Wróć do katalogu

Spacer po obwodzie.

facet utyka w pętli udręki-kiedy widzi wyjście- woli pozostać tam, gdzie jest...

bartek zalewski, opublikowano , 27 min czytania, 4,4 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

SPACER PO OBWODZIE

Mosina, 05.02.- 10.10.1995, 29.03.- 13.11.2009 r.

Czas zaczął mijać jakoś tak obok mnie. Niby świat zewnętrzny, który otaczał mnie, postrzegałem dokładnie, bez zniekształceń; niemniej czułem, że coś jest nie tak. Było to uczucie niemal niedostrzegalne, ulotne jak przemijająca chwila. Ale to nie była chwila radości. Moje zmysły rejestrowały bodźce z zewnątrz, lecz nagle, nieoczekiwanie traciłem grunt pod nogami. Niczym samolot, kierowany radiolatarnią ku lotnisku, zmierzałem w sobie tylko znanym kierunku. Tylko, że teraz zagubiłem gdzieś ten sygnał, co miał mnie prowadzić ku spokojowi. Niby czasem dostrzegałem cel, a w chwilę później, pod wpływem jakichś drzemiących we mnie szaleństw, traciłem orientację. Już mi się wydawało, że sygnał jest dość wyraźny; że widzę kierunek, a po kilku dniach stałem pośrodku pokoju, bez widoków na szczęśliwe rozwiązanie. Mój umysł tkwił w pętli, powracałem wciąż do tego samego miejsca, skąd zacząłem tę podróż. Wystarczał jeden szczegół, przypominający o tamtym okresie i ponownie wpadałem w otchłań wspomnień. Już tak jest, że pamięć karmi się obrazami z przeszłości. Jakiś drobiazg, melodia, sytuacja- wszystko budzi w nas skojarzenia. To zdradzieckie. Podłe. Piękne, a zarazem straszne. Trzyma nas w swej władzy, nie pozwalając na uwolnienie się od wspomnień. Dręczy i mami swym blaskiem, oszukując już na wstępie- taki stan nie może skończyć się niczym innym jak tylko gorzkimi wyrzutami do wszystkiego wokół. Kiedy odeszła- nie rozpaczałem. To takie śmieszne: jest i jej nie ma. Wydawało się, że powstała dookoła pustka i próżnia; ale tak nie było. Dziwne. Ale nie było pustki, tylko żal za czymś, co się nie spełniło. Przynajmniej ja tego tak w każdym razie nie odczuwałem. I chyba wiem dlaczego…Kryzys narastał od dłuższego czasu. Niby niedostrzegalnie, ale wciąż naprzód posuwał się rozkład naszego związku. Brak więzi. Brak uczucia. Brak zrozumienia. Nie było między nami tej ulotnej nici, która by nas związała na dłużej. Spoiwo naszego uczucia było kruche, wystarczył taki nieważny szczegół jak czas i wykruszyło się niezauważalnie powodując rozpad tej wieży, którą budowaliśmy bez przekonania. Pojawiać zaczęły się rysy, ale żadnemu nas nie zależało na uzupełnianiu ubytków. Trudno jest znaleźć winnego. Nawet nie szukałem. Bo po co? Nie zmieni to już nic. W gruncie rzeczy jest mi to obojętne. Stało się. Jedynie to się liczy. Przecież jeśli to była jej wina, to teraz już i tak nic tego nie zmieni. Jeśli moja- to tym bardziej. Jest tylko jeden problem: pozbyć się tych wspomnień, które kołaczą się w głowie i zacząć życie od nowa. Niestety, było to trudniejsze niż mi się zdawało. Właściwie- niemal niemożliwe. Próbowałem bagatelizować to wszystko, powtarzałem sobie, że tak musiało być; że lepiej teraz niż potem; że nie jestem jedynym facetem odtrąconym przez kobietę; że nic wielkiego się nie stało- a jednak ciągle wracałem do tych dni spędzonych razem, wiedząc mimo wszystko, że nie było aż tak pięknie jak mi się zdaje. Ale co z tego? Zabrnąłem w ślepy zaułek i nie widziałem cienia wyjścia. Może to powodowała urażona duma? Męskie ego podrażnione w swej zadufanej pewności? Brak wiary w swe siły, że za chwilę pojawi się ktoś inny? A może po prostu źle znosiłem gorycz porażki…Jakkolwiek by nie było- było tragicznie. Znajdowałem dziwnie sadystyczną przyjemność w rozdrapywaniu wciąż na nowo ran, nie pozwalając im się zagoić. Jątrzyły się i ropiały, a jad zatruwał mi rozsądek. Spacerowałem więc i od nowa oglądałem w myślach tę pseudo romantyczną opowieść. Utknąłem na dobre. Nie przeszedłem ani załamania nerwowego, ani żadnych zachwiań równowagi psychicznej. Chociaż, jeśli tak się dobrze zastanowić, to może nie do końca- bo czymże innym było takie rozpamiętywanie minionych czasów jak nie tańcem pomyleńca? Obok mnie przemknął ciemny cień. -Hektor! Nie szalej! Mogę krzyczeć na wiatr. Wilczur i tak nie usłucha. Biega jak opętany, radosny, że pan wyszedł z nim na spacer. I nie dociekał, dlaczego czyni to tak chętnie ostatnimi czasy. Dziwił się tylko, czemu tak często przysiada i zamienia się w posąg, miast ganiać razem ze swym ulubieńcem aż do utraty tchu? A wokół taka cisza. Tylko szumią drzewa i ptaki śpiewają. Lubię las. Lubię takie spacery. Lubię te klimaty. Chyba jestem romantykiem, niepoprawnym marzycielem, widzącym nawet to, czego w rzeczywistości nie ma. I pewnie dlatego znajduję pomyloną przyjemność w kultywowaniu wspomnień po utraconej miłości. Niby wiem, że nie powinienem, a jednak trwam dalej w tym upojeniu. Zupełnie tak, jakbym poprzez takie postępowanie wyostrzał swój zmysł romantyka. Rozumie to ktoś? Pewnie nie. Ja sam to ledwie rozumiałem. Ale było to jedyne racjonalne wytłumaczenie. O ile było coś racjonalnego w moim zachowaniu… Przysiadam na pniu. W tej samej chwili Hektor podbiega i wtyka mi w dłoń swój wilgotny, zimny nochal. Wierny przyjaciel chce wiedzieć, co mi jest, że nie idę dalej. Uspokajająco go głaszczę po łbie i patrzę w oddane ślepia. Szepczę kilka kojących zdań, zrozumiałych tylko dla niego. Hektor zadowolony, że nic się nie stało, zrywa do ponownych dzikich harców. Czasem chciałbym być na jego miejscu, nie mieć tych wszystkich gorzkich konkluzji. Nie chcę zdać sobie sprawy, że mam nad nim ogromną przewagę- rozsądek, który powinien już dawno temu mi nakazać otrząsnąć się z tego marazmu i iść naprzód. Właśnie. Rozsądek… Zawsze mi się zdawało, że mi go nie brak. A teraz tkwię w tym bagnie, które sam sobie stworzyłem i nijak nie chcę go opuścić. Wiem, że powinienem- ale nie potrafię. Chodzę w kółko, nawet dosłownie. Chodzę- wracam- chodzę. I rozmyślam. Godzinami myślę. O wszystkim. O sobie. O niej. O nas. Dlaczego? Po co? Kto winien? Niby mówiłem sobie, że to bez znaczenia. Ale to nieprawda. To ma znaczenie. Przynajmniej dla mnie. Warto by wiedzieć, że to wszystko jednak jej sprawka, że ja robiłem wszystko dobrze. Żałosna próba wybielenia swojej osoby, wdrapania się na cokół samoudręczenia, przystrojenia się w szaty cierpiętnika i trwania tak ku swojej chwale. Lecz w sumie wychodziło mi to średnio, żeby nie powiedzieć fatalnie. Łażę po lesie i użalam się nad sobą. Bo przecież tym to było- płaczliwym zapewnianiem siebie o niewinności. Niby ze mnie facet, a zachowuję się jak baba! To jednak musiała być miłość. A może jednak wcale nie? Może to tylko moja urażona duma, męskie ego wystawione na pośmiewisko. Bo nie mogę znieść odrzucenia. Jakkolwiek nie było- złamało mnie. Albo tak mi się zdaje. Możliwe, że mam w sobie tendencje do wyolbrzymiania spraw. Zabawny, żałosny dupek. Taki jestem. Dobrze, że chociaż mam tego świadomość. Więc czemu nie mogę po prostu iść dalej? Znaleźć sobie inną kobietę i utonąć w następnym związku? Czyżbym aż tak bardzo lubił zadawać sobie ból? Na zasadzie- cierpię, więc jestem? Być może. Nawet bardzo prawdopodobne. Nie ma to sensu, ale tak jest. Niczym spacer po obwodzie. Zamknięty jak w więzieniu, swoim własnym więzieniu. Nagle doszedł moich uszu jazgot Hektora. Szczekał jak najęty. Co tam szczekał- ujadał jak szalony. Ciekawe co tam znalazł. Zająca? Jaszczurkę? Zabłąkanego w lesie kota? Przez rejwach przebijał się drugi, znacznie słabszy, ale bardziej piskliwy głos mniejszego psa. I krzyk kobiety. Zerwałem się na równe nogi. Hektor nie był groźny, ale obcy o tym nie wiedzieli. Jego szczekanie mogło nieźle kogoś nastraszyć. Powinien być w kagańcu, ale tutaj nikogo nigdy nie było, więc puszczałem go samopas. Teraz mnie to pokarało. Kierując się słuchem w kierunku dobiegających odgłosów, biegłem co sił w nogach. I w końcu dotarłem na miejsce. Moim oczom ukazał się widok, którego w zasadzie się spodziewałem. Hektor przywarował na przednich łapach i szczekał, radośnie machając ogonem w kierunku małego psa, najwyraźniej mieszańca, który dzielnie ochraniał stojącą za nim młodą dziewczynę. Jej jasnopopielaty płaszczyk opierał się o pień drzewa, beret obsunął się zawadiacko na głowie, a ręce usiłowały jednocześnie odciągnąć psa i go osłonić przed atakiem Hektora. Wyglądało to nawet dość zabawnie, choć pewnie tylko dla mnie, bo dziewczyna sprawiała wrażenie silnie wystraszonej. I wcale nie dziwota- mój wilczur naprawdę wyglądał groźnie, aczkolwiek był kompletnie nieszkodliwy. Jeśli ktoś o tym wiedział… Jego postawa raczej wyglądała jak zachęta do wspólnej zabawy niż rzeczywisty atak, gdyby chciał naprawdę zrobić krzywdę- z całą pewnością nie zdążyłbym zapobiec nieszczęściu. -Hektor!- Spojrzał na mnie z wyrzutem, że mu przerywam w tak ważnej chwili.- Hektor! Ale już! Odejdź! Cofnął się z widoczną niechęcią, w każdej chwili gotów ruszyć naprzód ponownie. -Do nogi! Komenda podziałała. Pies zajął miejsce przy nogawce i przysiadł na zadzie. Tylko cichutkie skomlenie dobywające mu się z gardzieli świadczyło o jego intencjach. -Przepraszam.- Słowa skierowałem w kierunku dziewczyny.- Zawsze tu spacerujemy sami…Nie wiedziałem, że jest tutaj ktoś jeszcze. To mój błąd. Hektor nikomu nie wyrządzi krzywdy. On chce się bawić. -Wystraszył Dandysa…- Głos miała miły, ciepły, choć znać było, że nie tylko Dandys się bał. A tak naprawdę to, co zobaczyłem wyglądało raczej, że jej pies nie bał się wcale- w odróżnieniu od niej. Tak czy siak, bronił swej pani zaciekle. -Nie zrobi mu nic złego. Chce się tylko zaprzyjaźnić. Na potwierdzenie mych słów Hektor położył się na ziemi i kładąc łeb na łapach, popatrzył w stronę Dandysa i zamachał zachęcająco ogonem. Piesek podszedł do niego, zrazu nieufnie, obwąchał mego wilczura w geście powitania i także nieśmiało pomachał ogonem. Rozległo się krótkie szczeknięcie Hektora, na które Dandys natychmiast odpowiedział. Znajomość została zawarta. Psi świat był taki nieskomplikowany. Dziewczyna schyliła się i odczepiła smycz, która dotąd ograniczała swobodę mieszańcowi. Kiedy tylko psy poczuły, że są wolne, ruszyły w obłąkańczą gonitwę. Przez moment patrzyliśmy na nich jak urzeczeni. Potem odwróciłem wzrok i spojrzałem w kierunku dziewczyny. Wydawało mi się, że już kiedyś, gdzieś ją widziałem, tylko nie potrafiłem dokładnie sprecyzować ani miejsca, ani czasu. Była młoda. Jeszcze nastolatka. Ładniutka. Miła. Urodę miała cokolwiek cukierkową, ale pewnie to było wynikiem delikatnych rysów, jeszcze dziewczęcych. Jako kobieta, gdy w pełni dojrzeje, będzie siała spustoszenie wśród płci przeciwnej. Zupełnie nieświadomie wyciągam rękę i poprawiam jej nakrycie głowy. Zrobiła ruch jakby się chciała obronić przede mną, ale spóźniła się. Jej policzki oblał zdradziecki pąs. Wyglądała zaiste bardzo niewinnie i pociągająco zarazem. Spuściła oczy ku ziemi i wymamrotała: -Dzięki… Na chwilę zapadła niezręczna cisza. -Patryk- wyciągnąłem rękę w geście powitania. -Anna- odwzajemnia uścisk, delikatnie jak przystało na kobietę. -Przejdziemy się? Kiwa potakująco głową i ruszamy powoli przed siebie w kierunku dwóch smug futra śmigających we wszelkich, najbardziej nieprawdopodobnych kierunkach. O czym mógłbym z nią rozmawiać? Dzieli nas dość znaczna różnica wieku, nie na tyle duża, by nie móc znaleźć wspólnych tematów, ale jednak mieliśmy zupełnie inne postrzeganie świata- i miałem tutaj na myśli nie charakter, a właśnie wiek. Że nie wspomnę o tych wszystkich doświadczeniach jakie były moim udziałem ostatnio… -Często tak spacerujesz?- Też mi temat na rozmowę, ale jakoś trzeba było przerwać tę ciszę. -Codziennie- odpowiada zupełnie przytomnie, bo sprawiała wrażenie całkowicie pochłoniętej własnymi myślami i nie wiedziałem czy usłyszała moje pytanie. Jak się okazało słyszała. -Jakoś cię tu nie widziałem nigdy.- Stwierdzam kurtuazyjnie, tylko po to, aby podtrzymać kulejącą konwersację. -Jesteś zawsze taki zamyślony… Sens tego stwierdzenia dotarł do mnie dopiero po dłuższej chwili. Znaczyło, że nie tylko spacerowała obok mnie, ale obserwowała na tyle uważnie, by zauważyć moją duchową nieobecność na świecie. -Miałem ostatnio trochę spraw na głowie- zupełnie nie wiem czemu uznałem za stosowne się wytłumaczyć jej z mojego zachowania. Nie miało to przecież żadnego znaczenia. Nie powinno mieć. Tak mi się przynajmniej zdawało. Jakkolwiek było, nie pokazała tego po sobie. Znów szliśmy obok siebie, wyraźnie onieśmieleni. To znaczy ona sprawiała wrażenie nieśmiałej, ja w zasadzie nadal nie wiedziałem jak prowadzić dalej tę rozmowę. Nie chciałem wydać się ani zbyt nachalny, ani zanadto zblazowany. Więc czułem się nijak. Cokolwiek głupio. Tak, jak już od dawna się nie czułem. I przyznam, że uczucie to mnie po równi irytowało i fascynowało. Byłem dla niej niczym dużo starszy brat. Standardowe teksty, na jakie podrywałem dziewczyny w tym przypadku raczej nie zdawał egzaminu. Mógłbym ją niepotrzebnie wystraszyć, nie wiedziałem na ile zna tajniki języka flirtu. Uznałem, że gwałtownych przeżyć ma dość jak na jeden dzień. Nie zmieniało to jednak mojego położenia- wciąż nie wiedziałem jak z nią rozmawiać. No to szliśmy przed siebie- milcząc. Nawet mi się takie coś podobało. Było tak jak dotychczas. Spacer, cisza, myśli. Jedyną zmianą było towarzystwo, świadomość obecności innego człowieka obok. Tak ja to postrzegałem- jakie odczucia miała Anna, było dla mnie tajemnicą. Ale chyba też było jej z tym dobrze, bo nie próbowała w jakiś znaczący sposób przerwać milczenia. I dobrze. Lepiej milczeć niźli gadać bez sensu. Przeszliśmy ładnych parędziesiąt metrów, kiedy pochwyciłem kątem oka jej ukradkowe spojrzenie. Było w nim coś tak ulotnie czułego. Dziwne. Mogłem się mylić, ale chyba jednak nie. Nie bardzo wiedziałem cóż to oznacza, ale mogło nic nie znaczyć. Mogło…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych