Schron
Raczej cierpka opowieść o samotności, która zamienia się w obłęd i o duchach przeszłości, które dominują świat realny.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
"jestem jak błysk słońca na ciemnym metalu drzwi które prowadzą we wszechświat"
Aldona kończyła w tym dniu dwadzieścia cztery lata i wcale nie miała ochoty na huczną imprezę z tortem, świeczkami, szampanem i masą znajomych. Dwadzieścia cztery dzieli się na trzy, a tego znieść nie mogła. Szatańska trójka, która zawsze przynosiła jej pecha! Trzeci numer w dzienniku szkolnym, trzeciego marca dostała pierwszej miesiączki, miała trzy lata, gdy zmarł jej tata... Aldona mogła wyprawić przyjęcia, bo miała wielu przyjaciół. Była Kasia, Maria, Szymon. Bardzo lubiła się również z Matyldą i Adamem. Miała znajomych, których sama sobie wymyśliła, a raczej dopowiedziała kilka słów tu i tam, kilka sytuacji pokolorowała... Owszem, znała tych ludzi w realnym świecie, ale przyjaciółmi nazwać ich nie mogła. Kasia była jej sąsiadką i była naprawdę piękna! Ach, jaka ładna była Kasia ze swoimi różowymi policzkami i jasnymi lokami. Aldona nie była pewna, ale wydawało jej się, że Maria to najlepsza przyjaciółka Kasi. Nie była już taka piękna jak ideał spod siódemki, ale miała w sobie nieodparty urok, którego dodawały jej kilogramy. Szymona znała z opowiadań mamy. Podobno był bardzo miłym mężczyzną koło trzydziestki. Prawnik. Bez żony, bez dzieci. Mama bardzo chciała swatać z nim Aldonę, ale ta wolała wyobrażać sobie, że Szymon się o nią stara, a ta wybiera randki z Adamem. Nie lubiła rozczarowań, bo rozczarowania bolały. Adam to jej miłość z liceum, "bad boy", który mógł mieć każdą, a to Aldonie włożył rękę pod spódnicę na studniówce! Wolała udawać, że nie wie, iż był to zakład, który oczywiście Adam wygrał i zaśmiewał się później z niej za plecami. Adam wygrywał wszystko do momentu, w którym przegrał życie. Trafił do więzienia, chyba za narkotyki, tak mówiła mama. Nieważne! W myślach i tak się z nim umawiała i robili rzeczy tak szalone i zbereźne, że pąsowiała na samą myśl. A Matylda? Matylda była najmilszą osobą, z jaką Aldona miała przyjemność. Była tak miła, jak miłe były wypady do wesołego miasteczka w dzieciństwie, jak miły był smak waty cukrowej i coca-cola popijana w ukryciu przed mamą. Była tak miła, jak miłe było dzieciństwo. Bo Matylda była dzieciństwem Aldony, kochaną przedszkolanką, która potrafiła rozchmurzyć ją jedną zabawną opowiastką czy miną. Broniła jej przed innymi dziećmi, którzy swoim okrucieństwem czasem potrafią przewyższyć o głowę dorosłych. Czasem Aldonie wydawało się, że Matylda ją kocha, a uczucie to było o tyle wspaniałe, iż nikt oprócz mamy nigdy Aldony nie kochał. Od kiedy skończyła siedem lat nie widziała Matyldy. Mama mówiła, że wyszła za mąż i urodziła dziecko, wyjechała z Warszawy i prawdopodobnie jest bardzo szczęśliwa. Aldonie do tej pory nie chce wierzyć się w to, że Matylda może być szczęśliwa bez niej. W końcu ją kochała, prawda? Zaczął padać deszcz, najpierw lekki kapuśniaczek, który zamienił się w ulewę. Aldona odgarnęła z twarzy mokre, czarne jak smoła włosy i zaklęła w duchu. Tylko w duchu, bo na głos nigdy nie przeklinała, tak uczyły ją Matylda i mama. Było zimno i mokro, a nie wzięła ze sobą parasola. Nie mogła uwierzyć w swoją lekkomyślność. Stanęła na chwilę pod kioskiem z wysuniętym dachem mając nadzieję, iż ulewa szybko przejdzie. - Ty, zmokła kuro! - Usłyszała z głębi kiosku skrzekliwy głos. To chyba było do niej, bo żadnej żywej duszy nigdzie obok nie było. - S-słucham? - Nachyliła się do okienka czując, jak krople deszczu spływają jej po nosie. - Nie masz gdzie stać? Ja tu mam kiosk, mam klientów, to nie przytułek! Zagryzła wargę. Gdyby była odważniejsza, powiedziałaby, że i tak jest deszcz, klientów nie ma, a ona zapomniała parasola. Zamiast tego wyszła spod daszku i rozpłakała się rzewnie ciesząc się w duchu, że nie ma żywej duszy na osiedlu i nikt jej nie zobaczy w tak żałosnym stanie. Znów żałowała, że nie jest idealną panienką. Idealnych panienek żaden kioskarz nie wygania spod swojego okienka. Idealne panienki nie zapominają parasolek, bo cóż by bez nich zrobiły? Makijaż by im spłynął, misternie ułożoną fryzurę szlag by trafił... A Aldona nie miała ani makijażu, ani włosów. To znaczy miała włosy, ale nie nazywała ich tak, raczej myślała o nich jako o szopie, bądź sianie. Były - mówiąc szczerze - brzydkie, suche i bez wyrazu. Tak jak cała Aldona. Usłyszała tupot stóp za sobą i poczuła, że ktoś ją łapie za ramię. - Aldona, kochanie! Jak zmokłaś! Masz moją bluzę, musi być ci bardzo zimno. Uśmiechnęła się do Adama i opatuliła się ciasno jego czarną, męską bluzą, pachnącą perfumami, które przyprawiały ją o zawrót głowy. Adam był przystojny jak diabli, a blizna na policzku tylko dodawała mu seksapilu. - Dziękuję, Adam. To bardzo miłe. - Odpowiedziała uśmiechając się najpiękniej jak umiała i stanęła na palcach, by pocałować ukochanego w policzek. Ten przekręcił swoim zwyczajem głowę i trafiła w usta. - Ty niedobry! Nieładnie! - Zaśmiała się i złapała mężczyznę za rękę. Byli tuż przy jej klatce. - Wejdziesz na górę? - Zapytała kokieteryjnie. Adam pokiwał energicznie głową. Weszła do klatki, a później po schodach na górę. Otworzyła drzwi, zamknęła je, otworzyła, zamknęła - wszystko cztery razy i skierowała się w stronę kuchni, by zrobić dwie herbaty - dla siebie słabą, niesłodzoną, dla Adama mocną, z trzema... Nie, tylko nie z trzema! Z dwoma kostkami cukru, tak jak lubił. Usiadła przy swoim kubku i postawiła drugi naprzeciwko siebie. Upiła łyk herbaty i podniosła głowę. Puste krzesło rozdzierająco krzyczało.
Kap, kap, kap, cztery, kap, kap, kap, osiem, kap, kap, kap... Dwanaście. Cholera, dwanaście pieprzonych kropel spadających z parasola na chodnik! Dwanaście dzieli się na trzy... Potrząsnęła ze złością parasolką i po chwili uśmiechnęła się nieznacznie - jeżeli grymas, który czasem wykrzywiał jej smutną twarz w ogóle można było nazwać uśmiechem. - Trzynaście! - Odetchnęła z ulgą i ruszyła w stronę rynku. Krzyczała na siebie w myślach, a jakże, krzyczała i biła się w piersi, bo urodziła się nie taka, jaka powinna się urodzić. Nie była tą ulepioną z idealnej plasteliny idealną kobietką o idealnych rysach i idealnym charakterze... Tfu! Splunęła na chodnik na myśl o tym, jak bardzo nie lubi swojego nieidealnego życia. Ba! Beznadziejnego życia. Bo jak można inaczej nazwać pasmo nieszczęść i upokorzeń, którym winna była ona sama? Przynajmniej myślała, że te wszystkie rzeczy, które ją spotykały były jej winą. Myślała czasem, że sama wszystko wymyśla, że mimowolnie chce na siebie zwrócić uwagę... Z drugiej strony często przychodziła jej do głowy myśl, że gdyby nie te wszystkie rzeczy, te rytuały powtarzane codziennie po kilkanaście razy - nie miałaby po co żyć. Żyła dla otwierania i zamykania drzwi po cztery razy, co najmniej dwa razy dziennie, dla liczenia płytek chodnikowych i modlenia się, by ich liczba nie była podzielna przez trzy, żyła dla kupowania dwóch bułek, zostawiania ich pieskowi pod klatką i wracania do sklepu po kolejne dwie - dla siebie. Tak, jakby nie mogła kupić od razu czterech... Codziennie brała prysznic dwa razy o siódmej piętnaście rano i siódmej piętnaście wieczorem. Nie mogła zaspać, nie mogła wrócić do domu zbyt późno. Codziennie moczyła w filiżance saszetkę z herbatą cztery razy. Te wszystkie czynności ustawiały jej rytm dnia, chroniły ją przed utratą kontroli. Kiedy coś się nie powiodło, musiała zaczynać od nowa, gdyż bała się, że w przeciwnym wypadku jej przyjaciele, a szczególnie Adam, przestaną do niej przychodzić, a wtedy jej życie przestałoby mieć sens, nie miałaby na co czekać. Mogłaby umrzeć. Często wstając z łóżka o siódmej pięć zastanawiała się, co by było gdyby odpuściła sobie te wszystkie czynności, co w rezultacie doprowadziłoby do braku wizyt przyjaciół i jej śmierci. Kto byłby na jej pogrzebie, kto by płakał. Do niedawna zdawała sobie sprawę z tego, że na jej pogrzeb przyszłaby mama, może ciocia Halina, bo lubi okazje do płaczu i ksiądz. I może Matylda, gdyby się dowiedziała. Po pewnym czasie jednak zaczęła myśleć, że wszyscy jej przyjaciele "z głowy" - Szymon, Kasia, Maria, Adam, również by przyszli. Granica między jawą a snem się dla niej zatarła na dobre. Aldona była od tej pory szczęśliwsza.
- Kasiu, wyglądasz tak pięknie! Chciałabym mieć tak ładne włosy i nieskazitelną cerę jak…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil arachne
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…