Wróć do katalogu

Splątane melodie - Prolog

Jest to prolog powieści, którą zacząłem pisać. Całość ma się składać z kilku, przeplatających się, lekko związanych ze sobą historii. Będę wdzięczny za wszelkie komentarze.

RowlfTheDog, opublikowano , 25 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nie istnieje coś takiego jak opowieść. Taka porządna, z początkiem i zakończeniem. Jedyne, co istnieje, to nieskończony, poskręcany i poplątany ciąg wydarzeń, z których każde ma wpływ na wszystkie następne. Bohaterem tego ciągu jest każdy człowiek, każde zwierzę, każda roślina, każdy kamień i każda kropla wody. Gdyby w którymś momencie ktoś upolował zwierzę, przestawił kamień lub zmienił tor kropli wody, wszystkie historie potoczyłyby się zupełnie inaczej. Prawdziwa opowieść musiałaby zatem dotyczyć każdego człowieka, każdego zwierzęcia, każdej rośliny, każdego kamienia i każdej kropli wody, jakie kiedykolwiek istniały i zaistnieją. A wtedy ta opowieść nie byłaby niczym innym jak tylko historią całego wszechświata. Możemy spojrzeć w głąb tego ciągu, wyjąć z niego niektóre wydarzenia, mniej lub bardziej ze sobą związane, i powiedzieć: oto opowieść. Nie należy się jednak spodziewać, że opowieść ta stanowić będzie logiczną i zamkniętą całość. Że bohaterowie i ich życia ulegną nieodwracalnym zmianom. I przede wszystkim, że opowieść nie będzie miała swojej kontynuacji. Będzie miała, i to nieskończenie długą. Wyjmijmy zatem pierwsze zdarzenie z ciągu. Oto zdarzyło się kiedyś, że w ciemnej otchłani kosmosu płynęła łódka. Zwyczajna, drewniana, z niewielką kabiną i małym żagielkiem. Siedział w niej chudy starzec o prostych, siwych włosach, sięgających mu niemal do pasa. Nucił pod nosem wesołą melodyjkę. Zdawał drwić sobie z faktu, że łódki częściej spotyka się na jeziorach lub morzach niż w otwartej przestrzeni kosmosu oraz że w owej przestrzeni żadna melodyjka, nawet wyjątkowo wesoła, nie może być słyszana. Ale starzec mógłby równie dobrze jechać na wielkim, różowym słoniu albo na hulajnodze, gdyż łódka była jedynie iluzją. Co było zatem naprawdę w jej miejscu? Tego starzec nie wiedział i zupełnie się tym nie przejmował. Miał wiele imion, a żadne z nich nie było bardziej lub mniej prawdziwe od innych. Najczęściej jednak nazywano go Wędrowcem. Dość mało oryginalnie, trzeba przyznać, ale za to bardzo sensownie, ponieważ starzec przez całe swoje życie podróżował. Podróżował, by zbierać opowieści, zmieniać je i tworzyć nowe. I bardzo lubił to zajęcie. Wędrowiec przestał nucić i spojrzał w gwiazdy, mieniące się przed dziobem łódki. Jego wprawne oczy dostrzegły nieistniejące linie między świetlnymi punktami, tworzące niezliczone ilości obrazów. Oczywiście z każdym gwiazdozbiorem związana była opowieść. Wędrowiec pamiętał wszystkie te opowieści, a w niektórych sam brał udział. - Witaj, jaskółko – powiedział, machając ręką na powitanie. – Dobrze cię widzieć w dobrym zdrowiu. O, jest i niedźwiedź. Nie udało ci się schudnąć, drogi przyjacielu. Łucji i Peryklesowi nie będę przeszkadzał, są zbyt zajęci sobą. I dobrze, bo w prawdziwym świecie nie zaznali wiele szczęścia. Dzień dobry, żwawy Tomie. Dokąd pędzisz tym razem? Gwiazdy milczały, lecz zdawały się mrugać do starca porozumiewawczo. Jedna z nich, znajdująca się na przedłużeniu dziobu łódki, powiększała się coraz bardziej. Wkrótce okazało się, że wcale nie jest gwiazdą. Trudno wytłumaczyć jednak, czym była, bowiem przedstawiała sobą widok niesamowity i przeczący wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi. Widok, przy którym łódka w kosmosie wydaje się tak oczywista jak drzewo w lesie. Była to ucięta w połowie ogromna kula z niezliczonymi otworami wlotowymi i przeszklonymi oknami. Wystawały z niej miliony pomostów, do których przybijały łódki, statki i okręty wszelkich kształtów i rozmiarów. Przez tysiące wrót wjeżdżały i wyjeżdżały najróżniejsze pojazdy: konne zaprzęgi, samochody, rowery i motocykle. Twór wykonany był z marmuru, którego śnieżnobiała barwa prześwitywała w niektórych miejscach spod równomiernej, szarej warstwy brudu. Zdawał się być niepomiernie stary, wręcz przedwieczny, i takie właśnie wrażenie miał sprawiać. Żadne źródła nie wspominały nic o tym, by ten kolos lśnił kiedykolwiek bielą. Brud pokrywał go od zawsze, tak by budowla wydawała się wiekowa od razu po powstaniu. A może rzeczywiście była przedwieczna? Nikt tego nie wiedział. Architektura stanowiła mieszankę wszystkich znanych nam stylów i mnóstwa nieznanych. Niektóre wrota mieściły się między klasycznymi, greckimi kolumnami, inne otoczone były rzeźbami pozawijanych chińskich smoków. Gdzieniegdzie dostrzec można było kamienny herb z rycerzem na koniu lub królem na tronie, gdzie indziej zaś nieprzyzwoite, indyjskie płaskorzeźby. Najczęściej jednak marmur tworzył fantazyjne, przestrzenne konstrukcje, w których nie dało się dopatrzeć żadnych sensownych kształtów czy symboli. Ale z pewnością dla większości osób zamieszkujących całą ogromną przestrzeń, przez którą sunęła łódka Wędrowca, to nasze kolumny, herby i płaskorzeźby były zupełnie niezrozumiałe. A budowla powstała i dla nas, i dla nich. Wśród tych wszystkich dziwów największe wrażenie na Wędrowcu robił otwarty teren rozciągający się na olbrzymim obszarze ściętej strony kuli. Gęste dżungle, rozległe łańcuchy górskie, liczne pojezierza, upalne pustynie, ciemnozielone bory, a wszystko to otoczone niebieskawą poświatą rzadkiej atmosfery. Wędrowiec wielokrotnie widział już ten widok, lecz nigdy nie mógł nadziwić się jego pięknu. - Dom Opowieści – powiedział do siebie. – I Ogród Mędrców. Stęskniłem się za wami. Wędrowiec zbliżał się do półkulistego tworu, a w miarę tego zbliżania twór rósł, rósł, rósł, rósł… i można by zapisać tym jednym czasownikiem całą książkę. Po pewnym czasie Dom Opowieści zajmował połowę widocznej przez Wędrowca części świata. Znajdował się na wprost i rozciągał w górę, dół, w prawo i lewo, w nieskończoność. W końcu znalazł się tak blisko, że dało się go dotknąć. Wtedy Wędrowiec wyskoczył raźnie z łódki na niewielki, drewniany pomost i przycumował swą jednostkę obok tradycyjnego, indiańskiego kanoe. - Dobrze jest znów być w domu – mruknął do siebie i ruszył ku tonącemu w mroku tunelowi wiodącemu w głąb budowli. Wyjątkowo krótki tunel prowadził do rozległej, okrągłej hali oświetlonej jedynie nielicznymi, gazowymi latarniami. W ścianie otaczającej halę mieściły się równoodległe wnęki wypełnione bladoniebieską poświatą. Z wnęk od czasu do czasu wychodzili ludzie, inni zaś do wnęk wkraczali i znikali. Nad każdą z nich znajdowała się kamienna tabliczka z napisem, dokąd dany teleport prowadzi. Wędrowiec skierował się ku wnęce podpisanej Dzielnica centralna. Bez chwili zastanowienia wmaszerował do jej środka, po czym kontynuował marsz szerokim korytarzem, mijając z obu stron bogato rzeźbione drzwi. Po chwili otworzył jedne z nich i znalazł się w skromnie urządzonym mieszkaniu. Nie zaszczycił spojrzeniem wąskiego łóżka, ciężkiego, mahoniowego biurka ani zapadniętego fotela, lecz wszedł po kręconych schodkach, otworzył klapę znajdującą się na górze, a następnie po króciutkiej drabince wdrapał się na wyższy poziom. Znalazł się w drewnianej altanie. Zrobił jeszcze kilka kroków i usiadł na wilgotnej trawie przed altaną. Rozejrzał się dookoła, wyławiając z ciemności drzewa, klomby kwiatowe i suchą fontannę, a następnie uniósł wzrok w górę, ku rozgwieżdżonemu niebu. Wsłuchał się w odległe pohukiwanie sowy, pozwolił delikatnemu wietrzykowi gładzić swą pomarszczoną twarz, wciągnął w nozdrza chłodny i świeży zapach nocy. - Dobrze, że minął już dzień – powiedział głośno. – Aż do rana nie będę miał żadnych gości, żądnych nowych opowieści. Ha, już prawie zapomniałem, jak przyjemne są takie samotne noce w Ogrodzie Mędrców. Dom Opowieści rzeczywiście był domem. Domem dla ludzi takich jak Wędrowiec, podróżujących po całym Wszechświecie w poszukiwaniu opowieści. Biorących udział w opowieściach. Tworzących opowieści. Lecz przede wszystkim spisujących opowieści. A spisywali je właśnie tu, w swoim domu. Tutaj wracali po latach wędrówki, by zapisać swoje przeżycia i wszystkie zasłyszane opowieści. A gdy już zapisali, wyruszali na nowo. Potem wracali, pisali, ruszali i tak przez wieczność. - Ciekawe, co świat ma mi do opowiedzenia – rzekł Wędrowiec i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza krótki, drewniany flet. Wszechświat nie jest śmiertelnie cichy jak sądzi większość. Wszechświat cały czas śpiewa o obiektach, roślinach i istotach, które go zamieszkują. Ludzie obdarzeni specjalnymi umiejętnościami potrafią usłyszeć tę muzykę sfer. Zrozumieć opowieści, jakie przekazuje im wszechświat. Ludzie tacy jak Wędrowiec. Starzec przyłożył flet do ust i zaczął grać. Była to bardzo dziwna muzyka, dla niewprawnego ucha zupełnie chaotyczna. Ale uszy Wędrowca były niezwykle wprawne. Wyłapywały wszystkie przeplatające się tematy, zarówno te długie i skomplikowane jak i krótkie, urywające się niemal od razu. Tematy powracające okresowo, przypominające wciąż o swojej obecności, i tematy jednorazowe, które już nigdy więcej nie zostaną zagrane. Starzec wsłuchiwał się też we fragmenty muzyki pozbawione jakiegokolwiek motywu - w powolne, monotonne, kilkutonowe dźwięki i w dźwięki szybkie, agresywne i dysonansowe. W budujące napięcie dźwięki o stopniowo narastającej głośności i w uspokajające dźwięki przypominające szelest wiatru czy szum wody. W pewnym momencie zmarszczył brwi i zamknął oczy. Wsłuchał się uważnie, by zyskać pewność, że się nie przesłyszał. Nie przesłyszał się. Wędrowiec jeszcze nigdy się nie przesłyszał. Wracają stare tematy – pomyślał. – Niemal zapomniane. Ta opowieść nie ma jeszcze swojego końca. Pewnie nigdy nie będzie miała. Ale będzie miała swój ciąg dalszy. Już wkrótce. Dla nich działo się to tak niedawno, dzieje się nadal. Lecz dla mnie było to bardzo dawno. Kiedy to wszystko się zaczęło? Pewnie nigdy.

***

Leżę na niewygodnym łóżku z masą kabli przypiętych do głowy, elektrod poprzyczepianych na całym ciele i kroplówką sączącą przezroczysty płyn o długiej, naukowej nazwie prosto do mojego krwioobiegu. Czekam aż wszystkie te ustrojstwa zaczną działać, a ja przeniosę się umysłem do zupełnie innego świata. Dosłownie. Sprawdzam, czy moje ciało leży idealnie po środku łóżka. Sprawdzam po raz drugi. I jeszcze raz sprawdzam. Następnie wracam myślami do poobiedniego mycia rąk. Czy na pewno zakręciłem kran? Chyba tak. Powoli upewniam się, że wszystkie elementy mojego codziennego życia leżą we właściwym miejscu – moje ubranie jest równo poskładane i położone na krześle, drzwi do mojego pokoju są zamknięte, a mój pęcherz jest opróżniony. Poprawiam wgniecenie na materacu. Usiłuję przekonać samego siebie, że cień, który przez chwilę widziałem, nie był jadowitym pająkiem. Wobec tego nie muszę zrywać się z łóżka, by powiedzieć innym o niebezpieczeństwie. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Katastrofa nie nadchodzi. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest w porządku. W końcu udaje mi się nieco uspokoić skołatane serce i nierówny oddech. Udaje mi się pomyśleć o tym, o czym chcę myśleć. O czym CHCĘ myśleć, a nie o czym myśleć muszę, by zachować względny spokój. Choć jestem młody, czuję się jak starzec. Jestem zmęczony i wiem, że nigdy nie uda mi się odpocząć. Całą energię wyżera pasażer na gapę mojego ciała – nerwica natręctw. Zupełnie jak starzec zaczynam wspominać swoje życie. Przeglądam w głowie wszystkie wydarzenia, które doprowadziły mnie w to miejsce. Pierwsze wspomnienie – to, które dało początek wszystkim następnym. Mam siedem lat. Patrzę na mamę ze łzami w oczach i błagam ją: - Pozwól mi pojechać do Bhavisyi. Proszę! Mama spogląda na mnie ze smutkiem, ale ja nie widzę tego smutku. Myślę, że chce zrobić mi na złość, nie pozwalając mi spełnić moich marzeń. - Synku – mówi. – Jeśli tam pojedziesz, nie zobaczysz mamy ani taty przez wiele lat. - Ale ja chcę! – krzyczę. – Tylko ja z całej szkoły zdałem test. I pani była ze mnie dumna! I koledzy przestali się ze mnie śmiać. Muszę pojechać! - Ale dlaczego? Czemu nie chcesz mieszkać ze mną i z tatą? Matka usiłowała desperacko przekonać mnie, bym nie wyjeżdżał z domu, lecz wiedziała, że nie ma na to szans. Od urodzenia zalewany byłem filmami, reklamami, kreskówkami i piosenkami wychwalającymi pod niebiosa organizację Bhavisya. Opiekunki w przedszkolu i nauczyciele w szkole urabiali dzieci jak glinę, tak by wszystkie pragnęły z całego serca przystąpić do stowarzyszenia. Propaganda działała też na większość dorosłych, choćby na mojego ojca, który uważał, że Bhavisya stworzy nowszy, lepszy świat. Dlatego też, gdy udało mi się zdać test, byliśmy z ojcem wniebowzięci. Matka nie była, ale stanowiła mniejszość. - Każdy chce być w Bhavisyi! – krzyczałem nadal. – A ja mogę! I chcę! Proszę cię, mamo, zgódź się! Zgódź się! Zgódź się! Mama…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych