Wróć do katalogu

Spotkanie z tajemnicą

Człowiek, Obcy i daleka przestrzeń... //Czekam na komentarze i krytykę, bo to moje pierwsze.

Tomi, opublikowano , 21 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dochodziła trzecia czasu pokładowego gdy ją ujrzałem nieco poniżej Syriusza. Długo nie mogła się wyrwać ze świetlistego uścisku Psiej Gwiazdy. Minuty płynęły i punkcik choć prawie niedostrzegalnie ciągle rósł. Po pewnym czasie wyciągnął się odrobinę na kształt jajka. Znałem doskonale to powolne przeobrażenie i wiedziałem że dużo miało jeszcze czasu upłynąć do jego zakończenia. Z braku lepszej koncepcji zdecydowałem się zejść na dolny poziom, przejrzeć stare mapy nieba.

Jeszcze po drodze główny komputer głosem mojej ulubionej piosenkarki, poinformował mnie że za pół godziny rozpocznie się manewr zejścia do płaszczyzny równikowej układu – nierozważnie zignorowałem to ostrzeżenie. Po dwudziestu z górą minutach spędzonych wśród hologramowych map rzutowanych w powietrzu w świetle niebieskich i zielonych lamp pomyślałem że cel mojej podróży musi być już dobrze widoczny. Nie zwlekając ani chwili wyłączyłem program i głęboko zamyślony pospiesznie wyszedłem.

Wchodziłem po schodach kiedy ściany i podłoga zaczęły delikatnie drżeć. Domyśliłem się że statek leci już „w dół”. Przyspieszyłem kroku, przeklinając w myślach zepsutą windę, której nie zdążyłem naprawić przed podróżą. Byłem już na drugim poziomie gdy zauważyłem że robię się cięższy. Zaskoczyło mnie to, bo stabilizator przeciążeń miałem naprawdę dobrej klasy. Nie uszedłem pięciu kroków gdy nagle statkiem zaczęło gwałtownie rzucać. Kila chwil starałem się jeszcze poruszać na stojąco i dopiero gdy otworzone niespodziewanie drzwiczki apteczki pierwszej pomocy, wydrapały mi cienką krawędzią krwawą szramę tuż nad okiem skapitulowałem i nie widząc innego wyjścia ruszyłem dalej leżąc prawie, co w cale nie było łatwiejsze. W końcu doczołgałem się do schodów i ściskając obiema rękami poręcz zacząłem się zastanawiać co mnie podkusiło żeby ruszać się ze sterowni. Trzęsienie ustało i mogłem iść dalej.

Jeszcze raz statek rozchybotał się gdy wchodziłem już do sterowni, szczęśliwie zdążyłem wskoczyć i przypiąć pasami do fotela. Oddychając z ulgą starałem się pozbierać myśli. Musieliśmy mijać sporej wielkości pasmo planetoid bo minęły dwie minuty nim wszystko ucichło. Ekran włączył się samoczynnie i oczom mym ukazał się imponujący ciemno złoty rogal, z trzema błyszczącymi lodowo-skalnymi pierścieniami była to Beta Hydri 1 - jedyna planeta tego układu.

Dwa wewnętrzne pierścienie, niespełna tysiąc kilometrowej szerokości, wydawały się na tle gazowego kolosa cienką pajęczą nicią oplatającą go w pozornym bezruchu. Wyobraźnia podpowiadała że gdyby zdarzył się choćby najmniejszy podmuch (co w próżni nie miało się oczywiście prawa stać) obie pętle zafalowałyby i rozpłynęły jak senne marzenie.

Najbliższy planecie pas lśnił czystym białym blaskiem, w odróżnieniu od swego sąsiada, który wraz ze zbliżaniem się doń nabierał delikatnej różanej barwy. Trzeci, zewnętrzny pierścień, wydawał się przy swych towarzyszach olbrzymi. Z obserwacji jakich dokonałem przed kilku laty, wynikało że jego szerokość bliska jest trzydziestu dwóm tysiącom kilometrów. Różnił się także pod względem kolorystycznym. Zaczynał się niepozornym różem, tak jak jego sąsiad szybko jednak bielejąc a przy drugim skraju nasiąkając błękitem ciemniejącym z każdym kilometrem co z oddali wygadało jakby powoli rozrzedzał się i rozmywał w przestrzeni.

Gdy zbliżyłem się do różowej przerwy – tak ją nazwałem bo leżała między drugim i trzecim pierścieniem – na skraj tego ostatniego nachodzić zaczęła czarna bezkształtna plama. Widziałem ją tylko moment bo w chwile potem zszedłem poniżej równika planety. Na jej oblanej blaskiem błękitnego słońca tarczy kłębiły się pasami podążające w przeciwnych kierunkach chmury. Tu i ówdzie harmonie ich ruchu burzyły figlarnie wyglądające zawirowania a strefę cienia opuszczała największa z tych huraganowych bestii, tutejszy odpowiednik jowiszańskiej „Czerwonej Plamy”.

Leciałem z bardzo małą prędkością, ledwo kilkunastu machów, stosowną jednak do okoliczności bo około planetarna próżnia aż gęsta była od skalnych i lodowych odłamków. Pierścienie od nieoświetlonej strony nie sposób było odnaleźć i tylko nieliczne przebłyski gwiazdowego światła zdradzały ich obecność wysoko nad statkiem.

Kiedy uderzyły mnie znów niebieskie promienie pobliskiej gwiazdy dostrzegłem nad swoją głową ciemną skalną bryłę tą samą którą poprzednio oglądałem po drugiej stronie pierścieni.Statek pomknął ku górze i nim się obejrzałem na małym bocznym ekranie, przedtem czarnym, pojawiła się fioletowa spłaszczona elipsa obrazująca mój ruch orbitalny wokół asteroidu – byłem na miejscu.

Dłuższą chwilę przyglądałem się znanym mi dobrze z poprzednich wizyt wąwozom i kraterom zdobiącym jego powierzchnie – było kilka nowych śladów po uderzeniach. Sfotografowałem je i dokładnie opisałem. Zawsze byłem ciekaw okoliczności ich powstania ale nadzieja na zgłębienie tej tajemnicy należała niestety do zupełnie nie realnych.

Miałem iść do mesy bo dochodziła już piąta a od śniadania nic nie jadłem, wolałem jednak zaspokoić głód spokoju i ciszy. Nie mogłem zaznać ich w Instytucie a tu miałem ich pod dostatkiem.

Pewnie zamiast tej podróży marnowałbym czas na jakiejś trzy gwiazdkowej orbitalnej stacji wypoczynkowej gdyby nie mój nieżyjący już niestety przyjaciel ze studiów, Marck Greestown.

Był utalentowanym planetologiem i wróżono mu świetlaną przyszłość, jednak jego karierę przerwał nagle wypadek. Był członkiem ekipy badającej nowe układy i prowadził rozpoznanie odległej skalistej planety gdy tydzień przed planowanym jej opuszczeniem bazę badawczą zmiótł niespodziewany deszcz meteorów. Swego czasu była to głośna sprawa.

Ostatni raz spotkałem się z nim półtora roku wcześniej na Międzyplanetarnej Konferencji Astronomicznej organizowanej przez Federacje Księżyców Jowiszańskich. Pokazał mi wtedy kilka zdjęć Bety Hydri 1 wykonanych przez ekipę górniczą pracującą w tym układzie ćwierć wieku temu. Głównym ich celem był właśnie ta mała niewyrośnięta planetka w okuł której krążyłem a która samotnie obiegała gazowego olbrzyma. Po pewnym czasie wycofano się z eksploatacji gdyż koszty transportu rudy okazały się zbyt wysokie.

Drugi raz zainteresowano się tym układem dziesięć lat później podczas „Rewolucji Kolonizacyjnej”. Pomysł założenia osad na tutejszych planetoidach upadł jednak szybko gdy potwierdziły się pesymistyczne przewidywania naukowców o częstych i trudnych do prognozowania rojach pyłowo-skalnych nawiedzających obszar rozległy na wiele jednostek astronomicznych od gwiazdy centralnej. Układ zyskał status nieprzyjaznego i od tamtej pory nikt go nie odwiedzał.

***

Po obiedzie który zjadłem o szóstej poszedłem do miniaturowego obserwatorium znajdującego się na ostatnim piętrze. Chciałem się przyjrzeć chromosferze Hydri i specyficznym dla tej młodej gwiazdy gwałtownym protuberancjom ale komputer poinformował mnie o kilku zabłąkanych kometach. Miały się zderzyć z gazową planetą. Nie chcąc przegapić rzadkiego widowiska obróciłem obiektyw teleskopu tak by móc je dokładnie obserwować.

Po dziesięciu minutach wypatrzyłem pierwszą z nich. Niebyła zbyt duża. Uroku dodawał jej jednak długi i cienki, skręcony w spirale warkocz, który na zbliżeniu ujawniał swą delikatną, zatopioną w zielonej świetlistej mgiełce strukturę. Zadumałem się nieco nad tym widokiem i byłbym przegapił moment jej „śmierci”, gdyby nie komputer który sopranem wyśpiewał wręcz wiadomość o drobnej zmianie kursu. Otrzeźwiony nagle błahą nowiną, ostatecznie zdołałem uwiecznić tamtą chwilę.

Kwadrans czekałem nim ujrzałem kolejne. Pojawiły się całą watahą tak jednak dziwaczną że z zaskoczenia oniemiałem. Było ich ponad trzy tuziny; stłoczone jedna przy drugiej okrążały się nawzajem pozostawiając za sobą wspólny ogon, długi ale niezwykle rozrzedzony. Owszem, widziałem już wiele podobnych układów, podwójnych, potrójnych, może nawet czterokrotnych ale nie czterdziesto! Cała misterna konstrukcja skupiało się wokół dwóch największych brył poruszających się w jądrze tego „czegoś”. Na zewnątrz śmigały dużo mniejsze które znów okrążane były przez jeszcze mniejsze, iście mikroskopijne jak na warunki kosmiczne. Przyglądałem się temu kosmicznemu dziwactwu i żałowałem tylko że spocząć musi pośród huraganów Hydri 1.

Była między nimi jedna bardzo odmienna. Gdyby nie stanowiła części tej międzygwiezdnej zgrai nie posądziłbym jej wtedy nawet o bycie kometą. Kształtem przypominała długie wrzeciono. Zadziwiło mnie że na zbliżeniach nie było widać na jej powierzchni nawet najmniejszych rys czy kraterów. W dodatku utrzymywała ciągle to samo położenie (zmieniała je tylko wtedy gdy groziło jej zderzenie z innym ciałem). Nie było jednak nawet śladu silników czy generatorów osłon, które mogłyby świadczyć że jest statkiem. Nic tylko gładka śnieżnie biała powierzchnia.

Czoło grupy stykało się już prawie z atmosferą kiedy stało się to czego nikt by nie przewidział. Quasi kometa zamiast pogrążyć się ze swymi towarzyszkami wykonała gwałtowny zwrot, w pełnym pędzie pognała ku lini terminatora i znikł przesłonięty tarczą planety.

Jako radykalny przeciwnik programu SETI III i poszukiwań obcych, inteligentnych form życia znalazłem się w kropce. Pośpiesznie przetrząsałem komputerowe katalogi statków żeglugi gwiezdnej. Komputer podał mi jako najbardziej zbliżony kształtem i wielkością model rakiety, wysłanej w kosmos przez ZSRR u zarania epoki wczesno-informacyjnej, więc bardzo dawno temu. Widziałem tylko dwa wytłumaczenia tej sytuacji, albo zwariowałem albo przypadło mi w udziale udokumentowane zdjęciami spotkanie z wytworem innej cywilizacji. Do pierwszej teorii jakoś trudno mi się było przychylić bo co najmniej niebezpieczną rzeczą jest stracić rozum o pięć lat świetlnych od najbliższych osad ludzkich. Druga zaś, choć sprzeczna z mymi dotychczasowymi poglądami niespodziewanie szybko zagnieździła się w wyobraźni. W rezultacie jednak otwarły się przede mną najbardziej niesamowite wizje. Gwiazdy na które raz po raz spoglądałem przestały mi się jawić jako bezpieczne przystanie myśli, bo im odleglejszym się przypatrywałem tym dziwniejsze światy stawały mi przed oczami. Zatraciłbym się zupełnie w natręctwie wyobraźni jakim było nadawanie kolejnym napotkanym na niebie świetlistym iskierkom planet i tworzeniu na nich rozumnych ras i cywilizacji, gdyby mojej uwagi nie przykuł mały błysk, bardzo podobny do tego jaki dają umieszczane przy uczęszczanych międzyplanetarnych trasach…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych