Wróć do katalogu

Smok

Mała część dużej całości.

agausia78, opublikowano , 27 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Smok

Tego lata, będąc na wakacjach w Tunezji, kupiłam starą lampę. Wkrótce okazało się, że kryje ona w sobie niespodziankę, w postaci magicznego ducha. Według wszelkich prawideł zawartych w bajkach, powinien on spełnić moje życzenia. Jednak ja oczywiście miałam pecha i trafił mi się wyjątkowo seksowny, ale i wybrakowany egzemplarz – złośliwy, ironiczny, a w dodatku wiecznie napalony. Jakoś jednak doszliśmy do porozumienia i nawet po powrocie do polski zamieszkał w moim mieszkaniu. Zaraz po powrocie z Tunezji, zjawił się u mnie pomarszczony, lekko zalatujący stęchlizną staruszek. Natrętnym tonem domagał się widzenia z dżinem, a potem zaproponował mu pracę w Agencji. Przez chwilę miałam wrażenie, że chodziło o jakiś dom publiczny, co w zasadzie pasowało do Amira. Jednak później okazało się, że chodzi o Agencję do Spraw Kontroli Zjawisk i Stworów Nadnaturalnych, ble ble ble. Dżin wspaniałomyślnie zgłosił również moją kandydaturę, a zmumifikowany dziadek nie miał nic przeciwko. Ja także, bo najzwyczajniej w świecie zabrakło mi głosu. Awantura wybuchła dopiero gdy zostaliśmy sami. Z początku nie bardzo wiedziałam, co to za instytucja i co moglibyśmy robić. Łapać wampiry? Strzelać srebrnymi kulami do wilkołaków? Odprawiać egzorcyzmy nad demonami? Szybko okazało się, iż fucha nie dość, że intratna, to wcale nie wymagała jakiegoś wielkiego wysiłku. W świecie magii, czarów i cudów, istniał poznany przez mnie już wcześniej regulamin. Jak wiadomo, nie wszyscy chcieli go przestrzegać… Swoją drogą wcale się nie dziwię, bo był niesłychanie durny i pokręcony. Wracając do tematu – trzeba było takich delikwentów wyłapywać i zgłaszać, albo najlepiej bezpośrednio oddawać do rąk własnych zleceniodawcy. Płacili różnie. Czasem złotem i diamentami, innym razem eliksirami czy amuletami. Ponieważ z różnych względów nie miałam pomysłu jak wykorzystać ostatnie życzenie, a poza tym bardzo nie chciałam wysyłać dżina z powrotem do lampy, obiecałam rozważyć tę propozycję. On miałby zajęcie, a ja przyzwoitą pensję. No chyba, że zapłatą będzie smok… Lato w tym roku dało nam nieźle popalić. Zimny prysznic był tym, czego potrzebowała moja zmaltretowana dusza i spocone ciało. Z prawdziwą ulgą puściłam z góry chłodny strumień wody i przez chwilę trwałam nieruchomo, odczuwając coraz to wyraźniejszą przyjemność. Potem rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu pianki i żyletki. Wiedziałam, że mam tu gdzieś ostatnią sztukę i przy okazji odnotowałam w pamięci, iż najwyższy czas udać się na kosmetyczne zakupy. Pianka stała na półce, ale znaleziona maszynka pełna była czarnych, poskręcanych włosków. - Amir! – wrzasnęłam z wściekłością. O mało nie połamałam sobie nóg, wychodząc w pośpiechu spod prysznica. Owinęłam się ręcznikiem i z żyletką w dłoni, szybkim krokiem pomaszerowałam do kuchni, gdzie siedział dżin popijając bez pośpiechu kawę. - Jesteś bezczelny, wiesz?! Nie dość, że panoszysz się w mojej sypialni, ukradkiem czytasz pamiętnik, to teraz jeszcze i to! – pomachałam mu przed nosem nieszczęsną maszynką. - Zapomniałaś o szczoteczce do zębów. - Chyba żartujesz?! - Ale nie martw się, to było tylko raz na samym początku. - Przecież mogłeś wyczarować sobie nową? – jęknęłam z rozpaczą. Zaczął się śmiać. - Pewnie że tak, ale gdybyś widziała swoją minę! Co do maszynki to przepraszam. Sama rozumiesz, trzeba dbać o higienę, zwłaszcza w takie upały. - Daję głowę paskudniku, że zrobiłeś to specjalnie, by mnie zdenerwować? - Zrobiłem to specjalnie, by ujrzeć cię mokrą, owiniętą tylko w ręcznik… - Łapy przy sobie! - Jesteś strasznie nieczuła – ukradkiem przyciągnął mnie i posadził na swoich kolanach. – Ale i tak cię kocham! Tak mnie zaskoczył tymi słowami, że nie zareagowałam nawet gdy wsunął dłoń pomiędzy moje uda. - Żartujesz, prawda? Zresztą, to wcale nie jest zabawne – powiedziałam surowo, unosząc placem jego podbródek i z powagą wpatrując się w ciemne, odrobinę drwiące oczy. - Dlaczego myślisz, że żartuję? - Bo to… bo to… - cichutko jęknęłam, gdy zaczął całować moją szyję. Jego dłoń zaczęła pieścić nowe, nieznane jej jeszcze rejony. Westchnęłam, prężąc się niczym drapana za uszkiem kotka. - Co ty ze mną robisz? – wychrypiał, jednocześnie drugą dłonią odsuwając na bok natrętne kosmyki włosów. Ręcznik zsunął się na podłogę, ale nie miało to w tej chwili najmniejszego znaczenia, bo po raz pierwszy w życiu, chciałam tego. I co najdziwniejsze, to on przerwał. - Liloo – wyszeptał, z nosem wciąż wtulonym w mój policzek. – Nie powinniśmy… - Dlaczego? – zdumiona spojrzałam w zamglone pożądaniem ciemne źrenice. - Bo jeśli zaczniemy, to nie będziemy potrafili skończyć. Ja nie będę potrafił. A poza tym mamy pilne zlecenie… - No tak. To wszystko tłumaczy – powiedziałam z doskonale wyczuwalnym sarkazmem i pochyliłam się by podnieść zapomniany ręcznik. Z tyłu usłyszałam głośny jęk. - Co jest? – odwróciłam się i owinąwszy spojrzałam na Amira. - Nic, nic. Idź, dokończ kąpiel. Jak wrócisz, to omówimy szczegóły nowego zadania. Wzruszyłam ramionami. Wciąż byłam rozpalona i chętna, ale dżin miał rację. Na szczęście pod prysznicem dokończyłam, to co zaczął. Dodatkowo podniecała mnie myśl, że on z pewnością robił teraz to samo… - Na wszelki wypadek odmawiam pracy nad jakimkolwiek zbiornikiem wodnym – powiedziałam, wchodząc do kuchni już ubrana i uczesana, nosem wyczuwając kuszący zapach kolacji. - Dlaczego? – Amir podniósł wzrok znad właśnie czytanej gazety. Na stole stało już wszystko, czego potrzebował mój pusty, burczący żołądek. - Powiedzmy, że te pijawki w ostatniej akcji były przysłowiową kroplą goryczy. Zaczął się śmiać. Bez litości przyłożyłam mu trzymaną w ręku ścierą. - Tym razem będzie sucho, przysięgam – odłożył prasę i spojrzał na mnie z udawaną powagą. - Mów! Mam przygotować kilka paczek prezerwatyw, kajdanki i pejcze? - Wyczaruję ci wibrator – odparował złośliwie. - Nie, dziękuję. Nie lubię tych plastikowych bubli na mini bateryjki. Wolę takie o napędzie jądrowym… Czego dotyczy zlecenie? - Smoka. Zastygłam zdumiona. - Oszalałeś? Smoki nie istnieją! - Tak jak wampiry, dżin, wilkołaki i cała reszta. - No dobrze – stwierdziłam z narastającą rozpaczą. – Może ja się nie znam, ale taki smok to chyba duży jest? Trochę ciężko byłoby go ukryć, tak by pozostał niezauważony? - Gadzina przez ostatnie półtorej stulecia spała kamiennym snem. Jest taka mała wioska w centralnej Polsce, nazywa się Trupolasy. - Chcę spokojnej pracy w biurze – wymamrotałam, wypijając duszkiem to co miałam w kieliszku. - Co mówisz? - Nic, nic. Kontynuuj. - Smok spał sobie spokojnie w swojej jaskini, pilnowany przez członków miejscowego stowarzyszenia wiedźm… - Jakiej jaskini? W centralnej Polsce?! - No nie wiem. Może to była jakaś jama czy nora. Czy to ważne? Ostatnio dużo młodych wyemigrowało do miast… - …na zmywak – podsunęłam usłużnie. Spojrzał na mnie z wyrzutem. - W stowarzyszeniu została tylko jedna wiedźma. Ale kiedy poleciała do wnuczki w odwiedziny… - Na miotle??? – spytałam zachłannie z nieukrywaną ciekawością. - Liloo, przestań! Samolotem. Tylko w drodze powrotnej potrącił ją tramwaj… - Dziwne. Leciała samolotem, a potrącił ją tramwaj? Co to za linie lotnicze? - Jak ja cię!... Nie okazując najmniejszej skruchy, dolałam wina do naszych kieliszków. - Mów dalej, obiecuję więcej nie przerywać. - Podsumowując; zabrakło czarownicy, zabrakło magii. Smok zaczął się budzić. Wiedźma leży w szpitalu, z nogami w gipsie, pod kilkoma kroplówkami. A robotę zleciła nam. - Tu potrzebny raczej tłusty baran lub nadobna dziewica. - Szkoda byłoby, gdyby ten smok cię zeżarł… - No wiesz! - Mógłby nabawić się niestrawności – gładko uchylił się przed ciosem wymierzonym kawałkiem bagietki. - Następnym razem użyję butelki! – zagroziłam. – I do twojej wiadomości: nie jestem dziewicą! Może w tej wsi się jakaś znajdzie? - Ha ha! W Trupolasach dziewice piją jeszcze bebiko! - Szowinistyczna świnia. - No co? Mówiłem, że większość młodych wyemigrowała. Naprawdę nie jesteś dziewicą? Dałbym głowę, że tak! Cholera! Głupio się było przyznać, ale do końca to i sama nie wiedziałam. Mój eks chyba nie dokończył roboty. Owszem, pokrwawiłam trochę, ale i tak miałam wrażenie, że zawalił sprawę, spiesząc się do upragnionego finału. Pewnie przekonałabym się za drugim razem, gdyby nie udało się nam pokłócić. Znaczy się, krzyczałam głównie ja. On usiłował zdobyć się na kamienny spokój, przynajmniej dopóty, dopóki nie przywaliłam mu w zęby, wybijając prawą jedynkę… No, ale przecież nie powiem o tym Amirowi! Nabijał by się ze mnie całą wieczność! - To byś ją stracił – odpyskowałam nieuprzejmie. - Kręcisz Liloo, kręcisz! - A po kiego ci moje dziewictwo? Myślisz, że gdybym była, to w podskokach pobiegłabym by zostać pożarta przez jakiegoś mitycznego potwora? - To kłamliwy osąd. On jest wegetarianinem. - Zamiast soczystego mięska, woli kwaśne jabłuszka? Jaja sobie ze mnie robisz?! - O jabłuszkach nic nie wiem, ale podobno uwielbia sałatkę z pomidora i ogórka. Nie patrz na mnie z takim niedowierzaniem. - To do czego, u diaska, potrzebna mu akurat dziewica??? Amir miał znudzony wygląd kogoś, kto pod przymusem musi wyjaśniać całkiem oczywiste rzeczy. - Smoki uwielbiają skarby. Każdy ma swoją, zazwyczaj całkiem sporą kupkę kosztowności. Niestety nie lubią ich czyścić. Do tego zazwyczaj zatrudniają ludzi. A ci z kolei są pazerni i podstępni. Dziewictwo symbolizowało kiedyś czystość i niewinność. Gadziny nadal twierdzą więc, że co do porządków najlepsze się dziewice. - O ja głupia cnotka niewydymka! – walnęłam się w czoło. – Że też nie przyszło mi to do głowy! - To może jednak? – wyraźnie się ożywił. – Ułatwiło by nam to zadanie. - Wszystko jest jakieś zagmatwane – stwierdziłam z irytacją. – I co w tej całej historii robi czarownica? - Jak dziecku, jak dziecku trzeba tłumaczyć – pokręcił głową z dezaprobatą. – A więc od początku. Smok sobie śpi kamiennym snem, czekając lepszych czasów… - Znaczy się, nie chce być przerobiony na buty i torebki? - Tą ewentualność także należy wziąć pod uwagę. Nad jego snem czuwają kolejne pokolenia wiedźm i czarowników. Gdy zaczyna się budzić, odprawiają te swoje gusła i czary, po czym smok zasypia na nowo. Czasem jednak na nic się to zdaje i gadzina się budzi. Po czym przystępuje do handlu wymiennego. - I oddaje rubiny oraz złoto, za te ogórki i pomidory? Nic dziwnego, że ten gatunek wyginął w toku ewolucji… Amir kontynuował nie zważając na moje głupie uwagi. - Jak już ma pełny brzuch, przystępuje do generalnych porządków. Do tego domaga się dziewicy. - No dobrze – powiedziałam z cierpiętniczą miną. – Mogę robić za dziewicę. Chyba tego nie sprawdza? – dodałam zaniepokojona. - A niby jak? – dżin bezczelnie się roześmiał. - Jesteś dla mnie niedobry! Nie chcesz się ze mną kochać i wciąż się ze mnie naśmiewasz! – wytknęłam z wyrzutem. Pozostawił to bez odpowiedzi. - Co to za romantyczna kolacja bez muzyki – pstryknął palcami i gdzieś z oddali dobiegł do naszych uszu zmysłowy, nieco szorstki głos Niny Simone. - Mogę panią prosić? – wyciągnął w moim kierunku dłoń. To było coś całkiem nowego. I szalenie przyjemnego. Wtuliłam się w jego silne ramiona, czując jak wszystkie problemy, wszelkie wahania, odbiegają ode mnie z nad świetlną prędkością. I wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że choć wciąż robiliśmy sobie na złość, że co chwila o coś się kłóciliśmy, to i tak był najcudowniejszym, znanym mi facetem. I wcale nie miałabym nic przeciwko spędzenia wieczności w jego towarzystwie! *** - To on? – spytałam szeptem, ukradkiem wskazując palcem na tłuste, łuskowate cielsko leżące nieruchawo tuż w pobliżu wielkiego dębu. – Na tych warzywkach tak się spasł? – dodałam niedowierzająco. - Nie marudź. To i tak jakiś wyjątkowo mały okaz. - Bogu dzięki. Bo inaczej uciekłabym z krzykiem, masz to jak w banku. - Idziemy! – rozkazał, energicznie się podnosząc i wynurzając z krzaków, w których dotychczas siedzieliśmy obserwując obiekt. Z wahaniem podążyłam za dżinem, nie do końca podzielając jego przekonanie o wegetarianizmie smoka. - Dziewica? – gad otwarł jedno oko i łypnął złowieszczo w naszym kierunku. – A ty to kto? – huknął w kierunku wcale nie przestraszonego dżina. To już raczej ja zaczęłam dzwonić zębami. - Menadżer – odparł tamten. - Me… Co? – Smok zdezorientowany spojrzał na nas i niespokojnie poruszył ogonem, wzniecając tumany kurzu. Trzeba było przyznać, że był piękny! Ogromne cielsko pokrywał całkowicie łuskowaty pancerz, srebrzyście mieniący się w promieniach zachodzącego słoneczka. Wielgachne skrzydła, na wpół złożone, lśniły wszelkimi kolorami tęczy. Ale najbardziej niezwykłe, budzące fascynację miał oczy. Ogromne, niczym najdoskonalej wypolerowane tarcze, z pionowymi jak u drapieżnika źrenicami. - Menadżer od spraw finansowych, tej tutaj dziewicy – Amir wskazał na mnie ręką. – Takie czasy, nic już za darmo nie ma – westchnął teatralnie. Smok zabulgotał zniesmaczony. - Zaraz – przerwałam tą handlową pogawędkę. – Jaki on cudny! – zachwyciłam się podchodząc odrobinę bliżej. Mając za plecami dżina, nie bałam się aż tak bardzo. Byłam wręcz stuprocentowo pewna, że nie pozwoli by stała mi się krzywda. Smok mile połechtany zarówno komplementem, jak i wyraźnie widocznym zachwytem

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych