River
Rozdział V
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział V
Usiadłem pod drzewem niedaleko swojego chwilowego schronienia i otworzyłem worek. Było w nim dużo mięsa i owoców. Nie mogłem uwierzyć w to, że przyjąłem coś od człowieka. W brzuchu mi zaburczało i się zirytowałem. Wyjąłem jednego królika i od razu go zjadłem. Oblizałem sobie usta z jego krwi i wyjąłem kurę. Chwilę później zostały z niej tak jak wcześniej z królika, tylko kości. Po tym zjadłem kilka owoców. Podarunek staruszki nie powstrzymał mojego głodu, ale na pewno trochę go zmniejszył. Usłyszałem znajome krzyki. Podniosłem się i zobaczyłem Lorelin błąkającą się po lesie i wołającą mnie. Naprawdę nie rozumiałem tej dziewczyny. Raz się mnie boi, unika, nie odzywa, a teraz szuka i się martwi. Poszedłem w jej stronę. Po co ma do siebie wołać głodne, zwierzęta, jeszcze by się po krztusiły i poumierały przez jej, kościste, zapewne żylaste mięso. Chciałem już z nią wracać, kiedy usłyszałem trzepot skrzydeł i kątem oka spostrzegłem jakąś postać. Skierowałem wzrok w tamtą stronę i zobaczyłem znajomą łuczniczkę z trzymanym przy sobie małym chłopcem. Wezbrał we mnie gniew, dobyłem broni. - Wracaj do domu Lorelin. – powiedziałem z gniewem do księżniczki nie odrywając wzroku od ametystowej smoczycy. – Czego tutaj szukasz? Jeśli przyszłaś po to abym cię zabił to po co zasłaniasz się swoim synem, tchórzu?! – krzyknąłem w stronę kobiety rozwścieczony, ostrzem broni skierowanym w jej stronę. - River, proszę pozwól mi wszystko wytłumaczyć. – powiedziała z niepokojem, mocniej przyciskając do siebie swoje dziecko, które z przerażeniem nie odrywało ode mnie wzroku. - Jednooki… - odezwała się smutno Lorelin z obawą, kiedy zobaczyła, że chciałem zaatakować. Spojrzałem na nią, a później znów na kobietę z dzieckiem. Przełknęła kilka razy ślinę i zaczęła mi wszystko tłumaczyć. - On chciał skrzywdzić Birona. Powiedział, że jeśli nie dam mu jakiegoś z naszych to zabije mojego syna. – z jej policzków płynęły łzy, księżniczka też posmutniała jeszcze bardziej, słysząc to wszystko. Ja stałem niewzruszony jak skała. Nie wierzyłem jej. – River, musisz mi wierzyć. Musiałam bronić dziecko, musiałam się go posłuchać. Proszę musisz mnie zrozumieć, wybacz mi. – załkała tuląc do siebie rozpaczliwie chłopca o złotych włosach i delikatnych rysach, które odziedziczył po matce. - Wynoś się stąd. – warknąłem do niej chowając bron do pochwy. – Wynoś się stąd i nigdy więcej nie waż się pojawić na moim terytorium, bo przysięgam ci, że cię zabiję.- dodałem i przeniosłem wzrok na drżące dziecko. – Jeśli znów cię zobaczę zasłaniającą się własnym synem, go też zabiję. Odwróciłem się do dziewczyny, którą porwałem i wściekły zacząłem wracać, razem z nią. Ametystowa upadła na ziemie zalewając się łzami i przytulając mocno do siebie Birona z przerażeniem. Lorelin była zmieszana. Denerwowała ją i jednocześnie przerażała moja bezwzględność. - Zabiłbyś niewinne dziecko… - wyszeptała zaniepokojona. - Zabiłbym wszystkich, którzy mi przeszkadzają. – odpowiedziałem bezlitośnie i przez to resztę drogi spędziliśmy w milczeniu. Pod domem przypilnowałem by dziewczyna weszła do budynku i położyła się spać. Kiedy zobaczyłem, że światła w jej pokoju zgasły, wszedłem do stodoły i położyłem się na sianie. Długo nie mogłem zasnąć pogrążony myślami o niedawnych wydarzeniach przeżytego dnia. Analizowałem go dogłębnie, a gdy już nie miałem się do czego przyczepić, zapadłem w lekki, odżywczy sen. Następnego dnia, jak zwykle Aria przygotowywała śniadanie, Maren i Talik szykowali się do wyjścia z domu, a Lorelin jeszcze spała. To był piękny, ciepły dzień z dużą ilością słońca. Po jakimś czasie księżniczka się obudziła i ubrana zeszła na dół do reszty. Pomogła Arii w dokończeniu przygotowywanego posiłku i wszyscy usiedli do stołu. Kiedy skończyli, wyszli z domu. Lorelin skierowała się w stronę stodoły z jedzeniem dla mnie. Aria chciała iść nazbierać trochę ziół i leśnych owoców, a dwa elfy jak co dzień wybierali się na polowanie. Wszyscy się zatrzymali w miejscu, kiedy jedno z drzew zajęło się ogniem, a po tym po ziemi przesunął ogromny cień i spojrzeli w górę. Z radością wykonywałem w powietrzu różne akrobacje, śmiejąc się szczęśliwy, jak mały Dragus, który dopiero nauczył się latać. Robiłem beczki, pętle, pikowałem niebezpiecznie z głową ku ziemi by, kilka metrów od niej rozłożyć szeroko skrzydła i wzbić się ponownie w przestworza. Byłem szczęśliwy, bawiłem się i smakowałem lot w najmniejszym podmuchu wiatru. - Dzieciak. – prychnął Talik i łokciem puknął lekko Marena, młodszy nie mógł oderwać ode mnie wzroku, ale w końcu poszedł z jasnowłosym mężczyzną na polowanie. Aria i Lorelin były szczęśliwe widząc mój uśmiech i nieraz mrożące krew w żyłach niewinne popisy w powietrzu. Elfce z radości po policzkach lekko spływały łzy, ale je otarła, kiedy księżniczka na nią spojrzała. Słońce przyjemnie świeciło w moje łuski, skóra w tym jasnym blasku nie wydawała się szorstka jak zwykle. Przypominała idealnie oszlifowany szlachetny kamień, połączenie krwistego rubinu z czarnym jak noc onyksem. Zatoczyłem jeszcze jedno koło nad ich głowami i podszedłem do lądowania stając na ziemi już jako człowiek. Tętniłem energią, a radość rozpromieniała całe moje ciało. Poprawiłem kapelusz na głowie i się uśmiechnąłem do nich łobuzersko, z okiem świecącym jak u małego dziecka. - Jednooki, odzyskałeś już siły. – powiedziała uśmiechnięta Lorelin. - River… - łzy w oczach Arii błysnęły, byłem w szoku. Nie zauważyłem kiedy mnie przewróciły, przez to, że jednocześnie się do mnie przytuliły. Skrzywiłem się, zastanawiając czy w nocy czasem nie spadły dość boleśnie z łóżka. Ich zachowanie było oburzające i bardzo mnie zirytowało. Zapłonąłem lekko i je poparzyłem, od razu puściły i się cofnęły. - Nie tykać. – burknąłem z gniewem. Wytrzepałem z kurzu ubranie i poszedłem sobie coś upolować zostawiając ich smutne sylwetki za sobą.
* * *
Obserwowałem z ukrycia dzika. Miałem sprytną strategie. Wyszedłem z krzaków i rzuciłem mu w łeb kamieniem. Wkurzył się tak jak myślałem. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem i zacząłem uciekać. Zatrzymałem się po jakimś czasie przy dużym dębie. Dzik zakwiczał i zaszarżował. Odskoczyłem w tył, a na zwierze spadła duża kłoda. Zdjąłem dużą bale z martwej zdobyczy. Z zarośli wyskoczyło 6 małych warchlaków, które podbiegły od razu do martwej matki. Wyjąłem miecz zirytowany i przygotowałem się do ataku. Ostrze zatrzymał się w więcej, niż w połowie drogi do młodych dzika. - Odejdź, albo przetnę cię na pół. – warknąłem do zasłaniającej sobą warchlaki, Lorelin. - Czy ty naprawdę nie masz serca? Co ci te biedne zwierzęta zrobiły? Prze… - Weszły mi w drogę z resztą tak jak ty. Poza tym oddaję im przysługę. Bez matki i tak by długo nie przeżyły. – „podobnie jak ja…” Pokręciłem głową nie dając pochłonąć się temu wspomnieniu w nieprzenikniony mrok. Spojrzałem stanowczo na księżniczkę. Odsunęła się i odwróciła plecami, obejmując się ramionami. Pozabijałem młode jednym cięciem. Wytarłem miecz z krwi i wbiłem go w ziemię. Usiadłem i zacząłem jeść. Młode z doświadczenia wiedziałem, że nie są dobre, więc nawet ich nie ruszałem, od razu zabrałem się za zabitą lochę. - Nie traktuj mnie jakbym był człowiekiem, nawet tak nie myśl. Choćby mnie rozczłonkowali, przywiązali do słupa jak psa i katowali do końca mojego bardzo długiego życia, nigdy nie upadnę tak nisko, by stać się taki jak wy. – powiedziałem do niej z obrzydzeniem, wyrywając kolejny ochłap mięsa ze zwierzęcia i się nim pożywiając. Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Patrzyła na martwe szczątki 7 zwierząt i na moją umorusaną krwią postać z przerażeniem. Cała drżała, a strach całkowicie ją sparaliżował. Po jej policzkach spływały łzy. Kompletnie mnie ona nie obchodziła, więc nie zwracałem na nią nawet najmniejszej uwagi. Oblizałem sobie usta i wyrwałem kolejny kawałek ciała dzika. - Czy twoi rodzice też byli takimi potworami? – szepnęła, jej głos był bardzo cichy przez targające nią uczucia. Otworzyłem szerzej oko jakbym zobaczył ducha. Podniosłem się, odwrócony do niej tyłem. - Coś ty powiedziała? – zapytałem z rosnącym gniewem. - Zapytałam, czy twoi rodzice byli takimi samymi potworami jak ty!!! – wykrzyczała do mnie także wstając na nogi. Miała zaciśnięte ze złości pięści, a w oczach widniał płomień nienawiści. Przybliżyłem się do niej i mocno uderzyłem z pięści w jej policzek. Upadła. Z jej nosa i rozciętych warg poleciała krew. Leżała skulona na ziemi drżąc i płacząc głośno. - Nigdy nie waż się mówić o moich rodzicach, ty beznadziejna, nic nie znacząca kreaturo. A tym bardziej ich obrażać! – krzyknąłem, prawie uderzyłem ją ponownie, kiedy tuż przy jej głowie moja dłoń się zatrzymała. Ryknąłem wściekle, podszedłem do drzewa i na nim się wyładowałem. Nie miałem już takiej ochoty jej zabić, gdy ze zdartej, poranionej dłoni poleciała krew. Oparłem się o jego częściowo zdartą korę i osunąłem na podłoże. Jucha leniwie spływała z mojej ręki, a ja siedziałem i się patrzyłem na tą nędzną istotę przed sobą ze złością. - Nie jesteś ich prawdziwą córką. – powiedziałem bez żadnych zahamowań. – Przygarnęli cię tylko jak bezdomnego kundla, bo jakaś chora dziwka zostawiła cię pod drzwiami do zamku. - Zamknij się… - zaszlochała. – Kłamiesz! - Wychowali cię jak własne dziecko, podczas gdy twoją prawdziwą matkę pchali jacyś brudni, zawszeni wieśniacy. – dodałem bezlitości, nie miałem najmniejszego zamiaru już być miłym, a na pewno nie dla niej. – Przy twojej matce, przez to co robię jestem aniołem, słaby człowieku - Zamknij się!!! – wykrzyczała na cały głos. Jakoś dziwnie mimo jej błagań nie chciałem przerwać. Odwdzięczałem się pięknym za nadobne. I… nie miałem zamiaru przestać. - Wiesz co? – oparłem czubek głowy o pień i spojrzałem w niebo. – Po raz pierwszy nie byłem potworem. Spełniłem marzenie twojej biologicznej matki. Wziąłem ją w przestworza i skręciłem jej kark. – dokończyłem. Lorelin z przeraźliwym krzykiem rzuciła się na mnie ze sztyletem w dłoni. Cała zapłakana. - MORDERCA!!! - Taaak, jestem mordercą.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Hanagi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…