Wróć do katalogu

Sal, Ama i Ander

W mrocznym mieście Perelonis Marcus Expugnis odbiera poród u kobiety, którą pogryzł wampir...

Artdico, opublikowano , 26 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Marcus Expugnis wkraczał w bramy Perelonis tuż przed zachodem słońca. Jeszcze tylko kilku spóźnionych parobków minęło go w pośpiechu na zwodzonym moście i krata opadła z hukiem, tuż za jego plecami. Odetchnął z ulgą, choć wiedział, że gdyby nie zdążył, kolejna noc pod chmurką nie zrobiłaby różnicy. Teraz opatulił się mocno grubym, czarnym płaszczem - wieczór w tej skalistej okolicy był wyjątkowo chłodny - i rozejrzał się po strzelistych, kamiennych budynkach. Ogrom miasta, wybudowanego wiele setek lat wcześniej w celach obronnych, wydawał się przytłaczać. Perelonis należało bowiem do tych miast, postawionych na wysokiej skale, które w czasie wojny znakomicie nadawały się do obrony przed wrogami. A ponieważ mieszkało w nim ponad dziesięć tysięcy osób i posiadało wiele szklarni mogących zapewnić jako-taki byt przez dłuższy czas, tu zazwyczaj przenoszono stolicę na czas zmagań wojennych. Ale właśnie z tych samych powodów miasto należało do najmroczniejszych, najchłodniejszych i, właśnie, najbardziej przytłaczających ze wszystkich miast świata. Marcus westchnął i pokiwał głową, wiedział bowiem, że prawdopodobnie przyjdzie mu tu spędzić resztę życia. Wychował się na wsi wśród pól i krów, ale trzy ostatnie lata spędził w samej stolicy - w Dervergu. Miasto było jeszcze większe niż to tutaj, jednak bez porównania wspanialsze. Położone w malowniczej okolicy będącej, jak mówi legenda, wgłębieniem po upadku tysiące lat wcześniej wielkiego meteorytu, czyste i wesołe. Kultura Dervergu stała na najwyższym poziomie - festiwale muzyczne, dziesiątki stowarzyszeń i ugrupowań czy gigantyczny księgozbiór w Wielkiej Bibliotece, w której Marcus mógł przesiadywać całymi dniami, to tylko nieliczne przykłady. Chłopak miał jednak tego pecha, że wśród nowicjuszy Salmosa należał do najgorliwszych i najinteligentniejszych. Właściwie był najgorliwszy i najinteligentniejszy. A to musiało oznaczać - chciał nie chciał - że po odbyciu nowicjatu zostanie wysłany właśnie do Perelonis, gdzie znajdowała się główna świątynia jego boga. A jednak, czuł to podświadomie, nie będzie to życie nudnego skryby. Po zachodzie słońca Perelonis zamykało nie tylko bramy, ale również drzwi wszelkich domostw. Choć i w ciągu dnia można było zostać, z dużym prawdopodobieństwem pobitym i okradzionym, nocą wolano w ogóle nie ryzykować. Marcus postanowił nie rozpalać pochodni by nie zwracać na siebie uwagi, skorzystał więc z nabytej w czasie nowicjatu umiejętności widzenia w ciemnościach. Wszystko pojaśniało - i ściany domów zbielały, i kot goniący szczura, i starsza pani z przerażeniem zamykająca okno na poddaszu na widok przechadzającego się ulicą zakapturzonego mnicha. Expugnis nie krył przed sobą tego, że się bał. Nie miał ochoty zakończyć życia zanim się jeszcze na dobre rozpoczęło. Na widok kryjącego się w cieniu oprycha z nożem zmienił więc marsz w lekki trucht. Oby wpuścili go o tej godzinie do świątyni. Oby w ogóle do niej trafił! Biegł, mijając liczne zaułki i liczne stojące w nich postaci. Dziwkę - zabójczynię, bezdomnego kloszarda, wielkiego cyklopa z drewnianą pałką (cyklop w dużym mieście? - Zapytał sam siebie). W jednym zaułku ktoś wbijał komuś innemu nóż w brzuch, Marcus wiedział jednak, że jeśli spróbuje interweniować, sam również z pewnością zginie. A potem minął zaułek w którym ujrzał kobietę drgającą w konwulsjach i pochyloną nad nią postać mężczyzny. Mężczyzna wpił się w gardło kobiety. "Wampir!", krzyknął do siebie w duchu przerażony Marcus biegnąc dalej. Nagle zatrzymał się. Coś kazało mu wracać. Ale co? Przecież nie może już jej pomóc. Szybko przeanalizował w myślach całą sytuację. Brzuch! Tak, kobieta była w ciąży! Na Salmosa, muszę ratować dziecko! Wiedział, że liczba osób przeżywających ugryzienie wampira wynosi najwyżej jedną na sto, przy czym osoba ta staje się przez to kolejnym wampirem. Oczywiście jeśli jest człowiekiem - elfy bowiem na przykład nie przeżywają takich wypadków prawie wcale. Zaatakowana kobieta była elfką - co do tego Marcus nie miał wątpliwości. Co więcej, jeśli owa kobieta była w ciąży, prawdopodobieństwo przeżycia dziecka graniczy już z cudem. A jednak chłopak wiedział, że to nie jest zwykły przypadek. Że musi zawrócić. Tak też zrobił. Wyjął z tobołka srebrny nóż i wbiegł w zaułek. Wampir zauważył go. Oderwał się od zdobyczy i stanął na równe nogi. Chwilę stali naprzeciwko siebie patrząc sobie w oczy. Ale zaraz wampir zmienił się w ogromnego nietoperza i odfrunął nad dachami budynków. Marcus nie tracił ani chwili. Dobiegł do leżącej na ziemi ofiary. Tak jak sądził, była elfką, do tego leśną elfką (Kurde! Cyklop, wampir, leśne elfy! To miasto nie jest normalne!). Dziewczyna drżała cała w konwulsjach i dławiła się własną krwią. Otworzyła oczy - pewnie poczuła, że napastnik się wycofał. Ujrzała nad sobą przystojnego, ubranego na czarno bruneta. - Błaghgh... Błagam! Nagły odruch wymiotny wydobył z jej gardła mieszankę krwi, śliny i wampirzego jadu. Wszystko to trafiło na suknię Expugnisa, ale tym się akurat nie przejął. I tak byłą do wymiany. - Błagam! - Próbowała znowu. Marcus zapomniał po co przyszedł. Sytuacja go przerastała - Błagam cię! Ratuj... ghy, ghy! Ratuj dziecko! Tak, rzeczywiście. Miał ratować dziecko. Dzierżonym w dłoni nożem przeciął suknię elfki, ale wydawało się, że dzieciak nie miał jeszcze ochoty wychodzić. Zatrzymał nóż na wysokości brzucha. - No zrób to! - Słowa dziewczyny zabrzmiały jak groźba. Wiedział, że za chwilę umrze. Odmówił krótkie błogosławieństwo i wbił nóż dość płytko w jej ciało. - Aaaa! - Powietrze rozdarł krzyk kobiety. Marcus próbował go nie słyszeć, pociągnął ostrzem w górę i otworzył brzuch. Dziewczyna płakała. Chłopak nie myślał już o niczym. Zobaczył niemowlę. Miało zamknięte oczy i rozchylone usta. Wyjął je i jednym wprawnym ruchem przeciął pępowinę. Dziecko nie oddychało. - Żyje? Powiedz mi... ghh... Powiedz mi, czy żyje! - Tak. Tak, żyje - Expugnis skłamał, ale dziewczyna uśmiechnęła się i w tym momencie umarła. Marcus wiedział, że na zawsze zapamięta jej uśmiech. Teraz chciał jednak jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. Już odkładał ciało chłopca na ziemię obok martwej matki, gdy ten zachłysnął się pierwszym oddechem. Potem zaczął płakać. A więc jednak żyje! Chłopiec płakał z szeroko otwartymi ustami i Marcus zobaczył, że zaczątki kłów już zdążyły przebić się przez dziąsła. Przecież elfy nie mają kłów! Może ojciec nie był elfem? Albo... albo jad wampira, zamiast go uśmiercić, pomógł mu przeżyć! Marcus trzymał w rękach maleńkiego półwampira. To niespotykane. Niesamowite! Nagle w myślach młodzieńca pojawiła się stara przepowiednia Vanilii. Przepowiednia mówiąca o legendarnych dwudziestu jeden kulach i wybrańcu mającym zebrać je wszystkie. - Jak to szło? - Pytał siebie, opatulając dzieciaka w podartą sukienkę jego matki - "Dwóch ojców miało jednego syna...", tak. To by się zgadzało. Ojciec elf, który dał mu życie, oraz ojciec wampir, który pomógł mu przeżyć. "Dwóch ojców miało jednego syna. W świątyni śmierci życie zaczynał" - paradoks, mający w tej sytuacji podwójne wyjaśnienie. Urodził się w świątyni śmierci, czyli w umierającym ciele własnej matki. No i przecież świątynia boga śmierci to miejsce do którego właśnie się udaję! Marcus czuł ogromne podniecenie. Zakrył twarz elfki pozostałością po sukni i wstał na nogi. Jak dalej szła ta przepowiednia? "Dwóch ojców miało jednego syna. W świątyni śmierci życia zaczynał. A jego imię - trzy święte konie. On wszystkie kule w swe zbierze dłonie". Trzy święte konie? Nie miał wątpliwości o jakie konie chodzi. Legenda Vanilii, zwana również Legendą Dwudziestu Jeden Kul, mówiła o tym, że kilkaset lat temu przyszło na świat stworzenie zwane Vanilią. Podobno nazwano je tak ponieważ jego kolor nie mógł zostać określony jako jakikolwiek inny niż właśnie waniliowy. Gdy nadejdzie czas, stworzenie to miało pokonać siły zła i chaosu. By chronić jego życie, zebrało się dwadzieścioro jeden bogów, przy czym każdy był bóstwem odrębnej rasy, aby skonsultować co z nim uczynić. Postanowiono, że należy ukryć Vanilię w niebiańskim wymiarze i ustanowić klucz, by ją stamtąd wydobyć. Stworzono więc dwadzieścia jeden magicznych kul, z których jedną każdy z bogów zabrał ze sobą na ziemię i przekazał do ochrony swojej rasie. W każdej z nich zaklęto wielkie moce, przywołujące z niebiańskiego wymiaru najróżniejsze stworzenia, wysłane tam z Vanilią dla dodatkowej ochrony. Jednak jedynie zebranie wszystkich dwudziestu jeden kul w jednym, konkretnym miejscu mogło wywołać znów z zaświatów samą Vanilię. A dokonać miał tego właśnie wybraniec wymieniony w przepowiedni. Marcus wiedział, że to tylko legenda. Jedynie kilka kul z pewnością istniało, istnienie kilku innych osnuły jeszcze większe legendy, a pozostałe stanowiły zagadkę - nie wiadomo ani co kryją, ani jakie rasy je posiadają, ani czy w ogóle istnieją. Kula ludzi istniała jednak naprawdę. Bogiem, który zaklął w niej stwory był Salmos, czyli właśnie bóg, którego Marcus miał zostać kapłanem. Czym były te stwory również wiedziało wielu - to trzy konie, należące niegdyś do ziemskich stajni Salmosa. Nosiły imiona Sal, Ama i Ander. "A jego imię - trzy święte konie". Sal, Ama i Ander? W tej samej niemal sekundzie obok nogi młodzieńca przebiegło podobne do jaszczurki stworzonko i zniknęło gdzieś między budynkami. Salamandra. Marcusa oświeciło. Salamandra. Narodziny Salamandra. Sal, Ama i Ander połączone w całość dają Salamaander, krócej - Salamander. To takie proste! - Chłopcze! Będziesz się zwał Salamander! Gdy wydobył z siebie te słowa, jak za chwilę stwierdził - raczej za głośno, usłyszał za plecami jakiś ruch. Odwrócił się. Zza rogu zaułka wychynęła postać tego samego cyklopa, którego widział wcześniej. Obok niego stało dwóch oprychów z nożami. Marcus zaczął się cofać, gdy napastnicy postąpili lekko do przodu. W jednej ręce trzymał opatulonego półwampirka, drugą wciąż dzierżył zakrwawiony nóż. Wiedział jednak, że ten nóż nie mógł uratować życia ani jemu, ani dziecku. W czasie nowicjatu nie nauczył się żadnej sztuczki przydatnej w takiej sytuacji. Przeciwnicy zauważyli przewagę i przyspieszyli kroku. Marcus cofał się tak długo, aż plecami dotknął zimnej ściany. Spojrzał w górę - nijak mógł się wspiąć na otaczające go, wysokie mury. Skrywał jednak tajną broń, której nie chciał używać nim znajdzie się w świątyni. Przypomniał sobie słowa swego ojca, również kapłana Salmosa, które ten wypowiedział wręczając mu ją: "Pamiętaj, to broń wielkiej mocy. Ilekroć znajdziesz się w potrzebie, nie wahaj się z niej skorzystać". Napastnicy stali już bardzo blisko i Marcus wiedział, że właśnie znalazł się w potrzebie. Schował nóż do kieszeni płaszcza, sięgnął do tobołka i wyjął z niego sporej wielkości przejrzystą kulę, w której wnętrzu unosiła się czarna mgła, ciskająca co jakiś czas piorunami niczym chmury burzowe. Potem schwycił się za szyję i pociągnął za wiszącą na niej tasiemkę, wydobywając spod sukni zdobny medalion kształtu pustego w środku koła. W następnej sekundzie kula wypełniała już pustą przestrzeń medalionu. Teraz złapał w kulę promień jasnego księżyca. Z tym zazwyczaj nie było problemu - ponieważ trzech satelitów okrążało planetę, rzadko się zdarzało, by żaden z nich nie świecił. Odbita smuga uderzyła w ziemię dwa kroki dalej i zaczęła wydobywać z siebie identyczne chmury burzowe, jak te widoczne wewnątrz kuli. Wrogowie, którzy stali już tuż-tuż, nagle zaczęli się cofać zdziwieni. Marcus ucieszył się ze swej przewagi. Wypowiedział zaklęcie: - Z mrocznej krainy snu, z Salmosa stajni tajemnych wzywam zabrane mu troje rumaków bezcennych. Stajnie zostawcie czyste. Przebądźcie otchłanie mgliste. Sal, Ama i Ander! O istnieniu kuli ludzi, jednej z legendarnych dwudziestu jeden, wiedział nie tylko z opowiadań. Szkoląc się w derverskiej świątyni miał z nią styczność na co dzień. Zdarzało mu się obserwować, jak ojciec, poprzedni jej powiernik, wzywał zaklęte w niej moce. W ogóle opieka nad kulą należała do rodzinnej tradycji. Najpierw dziadek, który zostając przełożonym derverskiej świątyni Salmosa powierzył ją swemu synowi. Potem ojciec, kapłan (nie brał aktywnego udziału w wychowywaniu syna, opiekował się nim tylko przez ostatnie trzy lata). Wreszcie, po kolejnej udaremnionej próbie kradzieży najświętszej relikwii Salmosam rada świątyni postanowiła wysłać ją do Perelonis, gdzie miała być bezpieczniejsza. A ponieważ właśnie wyruszał tam Marcus, otrzymał on dodatkową misję i ojciec przekazał mu zaklęcie wzywające moce tkwiące w kuli. Tak też przedmiot, który właśnie miał uratować mu życie, znalazł się w jego posiadaniu. Kiedy tylko najmłodszy z rodu Expugnisów wymówił ostatnie słowo zaklęcia, chmury burzowe wyrosły do niesamowitej wielkości. A potem zaczęły się z nich wyłaniać, po kolei, trzy święte konie. Najpierw pojawił się Sal - niski, krępy i niezwykle silny brązowy koń bojowy rasy imperial bronze. Jego lśniąca sierść mieniła się momentami na rudo pod wpływem księżycowego blasku. Sal wyszedł z chmury powoli, spokojnie, prychnął, pogrzebał w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych