rozne
opowiadania pomieszane ale rozne
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Samolot nadleciał pod dziwnym kątem. Miał jak zwykle dodatkową smugę, która oznaczała nawóz. Nie do końca można było to sprawdzić, ale była to już informacja pewna. Wypowiedziana przez osobę, która się na tym znała. Na tyle dobrze, że znała już dalszy etap tej operacji. Praca, jakże ją uwielbiał. Była jak orzeźwiające powietrze w chłodny dzień. Nadawała sens jego życiu. Cudownie zużywająca dodatkową energię, której miał pod dostatkiem. Nic tak nie pomagało mu przetrwać ciężkich chwil, jak praca. Praca, praca, praca – powinni o tym pisać w gazetach. Praca dla wszystkich przygnębionych, dla wszystkich nieszczęśliwie zakochanych, dla każdego, kto nie widzi sensu w życiu. Cudowna i dla każdego. Bez względu na rodzaj i tak będziesz zadowolony. Nic nie poprawi Ci bardziej humoru i nie sprawi, że sprawy same nabiorą odpowiedniego toru. Wynagrodzenie nie ma znaczenia. Liczy się to, że spalasz przynajmniej energie, która sprawia, że nie możesz już żyć na tym skrawku ziemi.
Dookoła było jasno. Ciemne chmury już dawno zaszły za słońce, które nie było zbytnio widoczne. Zapowiadał się kolejny cudowny dzień. Kolejne dwanaście godzin, w czasie których można było zrobić to na co każdy miał ochotę. Nic tak nie motywowało jak możliwość spędzenia dwunastu godzin w rozsądny i przynoszący odpowiednie efekty sposób. Nikt już nie wierzył, że jest to jeszcze możliwe, ale jednak. Świat powitał kolejny dzień w pokoju i zgodzie. Do końca godziny zero zostało dwanaście dni. Nie wierzcie temu co widzicie, a od tego co widzicie odejmijcie 50% - krzyczały napisy na murach. „Musicie żyć świadomie, inaczej wasze życie straci sens”. „Do końca świata zostały dwa tygodnie”. - Nienawidzę tego miasta. Gdy ludzie mówią prawdę, nikt nie chce ich słuchać – powiedział Kordian. – Same kłamstwa. Ludzie je uwielbiają. Kochają kłopoty – mówił, przyglądając się pustym okiennicom starego osiedla, na którym, czego był dziś pewien, mieszkał. Z naprzeciwka nadleciało kilka starych gazet. Nadbiegł biały pies. Prawie jak w książce, którą czytał, gdy był mały. Otoczenie nie dawało po sobie poznać, że świat zmierza w złym kierunku. Gazety – stek kłamstw, do których przestał zaglądać od pięciu lat. Wydawało mu się, że powietrze nagle zmieniło swoją konsystencję, że stało się inne, bardziej gęste. Nienawidził tego miasta. Tak bardzo miał go dosyć, a jednak nadal w nim przebywał .Coś nie pozwalało mu go opuścić. Czuł, że ma tu pewną rolę do odegrania. Czuł się potrzebny. To ważne, szczególnie dla starszego człowieka. Zmarnował i tak dużo czasu w swoim życiu, żeby teraz popełnić najmniejszy choćby błąd. Jego nogi i twarz wyglądały inaczej. Nie czuł się staro, jednak jego ciało wydawało mu się obce. W jego wieku – pomyślał. Szedł prosto ulicą aż natrafił na swoją klatkę. Przekręcił klucz i obrócił się. Nikt go nie obserwował. To tylko niepotrzebna paranoja, która z pewnością przychodzi z wiekiem. Miał też nadzieję, że odchodzi, bo nie chciał przez nią skończyć w wariatkowie. Za młody był na to.
Wilgotna jesień właśnie kończyła swój sezon. Zaczynało robić się zimno i pochmurno. Do końca roku nie zostało więcej niż dwa miesiące. Widoczna zmiana krajobrazu wpłynęła na wszystkich mieszkańców. Robili się wolniejsi i bardziej przygarbieni. Ospale zmierzali w kierunku, do którego tak bardzo nie chcieli się zbliżać. Praca. Było w tym coś, co pozwalało zapomnieć o codziennych bolączkach, a jednak nie wszyscy mieli jednakowe podejście. Bywało i tak, że praca odnosiła odwrotne skutki. Powoli ludzie zaczęli chorować. Choroby pojawiały się znikąd. Jakby cały czas czyhały pod ziemią na odpowiedni moment by zaatakować. Niektórzy tłumaczyli to zmianą pogody, jeszcze inni czystym przypadkiem, jednak niektórzy mieli zupełną pewność co do zaistniałej sytuacji. Sytuacji, która wymknęła się spod kontroli. Najpierw chorowały kobiety, potem dzieci i ludzie starsi. Ostatni dorośli mężczyźni. Coś było nie tak. Coś powodowało, że temperatura w mieście podniosła się do nieoczekiwanego poziomu. Coś zmieniało się z minuty na minutę, ale było za późno, żeby to powstrzymać. Clark wszedł do gabinetu, w którym czuł się bezpiecznie. Założył normalizator na głowę i nacisnął przycisk. Czy wiecie, że możliwe jest pobieranie energii przez sam zdjęcie? Że plemiona Wudu manipulują ludźmi na odległość? Że wystarczy wasz podpis, żeby wiedzieć o was wszystko? Że istnieje coś takiego jak percepcja pozazmysłowa? Że każdy z nas oddaje zło przez nogi? Że wojnę już dawno przegraliśmy? Pstryk, pstryk, pstryk. - Połączenie zerwane. Clark zdjął normalizator. Połączenie zerwane? – zastanowił się. To dziwne, przecież nawet nie zdążył zasnąć. – Przekaz trwał nie dłużej niż parę minut. Co się mogło stać? Popatrzył na puste pomieszczenie gabinetu. Dziewczyna miała dzisiaj wolne. A może to właśnie dlatego – zastanowił się. – Może połączenie zostało przerwane ze względu na jego niemoc zaśnięcia? Nie, to dość dziwaczna hipoteza. Musiał wymyślić coś lepszego. Nie wiedział, dlaczego czuł się dziwnie. Na tyle, by nie zorientować się, że pluskwa wielkości mrówki zaczęła odbierać sygnał z centrum. To chwilowo zakłóciło pracę jego pola elektromagnetycznego. Naukowcy mówią co innego, zwykli szarzy ludzie mówią coś innego. Komu właściwie wierzyć – myślał Clark. Odpowiedź musi znaleźć tylko w jednym miejscu, które dziś miał odwiedzić. Był umówiony. Tym razem nie nawali z terminem. - Proszę wejść, panie Clark – powiedział siwy mężczyzna widząc, jak ten drugi czai się przed drzwiami. - Dzień dobry – powiedział Clark. - Nie taki dobry, ale też nie najgorszy – odpowiedział siwy mężczyzna. - Tak, jak się umówiliśmy mam dla pana ludzi, o których pan prosił. Będą wykonywać każde pańskie polecenie. Bez wyjątku. Clark zamyślił się, po czym powiedział: - Czy jest ich tyle, ile prosiłem? - Tak. Jest ich trzech. Dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Myślę, że nie będzie to stanowiło dla Was problemu. - Ma pan na myśli kobietę? – zapytał Clark. - Tak. Sądzę, że jest dwa razy lepsza od tych dwóch razem wziętych, ale pozostawiam to do waszej oceny. Jeśli będziecie mieli jakieś zastrzeżenia… - siwy mężczyzna zaciągnął się długim bardzo długim cygarem – kierujcie się prosto do mnie – powiedział w końcu. – Wiecie, gdzie mnie szukać, prawda? - Tak – odparł. - Jeśli zespół nie spełni powierzonym w nim oczekiwań, będzie od razu uzupełniony. Zrozumiano? - Tak – mężczyzna zmienił się. Był teraz bardziej oficjalny. - Tak jest. - Możecie się odmeldować – powiedział. – Następne spotkanie za dwanaście dni. Siwy człowiek odwrócił się w stronę okna i zapatrzył się na przelatujący samolot.
Szedł wąską ulicą, po której przechadzali się obojętnie przypadkowi ludzie. Nie chciało mu się wierzyć, że o tak wczesnej porze ktoś może być już na nogach. Wziął dzisiejszą gazetę. Nie można zrozumieć czegoś, czego nie ma. Teraz patrzył na coś realnego. - Meteoryt? Hmm… ostatnio dosyć głośno o nich. Powierzyć swój los przypadkowi? Nie. Należało działać. Za dwie godziny miał się spotkać z trójką przydzielonych mu ludzi. Miał nadzieję, że wszystko zakończy się sukcesem.
KSIĘGA I Maszerowali przez ogromne góry, które były tak przerażająco duże, że co jakiś czas wydawało im się, że to nie może być prawda. Że to co ich otacza to wytwór ich nadszarpanej wyobraźni. Jeden z nich zatrzymał się w momencie, gdy na drogę spadł ogromny kamień, niejako dający im znak, że dalej nie powinni już iść. Droga skręcała w lewo i na końcu można było zauważyć coś czarnego, jakby czarną dziurę, która miała ich pochłonąć, z całą energia i siłą, jaką posiadali. Pierwszy stanął najmniejszy i najmłodszy członek wyprawy. Był jedynym, który zachował zimną krew i którego chęć dalszej podróży właśnie się skończyła. - Nie możemy iść dalej – powiedział tonem spokojnym i poważnym. – Nie pozostaje nam nic innego, jak zawrócić – dodał po chwili. - Zawrócić teraz? – zdziwił się dwa razy wyższy mężczyzna. – Przecież to obłęd. Nie możemy tego zrobić i z pewnością nie zrobimy. - Pomyśl, co czeka nas, gdy przejdziemy przez tę czarną dziurę. Nie możemy tak ryzykować. Strącilibyśmy zbyt wiele ludzi. - Nie możemy? Przecież to nasza jedyna szansa. Jeśli uda nam się przejść tę przełącz…nagroda wynagrodzi wszystki trud. Moim zdaniem powinniśmy iść dalej. Pogoda zmieniała się z minuty na minutę. Większość chmur była do końca wypełniona wodą. Lada chwila miała ich spotkać ogromna ulewa. - Jeśli tak, to powinniśmy wybrać jednego z nas, żeby poszedł i sprawdził. Jeśli mu się uda, to wszyscy pójdziemy dalej – oznajmił niższy mężczyzna. - Zgoda. Wybiorę tego śmiałka. Mam już nawet kogoś takiego na uwadze. Jeśli się zgodzi, wszystko szło by po mojej myśli – powiedział. - Kto to taki? – zapytał niższy mężczyzna. - Ty – rzekł tamten. - Ja? – zdziwił się drugi. – Wiedziałem, że masz dziwne pomysły, ale żeby aż do tego stopnia. - Uważam, że to najlepszy wybór. Jeśli masz inne zdanie, wypowiedz się tu i teraz. - Zgoda, ale jeśli mi się nie uda, pamiętaj, że czeka cię podwójna kara w piekle. Mężczyzna skinął głową. Mniejszy z nich wziął coś z worka, który był przytroczony do konia i ruszył w górę. Przed sobą miał ogromną czarną plamę, która mogła przypominać stary portal, którym przemieszczali się jeszcze nie tak dawno ludzie z tych rejonów. Szedł kawałek, po czym odwrócił się, by zobaczyć, czy reszta jest jeszcze w miejscu, w którym ich zostawił. Byli tam i patrzyli na niego, licząc zapewne w duchu, że jego misja zakończy się powodzeniem. Podchodził coraz bliżej i bliżej. Wiedział już, że nie do końca wszystko jest tak, jak sobie wcześniej wyobrażali. Koło portalu coś się działo. Coś niedobrego.
W oddalonej o kilkanaście tysięcy kilometrów skale komuś udało się właśnie skonstruować coś, co wykracza poza ludzki umysł swoją doskonałością. Niewielkie urządzenie, które swoimi wymiarami przypominało poczwórne pudełko od zapałek. W środku umieszczone były różne związki, które występowały w naturze i tak w nadmiernej formie. Liczyły się jednak proporcje. Mężczyzna niósł pudełko i przyglądał się otoczeniu. Zmieniało ono swoją formę, można powiedzieć naturę, w miarę jak szedł. Dookoła kłębiło się nie od dymu, lecz od przeistaczających się materii, kolorów. Na środowisko urządzenie miało leczący wpływ, jednak pytanie było jak zadziała na ludzi. Chmury spowiły większą cześć pustkowia. Jednak miał szczęście, dużo szczęścia. Miał już pewność, że eksperyment się udał i że efekt będzie cudownie nie zapomniany. Wrócił do swojej kwatery i zaczął obmyślać kolejny plan. Plan, który tym razem miał polegać na wyniszczeniu połowy ludzkości. Zaimplikuje pewną dawkę bakterii na cały świat, np. przy pomocy samolotów, a potem. A potem siądzie wygodnie na biurku i w odpowiednim momencie naciśnie czerwony przycisk. Sam znajdzie się wtedy daleko stąd. Np. na jednej ze stacji orbitalnych. Tak, to jednak wspaniały plan. Do końca jego dni będzie żył szczęśliwie i spoglądał na resztę tego, co ocalało.
Jasno-pomarańczowe niebo dodawało chęci do życia. Nie dość, że robiło się weselej, to jeszcze nabierało się neutralnej, zdrowej optymistycznej wizji świata. Oprócz tego czuło się, że człowieka dotyka nagły przypływ energii i sił witalnych. Nie było chyba nikogo, kto nie cieszyłby się z takiego właśnie rozwoju sytuacji. Małe leśne gremliny robiły porządki w domach, a niewiele większe skrzaty przygotowywały się do srogiej tego lata zimy. Napili się cudownej wody z miodem, która przyniosła im zadowolenie i zdrowie, a potem poszli spać. - Trzeba uważać, co się je i pije, a już na pewno, co z czym łączy. Inaczej może nas spotkać choroba, której nie chcemy – powtarzała jedna z wielkich opiekunek skrzatów – wdowa po starym żołędniaku, pani Hypokryzj, która była znana w całym Świecie Drzewa z tego, że jej nazwisko, które jej zostało po mężu, miało bardzo dużo cech wspólnych z jej charakterem. Mimo to była kochaną skrzatką, którą większość i tak uważała za Kochaną osobę.
Miał ochotę zrobić coś wielkiego, coś co wstrząsnęłoby światem dysku na tyle, że okryłoby go tak dużą sławą, że nie mógłby prosić o co innego. Miałby wszystko. Drogocenne kamienie, sławę i wszystko, co się z tym wiąże. Zatem co sprawiało, że nie mógł tego osiągnąć. Była to pewna rzecz. Nie mógł albowiem znaleźć odpowiedniego sposobu. Szukał wszędzie i czepiał się już różnych zawodów, jednak mimo to nic nie skutkowało. Zawsze było coś nie tak. Być może szukał swej tożsamości. Pomagał ludziom i wszystkim stworzeniom żyjącym w Świecie Drzewa. Myślał, że przez to zajdzie tam, gdzie chce. Po części miał rację, jednak z drugiej strony się mylił. Na tyle, że po kilku latach wielkiego wysiłku tak się w tym pogubił, że zachorował. Poważnie. Siadła mu psychika. Nie było to dobre, gdyż potrzebował, żeby jego mózg funkcjonował prawidłowo jeśli chciał, żeby świat Drzewa z jego oczu wyglądał naprawdę tak, jak wyglądać powinien. Wyraziście i w odpowiednich kolorach. Bez zniekształceń i niepotrzebnych fantazji, które nie wydawały się mieć znaczenia. (ZNAK)
a ich liczba nie przekraczała osiemdziesięciu ośmiu. Najstarszymi członkami były cztery osobistości, które pełniły najważniejszą rolę zgrupowaniu. Byli to Animides, Meriot, Toin i Aeri, która była kobietą, która słynęła z tego, że uwielbiała jeść słodycze, a jej ulubionym kamieniem był diamentowy bursztyn, którego odnalezienie graniczyło z takim cudem, jakiego nie sposób spotkać na żadnej z krain. (ZNAK)
Różowo-żółto-zielono-niebieski worek z kamieniami był doskonałym dowodem na to, że można cieszyć się z czegoś, co występuje prawie pospolicie, a po czym chodzi się dosłownie stopami. Większość ludzi nie ma pojęcia, że pod ich nogami spoczywają tak drogocenne skarby, że trudno ocenić ich wartość. Przynajmniej dla nich. Dla innych które były czymś, co nie tylko stanowi priorytet w życiu, ale co daje tak dużą satysfakcję… (ZNAK)
Ciemność spowiła chmury i było to oznaką, że zbliża się wieczór, tak upragniony dla ludzi strudzonych pracą. Tak samo na każdym z płotów były postawione stare dzbany, które cudem zachowały się przed młodszymi osobnikami. Dawało się w nich wodę zwierzętom, a czasami służyły jako cel jednego z najmłodszych członków społeczeństwa. (ZNAK)
padało tak długo, że tylko ptak jeden raczył wiedzieć, dlaczego tak się działo. Z pewnością była to swego rodzaju magia i co do tego nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. (ZNAK)
Znajomość innych krain ma swoje plusy. Do jednych z nich należało na przykład możliwość szybkiego nauczenia się rozpoznawania magicznych kamieni, które na każdym terenie charakteryzował specjalny skład. Niejednokrotnie poszukiwacze tych artefaktów przemierzali setki mil, żeby tylko zyskać jakiś cudownie unikalny okaz. Były specjalne gildie, które szczyciły się tym, że posiadały największą ilość kamieni o specjalnych magicznych właściwościach. Najstarszą i najbardziej znaną, a do tego posiadającą największą ilość kamieni była Gildia Solatów. Została założona jeszcze przed tym, aż w Świecie Dysku pojawiły się magiczne płomyki i myślące szafy. Jej członkowie szczycili się tym, że należeli do tak zwanego stowarzyszenia.
- Widzę, że się dogadujemy – powiedział jeden z robotników, gdy zobaczył wszystkich stojących równo pod ścianą i bacznie go słuchających ludzi. Do końca zbiórki pozostało niewiele czasu i każdy chciał już jak najszybciej pozbyć się męczącego wszystkich przełożonego. Gdyby udało mu się nie skończyć o czasie mieliby kolejne popołudnie z głowy, a tego bardzo by nie chcieli, bo w końcu coś im się od życia należało. Był też inny powód, ale nie był on tak ważny, a nawet zupełnie nie istotny. - Do końca wszystkich dni będzie wykonywał swoją pracę z należytym honorem i należytą przyzwoitością – pomyślał bardzo dobrze zbudowany mężczyzna, który nie lubił zbytnio wdawać się w kłótnie ze swoimi przełożonymi. Innymi słowy był ignorantem jakich mało i miał myślenia i przejmowania się tym, co mogą dziś wykombinować jego podwładni. Głupiego bądź nierozsądnego. Co do reszty to był pewien, że wszystko układa się należycie. Na pewno.
Czarny rycerz poił swojego konia, gdy do jego niedużej głowy wpadł mu pewien pomysł. Spojrzał an paszczę konia i nie zobaczył w niej sprzeciwu. Byłby o tyle niepocieszony, że zależało mu na jego opinii. Miał go za swojego przyjaciela. A o przyjaźń wg niego trzeba dbać, bo bez niej nie ma odpowiedniego koloru. Bądź co bądź. A co tam, niech choć raz i jemu poszczęści się w życiu. Warto spróbować – pomyślał i szybko wyjął z kieszeni woreczek z kamieniami. Wysypał je na ziemię po czym policzył. Dwadzieścia dwa żółte, cztery czarne, dwa niebieskie i dwa różowe. Te ostatnie podobały mu się najbardziej, niestety posiadały najmniejszą wartość. Największą miały dwa niebieskie. Były nieoszlifowane, ale nie miały choćby najmniejszej skazy. Twór promienisty oszczędził je. Promienie światła przechodząc przez środek cudownie zmieniały swoją barwę i zawsze pomimo różnych kształtów kamienie pozostawały proste. Miały też inne właściwości, które miały dla niego ??? znaczenie. Ich fantastyczny blask dawał tyle energii, co niejeden koń zaprzęgnięty do ciągnięcia wozu. Jednak on nie lubił ich dlatego. Powód był inny i dla większości ludzi nie tyle co oczywisty, ale jasny. Popatrzył jeszcze raz na swojego przyjaciela. Stał w pozycji co poprzednio i był w połowie tak zadowolony na jakiego wyglądał. Czarny rycerz podsunął mu pod paszczę parę sztuk jego jedzenia, którym wtedy było dosyć nienajlepsze gatunkowo siano. Koń od razu poczuł się kimś wyjątkowym. Czuł się dopieszczonym do granic możliwości, choć przeczuwał, że jego siano jest tylko w pięćdziesięciu procentach tak dobre na jakie wygląda. Dobrze, że jeszcze nie dorzucają jakiejś chemii – pomyślał w duchu, po czym zajął się kolejnym mieleniem garści łodyg w ustach. Pięć sekund później zaczęło niebanalnie kropić. Świat Drzewa słynął z tego typu sytuacji. Tu coś takiego miało prawo się zdarzyć i nikogo to już nie dziwiło. Pogoda była zmienna jak spadające gwiazdy. Czasami w najmniej spodziewanym momencie spadało tyle deszczu, że można by nawodnić ogromnej wielkości staw, a czasem nie.
w drodze powrotnej weźmie aparat i zrobi temu miejscu parę ciekawych zdjęć. Naprawdę było warto. Kto wie, może nawet będzie je mógł sprzedać na aukcji. Wieśniacy uprawiali zboże, ich żony przygotowywały posiłki oraz szykowały…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil oddball
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…