Wróć do katalogu

Ślina

Ślinienie się na dźwięk dzwonka

worek kości, opublikowano , 22 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1

Poznałem Filipa Domańskiego pierwszego dnia po wprowadzeniu się do nowego mieszkania, czyli siedemnaście lat temu. Razem z Weroniką i naszą dwuletnią córką Karoliną, wynieśliśmy się z domu rodziców żony na przedmieściach Lublina do centrum tej stolicy Polski wschodniej. W tym samym czasie, jak się domyślam, z odległej o siedem tysięcy lat świetlnych planety 0111 wystartował w kierunku Ziemi statek kosmiczny zbudowany przez cywilizację kosmitów o nazwie 7. Siedem. Nazywam ich siedem ze względu na wzrost, który na tej planecie wynosił siedem milimetrów, siedem metrów lub siedem kilometrów, w zależności od genów. Dość zróżnicowana kultura. Podczas zamieszania towarzyszącego przeprowadzce wcięło mi gdzieś śrubokręt – prawdopodobnie zostawiłem go u teściów. Potrzebowałem takiego z gwiazdkową końcówką, żeby skręcić ławę. Od dziecka byłem przyzwyczajony, żeby korzystać z gościnności sąsiadów, jakie więc było moje zdziwienie, kiedy po raz pierwszy spotkałem Filipa. Mieszkanie państwa Domańskich sąsiadowało z naszym. Energicznie zapukałem i po chwili usłyszałem zbliżające się w moim kierunku szuranie. W tamtym momencie wydało mi się, że będę sąsiadował z sędziwym staruszkiem, jednak po chwili stanął przede mną chudy mężczyzna w okolicach czterdziestki, o wyrazie twarzy człowieka, który dla rozrywki odgryza głowy kurczakom. – Dzień dobry, nazywam się Piotr Banach, jestem pana nowym sąsiadem, czy pożyczyłby mi pan śrubokręt z gwiazdkową końcówką? – Wyrecytowałem wcześniej przygotowany tekst. W mojej wyobraźni następną sceną miało być serdeczne powitanie, kurtuazyjne zaoferowanie pomocy w taszczeniu mebli, którą bym z ociąganiem przyjął, oraz wieczorne picie wódki. – Już dawno przestałem używać śrubokrętów. – Oświadczył Filip Domański. – A czym je pan zastąpił? – Bąknąłem zdrętwiały ze zdumienia. – Siłą woli! – Wykrzyknął i zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Miałem wrażenie, że spotkałem postać z komiksu. Wróciłem do mieszkania i poskarżyłem się swojej żonie: – Jak on mógł mi tak powiedzieć? – To twoja wina – odparła Weronika. – Wkurzasz ludzi.

2

Zrozumienie zachowania Filipa zajęło mi kilka lat, gdy w końcu połączyło nas coś w rodzaju niechętnej przyjaźni. Filip Domański uważał, że nikt nie może być w pełni odpowiedzialny za swoje działanie. Wolna wola? Wolne żarty! Jak wyznał mi pewnego dnia, pierwszy raz przyszło mu to do głowy, gdy dwadzieścia lat temu niechcący spuścił się w drogach rodnych Moniki, inicjując dziewięciomiesięczny proces konstruowania się jego syna Pawła, przez co wypadało mu się w końcu ożenić. Kluczowe w tym wydarzeniu i zarazem istotne dla zrozumienia programu, zgodnie z którym działał umysł Filipa, są dwa stwierdzenia: niechcący oraz wypadało. Cokolwiek bowiem działo się w jego życiu, odbywało się w sposób nieunikniony. Każda sytuacja stawała się najlepsza z możliwych, dzięki temu, że nie posiadała innej alternatywy. Filip po cichu musiał śmiać się z każdego, kto w wolnych chwilach gdybał, co by było gdyby, zamiast oddać się fali wypadków. Filip nie protestował, gdy matka zeswatała go z ciężarną Moniką. Wiedział, że jest kosmiczną marionetką, więc łapał w żagle każdy przypadkowy podmuch, który kierował go na wody nieznane, ale jedyne, jakich powinien doświadczyć. – Jesteś podatny na manipulacje. – Oświadczyła mu Monika po pięciu latach małżeństwa, gdy kupił zestaw podejrzanie pachnących perfum od podejrzanie wyglądającego domokrążcy. – Facet miał talent do sprzedaży, kochanie. To było nieuniknione. – Odparł, ospale pałaszując śniadanie. Fakt, że nie odesłano go jeszcze do zakładu dla psychicznie chorych zawdzięczał przede wszystkim swojej małżonce, która każdą jego absurdalną wypowiedź odbierała jako przejaw specyficznego poczucia humoru męża. Monika nie była zbyt inteligenta, ale potrafiła poznać się na absurdalnych żartach. – Masz specyficzne poczucie humoru – Mówiła. – I za to cię kocham. – To nieuniknione, to nieuniknione – Powtarzał jak mantrę. – Ty wredziolu wredny! Jesteś niemożliwy! Filip odkrył, że owa nieuniknioność, towarzysząca mu na każdym kroku niczym spoiwo łączące przestrzeń z czasem, jest czymś, co wypada czcić. Chcąc nie chcąc, stał się więc osobą religijną. Konserwatywny racjonalizm, jak mówił o swoich poglądach tym, którzy o nie pytali, kazał mu nabijać się z każdej innej formy religijności. Tak wypadało się również zachowywać w środowisku wojujących ateistów, w którym się obracał. – Homer! Homer! – Zawołał kiedyś swojego psa, a jego okrzykom odpowiedziało energiczne stukanie psich pazurów o panele podłogowe. – Homer, jeść? Jeść? Pewnie byś coś zjadł, co? Pies odpowiedział zamaszystym merdaniem ogona. Z otworzonego w szerokim uśmiechu pyska ściekała na podłogę strużka śliny. – Tylko mi nie mów, że znowu będziesz to robił. Jesteś wredny. I niesmaczny. – Protestowała żona Filipa. – Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy! – Powiedział uroczystym tonem i poczęstował psa kawałkiem kiełbasy, jak hostią. Monika, wbrew sobie, parsknęła śmiechem.

3

Filip wraz z żoną prowadzili mały sklepik spożywczy, który utrzymywał się przede wszystkim ze sprzedaży tanich win miejscowym menelom oraz papierosów. Filip był lubiany przez grupkę osiedlowych pijaczków z kilku powodów. Po pierwsze nie odstawał od nich fizjonomicznie, przypominając z twarzy rdzewiejący zaciek na starym zlewie, a po drugie, podobnie jak oni, miał skłonności do snucia nieprawdopodobnych historii. Ulubionym tematem rozmów miejscowych pijaczków był dzielnicowy Pstrąg, z którego wciąż stroili sobie żarty. Filip Domański potrafił sprawić, że wszyscy pękali ze śmiechu nawet opowieścią o tym, że dzielnicowy Pstrąg kupił sobie spodnie przez Internet. Filozofia życiowa Filipa w zestawieniu z agresywną ekspansją międzynarodowych koncernów już dawno skazałaby sklep na bankructwo. Filipowi, odkąd urodził się jego syn, było wszystko jedno, w którą stronę toczą się wypadki. Z tego powodu zrezygnował na przykład z jazdy samochodem. Dla większości osób to, czy ktoś patrzy na jezdnię czy nie, stanowi istotną różnicę podczas siedzenia za kierownicą w pędzącym aucie. Filipowi było to obojętne. Interes zawdzięczał więc swoje trwanie wyłącznie żonie Filipa. Monika może nie była osobą zbyt inteligentną, ale potrafiła prowadzić sklep spożywczy. Strategią na prowadzenie własnej działalności gospodarczej w niekorzystnym towarzystwie supermarketów, przy jednoczesnym utrzymaniu cen na stałym poziomie, była specjalizacja, na którą składały się oprócz taniego wina i papierosów, produkty kupowane jednorazowo, takie jak mleko, chleb czy paczka chipów oraz coś, co Monika nazywała „domową atmosferą”. Monika może nie była zbyt inteligenta, ale potrafiła zapewnić ludziom domową atmosferę. 4

Statek kosmiczny z planety 0111 pędził w kierunku Ziemi z misją skontaktowania się z nowo odkrytą cywilizacją. Nie chodziło jednak o ludzi. Nikt w całym kosmosie nie wróżył im odegrania znaczącej roli w dziejach wszechświata. Przedstawiciele 7, którzy zostali wysłani w podróż, a ze względów ekonomicznych byli wyselekcjonowani spośród siedmiomilimetrowych astronautów, więc ich statek był nie większy od pudełka po butach, mieli spotkać się z mikroskopijną cywilizacją mieszkającą na Ziemi, tuż pod mieszkaniem Filipa Domańskiego. Nikt na Ziemi nie wiedział, że mieszkają wśród nich inteligentne formy życia, które chociaż mikroskopijnych rozmiarów, były na o wiele wyższym poziomie rozwoju. Nie chodzi o to, że ci mali ziemianie ukryli się ze strachu przed ich gigantycznymi sąsiadami. Ci ostatni byli dla nich po prostu śmieszni i przelotni.

5

Miałem okazję lepiej poznać Filipa dopiero jakieś pół roku po wprowadzeniu się do nowego mieszkania. Połączył nas przypadek w postaci spotkania w autobusie. Mając w pamięci, jak potraktował mnie ostatnim razem, gdy chciałem pożyczyć śrubokręt, nie garnąłem się zbytnio, żeby uciąć sobie z nim pogawędkę. Wzrok wlepiłem w widok za oknem. Był środek lata. Spoceni mężczyźni i czerwone na twarzach kobiety śpieszyli na drugą zmianę, a popołudniowe słońce rozpuszczało asfalt, na którym buty na obcasie zostawiały ślady w kształcie małych podkówek. Gdy autobus zatrzymał się na przystanku, dostrzegłem młodą kobietę, pędzącą, by na niego zdążyć. Po chwili, zziajana, stanęła przed drzwiami i wbiła w spocony tłum rozgorączkowane oczy. – Przepraszam bardzo! – Zwróciła się do wszystkich, wodząc spojrzeniem po twarzach, by skupić uwagę na mężczyźnie w średnim wieku, który okazał jej jako pierwszy zainteresowanie. Był to właśnie Filip. Kobieta w pośpiechu nie zwróciła uwagi ani na jego niechlujny ubiór, pasujący do bezdomnego ani na przykry zapach, który wyciskał jego sąsiadom łzy z oczu. – Przepraszam pana, czy dojadę tym autobusem do dworca PKS? – Tak. – Odparł Filip. Kobieta podziękowała i wspięła się po schodkach do środka; za nią z sykiem zamknęły się drzwi i autobus ruszył. – Nie! Nie! – Krzyknęła nagle pulchna staruszka zrywając się ze swojego miejsca dla niepełnosprawnych. – To jedzie inną trasą! – Słucham? – Pan pani źle powiedział. Dziesiątka nie jedzie na dworzec! – Naprawdę? – Zaaferował się Filip. Po chwili drgnął i klepnął się otwartą dłonią w spocone czoło. – Faktycznie! Przepraszam, pomyliłem się! Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Ten arogancki gbur ją przeprosił! Dopiero po latach okazało się, że była to wyrachowana maskarada – od kogoś, kto wyglądał jak Filip, w mniemaniu programu, zgodnie z którym działał jego umysł, oczekiwano takiego właśnie zachowania. – To co mam teraz zrobić? – Zmartwiła się kobieta i spojrzała na umykające za oknem budynki. – Pani się nie przejmuje. Może pani wysiąść na następnym przystanku i stamtąd pojechać na PKS jakimkolwiek trolejbusem! – Krzyczała staruszka znad pękatych siatek, którymi obstawiła się jakby dla utrzymania równowagi. – Ach tak? Dziękuję za pomoc. – Niech pani nie kasuje. Szkoda biletu. – Wtrącił Filip, spostrzegając, że kobieta wyciąga portfel. – To tylko jeden przystanek. W tamtym momencie pomyślałem, że śnię, gdy na twarzy Filipa wyświetlił się wyraz zakłopotania, a jego zachowanie zdradziło nieporadne pragnienie zadośćuczynienia za niefortunną radę. Co za aktor! – No tak. Bo widzi pan, ja nie jestem z Lublina, przyjechałam do siostry… – A skąd pani jest? – Z Puław. – To nie tak znowu daleko… – Tak, ale tam mam pracę i jakoś nie mam okazji zbyt często przyjeżdżać do Lublina… – Rozumiem, zdarza się i tak. Przez kilka kolejnych sekund słychać było tylko miarowy pomruk pracującego silnika. Filip, co również było niepodobne do jego codziennej obojętności, nurkował spojrzeniem w kierunku głębokiego dekoltu nowo poznanej pasażerki, a gdy tamta odwróciła się do niego tyłem, pod pozorem zmiany pozycji na wygodniejszą, skupił się na lustrowaniu jej zaczerwienionych od słońca pleców. Wyglądała na dwadzieścia kilka lat i niewątpliwie była bardzo atrakcyjną kobietą. – Mam na imię Filip. – Powiedział do…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych