Wróć do katalogu

Siedmiu Magii: Wielka Wojna

Opowieść... Przeczytajcie sami to się dowiecie:) No i skomentujcie jeśli łaska

RedroXer, opublikowano , 17 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

R O Z D Z I A Ł P I E R W S Z Y

Gdy zaczęła się Wielka Wojna, Robert był nieświadomym zagrożenia szczęśliwym, zwykłym trzynastolatkiem. Mieszkał wraz z rodzicami na przedmieściach Malborka, Wielbarku. Gdy pojawiły się pierwsze w mugolskim świecie dziwne wypadki przytrafiające się najróżniejszym ludziom, w najrozmaitszych zakątkach świata, Robert właśnie przejawiał pierwsze oznaki choroby, objawiającej się psychicznym cierpieniem z powodu już tak bliskich, ale jakże jeszcze dalekich wakacji...

Robert szkołę lubił, ale tylko w te dni kiedy nie miał w niej żadnych zobowiązań, czyli nie miało być żadnego sprawdzianu, żadnej klasówki, żadnego pytania i jakiegokolwiek jeszcze innego męczenia młodych umysłów czyt. zaśmiecania. Ale jak to zwykle bywa w szkole, w budzie, w psiarni, w belfrowni, czy w świątyni wiedzy, nigdy i niczego nie można być pewnym. Tak więc w ogólnym rozrachunku Robert lubił szkołę łącznie w całym roku około tygodnia (7 dni dla mniej pojętnych). Świątynia wiedzy, czy jak wyżej wspomniana belfrownia, czyli Zgromadzenie Mało Wymagających Gorących Stołeczków, dla Roberta bynajmniej nie spędzała snu z powiek. Robert bowiem nie zaliczał się do żadnej z głównych szkolnych grup „etnicznych”. Czyli, nie był sportowcem na matematyce ciałem i duchem zawsze obecnym, ale niestety nie rozumem, więc przy tablicy nie prosił o kalkulator przy obliczeniu pierwiastka z 16. Nie był też kujonem, więc w klasie znienawidzony nigdy nie został. Geniusz z niego również żaden, gdyż po prostu leń z niego był śmierdzący, a co za czym idzie jego matka zacna pani Kornelia, o imieniu ładnym, ale usposobieniu troszkę bardziej bojowym, zawsze przed wejściem do pokoju syna uzbrojona była w pełną puszkę odświeżacza do powietrza (gdyż tego nigdy w Roberta pokoju nie było nadto). Ale jednak jakby się mogło wydawać, sam smród od Roberta nie pochodził, a leń z niego śmierdzący był ponieważ nigdy skutecznie nie sprawdził w jaki sposób dziki skunks z lasu przedostawał się do jego pokoju i... jak to ładnie ująć... zostawiał swe wonie w takich miejscach, że zawsze epicentrum osiedlowego smrodu był Robertowski pokój, od skunksa wyjątkowego śmierdziela, śmierdzielnikiem nazwany. Robert także nie był uczniem- przeciętniakiem, więc był swego rodzaju szkolnym przedstawicielem „etnicznej” nijakości. Robert w rzeczywistości był jednak przedstawicielem wszechstronności. Głupim chłopakiem nie był, więc prac domowych w większości w domu nie odrabiał, przygotowany zazwyczaj był, ale nie dlatego, że „solidnie w domu pracował”, jak to zwykł komentować jego nauczyciel Historii, ale dlatego że po prostu miał chłopak solidną pamięć i rzeczy według niego na przyszłość przydatne zostawiał w głowie i nie pozwalał ulecieć drugim uchem z falą innych informacji, informacji zbędnych. Robert był lubiany, choć jak każdy miał garstkę wrogów, to też miał jak już nie każdy swą ekipę przyjaciół, a wśród nich najlepszego przyjaciela, swe odbicie w lustrze, niemalże brata bliźniaka, Rafała. Paczka Roberta miała osobliwych członków, przygłupiastego Łukasza, przemądrzałego Darka Dariusza, sprytnego Franka, luzackiego Kamila i spoko Rafała.

Koniec roku szkolnego zbliżał się otępiałym krokiem, podobnie do młodzieży wracającej nad ranem z imprezy po wyżłopaniu coli z butelki po piwie i opowiadaniu ile to się nie wypiło czyt. jak to się na tej imprezie nachlało. Robert nie miał większych problemów z wystawieniem ocen, choć zdarzył się mały incydent na lekcji Biologii gdy Roszpucha miał obiekcje przed wystawieniem bardzo dobrej, swemu najlepszemu (i jak myślała Roszpucha najpilniejszemu) uczniowi Robertowi. Pluła się do jego oceny z odpowiedzi, kiedy to wyrwała go z letargu po swym wykładzie o składzie soków żołądkowych i zażądała powtórzenia nazwy jakiegoś związku, czy czego tam, rozkładającego białka, a gdy Robert choć po letargu, ale z zadziwiająco w tym momencie trzeźwym umysłem odpowiedział: amylaza ślinowa, Roszpucha zakręciła swym zielonym długopisem tonącym w jej obleśnie tłustych łapskach i rozdarła swe tłuste czerwone salcesony robiące za usta wykrzykując: Pała! Robert usiadł z posmakiem niesprawiedliwości w ustach i ponownie zanurzył się w letargu. Więcej o tym zdarzeniu nie myśląc, żył dalej w przekonaniu, że pała nic mu nie szkodzi. Roszpucha przez pięć minut upierała się przy obniżeniu mu oceny do dobrej do momentu gdy zadzwonił dzwonek na przerwę. Gdy cała ekipa klasowa opuściła klasę spływającą krwią po pojedynku na linii prymuska klasowa: Klara przydomek WszechAch i Edyta przydomek Roszpucha, Robert postanowił wytoczyć wszystkie działa wojenne, a na czele nieodparty wdzięk i instynkt polityczny i zacząć kombinować czyt. srać się o piątkę. - Proszę pani- zaczął przymilnie stając z boku biurka tak, aby Roszpucha mogła mieć- frontalny widok na swój ulubiony element klasy, kościotrupa, Wacka. - Czego?- wycedziła z najwyższą pogardą na jaką było ją stać- dając niczym skunks odwrócony tyłkiem do agresora, że z nią nie ma gadki. - Zastanawiałem się nad moją odpowiedzią z tamtego... jakże szczęśliwego dnia kiedy raczyła mnie pani zapytać- ... nad moją odpowiedzią i choć- oczywiście byłem pewien, że pani miała rację... przewertowałem mnóstwo książek... i doszedłem do wniosku, że musi być- pani niesamowitą nauczycielką, że jest pani w stanie to wszystko pojąć- , no i zapamiętać- . I doszedłem do wniosku, że chcę zostać- nauczycielem, ale nie takim zwykłym, pospolitym, ale takim niesamowitym , świetnym jaki pani...- technika Roberta zdawała najwyraźniej egzamin, gdyż Roszpucha wlepiła swe świńskie ślepia w pokornego ucznia stojącego przed sobą. Robert mógł przysiąc, że widział łzy stojące w jej ślepiach... O Boże! W jej łzach, spływających teraz po jej skórze o świńskim odcieniu, były oczka tłuszczu niczym w rosole...

Po tym przedstawieniu Robert miał grunt miękki jak masło, no i... poszło mu jak po maśle, załatwił w mgnieniu oka (gdyż nie mógł wytrzymać widoku płaczącego prosiaka) bardzo dobry sobie i podciągnięcie ocen wszystkim z paczki prócz Darkowi Dariuszowi, gdyż ten już miał piątkę, a wyżej nie można było bo Roszpucha celujących nie stawiała.

Reszta okresu przedwakacyjnego minęła Robertowi podczas wszystkich lekcji na zbijaniu bąków, gdyż jak to zwykle bywa pod koniec roku szkolnego odbywają się dopytki, aby podciągnąć i tak już naciągane oceny. Na Historii męczył się klasowy debil Krzysztof K. szerszej widowni znany pod pseudonimem Ksysiu P. Klasa miała wielki ubaw niemalże przez całą lekcję, gdyż Gucio belfer nie chciał sobie odpuścić takiej przyjemności z dalszego podtrzymywania agonii Ksysia Pojeba na forum klasowym. Wkrótce o „historycznym błaznowaniu” wiedział już cała szkoła i Ksysiu P. w związku z czym nie miał już w niej życia. W budzie zalatywało coraz bardziej stęchlizną rozkładających się ciał uczniów, którzy przegrywali pojedynki z wprawionymi w boju belframi. Coraz trudniej było wytrzymać we wstrętnych murach „Świątyni” podczas upalnej pogody, aż proszącej się o wykorzystanie do odpoczynku, czy tam dryfingu. Koniec zbliżał się ku wielkiej uldze obydwu stron szkolnych klas z coraz większym tempem, chodź do wakacyjnego „zawieszenia broni” został jeszcze tydzień, atmosfera stawała się coraz lżejsza i przyjemniejsza, ale i tak obowiązek uczęszczania do budy wciąż tworzył potworne grymasy na buźkach obydwu stron. Dni płynęły, może nie z szybkością rwących rzek, ale dało się wytrzymać, i w końcu, po dniach wypełnionych czerpaniem cierpliwości z najgłębszych pokładów, nadszedł ten cudowny, od dawien dawna wyczekiwany.

Czwartkowy dzień Danuty i Jana pełzł w upalnym słońcu ku końcowi. Jutro miał nadejść dzień wyzwolenia, dzień wolności, Dzień Niepodległości! Zniewolonego Ludu Uczniowskiego! Robert leżał na łóżku w swym pokoju oglądając „świeże” wiadomości. Prezenter ze sztucznym uśmiechem przyklejonym arcymocnym klejem do wąskich usteczek, oznajmiał właśnie co ma jutro nastąpić. Z wielką (sztuczną) radością recytował wierszyk, który jakoby napisał w przypływie radości z powodu jutrzejszego końca roku szkolnego. Historyjka ta była tak naciągana, że Robert nie mógł uwierzyć jak można robić z siebie takiego błazna, przy okazji próbując wyrolować innych. Robert nie wierzył, że podczas tego kretyńskiego przedstawienia można uwierzyć w szczere intencje „prezentera”. Mylił się! Po chwili gdy skończył psychologiczne wywody dobiegł go głos z dołu, a…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych