Spojrzeć w blask - CZĘŚĆ II [ostatnia]
Historia, która zaczyna się tam, gdzie inne kończą.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nikt nie zgłosił zaginięcia, nie odnaleziono ciał, od których mogłoby pochodzić dramatyczne znalezisko. Śledztwo na ponad dwa tygodnie utknęło w miejscu. Z kamienicy, w której mieszkał Zbieracz ostały się zaledwie trzy osoby: zabójca i małżeństwo, które mieszkało piętro wyżej. Została im przydzielona całodobowa ochrona. W dalszym ciągu nie natrafiono na żaden ślad mordercy, który wydawał się być niewidzialnym. Jedyną oczywistością było, że zbrodnie musza być powiązane ze Zbieraczem.
Tomasz siedział przy swoim biurku i bezmyślnie przekładał papiery z miejsca na miejsce. Zabrnął w ślepą uliczkę. Nie było świadków, motywem mogła być zemsta, ale sposób działania... To wszystko wymagało nie tylko nieprawdopodobnego gniewu, ale i ogromnej skrupulatności. Czegoś takiego nie da się wymyślić z dnia na dzień. Na razie miał tylko zeznania małego chłopca, które brzmiały jak upiorna fantazja z baśni braci Grimm. Pozostało mu już tylko jedno. Zerwał z krzesła kurtkę i wyszedł z posterunku. Dochodziła siedemnasta.
Więzień skrzywił się, gdy noga krzesła zazgrzytała nieprzyjemnie po posadce. Spojrzał na palce detektywa, które wystukiwały na blacie niecierpliwą melodię. Mężczyzn oświetlała pojedyncza żarówka ubrana w żółtawy klosz nadając ich twarzom niezdrowy wygląd. W panującej dookoła ciemności znikały rogi pokoju, tworząc złudzenie, jakby siedzieli pośrodku kosmicznej pustki. - Nie wiem, co mogę ci powiedzieć – powiedział Zbieracz. – Nie wiem, kto to robi, cholera, nie mam pojęcia. - To są twoi sąsiedzi. Mieszkałeś z nimi, parę miesięcy. Narazili się komuś? Ktoś was mógł obserwować? Myśl! - Nie znałem ich, w porządku? Byłem zajęty misją. Uważałem tylko, żeby mi nie przeszkodzili, rozumiesz? Nikt nas nie obserwował, ta gnida, która się do mnie włamała była… To był przypadek! To był kurewski przypadek. Nie powinno tak być. Wcale, wcale, wcale… To przez niego to wszystko! Przez niego! Przez niego ich nie uratowałem! - Uratowałem? Ty ich mordowałeś! - Nie… Widzisz, one do mnie mówiły. Te dzieci. Chciały, żebym to zrobił. Chciały, żebym je uratował. Nie chciały dorosnąć i stać się złe, jak cały ten pojebany świat. Ja je ocaliłem. Na zawsze będą już czyste, niewinne. Gdyby żyły to ich delikatne kości złamałyby się pod był mocniejszym naciskiem zła. Czystego, wcielonego zła. Tomasz wpatrywał się w jego twarz i… nie potrafił odczytać nic.. Zagadką było, czy mówi prawdę. Ale przecież dlaczego właściwie miałby kłamać? Dostanie dożywocie, nie ma żadnych szans na złagodzenie wyroku. Trzask – kolejna kula trafia płot.
- Hej kochanie, nie czekaj na mnie z obiadem. Muszę jeszcze podjechać w jedno miejsce. Cisza w słuchawce. - Kochanie? - Tomek… Nie przejmuj się tak tą sprawą. Odpocznij, proszę. Znowu sobie to robisz. Znowu. - Co robię? Aniu, to mój zawód, ok? Ludzie… Ludzie umierają! Jeśli nie ja ich powstrzymam to kto? Kto? - Proszę cię… Nie jesteś sam, rozumiesz? Przyjedź do mnie. Proszę, zostaw to. Choć na chwilę. Tym razem milczał Tomasz. W końcu wyrzucił z siebie: - Zadzwonię, jak będę dojeżdżał do domu. Pa.
Do willi, w której zostało umieszczone małżeństwo z kamienicy Zbieracza zostało Tomaszowi jakieś kilkanaście kilometrów. Wtedy zadzwoniła jego komórka. - Halo? - De… Detektywie? Tu Marcin, ten… Ten – głos młodego policjanta wyraźnie drżał. - Wiem, kim jesteś. Uspokój się i powiedz co się dzieje. Jadę do was, będę za jakieś dwanaście minut. - Oni.. Oni zniknęli! Nigdzie ich nie ma! - Jak to zniknęli?! Miałeś ich pilnować! Gdzie ich widziałeś po raz ostatni?! - Zsze… Zszedłem na dół, ta babka chciała napić się kawy, powiedziałem, że mogę jej przy… przynieść. A kiedy wróciłem.. O Boże… - Co? Co się dzieje? - Ktoś śpiewa… Cholera, tu ktoś śpiewa! Słyszę to… Słyszę to wszędzie… Tomasz zdjął nagły strach. - Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Bądź ostrożny, czekaj na mnie. Nie działaj pochopnie. Postaraj się zlokalizować wszystkich. Możesz to dla mnie zrobić? - Chyba… Chyba tak. - Świetnie. Będę za pięć minut.
Paliły się wszystkie światła. Te przy ścieżce prowadzącej do domu i chyba każde wewnątrz. Willa przypominała halloweenową dynię wypełnioną po brzegi świeczkami. Tomasz wyskoczył z samochodu, zostawiając kluczyki w stacyjce. Popędził w kierunku drzwi, mając ogromną nadzieję, że nie są zamknięte. Nie były. Pośrodku dużego salonu zajmującego niemal cała piętro, leżał nieprzytomny policjant. Tomasz podszedł do niego i położył rękę na szyi. Odetchnął z ulgą, wyczuł puls. Wtedy usłyszał kołysankę. Poczuł, jak podnoszą mu się włoski na karku. Dobiegała – a raczej jej słabe echo, które wydawało się niemal telepatycznie przenikać do samego mózgu – z pierwszego piętra. Mocniej chwycił pistolet i wolno ruszył w górę.
{i}Już dzieci śpią, Sen zmorzył twą laleczkę(…){/i}
Rozbrzmiewało to z jednej, to z drugiej strony. I rzeczywiście, większość słów, większość końcówek – dokładnie tak, jak opisywał to niewidomy chłopiec – tonęła w przejmująco smutnym szlochaniu.
{i}Żyli wśród róż, Nie znali burz, Rzecz najzupełniej pewna{/i}
Kolejne pokoje okazywały się puste – zarówno te w stanie zupełnie surowym, jak i te umeblowane. Tomaszowi pociły się dłonie i parę razy musiał wytrzeć je o kurtkę, żeby pewnie trzymać broń. Palec niespokojnie zaciskał się na spuście. Światła zaczęły migotać i bzyczeć. A potem, jedna lampa po drugiej, gasnąć z cichym pstryknięciem, które skojarzyło się Tomaszowi z {i}delikatnymi kośćmi niemowląt pękającymi pod wystarczająco mocnym naciskiem.{/i} W końcu został w ciemności zupełnie sam, a cichutkie słowa piosenki zdawały się pląsać wokół niego.
{i}Lecz straszny los, Okrutna śmierć W udziale im przypadła,{/i}
W pokoju po jego prawej ręce zajęczały sprężyny materaca. W pokoju, który przed chwilą sprawdzał – był zupełnie pusty. Ktoś lub coś podniosło się z łóżka i zaczęło stawiać drobne, szybkie kroki – każdemu towarzyszyło ciche plaśnięcie, jakby podłoga była zalana czymś mokrym i lepkim. Tomasz przywarł plecami do ściany, przeżegnał się i wyskoczył zza drzwi. Zobaczył coś przypominające zdeformowane zwierzę o zbyt wielu kończynach. Przerażony, zatoczył się i kurczowo złapał szafki broniąc się przed upadkiem. Nerwowo rozglądał się dookoła usiłując dojrzeć przeciwnika, który przecież musiał iść w jego kierunku! Ale nigdzie go nie było – zostało tylko coś na łóżku.
{i}Okrutna śmierć W udziale im przypadła{/i}
Zajęło mu chwilę nim zrozumiał, na co patrzy. Mężczyzna, najpewniej mąż, został wepchnięty do swojej żony. Dosłownie. Ktoś z ogromną siłą nakierował głowę na jej krocze i pchał tak długo, aż nie wytrzymały mięśnie i skóra. Aż wszystko nie wytrzymało. Złączeni małżonkowie leżeli w stygnącej kałuży krwi i odchodów, a Tomasz wyszedł z pokoju, byle tylko nie patrzeć na obrzydliwą profanację stosunku. Choć bronił się przed tą myślą – musiał przyznać, że nie ma do czynienia z człowiekiem. Trybiki wskoczyły na swoje miejsce. By maszyna ruszyła potrzebowała nadnaturalnego pierwiastka – Tomasz właśnie go odnalazł i zdał sobie sprawę, że sprawa najprawdopodobniej jest zamknięta. Zemsta się dokonała. Akta powędrują wkrótce na półkę, a on sam będzie musiał żyć z ciężarem, do którego nigdy nie będzie mógł się przyznać. Pogrążony w ponurych rozważaniach nie zorientował się, że znów jest na parterze. Policjant, wcześniej nieprzytomny, podnosił się teraz z podłogi rozcierając głowę. Na potylicy zakrzepła krew. Na widok Tomasza przełknął ślinę i zapytał: - Co z nimi? Odpowiedziało mu tylko smutne potrząśnięcie głową. Policjant przysiadł załamany na kanapie i złożył ręce, jak do modlitwy. - Prze… Przepraszam. - Niepotrzebnie, to nie twoja wina. - Ale… Ale to ja miałem ich chronić, obronić… - Nie – odparł Tomasz – To wszystko wina tego oprawcy, rozumiesz? To… To wszystko to tylko jego wina! Wszystko! Gdyby nie on, ci ludzie by żyli! A… Tomasz zamarł. Zbieracz. Już tylko on został przy życiu z tego wyklętego przez Boga domu. - Muszę lecieć. Zajmij się wszystkim! Zadzwoń po pogotowie, niech obejrzą ci głowę i… I przykryj tych na górze… Uśmiech halloweenowej dyni wydawał się teraz szczerbaty i dużo bardziej posępny.
Cierpiał. Nikt chyba nie potrafił sobie wyobrazić jak bardzo. Nikt mu też nie współczuł – bydlak zasłużył na śmierć, a nie dożywotnie wakacje finansowane przez państwo. Najgorszym jednak było, że żaden z obecnych policjantów – poza Tomaszem, ale on nigdy się do tego nie przyznał – nie domyślał się, w jaki sposób Zbieracz mógł zostać tak strasznie okaleczony we własnej celi. Płaty skóry walały się po podłodze. Niektóre zwisały z pryczy – krwawe prześcieradło wyszyte z mięsa. Kawałki czoła i tego, co zostało z nosa, pływały w kiblu. W celi roiło się teraz od wszelkiej maści techników i gliniarzy – wszyscy pracowali w maskach. Odór formaliny był nie do zniesienia i wydawał się roznosić po całym bloku. W rogu spoczywały resztki zwłok Zbieracza – zupełnie odartego ze skóry, obficie polanego cieczą, podobną tej, której używał do konserwowania własnych ofiar. Roztwór był niebywale żrący i jeśli istniała najmniejsza szansa na to, że jeszcze żył, gdy ktoś go oblewał – najprawdopodobniej poznał wymiar bólu, jaki musi istnieć w samym środku piekła.
Jak można było się spodziewać – morderstwa ustały. Po paru miesiącach bez jakichkolwiek nowych śladów sprawę odłożono na półkę. Tomasz pomału odzyskiwał równowagę, choć bywały dni, że odwracał się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil reaktywacja_pstraga
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…