęście, które było jego udziałem, jeszcze przecież tamtej wiosny. Błądzenie w myślach przerwał mu jednak silny zapach bzu. Duszne, wieczorne powietrze sprawiło, że był on bardziej intensywny, wdzierający się brutalnie w jego nozdrza. Niby słodki, a jednak taki specyficzny, taki miły, ciepły zapach. Zdawało się, że okolica jest zupełnie opustoszała. Ludzie zapewne powracali do domów. TVN zapowiadał przecież silne wyładowania. Doradzali, by nie wychodzić na zewnątrz. On lubił chodzić tak na krawędzi. W miejscu, które powinno tętnić życiem, a jednak było takie bezludzkie. Cisza totalna. Tylko ten agresywny szum wiatru, czy można by raczej powiedzieć już wichury. Wiało przecież niemiłosiernie. Zdać się silna burza nadciągała.

--------------------

Szedł równym miarowym krokiem, choć raczej niespiesznym. Chciał delektować się tym czasem, tą chwilą. Zerkał na klomby róż spowijane przez mrok i targane tymi wiosennymi podmuchami. To był jego czas, jego godzina. Podnosił głowę do góry, jakby chciał bardziej poczuć wszechświat, zanurzyć się w nim. Ręce w kieszeni wciąż trzymane na komórce. Ta jednak milczała. - Widać świat zapomniał, że jestem. W myślach nucił melodię gdzieś zasłyszaną. - Jak to się zaczynało? „Czy widziałeś miłości dźwięk? Czy słyszałeś rozstania kształt? Gdyś kamieniem był…” Stwierdził, że może warto się jednak zatrzymać. Siąść na chwilę na jednej z tych ławek. Cóż bowiem miał do roboty? Przecież to jego czas był, jego wypoczynek, jego wspomnienia. Skręcił w kierunku stawu. - Tam powinno być najmilej. Przeszedł jeszcze kilkaset metrów, po czym zasiadł, opierając się wygodnie na jeszcze niepołamanych szczebelkach. Obok stała puszka z niedopitym piwem. Na ziemi leżały pety. Właściwie to poczuł się jak gdyby znalazł się w centrum popielniczki. - Młodzież widać się bawiła, pewnie gimnazjaliści. Eh, gówniarzeria. Choć w sumie, jak chyba byłem taki sam. No przecież paliłem, ileż to razy wypiłem. Zamknął oczy. Nie miał dłużej ochoty zastanawiać się nad tematem wychowania małolatów. Co go to mogło obchodzić? Przecież nie miał własnych dzieci i prawdopodobnie miał nie będzie. Jego wyobraźnia porzuciwszy szkolne obrazy powędrowała znów do zeszłej wiosny. Źrenice pod zamkniętymi powiekami zaczęły szybciej się poruszać. Ręka zadrżała. Potrząsnął głową energicznie. Jednak nie chciał. Nie chciał katować się znów. Otworzył oczy.

----------------------

Ciężko już było zobaczyć szczegóły otaczającej rzeczywistości. Kształty zaczęły nabierać jednakowych krawędzi. Zacisnął ręce na piersi, westchnął głęboko. – Gdybym mógł cofać czas… choć zresztą po co, to i tak pewnie nic by nie zmieniło. Za dużo myślę. Muszę zacząć wychodzić do ludzi. Dawno już byłem u kogoś. Stąd pewnie milczenie komórki. Choć mogliby zastanowić się jak żyję, i czy jeszcze w ogóle żyję. Klaudia deklarowała przyjaźń na zawsze, a gdy pojechała za tym swoim jebakiem do Anglii to już się nic nie odzywa! Cholera! To ma być przyjaźń! Zostałem sam. No tak, może i na własne życzenie, ale przecież mogliby się też trochę postarać. Choć zresztą niech się walą, nie potrzebuje nikogo żeby żyć. Znów zamknął oczy. Chciał rozmarzyć się w chwilach, które nie miały okazji stać się rzeczywistością i na wieczność pozostały tylko marzeniami. Czasu przecież nie da się cofnąć i nie można zmienić już nic z tego, co się wydarzyło. Zostało mu tylko wędrowanie do chwil nieskończonych i czekanie. Choć sam nie wiedział na co ma czekać. Nie przeszkadzało mu to jednak trwać i co ranka mieć nadzieję, że może właśnie tego dnia stanie się. - Cześć Otworzył jedno oko. Spojrzał w kierunku skąd dobiegł głos powitania. - Cześć – odpowiedział. Wzruszył ramionami, nie wiedział kto zwraca się do niego. W mroku nie mógł rozpoznać twarzy, ale i barwa głosu też wydawała mu się nieznajoma. - Czy mogę się przysiąść? – padło pytanie. - Tutaj? – zdziwił się. - Tak tutaj, obok ciebie – usłyszał odpowiedź. - Może niekoniecznie, obok są wolne ławki – nie miał ochoty na to by ktokolwiek przysiadał się do niego. Tym bardziej nie miał ochoty na to, by czynił to jakiś obcy facet. Ów obcy nie zważając jednak na jego odmowę siadł. Rozciągnął się jakby cała ławeczka należała do niego. - Jestem Raian – obcy wyciągnął prawą dłoń w geście przywitania. - Fajnie - A ty jesteś…, jesteś Tomek? - A co ci do tego jak mam na imię? – wzburzył się i intensywniej zaczął myśleć nad tym, skąd ten obcy, jak mu tam… Raian znał jego imię. - No więc Tomek, o czym tak myślisz? Sam widzę siedzisz. Jednak tęsknisz. Heh. - Przepraszam, czy my się znamy? Nie przypominam sobie ciebie. - Znamy się lepiej, niż może ci się to wydawać odpowiedziała Raian.

-------------------------------

- Boisz się? - Co ty kurwa człowieku chcesz ode mnie. idź sobie podręczyć kogoś innego, odwal się ode mnie! - Nie mogę. Wiedziałem, że tu przyjdziesz dlatego się pojawiłem. - Spierdalaj! - Daj spokój, nie bądź taki agresywny. Przecież chce tylko porozmawiać. Tomasz wstał i zaczął dość spiesznym krokiem podążać w kierunku ulicy Wyzwolenia. Myślał znów tylko o tych zasłyszanych w pracy historiach opowiadających o dziwnych zdarzeniach jakie miały miejsce w parku. A teraz musiało spotkać to jego. W jego myślach pojawiało się wiele słów agresji. Chciał sobie tylko posiedzieć, a tu jakiś dupek przyczepił się do niego. Na dodatek zgadł jego imię, i jeszcze śmiał twierdzić, że się znają. Kątem oka zauważył, że Obcy szedł za nim. - Kurwa, nie odczepi się ode mnie. Przyspieszył jeszcze bardziej kroku. Dystans pomiędzy nimi jednak się nie zmniejszał. Zaczął biec. Zaczął uciekać. Nagle po raz pierwszy od bardzo dawna pojawił się w nim strach. Mijał kolejne rabaty z kwiatami, kosze na śmieci i ławki. Chciał jak najszybciej znaleźć się na ulicy. Miał nadzieję, że spotka tam jakichś ludzi, będzie wtedy bezpieczny. Biegł coraz szybciej. Czuł jak serca zaczyna mocniej bić, oddech już bardzo przyspieszył. Dawno nie biegał. - Kurwa, gdzie jest ta brama? Krzyczał w myślach, nie mogąc wzrokiem odnaleźć choć skrawka zarysu wyjścia z parku. - Szlak, zgubiłem się. Zatrzymał się. Nie było sensu dalej biec. Nie wiedział, gdzie jest. Rozglądał się naokoło, ale nie znał tej części parku. Podbiegł Raian. - Tomek, nie musisz uciekać, nie musisz się mnie bać. - Człowieku, co ty chcesz? – zawył przez zaciśnięte usta. - Chcę porozmawiać - O czym? - O tobie panie Tomaszu - Zrozum, że ja cię nie znam. Nie wiem kim jesteś, nie wiem, co chcesz ode mnie i gdzie ja do kurwy nędzy jestem? - Tu jesteś. W parku. - Tak, ale ja nie znam tego miejsca, nigdy tu nie byłem. - Spokojnie, poznasz, będziesz miał na to wiele czasu. - Co? Raian uśmiechnął się nieznacznie pod nosem nie udzielając szczegółowych wyjaśnień. Podszedł bliżej. Gdy chciał złapać Tomka za rękę ten wyrzucił ściśniętą prawą dłoń w kierunku twarzy Obcego. Uderzenie zdawało się jednak, że nie przyniosło zamierzonego efektu. Raian stał bowiem niewzruszony, tak jakby w ogóle nie oberwał. Tomasz stanął ze wzrokiem utkwionym w swoją pięść. Nie wierzył. Przecież nie mógł nie trafić. - Co jest? – zakrzyknął – kim ty, kurwa jesteś? - Jestem Raian – padła odpowiedź. - To już wiem. Ale co za Raian i co to za imię, żydowskie jakieś? Raian zaśmiał się bezczelnie. - Chodź ze mną, wszystko ci wyjaśnię. Złapał Tomasza za rękę. Ten jednak podjął kolejną próbę ataku. Tym razem znowu z podobnym skutkiem jak poprzednio. Zero zranienia. Żadnej krwi, nie było nawet przesuniętej przegrody nosowej. A przecież miał tyle siły. Ogłupiony poszedł za Raianem, który wciąż dość mocno ściskał za przegub jego dłoni.

