Wróć do katalogu

SPADEK cz.1

Młoda lekarka dostaje w spadku po ciotce starą kamienicę w centrum Krakowa. Niestety budynek ma swoją historię i tajemnice, które wywierają wpływ na jego mieszkańców.

ABujakopublikowano 12 września 20091 godz. 5 min czytania 4,9 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ I

W Gdańsku dochodziła godzina 6.30 rano, kiedy Małgorzata Jaworska – młoda lekarka z Dziecięcego Szpitala – kończyła właśnie ponad dwunastogodzinny dyżur. Ściągnęła obcisły biały fartuszek, zarzuciła na krótka sukienkę tylko lekki zielony sweterek i pożegnawszy się z przyjaciółką wyszła na zewnątrz. Była wspaniała wiosenna pogoda. Pomimo wczesnej pory słońce świeciło już mocnym, rażącym blaskiem. Zapowiadał się kolejny cudownie ciepły dzień, dość typowy dla początku czerwca. - Megi! Zaczekaj na mnie! – Usłyszała za sobą kobiecy krzyk. Tak mówili na nią najlepsi przyjaciele. Obróciła głowę i pomachała ręką. - Cześć Kaśka. - Powiedziała, gdy koleżanka z lekką zadyszką stanęła obok niej. – Jak leci? - Padam na ryj. – Westchnęła przyjaciółka. – Mam za sobą kompletnie nieprzespaną noc. - Ja tak samo. – Ziewnęła Małgorzata. – Mieliśmy dzisiaj dwa wyrostki robaczkowe… w tym jeden pęknięty u ośmiolatki… - No to rzeczywiście koszmar. Zwłaszcza, że teraz mało chirurgów na dyżurach, bo wszyscy świętują dzień dziecka. – Prychnęła Katarzyna, wyciągając z torebki paczkę Krówek. – Chcesz jedną? - Nie dzięki. Musze najpierw zaliczyć jakieś śniadanie, bo padnę z głodu. Kaśka zmierzyła krągłości Małgorzaty i uśmiechnęła się szelmowsko. - Wiesz… masz trochę zapasów tu i ówdzie…. - Przestań ty chudzielcu! – Pogroziła jej palcem. Katarzyna była bardzo szczupła i wysoka. Wyglądała jakby chorowała na anoreksję. Swoją kościstą sylwetkę starała się ukryć pod luźnymi, workowatymi ubraniami, wyglądającymi zupełnie, jakby je ukradła z szafy jakiejś opasłej osoby. Małgorzata natomiast była jej zupełnym przeciwieństwem. Średniego wzrostu, o zaokrąglonych kształtach, oraz z ufarbowanymi na rudo półdługimi włosami, wyglądała bardziej na uczennicę niż lekarkę. Dodatkowo uroku dodawały jej intensywnie zielone, kocie oczy i kilka piegów na bladym nosie. Z upiętych w koczek włosów uciekło kilka niesfornych pasemek, które lekko się kręcąc opadały na ramiona i czoło dziewczyny. - Będziesz jutro w pracy? – Zapytała Katarzyna szukając w kieszeni kluczyków do swojego samochodu. - Nie. Mam kilka dni wolnego. Muszę wreszcie odwiedzić rodziców. Ojciec ostatnio oświadczył, że jak nie przyjadę do nich w ciągu najbliższego tygodnia, to nigdy więcej się do mnie nie odezwie. - Jezu, żeby moi tak się mogli odczepić – westchnęła Katarzyna. – Wskakuj, podwiozę cie do centrum. Małgorzata bez słowa wsiadła do auta i zatrzasnęła drzwi. - A co u twojego chłopaka? Małgorzata uniosła brwi. - Przecież wiesz, że nie posiadam żadnego… - No właśnie o tym mówię – Kasia wytknęła ja palcem – babo, czas leci do przodu, my niestety nie będziemy wiecznie młode… - No i zaczyna się – mruknęła Gosia. – zaczynasz mówić jak moja matka. - Ponieważ wreszcie ktoś musi ci przemówić do rozsądku. - Ble, ble, ble – przerwała ze złością. – Kaśka, jak będę potrzebowała faceta, to go sobie znajdę. A na razie nie mam czasu na szwendanie się po knajpach i szukanie potencjalnego samca, który na początku się trochę postara, a potem będzie tylko siedział na kanapie, pił hektolitry piwa, bekał i puszczał bąki, drapiąc się po jajkach… - Masz skrzywione pojęcie na temat mężczyzn – skwitowała Katarzyna z pobłażliwym uśmiechem – twój ojciec tak się zachowywał? - Nie – pokręciła głową. – Ale faceci tacy jak mój ojciec nie są niestety do wzięcia. Rasa porządnych gości jest na wyginięciu. - Nauka uderzyła ci do głowy – stwierdziła przyjaciółka, zatrzymując się niedaleko mieszkania Małgorzaty. – Jak wrócisz z urlopu to daj znak. Zabiorę cię do miejsca, gdzie znajdziemy pani kogoś porządnego. - Niby gdzie? - Na przykład do galerii, albo na targi projektowe. Gośka roześmiała się. - Błagam, nie potrzebuje swatki. - Ja wiem lepiej, czego potrzebujesz. - Do zobaczenia. – Małgorzata otwarła drzwi i wysiadła z samochodu. – Zadzwonię jak wrócę, chociaż nie obiecuje ze będę się z tobą szwendać po jakiś galeriach. - Już ja znajdę sposób, żeby cię wyciągnąć moja droga. – Odparła, machając jej jeszcze ręką na pożegnanie.

Małgosia miała niewielkie mieszkanie w starej kamienicy, położone praktycznie w centrum miasta. Poprzednim właścicielem była wieloletnia przyjaciółka jej babci, która teraz mieszkała u swojej córki, gdzie pomagała w wychowaniu dwóch kilkuletnich wnuczek. Mieszkanie składało się z jednego dużego pokoju, maleńkiej sypialni, dość sporej kuchni i bardzo ciasnej łazienki. Rodzice Małgorzaty pomogli jej odnowić to mieszkanie. Ponieśli koszty malowania, wymiany mebli kuchennych, podłóg, okien, oraz wyposażenia w nowe sprzęty. Dzięki tym zabiegom ponure niegdyś mieszkanie, stało się jasne, przytulne i optycznie znacznie większe. Dziewczyna zrobiła jeszcze po drodze małe zakupy, wspięła się na pierwsze piętro i wreszcie z westchnieniem ulgi stanęła pod drzwiami swojej kwatery. - Teraz kilka godzin odpoczynku, pakowanie walizki i jazda do rodziców. – Mruknęła wieszając sweterek na ozdobnym haczyku. Ledwie zdążyła zaparzyć kawę, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Zerknęła przez wizjer i zobaczyła listonosza z dużą kopertą w dłoni. Bez wahania odpięła łańcuchy i uchyliła ciężkie drzwi. - Pani Małgorzata Jaworska? – Zapytał mężczyzna patrząc dziewczynie w oczy. - Tak to ja. - Mam dla pani list polecony. – Powiedział, podając jej szarą kopertę. – proszę tutaj pokwitować. Megi wykaligrafowała swoje nazwisko na kartce i pożegnała się z listonoszem. Spoglądając na dane adresata zamknęła drzwi i usiadła na fotelu. Szara koperta była nadana z Krakowa. Wysłaną ja z biura prawnika o nazwisku Mike Stone. Dziewczyna delikatnie rozcięła kopertę nożem kuchennym i wyciągnęła ze środka złożoną na pół kartkę. - O do diabła – mruknęła jeszcze raz czytając zawarte w środku informacje. Zaraz potem porwała do ręki telefon i wykręciła numer do swojej matki. - Mamo - powiedziała od razu bez przywitania – przyszedł do mnie list od prawnika z Krakowa, że ciocia Aurelia zmarła. - O kurcze. Nie mieliśmy z nią kontaktu od prawie dwudziestu lat. – Odparła matka. - Tu jest też napisane, że odziedziczyłam po niej kamienice w centrum Krakowa. W słuchawce zapadła cisza. - Mamo jesteś tam? - Jestem, jestem dziecko – odparła kobieta po chwili. – No cóż. Ciotka nie miała nikogo z bliższej rodziny. Nigdy nie posiadała dzieci… - Ale dlaczego ja dostałam tę kamienicę, skoro bliżej z nią związany był tata? - Tego nie wiem – głos w słuchawce zrobił się nieco zdziwiony. – Prawdę mówiąc widziałaś ciotkę tylko kilka razy, kiedy jeszcze tutaj przyjeżdżała. Potem, po śmierci wujka, całkiem odcięła się od świata. Przestała utrzymywać kontakt z rodziną. - Dziwne to wszystko – westchnęła Megi. - Wypadałoby pojechać na pogrzeb – dodała matka po chwili zastanowienia. - Jest jutro o czternastej, na cmentarzu rakowickim – przeczytała informacje z przysłanej kartki. - W takim razie będziemy musieli zmienić nasze plany. Spotkamy się jutro w Krakowie. Umówiły się pod cmentarzem i pożegnały nim dziewczyna odłożyła słuchawkę.

ROZDZIAŁ 2

- To zdecydowanie nie jest dobry dzień na pogrzeb. Szkoda być pochowanym w zimnej ziemi w takie piękne, słoneczne popołudnie. – Mówiła Anna Jaworska do swojej córki. Małgorzata odpięła guziczki od czarnego żakietu. - Nawet dobrze nie pamiętam jak ta ciotka Aurelia wyglądała. Matka rozłożyła dłonie. - Drobna, dość szczupła, siwe pokręcone włosy. W zasadzie zawsze była elegancka, choć ubierała się skromnie. Zanim zdziwaczała na starość… - Była bardzo sympatyczną kobietą – dokończył za nią ociec chwytając córkę pod rękę. Niestety ludzie z wiekiem trochę wariują jak nie mają bliskiej rodziny. - Dlaczego nie mieli dzieci? - Hmmm. Właściwie to nigdy ich o to nie pytałem. – Zastanowił się ojciec. – Słyszałem tylko od mojej matki, że ciotka raz poroniła. Potem zaszła w ciążę ponownie, ale dziecko umarło niedługo po porodzie. - To straszne – westchnęła Megi. - Tak to czasami bywa. – Ojciec wzruszył ramionami. – Wiem, że przed śmiercią mój wuj, a mąż Aurelii zaczął chorować na serce. Zmarł jakieś piętnaście lat temu na zawał. Od tego czasu ciotka sama mieszkała w kamienicy. W ciszy podeszli pod malutki kościółek, gdzie właśnie rozpoczęła się ceremonia pogrzebowa. Na uroczystość przyszło niewielu ludzi. Małgorzata naliczyła około dwudziestu osób. Msza trwała dość krótko, a po niej wszyscy ruszyli za niesioną przez grabarzy trumną na miejsce wiecznego spoczynku. Procesja minęła najpierw kilka rzędów grobów, potem skręciła kilka razy w różne strony, w końcu stanęła przed niewielką kapliczką, zbudowaną na wzór gotyckiego kościółka. Drewniane drzwi były otwarte i w środku dało się zauważyć wybudowane pod ścianą dwa grobowce. Ten po lewej stronie był w tej chwili otwarty, a kamienna płyta, mająca za chwilę przykryć trumnę z doczesnymi szczątkami starszej kobiety, stała oparta o ścianę budynku. Jaworski pociągnął żonę i córkę bliżej postawionej na katafalku trumny. - Chodźcie tutaj – szepnął im do ucha. – W końcu jesteśmy jej najbliższą rodziną. Dziewczyna kątem oka widziała wnętrze kapliczki. Pośrodku przeciwległej ściany wstawiony był sporych rozmiarów witraż, przedstawiający białego anioła. Anioł ten trzymał miecz ku górze, jakby lada moment miał zadać śmiertelny cios niewidocznej na witrażu postaci. Pod jego stopami wił się wąż z rozwartymi szczękami. Nad aniołem widniało czerwono-fioletowe niebo, a w rogu znajdowała się tabliczka z drobnym napisem. Małgorzata mimochodem wychyliła się bardziej, by przeczytać niewyraźne z jej pozycji litery. I wtedy zauważyła cień jakiejś postaci. Zupełnie jakby po drugiej stronie witraża ktoś przeszedł. Zaskoczyło ja to, że postać nie poruszała się płynnie, tak jak przesuwa się cień idącego człowieka. To coś przeskakiwało. Tak jakby w ujęciu filmu wycinać po kilka klatek. Megi zaintrygowana dziwnym cieniem wyciągnęła mocno szyję by zobaczyć, co jest za ścianą kapliczki. - Kochanie! Co ty robisz? – usłyszała nagle zdziwiony głos matki. Zaskoczona zauważyła, że dłońmi opiera się o postawioną na katafalku trumnę ze szczątkami ciotki. Odprawiający mszę ksiądz patrzył na nią ze zdumieniem. Małgorzata szybko cofnęła się o kilka kroków, próbując ukryć ciemnoczerwony rumieniec na swojej twarzy. Przestraszeni rodzice stanęli po jej bokach i przycisnęli córkę do siebie. Wreszcie ceremonia dobiegła końca. Trumna została złożona w pustym miejscu, i przy smutnym śpiewie zebranych, przykryta kamienną płytą. Na jej wierzchu położono metalową tabliczkę z danymi zmarłej. Ubrani na czarno grabarze ułożyli jeszcze na płycie kilka wieńców od bliskich, po czym cicho wyszli z kaplicy zostawiając żałobników sam na sam z zamkniętym grobowcem. Kiedy ludzie powoli zaczęli się rozchodzić do Małgorzaty podszedł wysoki siwowłosy mężczyzna i wyciągnął do niej rękę. - Pani Małgorzata Jaworska? – Chciał się upewnić ściskając jej rękę. - Zgadza się. Dziewczyna poczuła za sobą swoich rodziców. - To moja mama i tata. - Bardzo mi miło. Nazywam się Marcin Granicki i jestem prawnikiem. To ja wysłałem do pani kuriera z informacją. W dłoni trzymał pęk kluczy. - Od razu przekażę pani klucze do kamienicy oraz do tej kapliczki. Koszty pogrzebu zostały pobrane ze specjalnie przygotowanego na te cele konta pani Aurelii. Oczywiście należy się jeszcze odszkodowanie, ale o tym porozmawiamy później. W każdym razie wolą pani Jaworskiej było przekazać pani klucze tuż po ceremonii. To pani powinna teraz zamknąć drzwi kapliczki. Chyba ten będzie pasował. Pokazał jej palcem stary, przerdzewiały klucz, pięknie rzeźbiony. Małgorzata mimochodem przyjrzała się trzymanemu w ręce przedmiotowi. Część była rzeźbiona w węże w taki sposób, że gady wzajemnie połykały swoje ogony. - Dziwny. – Mruknęła pod nosem. - Zamknij drzwi i chodźmy stąd. – Ponagliła ją matka. Dziewczyna szybko spełniła jej polecenie i schowała pęk kluczy do torebki. - Co teraz? – Zapytała zasuwając zamek. - Teraz, zgodnie z wolą zmarłej, pojedziemy do kamienicy – prawnik rozpiął poły gustownie skrojonej czarnej marynarki. Bez słowa wszyscy ruszyli za tym wysokim, ciemnowłosym mężczyzną. Skręcając w wąską uliczkę Małgorzata jeszcze raz odwróciła się do tyłu, by spojrzeć na ukrytą w cieniu lipy kapliczkę. Wtedy zauważyła jak po kremowej ścianie obiektu przelatuje jakiś cień. Wyglądało to tak, jakby ktoś przeszedł koło drzwi kapliczki, a jego cień przesunął się po zatrzaśniętych drzwiczkach. Megi zatrzymała się na moment i rozejrzała wokoło. Nic. Pusto. W pobliży nie było ani jednej żywej osoby. Jakieś dwadzieścia metrów dalej, przy zniszczonym grobie siedziała starsza kobieta i odmawiała różaniec. Nie było szansy, by kilka sekund wcześniej przemknęła wzdłuż kapliczki Jaworskich. - Gosia! – Usłyszała za sobą wołanie ojca. Dziewczyna szybko obróciła się na pięcie i dogoniła rodziców. - Gdzie ten prawnik? – Zapytała, nie widząc mężczyzny, za którym szli jeszcze kilkanaście sekund wcześniej. - Zostawił samochód przy drugiej bramie – odparł ojciec pokazując brodą jedno z kilku wyjść. – Mamy spotkać się na miejscu. Dotarli wreszcie do swoich samochodów. Małgorzata wsiadła do stojącej tuż obok trzydrzwiowej Toyoty, a rodzice zajęli miejsce w nowiutkim Nissanie. - Jedź za nami – powiedział ojciec zanim zamknął drzwi i zapuścił silnik. Przebicie się przez centrum Krakowa zawsze jest nie lada wyczynem. Wąskie uliczki, masa samochodów oraz wymuszające pierwszeństwo tramwaje, to zmora tego wspaniałego miasta. Klnąc w duszy Małgorzata wreszcie wjechała na niewielki parking i z ulgą wyłączyła silnik. Rodzice stali już przy swoim samochodzie i cierpliwie czekali na córkę. - Dlatego właśnie nie przepadam za tym miejscem – mruknął kwaśnym tonem ojciec, biorąc córkę pod rękę. – Wiecznie ciasno i tłoczno. Lepiej tutaj jeździć tramwajem albo autobusem…

Kilkanaście minut później stanęli wreszcie pod starą kamienicą przy ulicy Sławkowskiej. Budynek miał trzy kondygnacje, nie licząc nadbudowy z ozdobna attyką. Jego stosunkowo niedawno odnowiona fasada pomalowana została na kolor gołębi, z ciemnoszarymi wykończeniami tu i ówdzie. Wąskie, wysokie okna, zasłonięte zostały szczelnie zwojami firan i kotar. Ogromne, drewniane drzwi wejściowe otoczone były kamiennym portalem i zadaszone niewielkim balkonem, którego spód podpierało dwóch atlasów. Nadzy mężczyźni zostali wykuci z kamienia z tak żarliwą dokładnością, że sprawiali wrażenie żywych. Ich mocno napięte mięśnie i przygarbione sylwetki robiły duże wrażenie. Głowy kamiennych posągów były zwrócone w taki sposób, że świdrowali niewidzącymi oczyma każdą osobę stająca pod drzwiami. - To chyba jedyna kamienica w okolicy, gdzie nie ma żadnego sklepu ani knajpki na parterze. – Zauważyła Megi, zapinając guziczki od żakietu. - To prawda. – Kiwnął głową prawnik. – Wiele lat temu była tutaj jakaś restauracja, jednakże nie mam pojęcia, dlaczego została zamknięta. Dawno temu próbowałem namówić pańską ciotkę do wynajęcia parteru, ale ona nie chciała się zgodzić. A szkoda, mogłaby brać sporo pieniędzy za najem… Pani Jaworska zobaczyła, że nad ich głowami zbierają się ciemnoszare ciężkie chmury, mogące w każdej chwili zrzucić na ziemię potoki deszczu. - Może wejdźmy lepiej do środka – zaproponowała. – Lada moment zacznie lać. Małgorzata wyciągnęła klucze i podeszła do misternie rzeźbionych drzwi. Składały się one z dwóch części. Każda z nich została podzielona na kilka segmentów. Na środku jednej z nich wisiała sporych rozmiarów kołatka wyrzeźbiona na kształt krzyczącej ludzkiej głowy. - Ależ brzydactwo! – Skomentował ojciec, przyglądając się kołatce z ciekawością. Akurat, gdy dziewczyna przekręciła klucz, z nieba lunęły pierwsze kaskady deszczu. - Mieliśmy szczęście. – Powiedziała matka, zatrzaskując drzwi i stając w ciemnym holu. – Dobrze, że pogrzeb nie odbył się godzinę później, bo bylibyśmy cali mokrzy. Ojciec poszukał włącznika i zapalił światło. Ciemny hol zrobił sie bardziej przytulny, gdy lampki z ozdobnego żyrandola, rozjaśniły go nieco swym światłem. Zobaczyli wtedy drewniane schody, ozdobione pięknymi kutymi poręczami, oraz ogromny witraż na półpiętrze. Małgorzata od razu zauważyła, że witraż ów przedstawia dokładnie taką samą scenę, jak ten z wnętrza kapliczki – anioła z wyciągniętym przed siebie mieczem. - Ile ta kamienica ma lat? – Zapytała, dotykając dłonią drewnianych wykończeń poręczy. - Jest z okresu renesansu. Przynajmniej częściowo – odparł ojciec. - Czyli szesnasty wiek? – Dziewczyna spojrzała na ojca z niedowierzaniem. - Przynajmniej część – niski głos prawnika odbijał się echem po pustym holu. – Podobno pod koniec dziewiętnastego wieku większa część kamienicy spłonęła. Z tego co wiem przetrwały piwnice i fragment parteru. Resztę zrekonstruowano i dodano część z attyką. - I to wszystko ciotka zapisała mnie? Granicki rozłożył dłonie. - Ni mniej ni więcej. – Odparł z tajemniczym uśmiechem. – Formalności dopełnimy już w moim biurze. - Co ja z tym zrobię? – Zastanawiała się na głos. - Chyba najlepiej będzie ją uporządkować i sprzedać – podsunęła pani Jaworska. – W końcu masz super mieszkanie w Gdańsku. - No niestety to akurat będzie niemożliwe. – Głos prawnika stał się nagle dziwnie ostry. – Do testamentu jest dołączony aneks. - Jaki? – Zainteresowała się Anna. - Kamienica MUSI pozostać w rodzinie. Nie może zostać sprzedana, taki jest warunek. - Ale dlaczego? – Małgorzata pokręciła głową. – Czy jest obciążony jakąś hipoteką? - Nic z tych rzeczy. – Granicki zaprzeczył ruchem głowy. – Wszystkie opłaty spłacane były regularnie przez panią Aurelię. Nie ma żadnych obciążeń. Po prostu właścicielka wyraźnie postawiła taki warunek. - A jeżeli nie spełniłabym tego warunku? - Cała posesja zostanie przekazana na rzecz jednego z tutejszych zakonów. - Ale cyrki – wtrącił ojciec uśmiechając się pod wąsem. - No to mam twardy orzech do zgryzienia – westchnęła Małgorzata. Mina Granickiego świadczyła o tym, że niespecjalnie jest zainteresowany tym, co stanie się dalej z kamienicą. Potrzebował tylko podpisu pod dokumentami przekazania majątku, oraz zapewnienie na piśmie, że dom nie zostanie sprzedany nikomu spoza rodziny. - Zawsze możesz go wynająć. – Powiedział ojciec otwierając drzwi do ogromnej kuchni. - Można wynająć tylko dolna cześć na ewentualny sklep – wtrącił prawnik – pani Aurelia wyraźnie zaznaczyła, że kamienica nie może być wynajmowana do mieszkania. - To dziwne. I bez sensu – podniosła głos Anna – moja córka ma pracę i mieszkanie w Gdańsku! Nie będzie przecież trzymała tej kamienicy pustej. Przecież to są koszty! - Kim pani jest z zawodu? – Granicki zwrócił się do Małgorzaty. - Lekarzem dziecięcym. - W Krakowie jest spore zapotrzebowanie na młodych pediatrów – jego głos nagle złagodniał - nie ma się czym martwić. Mogę pani pomóc coś znaleźć. Mam dobre układy ze świetnym prywatnym szpitalem. - Sama nie wiem… Przez kilkanaście sekund każdy przypatrywał się zadumanej Małgorzacie. - Dobra – Granicki energicznie zatarł dłonie – na mnie już czas. Mam za godzinę spotkanie z klientem. Bardzo proszę o kontakt ze mną. Musimy jak najszybciej podpisać wszystkie dokumenty. Megi umówiła się z prawnikiem na najbliższy poniedziałek. Wzięła od niego wizytówkę i uścisnąwszy jego dłoń, zatrzasnęła drzwi. - To co ja mam teraz zrobić? – zapytała, patrząc na stojących przy schodach rodziców. - To twoja decyzja serdeńko – Anna rozłożyła dłonie. - Proponuję najpierw obejrzeć ten dom – powiedział ojciec otwierając wysokie, rzeźbione drzwi po lewej stronie. Znaleźli się w dość sporym kompletnie pustym pomieszczeniu. W przeciwległym rogu stało kilka starych krzeseł, a okna szczelnie zasłonięte zostały grubymi ciemnobrązowymi kotarami. - Idealne miejsce na sklep – mruknął ojciec, otwierając drzwiczki do pokoju, który spokojnie mógłby być sklepowym magazynem. - A co jest po drugiej stronie? – Zainteresowała się Anna. - Coś w rodzaju kotłowni – odparł Andrzej unosząc nieco brzeg ciężkiej kotary i wpuszczając do pokoju trochę światła dziennego. – Masa kurzu – dodał po chwili, otrzepując ręce. Za schodami było wyjście na niewielki ogródek, teraz kompletnie zapuszczony. - Nawet nie wiedziałem, że tutaj jest kawałek trawnika – ojciec dziewczyny pokręcił ze zdumieniem głową – te drzwi zawsze były zamknięte jak tutaj przyjeżdżaliśmy. Deszcz wciąż padał, więc nikt nie kwapił się by zajrzeć do maleńkiego składziku na narzędzie, wybudowanego w rogu ogródka. - Zobaczmy co jest na górze. – Powiedziała Małgorzata zamykając drzwi. Gdy wspinali się po rzeźbionych schodach, niektóre stopnie poskrzypywały cicho. W końcu znaleźli się na pierwszym piętrze kamienicy. - Ciotka tutaj mieszkała jak widać. – Stwierdził Andrzej otwierając drzwi do przestronnej staroświeckiej kuchni. Na piętrze były jeszcze dwa pokoje i niewielka łazienka. W największym z pomieszczeń, stało trochę podniszczonych mebli, wytarty dywan i spora kwiecista sofa, obrócona w kierunku okazałego kominka, misternie rzeźbionego w przeróżne gatunki liści i kwiatów. Roślinne girlandy wspinały się po bocznych elementach kominka, nastęnie płynnie zkręcały na poziomą belkę, by w końcu połączyć się ze sobą na samym jej środku, tworząc kwiecisty bukiet. Kwiaty i różnorakie liście były wykute przez rzeźbiarza z fanatyczną wręcz dokładnością. Małgorzata bez słowa przejechała palcami po kamiennych kwiatach. - Wygladają jakby były żywe. – Powiedział cicho jej ojciec. - Nie jest źle córeczko – odezwała się Anna żywym głosem. – Pomożemy ci uporządkować stare rzeczy po ciotce, przemalujemy pomieszczenia i będzie super. - Przede wszystkim ściągniemy te stare grube kotary, zeżarte przez mole –ojciec delikatnie odsunął zakurzone zasłony, by wpuścić do wnętrza trochę promieni słonecznych. - Właściwie to nawet podłogi nie trzeba zmieniać – zauważyła matka – tu leżą piękne drewniane deski, wystarczy to tylko przecyklinować. - Masz racje skarbie. – Zgodził się ojciec, dotykając palcami zniszczonej deski. – Przy okazji pozbędziemy się tego brzydkiego ciemnego koloru. Małgorzata otwarła jedną ze starych szaf w sypialni. Wewnątrz śmierdziało kulkami na mole i starymi futrami. - Będzie trzeba to wszystko powynosić – szepnęła Anna do córki siląc się na lekki uśmiech – przejrzymy garderobę. Co się nada, to oddamy do PCK, tam zbierają ubrania dla potrzebujących. Dziewczyna tylko kiwnęła głową i podeszła do niewielkiego stoliczka w rogu pokoju. Stało tam kilka pożółkłych fotografii oprawionych w różne, bogato rzeźbione ramy. Megi podniosła jedną z nich. Zdjęcie przedstawiało młodą ciotkę Aurelię w towarzystwie wysokiego mężczyzny. Stali przy ogromnej fontannie i śmiali się od ucha do ucha. - To wujek Marian. Pewnie słabo go pamiętasz, nie żyje już ponad dwadzieścia lat – powiedział ojciec. - Byli długo ze sobą? – Zapytała dziewczyna odkładając ramkę i biorąc inną do ręki. - Praktycznie całe życie. Znali się od dziecka. Wujek był sąsiadem Aurelii. Kolejna fotografia przedstawiała młodziutką ciocię z tłuściutkim niemowlakiem na kolanach. Grubasek uśmiechał się szeroko, połyskując jedynym górnym zębem jaki posiadał. - A to ja. – Ojciec roześmiał się. – Był ze mnie kawał chłopa. - Aż trudno uwierzyć, teraz przecież nie jesteś taki pulchny. - I całe szczęście. Przejrzeli jeszcze cztery zdjęcia, w tym dwa ze ślubu Aurelii i Mariana, oraz z różnych ich podróży. Na ostatnim z nich Aurelia trzymała w ręku pięknie rzeźbioną laskę. W tle widać było kram z różnymi starociami. Po lewej stronie pozującej kobiety Małgorzata zauważyła dziwny cień, układając się na kształt krzyczącej dziewczyny. - To jest prześwietlone. – Mruknął ojciec przyglądając się bliżej fotografii. – pewnie nałożyło się poprzednie zdjęcie. - Nie wiem czy to jest możliwe. - Wiesz w tych latach nie było aparatów cyfrowych jak teraz. - Wyobraź sobie, że się domyślam – odparła z lekkim przekąsem córka, kładąc fotografię na swoje miejsce. - Idziemy na górę? – Tam chyba są jeszcze ze trzy pokoje. – Matka wycierała ręce ściereczką. Drugie piętro było nieużywane od wielu lat. Grube pokłady kurzu leżały na podłodze i wszystkich starych meblach poprzykrywanych pożółkłymi prześcieradłami. Okna szczelnie pozasuwano starymi kotarami, wiec żeby cokolwiek zobaczyć trzeba było zaświecić światło. - Ależ to siedlisko kurzu – krzyknął ojciec kichając głośno – chyba ściągniemy jakąś ekipę, bo sprzątanie tego wszystkiego zajmie nam wieki! Kamienica posiadała jeszcze niewielki strych, również kompletnie zawalony starociami. - Proponuję zejść do kuchni i napić się herbaty – powiedziała matka pierwsza schodząc ze strychu. - Mam lepszy pomysł – ojciec wycierał nos chusteczką – niedaleko jest super pizzeria na Św. Jana. Możemy tam podskoczyć i zjeść coś ciepłego. Prawdę mówiąc konam z głodu. Wszyscy chętnie przystali na tę propozycję. Gdy zeszli do głównego holu i Anna otwarła drzwi okazało się, że akurat przestało padać. Pomiędzy chmurami prześwitywały promienie słoneczne, rzucając przymglone blaski na mokry chodnik. Małgorzata ostatnia zamykała drzwi, kiedy nagle przypomniała sobie, że zostawiła torebkę zawieszoną na poręczy schodów. Szybko ponownie przekręcił klucz i z rozmachem otwarła drzwi. Jej buciki na obcasach odbijały się głuchym stukotem po kamiennej posadzce. Podeszłą do poręczy i wzięła torebkę do ręki. Kiedy zakładała ją na ramię kątem oka spostrzegła jakiś ruch na półpiętrze. Szybko podniosła głowę i spojrzała na witraż. Oczywiście nikogo nie było, ale Małgorzata odniosła dziwne wrażenie, że anioł na witrażu ma jeszcze bardziej srogą minę, a jego miecz jest uniesiony ciut wyżej. - Za dużo tego wszystkiego jak na jeden dzień. – Mruknęła zerkając jeszcze raz na kolorowe szybki witrażu. W końcu zdecydowanie obróciła się na pięcie i z hukiem zatrzasnęła ciężkie drzwi kamienicy.

ROZDZIAŁ 3

- Dwa tygodnie wcześniej nawet nie przyszłoby mi do głowy, że tak się wszystko pozmienia… Małgorzata stała przy oknie i rozmawiała przez telefon komórkowy z Kasią – koleżanką z pracy. - Co ty tam będziesz robić bez nas? – Głos przyjaciółki był nieco zasmucony. - Dostałam pracę w prywatnym szpitalu, byłam też na rozmowie w takiej jednej przychodni. Generalnie nie powinno być źle. - A jak kamienica? - Jest w trakcie remontu. Dwa dni sprzątaliśmy rzeczy po ciotce. Trzeba było powynosić wszystkie ciuchy, stare gazety, większość mebli. Teraz kończą równać ściany, jutro zaczynają malarze. W ogóle cud, że udało się załatwić ekipę remontową od ręki. - Nie nudzisz się jednym zdaniem. Małgorzata roześmiała się. - To prawda. Na nudę nie mogę narzekać. Zanim zaczęliśmy cokolwiek robić, musiałam kilka razy spotkać się z konserwatorem zabytków. Chciałam zburzyć kawałek ścianki na pierwszym piętrze, żeby połączyć salon z kuchnią. Cała afera z tym była. W końcu gość zgodził się na wybicie tylko części ściany. Właśnie wczoraj chłopaki skończyli wynosić całe tony gruzu. Te ściany są tak potwornie grube… - Mieszkasz już tam? - Nie skąd! – Zaprzeczyła, nalewając równocześnie soku pomarańczowego do szklanki. – Mieszkam na razie w takim małym hoteliku. Udało mi się dogadać z właścicielem na dość korzystną cenę. - A kiedy się wprowadzisz? Megi westchnęła głośno. - Mam nadzieję, że uda się skończyć remont w ostatnim tygodniu czerwca. Tak czy siak od lipca muszę tutaj zamieszkać. W kamienicy zostało jeszcze sporo do zrobienia. Ogólny stan budynku był całkiem niezły, ale trzeba było wprowadzić kilka zmian, powymieniać część rur i przewody elektryczne. Dotychczas w całym domu była tylko jedna maleńka łazienka, podczas gdy Małgorzata chciała mieć łazienkę na każdym piętrze. Jak na razie prace remontowe szły zgodnie planami, i wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście uda się zakończyć remont jeszcze w czerwcu. Dziewczyna miała za sobą kilka naprawdę pracowitych dni. Po ponad dziesięciu godzinach pracy wpadała do kamienicy by sprawdzić postępy w pracach. W międzyczasie szukała różnych elementów do wykończenia wszystkim pomieszczeń. Potrzebne były nowe płytki do kuchni i łazienki, meble, armatura, trzeba było dobrać kolory farb, zasłon, rolet. Dzień Małgorzaty kończył się późną nocą, kiedy to padała ze zmęczenia na swoje łóżko i zasypiała niemalże w ciągu kilku sekund. W weekendy przyjeżdżał ojciec dziewczyny i pomagał jej w doglądaniu prac. On też był obecny przy większych pracach remontowych, które często się odbywały w godzinach pracy Małgorzaty.

W końcu dokładnie dwudziestego dziewiątego czerwca kamienica została odremontowana, a ostatni robotnicy zamknęli za sobą ciężkie drewniane drzwi. - Nareszcie tato! – Krzyknęła rozradowana Megi rzucając się ojcu na szyję. – Dzięki za pomoc. Nie wiem jakbym dała sobie radę sama z tym wszystkim. Mężczyzna ucałował czule włosy swego jedynego dziecka. - Mam nadzieje skarbie, że będzie ci się tutaj dobrze mieszkało. - Ja też!!! – odparła rozglądając się po jasnym korytarzu. Trzeba przyznać, że wnętrza prezentowały się fantastycznie. Praktycznie większość pokoi pomalowano w jasny odcieniach, przez co wydawały się jasne i przestronne. Odnowione dębowe deski na podłogach miały przyjemny karmelowy kolor. Większość mebli ciotki po odświeżeniu okazała się bardzo ładna. Dlatego też Małgorzata wykorzystała je do ponownego umeblowania. Jednakże w nowym otoczeniu sprzęty te nabrały zupełnie innego wyrazu. - Pięknie tutaj – powiedziała Anna nie kryjąc zachwytu – szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że to będzie tak dobrze wyglądać po remoncie. Andrzej roześmiał się. - Przecież mówiłem ci kochanie, wystarczy tylko odświeżyć ściany, podłogę i wywalić połowę mebli. Ciotka strasznie zagraciła te kamienicę. - I ile jest teraz pokoi! – krzyknęła Anna, spoglądając jeszcze do kuchni. - Na górze są trzy plus łazienka – wyliczała Małgorzata – tutaj jest jeden mały pokoik, łazienka i ogromny salon połączony z dużą kuchnią. A na parterze jest miejsce na dwa sklepy. - Przy czym każdy sklepik będzie miał własne wejście, aby nikt obcy nie kręcił się po głównym holu i po ogródku – dodał ojciec składając dłonie. - A co z ogródkiem? – Zapytała matka. – Ciągle o nim zapominam. - Tym zajmuje się osobna firma. – Małgorzata wzruszyła ramionami. – Trzeba było usunąć stary beton, przygotować odpowiednio ziemię i zakupić trochę roślin. Wczoraj skończyli kłaść płytki wzdłuż ściany domu. - A dzisiaj kładli rolowany trawnik i sadzili krzewy – dodał ojciec – ogródek będzie dobrze wyglądał dopiero w przyszłym roku, kiedy trawa się wzmocni, a rośliny przyjmą i puszczą nowe liście. - A tutaj są piwnice? - I to jakie! – Ojciec pokręcił głową – są chyba pod całym budynkiem. Mają wspaniałe żebrowane stropy, zupełnie jak w kościele. To idealne miejsce na założenie jakiejś restauracji, albo klubu. - Na razie z grubsza uporządkowaliśmy tylko te piwnice, kiedy były wymieniane przewody. - Nawet znaleźliśmy kilkanaście starych butelek z winem. – Ojciec uśmiechał się szeroko. – Są stare jak świat. Chyba jeszcze sprzed pożaru. - To rzeczywiście wiekowe – mruknęła Anna. - Może któryś z najemców będzie chciał i piwnice – powiedziała Małgorzata. – Mnie tam one nie są na razie potrzebne. - Słuszna uwaga – zgodził się ojciec – już zamieściłem ogłoszenia w Internecie. Powiesiliśmy też karteczkę z informacją na drzwiach wejściowych. A na razie zapraszam moje kobiety do restauracji na uroczystą kolację. Pierwszej nocy w tej kamienicy nie możemy spędzać na trzeźwo, bo to przyniesie pecha. - Mówisz jak notoryczny pijak. – Żachnęła się Anna. - Po prostu cieszę się ze szczęścia mojej jedynej latorośli. Żartując i śmiejąc się głośno, wyszli z budynku i wsiedli do czekającej na nich taksówki.

Kolacja udała się wspaniale. Dania smakowały wyśmienicie, a do posiłków wypito ponad dwie butelki wspaniałego wina. W końcu Andrzej spojrzał na zegarek i uniósł palec do góry, by uciszyć rozchichotane kobiety. - Moje panie! Właśnie mija północ. - Godzina duchów – Zauważyła Anna. – Na zdrowie! - Komu? Duchom? – Śmiała się Małgorzata. - Wszystko jedno… - Zbierajmy się powoli – mruknął ojciec – właśnie podjechała nasza taksówka. Dziewczyny zebrały swoje torebki i chusty okrywające ramiona. - Jutro będziemy padać na twarz. – Jęknęła Megi podchodząc chwiejnym krokiem to stojącej tuz przed wejściem restauracji taksówki. – Własna matka i ojciec mnie rozpijają… - Nie marudź – machnął ręką – niech pan nas zawiezie na Sławkowską. Podczas gdy on podawał dokładny adres, dziewczyny usadowiły się z tyłu samochodu. - To była wspaniała parapetówka. – Westchnęła Megi.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych