Silna kobieta
O małej rewolucji w życiu kobiety. Nudnej kobiety, prowadzącej nudne życie. Kobiety która nagle postanowiła to zmienić. Zmienić w sposób dość interesujący.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1. POCZĄTEK
Mam na imię Marysia. Jestem jedną z wielu żyjących na tym zasranym świecie kobiet. Ogromu nudnych, jęczących, zmęczonych, przeciętnych kobiet które już nawet nie mają sił na to, żeby ogolić sobie nogi mając w dupie krzywe, poirytowane spojrzenia mężczyzn widzących owłosione kończyny dolne. Mam 39 lat, pracuję jako księgowa w ZUS-ie. Jest to jeden z nielicznych pozytywnych aspektów mojego życia. Wiesz, pracując tam i wykonując swoją robotę w miarę dobrze, starając się nie wychodzić poza szeregi, jesteś w stanie powoli dotrzeć do wymarzonej emerytury i spokoju. Muszę jednak również dodać, że jest to zajebiście monotonna praca potrafiąca wyciągnąć z człowieka wszelkie chęci do dalszego życia, które czeka po wyjściu przez drzwi zakładu. Całe życie robisz jedno i to samo, dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem... Niestety, jestem mężatką. Bardzo typowy brak radości z wielu dokonanych w życiu decyzji? Również w tym przecież nie jestem jedyna. Nie ma małżeństw doskonałych, zawsze komuś coś się nie spodoba w tym jakże pięknym, desperackim, życiowym czynie mającym usunąć samotność z naszego słownika. Ten oczywiście nie usuwa nic, a nawet dodaje kolejne klocki irytacji. Wyszłam za Karola, niegdyś przystojnego, miłego, kulturalnego, wysportowanego, czułego, kochającego faceta który był przy mnie zawsze gdy tego potrzebowałam. Zawsze pierdolił, że ma zasady. Zasady których nigdy nie złamie. I ta jego dżentelmeńska dusza: przepuszczanie przez drzwi, kwiatki, romantyczne wiersze, czasem drogie prezenty. Co jest teraz? Tego z łatwością pewnie można się domyślić. Teraz to tylko przepocony, leniwy chuj chlejący Żubry i Pokusy. Co najlepsze – na moim utrzymaniu! Tak, ten ciul nawet nie ma sił na to, żeby pójść po jebany zasiłek. Nie ma ochoty żeby choć trochę przyczynić się do lepszego, wspólnego bytowania. Kochałam go i chyba nadal kocham jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak miłość. Mimo wszystko obawiam się jednak, że to przyzwyczajenie. Ciągle widzę go takim jakim wbił mi się w głowę. Ten piękny Karol który niegdyś potrafił rozbawić mnie byle gównem teraz co najwyżej burknie, że znowu przytyłam... Często gdy słyszę tekst „ludzie się nie zmieniają” mam ochotę wskoczyć na człowieka wypowiadającego te debilne słowa i wydrapać mu oczy rycząc: „Zmieniają się kurwa, zmieniają! Nawet nie wiesz jak bardzo!” Moi rodzice nie żyją już dobrych kilka lat - ale to dobrze. Nawet bardzo dobrze. Ani matka, ani ojciec nie potrafili cieszyć się z posiadania córki. Mimo iż nie piłam, nie ćpałam, nie przysparzałam kłopotów i nawet dobrze się uczyłam. Mimo kultury i posłuszeństwa, mimo tego zawsze byłam dla nich niewytartym, wyschniętym gównem na dupie które irytująco swędziało i przeszkadzało w miarę upływu czasu coraz bardziej i bardziej. Byłam ciężarem, czymś niepotrzebnym - przynajmniej tak mnie traktowali, przynajmniej tak mi nieraz mówili. Średnie wykształcenie. Brak hobby. Dlaczego? Nie mam czasu, pieniędzy ani siły po robocie na jakiekolwiek przyjemności. Mam w dupie języki obce i jakieś debilne gry. Wystarczy mi mąż na utrzymaniu – to zajęcie pochłaniające człowieka doszczętnie. Szczerze mówiąc, to najzwyczajniej uprawiam egzystencję na tym nudnym świecie. Jak jakiś zjebany, usychający kwiatek w podniszczonej doniczce o którym ktoś zapomniał dawno temu. Wierzę w Boga, lecz utożsamiam go jako człowieka. Każdy jest Bogiem samego siebie, ustalamy sobie zasady i idziemy przez życie przestrzegając nasz własny dekalog. Żyję bo "każdy został stworzony do jakiegoś celu" jak to niegdyś powiedziała świętej pamięci droga pani psycholog, jej mać po mojej śmiesznie nieudanej próbie samobójczej. Dlatego czekam na ten swój cel a po jego osiągnięciu wyruszam do pięknej krainy zwanej "Wieczny odpoczynek" szybkim i tanim lotem "Ostre żyletki". Oto moja spowiedź, oto moje myśli. Oto cała ja i mój przyjemy plan - mój początek i koniec.
2. CODZIENNOŚĆ
Czwartek, jest to popieprzony dzień, zresztą jak każdy inny. W sumie to bardzo popieprzony. Jest to niby już jakiś koniec tygodnia ale jednak nie tak bardzo końcowy jak piątek. Głęboka sraka, nuda i uczucie, że zaraz coś cię rozjebie – w skrócie czwartek. W robocie wypełniałam druczki, liczyłam, druczki, kilka telefonów, narzekanie na ból pleców, liczenie, druczki, telefony - szara rzeczywistość pospolitego człowieka. Pieprzona codzienność. Gdy tylko przeminą te gówniane godziny robocze z radością opuszczam zakład i udaję się do domu. Niestety powrót do czterech ścian jest długi, złożony i żałośnie wkurwiający. Między pracą a domem jest dość duży dystans do pokonania a my, nasze wspaniałe małżeństwo jakimś, kurwa dziwnym cudem się niestety samochodu nie dorobiliśmy, więc jestem zdana na dojazd tramwajem, autobusem bądź taksówką. Oczywiście na to ostatnie mnie nie stać, co za tym idzie, zmuszona jestem przemieszczać się gdziekolwiek komunikacją miejską. Dojazd mogę jeszcze zaliczyć do czynności które można spokojnie przetrwać. Jednak powrotów to ja kurwa za nic w świecie nie umiem strawić. Wchodzę i od razu widzę te wszystkie zmarnowane mordy patrzące się na mnie z obrzydzeniem. Nie znam ludzi, wielu widzę pierwszy raz na oczy i najchętniej wszystkich bym pousuwała. Podróż zazwyczaj trwa około godziny. Jazda, przystanek, jazda, przystanek - ludzie wsiadają, wysiadają, pieprzą głośno jakieś głupoty człowiekowi nad głową. Nie ma co opowiadać, każdy z nas jechał kiedyś tym tramwajem i wie jak to wygląda. Po jakiejś godzinie tramwaj dotarł do "mojego" przystanku. Po wyjściu zazwyczaj łapię głęboki oddech i zastanawiam się, którą drogą wracać do domu - dróg jest pełno: krótkich, długich, krętych, niebezpiecznych itp. Nie wiem dlaczego to robię, nie wiem po co, ale zawsze zastanawiam się nad drogą powrotną i zawsze wybieram tę samą... W domu nie czeka mnie przecież nic ciekawego a wręcz przeciwnie, dodatkowa robota typu zmywanie, pranie, sprzątanie, gotowanie i obleśny mąż a mimo to spieszę się - jakoś tak od siebie. Mimo tego, że przed oczami widzę obślinionego, spoconego Karola, kupę rzeczy do wyprasowania i ogrom naczyń do pozmywania – nogi same jakoś śpieszą się do domu. Po wymuszonym spacerze wkraczam do bloku, sprawdzam skrzynkę na listy i przechodzę na koniec korytarza, by przywołać windę. Dzień w dzień cuchnie w niej gównem, szczochami czy tam chuj wie jeszcze czym... Człowiek czeka tylko na swoje piętro z nadzieją, że nie zdechnie w tym pieprzonym odorze. Wychodzę z windy i pierwsze co widzę to... drzwi wejściowe z naszego mieszkania. Białe, obskurne, brzydkie, przyprawiające o mdłości drzwi na wymianę których nigdy nie można znaleźć pieniędzy. Drzwi zamykam zawsze mocnym trzaśnięciem, i co? Pierwsze co słyszę to: "Cześć kotku!" bądź "Witaj w domu kochanie!". Tak kurwa, w snach. Zamiast tego moje uszy przeszywa pełen miłości tekst brzmiący mniej więcej tak: "Jestem głodny kurwa! Zrób mi coś do jedzenia bo zaraz tutaj kite odpierdolę!" Takie coś potrafi człowieka zdołować, uwierz mi... Zdołować doszczętnie. Banał który wkurwia niemiłosiernie z piękną gracją i zapewne latałby z uśmiechem na mordzie gdyby taką posiadał. Niby starasz się nie przykładać do tego większej wagi, niby wiesz przecież, że to tylko gruby leniwy gnój robiący wszystko tak, żeby cie wykończyć jak najszybciej. Kurwa, jak mogłam dotrzeć do takiego stanu rzeczy? Jak mogłam tak się zatracić? Reszta dnia jest równie nudna jak jego początek: robie obiad, sprzątam, prasuje, pranie - standard, jak w każdym normalnym domu. Pod koniec dnia kładę się do łóżka i czekam na śmierć. Cały dzień, od poniedziałku do soboty... Niedziela to opierdalanie się męża i moje zapierdalanie wokół niego - mam tego dość! Leżę i patrzę w sufit, po jakimś czasie zasypiam mówiąc sobie po cichu: „Kiedyś będzie lepiej, dobranoc szmato.” Zasypiam marząc o tym by można było tak jak w komputerze, jednym przyciskiem usuwać przeszłość martwiąc się tylko o wyskakujące potwierdzenie...
3. SEN
Niedziela - chwalebny cotygodniowy dzień święty. Dzień podczas którego przez jakieś półtorej godziny zmuszeni jesteśmy udawać jakie to piękne z nas małżeństwo. Nie wiem po co, bo przecież sąsiadów to my w ogóle nie znamy. Kontaktów z nimi nie utrzymujemy bo tylko, kurwa brakowało by mi wścibskich sąsiadeczek które pod pretekstem pożyczenia soli czy cukru będą wchodzić mi z butami do życia i komentować między sobą jak to żyję i z kim i dlaczego mam jak mam a nie inaczej. Wystarczy mi to, że ja mam oczy i kurwa widzę, słyszę a nawet czuję. Z księdzem rozmawiamy tylko podczas kolędy... Tak, kolęda to jeszcze większe gówno i gra aktorska na miarę Oscara czy innych filmowych nagród. Niedzielny wypad do kościoła to chyba jedyne nasze takie... wyjście razem. Naprawdę nie rozumiem, tej naszej wspólnej, fenomenalnej chęci pokazania, że jest dobrze przed nieznanymi nam ludźmi, którzy przecież nic z nami wspólnego nie mają i nigdy mieć nie będą. Kurwa, przecież nikogo tam nie znamy i na odwrót . A jednak staramy się przed wszystkimi wyjść na ludzi miłych, światłych i kulturalnych. Ludzi NIE STĄD, obcych ale głęboko wierzących, potrafiących dać sobie pokroić serce za porzucone młode, biedne, głodne dzieciaki czy psiaki. Dość pierdolenia na temat naszej wybujałej aktorskiej pobożności. Chcę opowiedzieć o moim śnie. Przepięknym i mocno kolorowym śnie w którym Karol był miłym, sinym trupem leżącym w artystycznej, ciepłej, mocno czerwonej kałuży krwi. Nie wiem czy to normalne ale ten sen był niezwykłym przełomem. Zrozumiałam moje przeznaczenie. Muszę mu pomóc. Karol to ktoś kto umarł dawno temu... Nie wiem czy on o tym wiedział i szczerze mówiąc mało mnie to obchodziło. Tym razem liczyć się będzie tylko moje zdanie. Tym razem wystarczy tylko moje przekonanie o słuszności 'ogólnie pojętej racji egzystencjalnej' jak to sama mądrze sobie nazwałam. Wystarczyło mi tylko to, że ja to wiedziałam - on dowie się przecież za jakiś czas. 'Jest postanowienie, jest szczytny cel do którego mogę powoli dążyć...' - pomyślałam. Jednak ja nie chciałam powoli. Raz, dwa i mieć wreszcie spokój i szansę na drugie, zdecydowanie lepsze życie. Taki przebojowy prezent na moje 40te urodziny – jak dla mnie wyjebanie. Życie jednak to nie tandetne seriale czy kiepskie filmy sensacyjne. Nie wystarczy przecież ubrać skórzanych rękawiczek, one nie zagwarantują mi nietykalności ze strony policji. Nie ma kurwa zbrodni doskonałej. A przecież we śnie zabiłam go kilkoma nożami kuchennymi podczas gdy ten ucinał sobie popołudniową drzemkę przed wyciszonym telewizorem. Podeszłam do niego od tyłu i po prostu wsadziłam w niego parę metalicznych prezentów szepcząc mu miłe słówka do ucha, tak na dobranoc. Mój szept i jego ciche jęki okazujące ból i zdziwienie, oraz zero krzyków mogących zaniepokoić sąsiadów – pełna kultura i zafascynowanie śmiercią kogoś bardzo nielubianego. Możność odczucia śmierci swojej ofiary w stu procentach. Takie, kurwa emocjonalne przeżycie dzięki któremu można przebojowo przejść w nową erę życia. Tego by było mi trzeba. Nigdy tak dobrze się nie wyspałam i nie pamiętam, żebym obudziła się z większym uśmiechem na twarzy. Niby marzenia się spełniają, ja jednak zdecydowanie wolę zrobić to sama aniżeli czekać aż mój mężuś umrze na przepicie bądź zrozumie, że jego żywot jest gówno wart i postanowi coś z tym fantem zrobić. Jedyne co mi pozostało to tylko wziąć się do roboty i zacząć nowe życie...
4. NORMALNOŚĆ
Zanim nastąpiło ostre pierdolnięcie, minęło jeszcze trochę czasu. Wiedziałam, że jeśli zrobię to nieudolnie i popełnię jakiś głupi błąd – złapią mnie i zamiast cieszyć się nowym, pięknym życiem skończę jako lalka do jebania w więzieniu. Nie, tego moja dupa nie chciała. Ilekroć więc Karol patrzył na mnie krzywo tymi swoimi zjebanymi ślipiami powtarzałam sobie w myślach: „jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze nie...”. Oczywiście nie mogłam również dać po sobie poznać, że mam jakieś względem niego urocze plany na niedaleką przyszłość. Ciężko strawić rzeczywistość w której: raz – musisz udawać, że wszystko jest jak było. Dwa – co chwila przypomina ci się, że możesz, że masz, kurwa całkowite prawo do zabicia tego sukinsyna. Za każdy dzień, każdą godzinę, każdą niedojebaną sekundę spędzonego razem życia. Raz nawet spokojnie, bez awantury dałam mu się uderzyć. Nie podałam mu pilota... Wstał, podszedł, popatrzył mi prosto w oczy i zanim sama zrozumiałam co się stanie – dostałam w twarz z otwartej ręki. Rękę miał skurwiel ciętą, trzeba przyznać. Resztę dnia spędziłam na sprzątaniu potłuczonego serwisu który – uderzając o meblościankę - zrzuciłam na ziemię. Dziw, że za to nie zaczął mnie kopać i okładać pięściami. Jebany zdziwił się gdy po chwili ogarnął mnie ogromny rechot. Stał nade mną jakąś chwilę, potem machną ręką, wziął tego swojego pilota i usiadł w fotelu, przed jego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil keisezrG
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…