---------------------

Bał się. pierwszy raz, od kiedy skończył 14 lat poczuł prawdziwy lęk, zapierający przepływ powietrza w płucach, ogarniający i pochłaniający zarazem. Nie bał się o swoje życie, nie bał się, że zostanie pobity. Po prostu bał się, choć sam nie wiedział dlaczego. Być może ta niepewność co go czeka, dokąd ciągnie go Raian, i kim on w ogóle jest?. Dlaczego nie mógł go uderzyć, przecież dobrze wycelował. Centralnie między oczy, a mimo wszystko coś powstrzymało jego dłoń. Tak jakby zatrzymała się tuż przed twarzą tego Obcego, jakby coś go chroniło. Tysiące myśli przebiegały przez jego głowę. Zaczynał stwierdzać, że to, co się dzieje przestało być realne. Nie był już pewien niczego, nie był nawet pewien, że to on tu idzie teraz ciągnięty na siłę. Nie był nawet pewien tego, że nazywa się Tomasz Rekloog. Do dziś nie znalazł odpowiedzi, skąd wzięło się takie dziwaczne nazwisko. Nie było podobne do żadnego innego; nie wydawało się, że jego źródłem jest jakaś inna narodowość. Po prostu było, takie a nie inne, jak teraz ten cały Raian. Po prostu istniało, znacząc bolesnym piętnem kolejne dzieje rodziny. Przemierzali kolejne alejki, których wydawało się, że jest jakoś więcej. Nie wiedział do tej pory, że ten park jest aż tak duży. Jego ogrom potęgowała ta dziwna pogoda. Chwila przed burzą nocną. Kiedy się zatrzymali był prawie pewien, że są już poza parkiem, że są w miejscu, którego nigdy wcześniej nie odwiedził. Pozostawało jednak to zastrzeżenie: „prawie”. Do końca nie był pewny już niczego. - Jesteśmy – powiedział Raian, po czym uwolnił rękę Tomasza. – Poznajesz? – zapytał. - Nie – wyrwało się z ust. Po chwili jednak zaczął dochodzić do wniosku, że może już tu był. Zaczął rozpoznawać. W mroku zobaczył grób. Grób Anny. Grób tej, którą tak kochał, którą uwielbiał. - Po co mnie tu przyprowadziłeś? – wykrzyknął. - Trzeba żebyś i z nią się pożegnał, ruszasz w podróż, długą podróż.

--------------------

Otworzył oczy. Był cały spocony. Podniósł się na łóżku. Przetarł oczy. Nie wiedział gdzie się znajduje. Rozglądał się to w lewo to w prawo i coraz mocniej zaczął dochodzić do wniosku, że jest w swoim własnym mieszkaniu. Nie wiedział, czy to, czego doświadczył było tylko snem, czy realnym wydarzeniem. Wstał. Skierował się do łazienki by obmyć twarz. Nad umywalką spojrzał w lustro. Wyglądał tak samo jak każdego dnia. Rozczapierzone włosy, lekko podpuchnięte oczy. - Może jednak za dużo piję – pomyślał. Spojrzał na zegarek stojący na półce. Była 6.17. Wyszczotkował zęby. Trzeba było też coś zjeść. Lodówka jak zwykle nie stanowiła miejsca, gdzie można znaleźć wszystko, ale jakieś jogurty były. Zjadł, ubrał się. stanął przed drzwiami, schował dokumenty do bocznej kieszeni spodni i wyszedł. Winda nie działała już drugi tydzień. Trzeba było zejść po schodach z piątego piętra. Zaklął jak to miał swoim zwyczaju, ganiąc jednocześnie opieszałość administracji. Pod domem krzątała się już Angelika. - Hej – zawołała, widząc lekko pochylonego Tomasza. - Cześć – odpowiedział zdawkowo. Angelika zawsze wydawała się taka rozpromieniona. Nigdy nie rozumiał, co dla niej jest powodem takiego zadowolenia. Mogła sobie poszukać jakiejś lepszej pracy, niż sprzątanie każdego dnia pod jego blokiem. Czyżby nie miała większych ambicji. Przecież była młoda, nawet atrakcyjna. - Jak minęła ci noc? – zapytała - Dzięki, dobrze – nie miał ochoty na wdawanie się w szczegóły na temat tego, co przeżywał. A już na pewno nie chciał mówić o dziwnych, nocno – sennych spotkaniach z człowiekiem w parku. Zresztą sam nie wiedział jak ma się do tego ustosunkować. - A wyglądasz jakbyś nie spał całą noc – Angelika ciągnęła rozmowę - Wydaje ci się – rzucił na odchodne po czym skierował się na przystanek. Drażniło go to już wszystko. Te ciągłe dopytywania o to jak się czuję, czy trzeba mu w czymś pomóc. Męczyły go nawet te zaproszenia, to na urodziny, to na bankiet firmowy. Nie miał ochoty na spotykanie się z ludźmi. I na pewno nie miał już ochoty na uzewnętrznianie się. Co to tych wszystkich ludzi mogło obchodzić?. Samotnie czekał na przystanku. Przeglądał gazetę, którą chwilę wcześniej kupił w kiosku u Michała. Robił tak codziennie. To samo każdego dnia. Lubił przeglądać nowe doniesienia ze świata polityki, choć prawdę mówiąc nie bardzo go to interesowało. Frajdę natomiast sprawiało mu to jak, ci tak zwani wielcy obrzucali się błotem. Kiedy podjechał autobus wsiadł do środka. Zajął miejsce przy końcu. Nie zauważył nawet, że był jedynym pasażerem. Drzwi się zamknęły. Pojazd ruszył z wolna warcząc swym potężnym silnikiem.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych