Wróć do katalogu

Selena

Historia młodej, lecz nieco wyobcowanej dziewczyny o imieniu Selena, której życie diametralnie zmienia się na skutek spotkania z ludźmi, których nie chciałaby ujrzeć nawet w najgorszym koszmarze. (Rozdział 1 i 2).

Karolina_21, opublikowano , 38 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział 1.

Podniosłam głowę znad stosu papierów by po raz kolejny tego dnia spojrzeć na godzinę. Czas wydawał się stanąć w miejscu, co oczywiście sprawiało, że z każdą chwilą czułam się, jakbym miała utknąć w biurze już na zawsze. Oparłam rękę o blat stołu a moja broda ciężko opadła na wnętrze dłoni. Zamknęłam oczy, by po chwili znów je otworzyć i utkwić wzrok w dokumentach. Nie byłam już w stanie logicznie myśleć. Czymże ja sobie zasłużyłam na taki los? – Pomyślałam wzdychając głęboko. Chciałam jak najszybciej opuścić budynek firmy, by uniknąć spotkania z współpracownikami, którzy, jak co roku zresztą, wpadli na pomysł urządzenia Wigilii. Można było się, zatem domyśleć, nie cieszyłam się z takiego obrotu spraw, więc postanowiłam, że gdy tylko wybije szesnasta zerwę się z fotela, złapię przelotnie płaszcz i torbę i wymknę się tak szybko jak to tylko możliwe. Miałam, chociaż nadzieję, że mi się to uda. Zapewne, jak za każdym razem, zacznie się od miłego poczęstunku, lampki dobrego wina, większość tylko się „skaleczy”, a potem całą grupką udadzą się do pobliskiego baru by tam dokończyć świętowanie. Nie lubiłam takich imprez. W ogóle nie lubiłam Świąt. - Selena? – Z zamyślenia wyrwał mnie piskliwy głos mojej koleżanki z pracy, Ani. Podniosłam na nią zmęczony wzrok. Nawet nie usłyszałam, gdy otworzyła drzwi do mojego gabinetu i przez szczelinę wsunęła swoją głowę okoloną burzą blond loków. - Tak? – Wymamrotałam. Starałam się uśmiechnąć jednak kąciki moich ust ledwo się uniosły. Byłam zmęczona. - Zostajesz na Wigilii? – Spytała cichutko. Tylko nie to – Pomyślałam. Dotknęłam palcami wewnętrznych kącików oczu. - Wiesz, głowa mnie boli. To chyba nie najlepszy pomysł. – Powiedziałam powoli. - Och… - Westchnęła. – Wiesz, mam przy sobie jakieś proszki od bólu głowy, chcesz to Ci przyniosę. – Zaproponowała. Znów starałam się uśmiechnąć, dobijała mnie jej wieczna chęć pomagania innym. - Nie, dziękuję. Będzie lepiej, jeśli pójdę do domu i trochę się zdrzemnę. To na pewno mi pomoże. – Spojrzałam w jej kierunku. - Tak, jasne. – Bąknęła. – Jak chcesz. - Zamknęła za sobą cicho drzwi. - I co? – Dobiegły do moich uszu zza drzwi czyjeś słowa. Zawsze żałowałam, że nie były dźwiękoszczelne. Udałoby mi się wtedy nie słyszeć wielu niemiłych słów, które dość często padały w moim kierunku, typu „zołza”, „zdzira”, albo, „ co ją dziś ugryzło? Okres dostała, czy co?”. - Nie zostanie. Głowa ją boli, czy coś tam… - Powiedziała Ania, a potem słyszałam już tylko stukot jej obcasów. Odeszła. Odetchnęłam z ulgą. - Paweł będzie niepocieszony. – Głos dobiegł do mnie jednak ponownie. To imię działało na mnie jak magnes. W jednej chwili wyprostowałam plecy. Paweł? Tutaj? Na naszej skromnej Wigilii? Otworzyłam szerzej oczy i tym razem uśmiechnęłam się naprawdę. Zerwałam się na równe nogi, a dystans dzielący mnie od drzwi pokonałam w mgnieniu oka. Pociągnęłam za klamkę i otworzyłam je najszerzej jak to możliwe, a właściwie to szarpnęłam z całej siły, aż głucho uderzyły o ścianę. Całe szczęście nie były oszklone. Ujrzałam przed sobą sylwetkę Bogusi, młodej stażystki, która rozpoczęła pracę zaledwie miesiąc temu, ale znacznie bardziej od innych przypadła mi do gustu. Była po prostu naturalna i miała wiele świerzych pomysłów na podniesienie wyników firmy. - Bogusia… - Wydukałam i zaczęłam łapczywie łapać oddechy jakby droga, którą pokonałam od biurka do drzwi prowadziła przez Góry Skaliste. – Chętnie zostanę… - Dodałam po chwili, gdy mój oddech już trochę się uspokoił. – Właściwie to nie boli już tak bardzo. – Uśmiechnęłam się i wskazałam palcem czoło. Bogusia podskoczyła na swoich krótkich nóżkach, a obcasy jej butów po chwili uderzyły o posadzkę. - Nawet nie wiesz jak się cieszę. – Odezwała się w końcu, a uśmiech nie schodził jej z ust. - Tak… - Westchnęłam. – I zapewne tylko ty. – Dodałam ciszej. - Nie przesadzaj, Selena. – Bogusia machnęła ręką. – Nie będzie tak źle. Na pewno jakoś zniosą Twoje towarzystwo. – Dopowiedziała. Cała Bogusia. Często mówiła coś zanim to przemyślała, ale właśnie za to ją lubiłam. Przynajmniej ona jedna była wobec mnie szczera. Odwróciła się i tanecznym chodem ruszyła w stronę swojego biurka. Oj tak. Nie byłam lubianą osobą w pracy. Nie byłam też w stanie dokładnie określić, dlaczego tak się stało. Przecież zawsze byłam dla wszystkich miła, udzielałam odpowiedzi na nurtujące ich pytania, choć czasem były tak błahe, że z ledwością udawałam powagę. Cóż być może to wyłącznie dla mnie pytania te wydawały się być błahe, w końcu, nie chwaląc się, skończyłam Uniwersytet Warszawki na Wydziale Prawa, więc miałam prawo wiedzieć więcej od innych. Moim zadaniem było, więc udzielać odpowiedzi na pytania związane z prawem. Mówiąc ogólnie. Nie rozumiem, więc dlaczego tak szybko zniechęciłam wszystkich swoją osobą. Często przyglądałam się sobie w lustrze mając nadzieję, że być może tam znajdę odpowiedź. W swoim odbiciu. Może nie zauważyłam, a moją twarz porastają wielkie, plujące ropą pryszcze, albo mam plamy na całym ciele, a może śmierdzę? Dzień w dzień zachodziłam w głowę, co jest ze mną nie tak, ale odbicie w lustrze wciąż wyglądało tak samo. Ciemne, prawie czarne, proste włosy do ramion z grzywką przyciętą na ukos, brązowe oczy, często podpuchnięte i blada, wręcz przeźroczysta twarz. Przecież nigdy nie lubiłaś słońca... – Wmawiałam sobie. Byłam, więc przeciętną dziewczyną, ni to piękną, ni to piekielnie odpychającą, a jednak wciąż zrażałam do siebie ludzi. Z czasem przyzwyczaiłam się do tego, więc, kiedy Paweł, mój nieziemsko przystojny kolega z drugiego oddziału naszej firmy zwrócił na mnie uwagę byłam speszona do tego stopnia, że słowa grzęzły mi w gardle. Nie byłam w stanie racjonalnie przy nim myśleć. Pogodziłam się już z myślą, że każdy mężczyzna, do którego próbuję się zbliżyć, choć na krok ucieka z wrzaskiem. Taki stan rzeczy trwał już kilka lat, a kiedy tegoroczne Walentynki spędziłam po raz kolejny w domu siedząc naprzeciwko swojego niewidzialnego partnera i jego pustego talerza postanowiłam, że coś wypadałoby w końcu zmienić. Albo zwariuję i zamkną mnie na oddziale dla obłąkanych. Wtedy pojawił się on. Piękny, uśmiechnięty, pochłoną mnie całą swoim spojrzeniem. Pamiętam dokładnie ten dzień, gdy stałam przy biurku Ani i tłumaczyłam jej „z polskiego na nasze” trudną regułkę prawną. - Cześć! – Usłyszałam wówczas nagle jego głos, aż wzdrygnęłam się. Pamiętam, że zezłościłam się wówczas. Denerwowało mnie, gdy ktoś, nagle, wyrywał mnie z toku myślenia. Odwróciłam się na pięcie i… Zesztywniałam. Patrzył na mnie ciepło a do moich nozdrzy dotarł zapach jego perfum. Coś niesamowitego – Pomyślałam. - H… Hej… - Wydukałam jakimś cudem. - Mam na imię Paweł, przyjechałem tu z Krakowa, dopiero, co się wprowadzam i przysłano mnie do Was, abym trochę rozejrzał się, poduczył… - Powiedział jednym duszkiem, po czym złapał głęboki oddech i znów się uśmiechnął. Nie wiem jak długo mu się przyglądałam, być może kilka sekund, być może kilka minut, ale mogłabym tak całą wieczność. Kolor jego tęczówek był tak cudowny… Nagle poczułam ból w kostce u nogi. Ania kopnęła mnie czubkiem szpilki abym oprzytomniała. Spojrzałam na nią złowrogo. - Nic mi nie wiadomo o Pana przyjeździe. – Powiedziałam bez emocji i odgarnęłam kosmyk włosów z czoła. Mina mu zrzedła. Wygrzebał jakiś świstek z teczki, którą trzymał po pachą, przyjrzał się mu, a potem zaczął czytać. - Prymasowska 145d… Łódź… Wszystko się zgadza. – Podał mi świstek. Rzuciłam na niego kątem oka. - Tak… - Potwierdziłam. – Być może Szef nie zdążył przeczytać jeszcze maila, ostatnio tak dużo ich dostaje… - Tłumaczyłam, choć sama tak naprawdę nie wierzyłam w to, co mówię. Piotr był wyjątkowo obowiązkowy i nigdy nie pozwoliłby sobie na takie uchybienie. Przez takie właśnie błahostki często traci się na reputacji, na co on zdecydowanie nie mógł sobie pozwolić. - Powiedziano mi, że powiadomiono Panią Selenę Ossolińską… Jestem radcą prawnym… miałem u tej Pani… - O kurczę!!! – Krzyknęła nagle Ania. Przewróciłam oczami i spojrzałam na nią złowrogo. – Zupełnie zapomniałam Ci przekazać, że dzwoniła rano jakaś baba z Centrali… coś mówiła, że ktoś ma przyjść… jakiś… - Baba z Centrali? – Przerwałam jej. Zacisnęłam dłonie na oparciu fotela, by nie wybuchnąć. - Tak… - Rzuciła szybko, odwróciła się i zakryła twarz dłonią. Pamiętam, że o mały włos jej wówczas nie rozszarpałam, ale uspokoiłam się po kilku głębszych oddechach i spojrzałam na nieco wystraszonego tą sytuacją Pawła. Starałam się uśmiechnąć i chyba całkiem nieźle mi to wyszło, gdyż kąciki jego ust nieco się uniosły. Nie było to już jednak ten oszałamiający uśmiech, którym mnie przywitał. - Selena Ossolińska. – Przedstawiłam się i wysunęłam prawą dłoń w jego kierunku. Chwilę się wahał, jakby chciał wybadać, czy nie mam zamiaru użyć wobec niego jakiejś nadprzyrodzonej siły, ale potem powoli wysunął również swoją. – Miło mi Cię poznać, zapraszam do gabinetu. Od tamtego momentu spędzaliśmy razem niemalże każdą chwilę, musiałam w końcu wgłębić go w tajniki działania radcy prawnego w firmie ubezpieczeniowej. Dowiedziałam się, że wcześniej pracował jako radca w firmie transportowej, studia skończył z wyróżnieniem, był samotnikiem, więc tak jak ja, lubił ciszę. W wielu kwestiach okazał się być również pomocny, godzinami ślęczeliśmy nad dokumentami zupełnie się tym nie nudząc. I uśmiechałam się częściej niż przedtem. Nadszedł jednak ten dzień, kiedy niestety odszedł. Starałam się jednak odwlec go jak tylko mogłam, zapewniając dyrekcję, że jeszcze wszystkiego mu nie przekazałam, że boję się, że jeśli rzucą go na głęboką wodę, utonie, ale niestety. Dyrekcja dokładnie wiedziała, że jest to niesłychanie pojętny człowiek. Musiałam ustąpić. Tego dnia jak zwykle siedziałam w swoim gabinecie pochylona nad stosem dokumentów. Usłyszałam jak otwierają się drzwi, a potem pojawił się przede mną on, piękny jak zwykle, nienagannie ubrany, z ciemnymi włosami ułożonymi na żel, a w dłoniach ściskał bukiet róż. Czerwonych. - To dla Ciebie. – Powiedział i posłał mi jeden z tych swoich boskich uśmiechów. Byłam zaskoczona. – To tak w ramach podziękowań. – Dodał. Podniosłam się, ale nogi miałam jak z waty. Nie przypuszczałam, że przyjdzie się pożegnać, gdyż odczułam, że był to tak cudowny czas jedynie dla mnie. Wręczył mi kwiaty, pocałował po przyjacielsku w czoło a potem wyszedł, a ja stałam jak wryta, jakby ktoś wmurował mi stopy w podłogę i nie byłam się wstanie ruszyć. Teraz po prawie roku przyjdzie mi znów go zobaczyć. Uśmiechnęłam się na tę myśl i prędko pognałam do łazienki, by spojrzeć po raz kolejny w swoje odbicie. Żadnych pryszczy, żadnych plam. Ta sama nieskazitelna blada cera i nienaganny makijaż oczu. Wigilia już wkrótce miała się rozpocząć, więc pospiesznie wróciłam do gabinetu, popsikałam szyję ulubionymi perfumami, które dostałam od Bogusi dwa tygodnie temu na dwudzieste szóste urodziny i ruszyłam przed siebie na spotkanie z moim bożyszczem. - Selena! – Usłyszałam głos Bogusi, która okrążała stół trzymając w dłoni papierowe talerzyki. Wokół panowało niezłe zamieszanie. Ktoś przyniósł ze sobą przenośny odtwarzacz płyt CD i pomieszczenie zalewała cicha, spokojna muzyka. W rogu stała pięknie udekorowana choinka a z sufitu zwisały kolorowe łańcuchy i balony. Szyby okien również ktoś udekorował, sztucznym śniegiem napisano „Wesołych Świąt” i namalowano duży prezent ze wstążką. Byłam zaskoczona jak dużo udało im się zorganizować od rana. A co z obowiązkami? – Zastanowiłam się, ale szybko doszłam do wniosku, że to najmniej odpowiedni moment na rozmyślanie o takich rzeczach, zresztą tylko to ja zapewne tak się przejmuję pracą. - Cześć. – Uśmiechnęłam się do Bogusi. Ania stała przy oknie i z kimś zawzięcie debatowała przez telefon, ale byli tu również inni moi współpracownicy. Adam rozsiadł się na krześle, czuł się widać wyluzowany, gdyż rozpiął guzik przy kołnierzyku koszuli i rozluźnił krawat. Darek pomagał Bogusi nakrywać do stołu, Patrycja, jako jedyna, wpatrywała się zawzięcie w ekran laptopa i sprawiała wrażenie jakby nie zależało jej na tym całym przedstawieniu równie jak mnie. Pozostałych również znałam i szanowałam jednak nie byli ze mną tak blisko jak te właśnie osoby. Blisko to może za dużo powiedziane. Niestety. - Siadaj, co tak stoisz. – Usłyszałam głos Adama. Spojrzałam w jego stronę. Klepał dłonią siedzenie krzesełka, które stało obok niego. Uśmiechnęłam się i wolnym krokiem uszyłam w jego stronę uważając by nikogo przy tym nie potrącić. - To niesamowite, prawda? – Spytałam. - Tia… - Bąknął tylko i powrócił do zabawy telefonem. Ach, to tym się bawił. Uśmiechnęłam się w duchu, gdyż z daleka wyglądało to jakby majstrował przy swoim rozporku, gdyż telefon trzymał pod stołem. Poczułam się dziwnie. Jakby ta cała świąteczna atmosfera robiła na mnie jakieś wrażenie… Te wstążeczki, aniołki… Ech… - Podobno nie przepadasz za Świętami. – Zwrócił się do mnie, a raczej tak mi się tylko wydawało, gdyż wciąż nie odrywał oczu od komórki. - Rzeczywiście. – Bąknęłam. – Ale czego nie robi się dla przyjaciół. – Dodałam szybko. Po raz pierwszy odkąd usiadłam obok niego na mnie spojrzał. - To ty masz przyjaciół? – Zapytał otwierając szeroko zielone oczy. Zamarłam. Nie spodziewałam się takiej reakcji z jego strony. Szczerze to myślałam, że puści te słowa mimo uszu, jakby mnie tu w ogóle nie było. Otworzyłam już usta, by coś odpowiedzieć jednak mnie uprzedził. - Żartowałem… - Klepnął mnie dłonią w ramię. – Nie wysilaj się, nie musisz mi wymieniać tej potężnej liczby imion… - Dodał z uśmiechem na ustach. Czy ja cię lubię? – Pytałam go w myślach – Chyba nie. Odwróciłam się naburmuszona w drugą stronę i wreszcie dojrzałam swojego wybawiciela. - Paweł… - Mruknęłam. Wsunął się właśnie do stołówki jak zwykle elegancko ubrany i stwierdziłam szybko, że nic, ale to nic się nie zmienił. Tuż zanim dostrzegłam jednak inną postać. Dużo niższą i szczuplejszą. To była kobieta. I to w dodatku piękna kobieta. Miała może z 1, 60 wzrostu, ale to były najpiękniejsze 1, 60 jakie w życiu widziałam. Miała na sobie czerwoną sukienkę do kolan z długim rękawem odcinaną pod biustem, co w cudowny sposób uwydatniało jej talię. Burza brązowych loków spiętych z tyłu głowy spinką pięknie eksponowała się z drobną twarzyczką. Uśmiechała się często, gdy Paweł po kolei przedstawiał ją znajomym. Dopiero teraz zauważyłam, że są co raz bliżej mnie. Nie wiedzieć, czemu miałam ochotę rzucić się do ucieczki. Było już jednak za późno. Stanęłam z nimi twarzą w twarz.. - Selena, cześć, jak dawno cię nie widziałem. – Przywitał się ze mną i posłał mi delikatny uśmiech. - Hej. Fajnie, że jesteś. – Podałam mu prawą dłoń. - Milena, to właśnie jest Selena, ta, o której Ci tak dużo opowiadałem. – Przedstawił mnie tej kruchej istocie stojącej u jego prawego boku. - Witaj, naprawdę dużo o tobie słyszałam… - Miała piękne, duże niebieskie oczy okolone gęstymi rzęsami. Właściwie to nie musiała malować oczu. I pewnie tego nie robiła. Pewnie nawet nie wiedziała co to jest tusz do rzęs. - Ja o tobie za to niewiele… - Rzuciłam bez namysłu. Spojrzałam na Pawła. Dostrzegłam w jego minie coś czego nie widziałam nigdy wcześniej. Zmieszanie? – Paweł może mi pomożesz... Nie przypominam sobie byś mi o niej opowiadał, to twoja siostra? – Palnęłam. Pewnie sama w to nie wierzyłam, ale wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. – Dobra znajoma, tak? – Dodałam, ale mój głos stał się drżący więc zamilkłam. Czekałam na jakieś wyjaśnienie. Jakiekolwiek. - Seleno, posłuchaj… - Zaczął. Spojrzał na piękność stojącą obok i otoczył ją ramieniem. – Milena jest moją narzeczoną. Bierzemy ślub w czerwcu. Czułam jak moje usta otwierają się samoistnie coraz bardziej, a oczy o mało nie wypadną z orbit. Dostrzegłam kątem oka stojącą obok mnie Bogusię, była równie zaskoczona co ja. Czymże ja sobie zasłużyłam na taki los. – Pytałam samą siebie w myślach. Spokojnie, zawody miłosne się zdarzają. Tylko spokojnie. Oddychaj, tak, oddychaj głęboko. - Cieszę się. – Wydukałam pośpiesznie. Nawet nie wiem jakim cudem te słowa zdołały wydostać się z mojego gardła. Cieszysz się? Ty idiotko! – Karciłam się w myślach. Nagle ta cała Wigilia straciła dla mnie najmniejszy sens. Co ja tu w ogóle robię? Przecież nienawidzę Świąt! Czułam jak złość się we mnie wzbiera, że jeśli jeszcze chwilę tu zostanę to zrobię komuś krzywdę. Ta złość musiała znaleźć jakieś ujście. Nagle poczułam przypływ energii. Po chwilowej niedyspozycji odzyskałam siłę. Ruszyłam przed siebie przedarłszy się przez splecioną w uścisku zakochaną parę i wyszłam ze stołówki. Nie biegłam, ale moje kroki były nienaturalnie szybkie. Za mną biegła Bogusia, wyczułam jej obecność za plecami, nie wiem jakim cudem. Pchnęłam z całej siły drzwi wejściowe, pokonałam kilka schodów w dół i znalazłam się przed budynkiem. Teraz. Teraz mogłam krzyczeć do woli. Z mojego gardła nie był w stanie wydostać się jednak żaden dźwięk. Stałam tak wpatrując się przed siebie. Dopiero teraz poczułam, że jest mi zimno. Płatki śniegu pokryły moje ubranie. Kilku przechodniów minęło mnie mówiąc coś pod nosem. Odwróciłam się i spojrzałam w górę. U szczytu schodów stała Bogusia. - Seleno, tak mi przykro. – Powiedziała i splotła ręce na piersiach. – Nie wiedziałam… To… To moja wina, to ja… - Ale jest zimno, co? – Wydukałam przez zgrzytające zęby. Próbowałam się uśmiechnąć. - No, jest koniec grudnia, to nie Karaiby, tak? – Odpowiedziała szybko. – A szkoda… - Dodała. – Lubię gdy jest ciepło. - A ja nie. – Rzuciłam wzruszając ramionami. Na czubku mojego nosa usadowił się płatek śniegu. – Nie cierpię słońca. Nie wiem jaki cel miała ta rozmowa. Bogusia pewnie też nie. Czułam jednak, że cała złość odpływa. - Chodźmy stąd. – Zaproponowałam. Dziewczyna przytaknęła tylko. Wróciłyśmy tylko po nasze rzeczy i dziesięć minut później już nas tam nie było. A najgorsze jest to, że nie chciałam już tam wracać. Chciałam, by coś się w moim życiu zmieniło…

Rozdział 2.

Siedziałam z butelką szampana w jednej dłoni, a pilotem od telewizora w drugiej. Na każdym programie powoli rozkręcały się sylwestrowe imprezy. Ja ubrana w dres i grube wełniane skarpetki nie miałam zamiaru nawet na krok opuścić domowego zacisza. Niby dokąd miałabym pójść? Przeskakiwałam z programu na program chcąc znaleźć dla siebie coś interesującego. Wszędzie to samo. Wrzaski, piski, radość, roznegliżowane artystki mimo minus piętnastu stopni na zewnątrz. Standard. Jak co roku. Odłożyłam butelkę już w połowie opróżnioną na stolik stojący obok mojego fotela i z pilotem w dłoni zbliżyłam się do telewizora. W szafce pod nim miałam schowaną kolekcję płyt z ulubionymi filmami na DVD. Wyjmowałam je kolejno, ale już po chwili stwierdziłam ze smutkiem, że wszystkie z nich są niestety o miłości. Takiej pięknej, szczęśliwej. Uhm,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych