SŁOŃCE W ZENICIE
słońce (i księżyc) Toskanii, ptak Dawida, tygrys z epoki lodowcowej, argentyńskie tango, dziewczynka z zapałkami, kochanka cesarza... prawie jak "Księżyc w nowiu", a jednak "Słońce w zenicie" ;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
SŁOŃCE W ZENICIE
≈PROLOG≈ W tłumie turystów, kręcących się między zbiorami dzieł mistrzów romantyzmu, nie brakowało indywiduów, ale młoda kobieta, bezwstydnie wpatrująca się w przyrodzenie „Dawida”, szczególnie zwracała na siebie uwagę. Pokryta magicznym wzorem tatuażu ręka, pończochy w paski, za krótka, czarna sukienka z przesadną ilością koronek i wisiorek z sowiej czaszki stanowiły ku temu wystarczający powód, ale jeśli kogoś taki widok nie intrygował, dochodziły dziesiątki zielonych warkoczyków i powplatane w nie wstążki, koraliki, pióra i kości małych zwierzątek. W efekcie inni zwiedzający florencką Galleria dell’Accademia nie raz żywiej interesowali się nieznajomą niż zgromadzonymi tu dziełami sztuki. Ona sama wyraźnie miała to w nosie. Wynik pracy dłuta genialnego Michelangelo di Lodovico Buonarroti Simoni pochłaniał ją bez reszty i doprawdy trudno zgadnąć, o czym w tej chwili myślała. W końcu jednak oderwała wzrok od hipnotyzującego ją marmurowego szczegółu anatomii i nie zwracając już uwagi na inne dzieła, opuściła galerię. Z mieszanką obrzydzenia i obojętności przebijała się przez zatłoczoną Via Ricasoli, by dotrzeć na przepełniony turystami Piazza del Duomo, pod monumentalną katedrę Santa Maria del Fiore. Urzeczona ogromem świątyni, przez chwilę wahała się, czy nie stanąć w makabrycznie długiej kolejce do wejścia na szczyt kopuły lub, wcale nie krótszej, do campanilli, ale ostatecznie zrezygnowała. Już się nastała, żeby zobaczyć ptaka Dawida i jak na jeden dzień to powinno wystarczyć. Nie śpiesząc się spacerowała dalej, chłonąc niepowtarzalną atmosferę miasta. W porównaniu do miejsc, które znała z codzienności, takie spotkanie z żywą, europejską historią i sztuką było dla niej doświadczeniem niemal egzotycznym. Plan, który sobie przygotowała, obejmował wizytę w Casa di Dante, ale najwyraźniej pomyliła drogę, bo nagle znalazła się na kolejnym wspaniałym placu, Piazza della Signoria, u stóp strzelistej wieży Palazzo Vecchio. Tu znów czekał na nią obnażony Dawid, choć tym razem była to jedynie kopia słynnej rzeźby. Ekscentrycznie odziana kobieta znów przystanęła, ale tym razem raczej by chwilę odpocząć, niż kontemplować marmurową fujarkę. Usiadła pod fontanną Neptuna i zachłannie opróżniła butelkę lekko już ciepławej wody. Było gorąco. Bardzo. Słońce w zenicie nie tylko prażyło bezlitośnie, ale też maksymalnie skracało cienie budynków, tak, że ciężko było ukryć się przed jego promieniami. Wspaniały spacer robił się przez to strasznie wyczerpujący. Zielonowłosa miała przed sobą cały dzień i jeszcze wiele chciała zobaczyć, ale teraz zaczynała się łamać. Może lepiej przysiąść w jednej z licznych knajpek i zamówić sobie latte? Albo lody… Och, podobno mają tu przepyszne… Myśl o zimnych smakołykach podziałała pobudzająco. Tak, z całą pewnością trzeba sobie trochę pofolgować i spróbować włoskich specjałów. Choć może jeszcze nie teraz. Za godzinkę, dwie, jak już plan na dziś będzie wykonany. Ponte Vecchio jej nie rozczarował, ale gnana wizją lodów nie poświęciła mu wiele uwagi. Po prostu przeszła na drugą stronę rzeki i odbiła na zachód, zagłębiając się w fascynującym świecie rzemieślniczej dzielnicy Oltrarno. Wyjęła z torebki zmiętą kartkę z adresem i odręcznie wyrysowaną mapką. Chwilkę jej zajęło ustalenie, gdzie aktualnie się znajduje, ale potem poszło już zgrabnie. Bez problemu odnalazła wskazany dom. Przystanęła dyskretnie, po przeciwnej stronie ulicy i z tajemniczym uśmiechem patrzyła na parkę bawiących się dzieci. - Idealna… - mruknęła pod nosem. – Po prostu idealna. Przymknęła oczy, skoncentrowała się i po cichutku wzniosła monotonny, niezrozumiały zaśpiew. Trwała tak dobrych kilka minut, niczym zahipnotyzowana, nieobecna duchem. Nie zwracała uwagi na pokazujących ją sobie przechodniów. A potem nagle się ocknęła. Szybko zamrugała powiekami, wyszczekała kilka krótkich słów w dziwacznym języku i przeszła pod front obserwowanego budynku. Dyskretnie cisnęła pod próg czaszkę grzechotnika, nogą dopchnęła ją w zakurzony kąt, żeby nie rzucała się w oczy, a potem znów coś zamruczała. Na koniec, zadowolona z siebie podeszła do dwojga maluchów. - Przepraszam cię dziecko, nie wiesz, jak dojdę do Pallazo Pitti? – zwróciła się do dziewczynki. Starała się, by jej głos brzmiał sympatycznie. Przecież wystraszenie małej bawiącej się z kolegą absolutnie nie leżało w jej zamiarach. - Nie wiem proszę pani, jestem jeszcze za mała. Musi pani spytać kogoś dorosłego. – Odpowiedź była rozbrajająco trzeźwa. Zagadnięta podniosła wzrok, zaintrygowana nietuzinkowym wyglądem zbłąkanej turystki. Spojrzenia kobiety i dziecka spotkały się i można było odnieść wrażenie, że przemknął miedzy nimi jakiś cień. Ale to musiało być tylko złudzenie, bo już po chwili wszystko wyglądało całkiem zwyczajnie. - Masz rację, moje dziecko. Przepraszam, że ci przeszkodziłam w zabawie. Pół godziny później zielonowłosa kobieta, w pełni zrelaksowana i szczęśliwa, siedziała w cieniu drzew i delektując się urokiem Giardino di Boboli zajadała fantastyczne lody.
***
Całkiem po cichu się nie udało, ale szamotanina nie trwała długo. Przyduszona kołdrą i przyciśnięta ciężarem ciała kobieta wierzgała wprawdzie, ale nie miała szans. Jej mąż przez chwilę stawiał opór. To on w desperackim szarpnięciu strącił z nocnej szafki szklankę z wodą, on też spróbował się bronić, ale nic na tym nie zyskał. Napastnik łatwo zatrzymał pędzącą ku swojej twarzy pięść, sam wymierzył precyzyjny cios miażdżąc krtań przeciwnika. Poprawił w skroń. Trochę przesadził i ze szczerym rozczarowaniem stwierdził, że było to uderzenie śmiertelne. Truchło z głuchym łoskotem stoczyło się na wyściełający podłogę dywan. Na szczęście została jeszcze kobieta. Miotała się w panice, tłukła nogami w materac łóżka. Spod pościeli dochodziły echa zduszonych wrzasków. Była taka gorąca, dodatkowo rozgrzana beznadziejną walką o życie. Przyciągała jak magnes. Ręce napastnika drżały z podniecenia, gdy powoli wsuwał je pod kołdrę, nieuchronnie zbliżając się do pulsującego ciepłem ciała. Dotknął uda. Niemal się sparzył. Ona przeciwnie, spięła się instynktownie, nie wiedząc czy ma do czynienia z czymś naprawdę zimnym, czy tylko tak działają lodowate okowy paniki. Nie miała czasu myśleć, ale w jednej sekundzie w jej głowie zrodziła się świadoma pewność, co się stanie. Rzuciła się jeszcze raz, najsilniej jak mogła, a gdy poniosła porażkę przyszła rezygnacja. Poddała się. Wraz z całym strachem, całym jestestwem, zamknęła się w sobie i tylko cicho łkała. Nie sprawiało jej już różnicy czy, przez kogo i jak jest dotykana, nie czuła bólu, nic. Spokojnie, powoli gasła. Dzikość serca! Euforyczne spełnienie! O tak, ta noc była piękna. Skąpana we krwi, skąpana w błogim uniesieniu, w transie, w szaleństwie! Cudownie! Ach, jak cudownie! Trudno powiedzieć, czemu na tę właśnie noc wybrał akurat ten dom, trudno nazwać to dziwne, jakby magiczne przyciąganie, ale to był strzał w dziesiątkę. Niezaprzeczalnie. A przecież na tym nie koniec. A przecież w tym mieszkaniu był ktoś jeszcze… * Sophia miała lekki sen. Obudziło ją… Nie wiedziała co, czy może kto, ale na pewno to nie była kwestia gorszego snu. W domu coś się działo. Naciągnęła kołderkę tak, że wystawały nad nią jedynie wylęknione, błyszczące w ciemności oczy i ciemna, potargana grzywka. Małe serduszko dudniło coraz szybciej. Nasłuchiwała. Od sypialni rodziców dzieliły ją drzwi i długi hol. To tam coś się działo. Zgłuszone odgłosy niewiele mówiły, ale dziewczynka nie mogła się mylić. Przyszły bajkowe potwory, a może trolle z książeczki i właśnie straszyły rodziców. I ją też straszyły. Oj, jak bardzo. Pluszowy wilczek Giuseppe troszkę pomógł, ale nie aż tak bardzo, jakby Sophia chciała. Kołderka powędrowała jeszcze wyżej i teraz nie wystawało spod niej już nic. Spokój przyszedł tak nagle, że aż nienaturalnie. Jakby zadziałał jakiś czar. A może to właśnie był czar? Dziewczynka przestała się bać, przestała myśleć o strachach i duchach, a nawet o rodzicach. Wyjrzała spod kołdry. Drzwi do pokoju były otwarte, a o ścianę opierał się obcy mężczyzna. Spowity w czerń, tajemniczy, ale nie wydawał się groźny. Sięgnął do kieszeni po pudełko zapałek, wyjął jedną i włożył ją w usta. Przygryzał cienkie drewienko, bawił się próbując dotknąć siarczaną główką do czubka swojego, dość dużego nosa. - Śmieszny pan jest. – Sophia uśmiechnęła się rozweselona. - Jak masz na imię, mała? – głos nieznajomego był niski, spokojny, łagodny i budzący zaufanie. - Sophia, ale może pan mówić Fifi. A pan? Jak pan ma na imię? - Diego. - Diego? Wspaniale – roześmiała się wesoło. – Jak tygrysek z „Epoki lodowcowej”! - Ubierz się szybciutko. Musimy już iść. - Mam iść z panem? A rodzice nie będą się martwili? - Nie będą. Sophia, zaintrygowana czekającą ją przygodą, przebrała się żwawo i już po chwili śmiało wyciągnęła rękę do Diega. - Jestem gotowa. Fajnie, że będziemy razem podróżować. Wiesz, tygrysek Diego też podróżował z dzieckiem, ale tamto było młodsze niż ja. Tam był bobas, a już jestem duża, mam cztery latka. Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust i zakręcił przygryzaną zapałką. Chwilę zawahał się przed podaniem dziecku dłoni, ostatecznie wziął małą na ręce. Czuł jej słodkie ciepło. Znów narastała w nim ekscytacja. Tygrys z „Epoki lodowcowej”… Dobre sobie… Z drugiej strony, skojarzenie z potężnym drapieżnikiem nie było takie głupie… * - Czy ja też mogę taki śmieszny patyczek? Dziewczynkę wyraźnie fascynowały nieodzownie u Diega zapałki. Bez przerwy trzymał jakąś w zębach, a gdy tylko uznał, że należy ją wyrzucić, brał z pudełka kolejną. Przez drogę z Via dei Geppi w Oltrarno, gdzie znajdowała się kamienica rodziców Sophi, na leżące poniżej Placu Michała Anioła Via del Monte alle Croci i domu Diega, mężczyzna zmełł z pięć zapałek, a pewnie poszłoby ich więcej, gdyby nie to, że co chwilę odpływał gdzieś w tajemnicze rewiry swych mrocznych myśli. Roztrząsał ostatnie wydarzenia i dziwną, nagłą potrzebę, by nawiedzić pozornie przeciętną rodzinę. Wcześniej nic takiego mu się nie zdarzało. Teraz, kiedy byli już na miejscu, Diego nieco się otrząsnął. Z oszczędnym uśmiechem podał małej otwarte pudełeczko i ciekawie patrzył jak drobne paluszki przebierają wśród równo ułożonych patyczków, chwytają jeden, a potem z niemal nabożnym uniesieniem wsadzają go między równe, perłowe ząbki. - Mogę się pobawić? - Śmiało. Sophia pobiegła do ogrodu, gdzie w świetle gazowej latarni zaczęła uganiać się za wielkimi ćmami. Powinna być śpiąca, bo przecież wciąż trwała noc i nie tak dawno wyrwano ją z głębokiego snu, ale najwyraźniej znajdowała się u szczytu formy. Powinna się bać, bo przecież nic nie wiedziała o tajemniczym Diego, który ot, tak po prostu zabrał ją z domu. Powinna się martwić o rodziców, ale z jakichś powodów nawet o nich nie myślała... - Dasz ją nam? – Chiara, szykowna szatynka o porcelanowej cerze i wielkich, błyszczących niczym gwiazdy oczach, podeszła do siedzącego w fotelu Diega i namiętnie gładziła jego krótkie włosy. – Dla nas ją przyprowadziłeś? - Potrafimy się odwdzięczyć. Wiesz o tym, mój panie. – Giovanna miała ogniste włosy i takiż temperament. Kiedy, tak jak teraz, przygryzała dolną wargę, wydawało się, że temperatura podskakuje przynajmniej o kilka stopni. Trzecia i ostatnia z kobiet, wysoka, szczupła Giulietta, nie odzywała się, jednak w jej ostrych rysach, mocno zaciśniętych ustach i przymrużonych oczach znać było, że i ona jest żywo zainteresowana tematem i niecierpliwie wyczekuje odpowiedzi. Mężczyzna milczał. Zapałka w jego zębach hipnotycznie poruszała się to w górę, to w dół. - Chcesz ją dla siebie, panie? – Chiara nie kryła rozczarowania. - Panie, podrażniłeś nasz apetyt, doprowadziłeś nas na skraj podniecenia, za którym jest już tylko szaleństwo. Nie możesz nas tak zostawić. – Ręce Giovanny drżały ze złości. – Potrzebujemy spełnienia. Musisz, po prostu musisz nam pozwolić… - Nie. - Diego wypluł zapałkę, podniósł się i podszedł do prowadzących na taras drzwi. Z kamienną twarzą, w milczeniu patrzył na rozbawioną dziewczynkę. – Ja zdecyduję kiedy i jak. Giulietta prychnęła. Na chwilę jej oblicze nabrało demonicznego wyrazu i wydawało się, że zaraz rozpęta się awantura, ale kobieta zapanowała nad gniewem. W jednej sekundzie jej twarz się rozpogodziła, a na usta wypłynął przyjacielski uśmiech. - Fifi, Fifi, słoneczko, choć na chwilkę do mnie. Diego wyraźnie spiął się, jakby oczekując, że Giulietta zrobi coś wbrew jego woli, ale nie powstrzymał jej, gdy wychodziła na podwórze i wabiła do siebie nieświadome niebezpieczeństwa dziecko. Władza mężczyzny musiała być jednak znaczna, bo kobieta nawet w najdyskretniejszy sposób nie dała po sobie poznać, że chodzą jej po głowie bardzo złe rzeczy. Uklęknęła przy roześmianej Sophii i cicho z nią rozmawiała. Co jakiś czas do uszu Diega dochodziły podekscytowane głosy małej i przyjemny śmiech Giulietty. Mogło się wydawać, że całkiem nieźle się ze sobą czują. Chiara i Giovanna przystanęły za plecami swojego mężczyzny. Teraz i one milczały, czekając, jak skończą się ryzykowne gierki ich towarzyszki. Oczy kobiet lśniły diabelskimi refleksami. Giulietta wróciła do salonu po jakichś dziesięciu minutach. Po przyjacielskiej masce nie było nawet śladu, znów miała swoje zwyczajne, drapieżne rysy i groźne spojrzenie. - Mała ma ulubionego kolegę, Pippo. Chłopiec mieszka dwie kamienice dalej. – Wymowne spojrzenie, posłane Diegowi, nie miało w sobie nic z pokornej prośby. To było żądanie. - Dobrze. Możecie iść. Nim nowa zapałka powędrowała do ust mężczyzny, kobiet już nie było. Pomknęły w mrok florenckiej nocy, pozostawiając po sobie niedomknięte drzwi. Diego nie fatygował się, by je zamknąć. Nadal stał w tym samym miejscu i w zamyśleniu obserwował Sophię. Mała przypominała mu inne czasy i inne miejsca. Argentynę, jego ojczyznę. Znów widział przed oczami przedmieścia Mar del Plata. Sąsiedzi mieli córkę niemal bliźniaczo podobną do tego dzieciaka. Juanita była równie pogodna, słodka i naiwna. Diego chronił ją, nie mając sprecyzowanych planów, kiedy zechce zebrać plony swoich działań. Nie było mu jednak dane nacieszyć się młodziutkim życiem. Którejś z nocy, wrogi klan zaatakował hacjendę. Nie to, żeby nie mieli swoich powodów, bo Diego osobiście zhańbił ich księżniczkę, ale dla niego to była już tylko historia. Napastnicy zaś nie mieli litości, a że było ich znacznie więcej, szybko uporali się z chaotyczną obroną. Ten, którego szukali, jak na ironię był jedynym, który przeżył masakrę. Uciekł i więcej do domu nie wrócił. Ścigany i upokorzony wsiadł na płynący do Europy statek i w końcu trafił do Włoch, skąd pochodzili jego dalecy przodkowie. Tu też odnalazł nowy dom. Florencja nie była ani trochę podobna do Mar del Plata. Była po tysiąckroć piękniejsza. Dziwny przypadek, że dokładnie w dwudziestą rocznicę swojej niechlubnej ucieczki los rzucił na jego łaskę słodziutką Sophię. Powinien się zastanowić? Uważać? Z całą pewnością dawni wrogowie nie zapomnieli o nim, ale z drugiej strony koncepcja, że użyliby dziecka jako narzędzia zemsty, wydawała się bardzo mało prawdopodobna. Diego potrafił przecież odczytać myśli małej, a kiedy rzucił na nią urok zachowywała się dokładnie tak, jak zapragnął. Tak czy inaczej, dziewczynka była teraz w jego ogrodzie, ganiała ćmy, roziskrzała noc swoim szczerym śmiechem i pobudzała najdziksze spośród żądz… * Marcia zatracała się w nocach takich jak ta. Srebrzący się na niebie księżyc, lekki, ożywczy wiatr, malowane iluminacją zabytki i nieustający szmer wiekowego miasta. Gwarne enoteki, pachnące przysmakami toskańskiej kuchni trattorie, eleganckie damy i temperamentni mężczyźni. Uwielbiała to. W takie noce urządzała sobie długie spacery, podczas których pozwalała się prowadzić instynktowi, a nawet przypadkowi. Znajdowała magicznie piękne miejsca, czasem zatrzymywała się gdzieś, właściwie bez powodu, zastygała niczym rzeźba i, choćby godzinami, trwała w bezruchu chłonąc otaczające ją piękno. Tym razem, równo z zachodem słońca, zjawiła się na kopule katedry Santa Maria del Fiore i stamtąd obserwowała gasnącą łunę dnia i przejmujący władzę mrok. Spędziła tam czas do północy. Wreszcie, kiedy mimo że miała na sobie sweterek obszyty na kołnierzu futrem z wilczego ogona, dopadł ją delikatny nocny chód, nieśpiesznie powędrowała malowniczymi zaułkami nad brzeg Arno. Ominęła słynny Ponte Veccio, który nawet o tej porze wydał jej się nazbyt gwarny i pokonała rzekę sąsiednim mostem Santa Trinita. Tu znów przystanęła i długie minuty wpatrywała się w ciemne, krótkie i szybkie fale. W końcu, wyciszona i zrelaksowana, wróciła do domu. Melancholijny nastrój jej nie opuścił, więc rozpaliła ogień w kominku, wygodnie usadowiła się na antycznej sofie i z kieliszkiem Chianti w dłoni zabrała się za czytanie „Boskiej Komedii”. Błogi, natchniony spokój wprowadzał ją w błogostan, a jednak coś było nie tak. Instynkt kazał jej odłożyć oprawioną w skórę książkę i baczniej wsłuchać się w odgłosy nocy. Tak, zdecydowanie coś się działo. Coś, co nie powinno mieć miejsca. - Zaraz… - mruknęła sama do siebie, nie bardzo wiedząc czy powinna ufać oczom. – Czemu widzę za moim oknem kobietę... Pomijając już fakt, że posesja Marcii była ogrodzona i zamknięta, to przecież w tej chwili siedziała w swoim ulubionym pokoiku na pięterku i za oknem mogła widzieć jedynie kogoś, kto potrafiłby unosić się w powietrzu… A jednak była tam. Zza szyby w Marcię wpatrywała się obca szatynka o pełnych nieprzeniknionej tajemnicy, wielkich oczach… * Mały człowieczek. Rozkoszny, wesoły, pełen życia i taki niewinny. Słodka Fifi. Powinna już być zmęczona, ale emocje tej nocy, no i samo działanie uroku nowego znajomego, robiły swoje, więc nieustannie skakała, śmiałą się srebrzyście, tańczyła. Potknęła się, straciła równowagę, przejechała kolanem po kostce, którą wyłożona była ścieżka prowadząca do marmurowego kominka. Krwi nie było dużo… Zapałka trzasnęła zgnieciona trzonowymi zębami. Diego w jednej chwili znalazł się przy dziewczynce. - Daj, obejrzę ranę… Mała nie płakała. Pewnie nawet nie przejęłaby się zdarzeniem, ale gwałtowna reakcje
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil bury_wilk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…