Sprawca (fragment IV)
Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Szpitalny korytarz bielił się złowrogo, a przesiąknięte lizolem powietrze utwierdzało w przekonaniu, że w tym miejscu się umiera. Mass zobaczył Hodorowskiego już z oddali. Rozmawiał on przez telefon dając całym sobą znaki, że jest zdenerwowany. – Tak – odparł. – Na bieżąco. I weźcie się nim zajmijcie. Komisarz zakończywszy rozmowę zwrócił się do detektywa: – Cześć, Sig. To bardzo miłe, że postanowiłeś tu przyjechać. Obawiam się jednak, że nie możemy nic zrobić. – To raczej oczywiste, nie jesteśmy lekarzami. Żarcik nie polepszył Johanowi humoru, choć próbował udawać, że tak właśnie się stało. – Wiadomo coś na temat tej zasadzki? – Eh – westchnął komisarz. – Cała ta sprawa od początku wydawała mi się śmierdząca, a teraz się tylko o tym przekonałem. Byliśmy wodzeni za nos. Jak dzieci daliśmy się nabrać. – Nabrać? – Tak. Mam na myśli manipulacje ze strony tych psycholi, których poszukujemy. Wszystkie ślady prowadzące do nich zostały podłożone przez nich. A biedny Adam stał się dla nich nitką. – Właśnie, co z nim? – Jest załamany, obwinia się za śmierć kolegów. Nie wiem czy kiedyś z tego wyjdzie. Gdybyś widział jego oczy zaraz po otrzymaniu informacji... Hodorowski westchnął. W jego umyśle toczyła się jakaś bitwa, a przynajmniej wyraz jego twarzy na to wskazywał. – Boję się – mruknął po chwili – że mamy w wydziale wtyczkę. Nie chcę posyłać ludzi na rzeź, a mam wrażenie, że tak właśnie będzie, gdy policja dalej będzie prowadzić śledztwo. – Johan... – Och, wiem, że proszę o wiele, prawdopodobnie o zbyt wiele, ale ta sprawa... To jest coś naprawdę poważnego. Mass, jeśli nic z tym nie zrobimy, wielu ludzi straci nie tylko życie. Tutaj detektyw się zastanowił. – Co masz na myśli? Komisarz zamierzał coś powiedzieć, ale zrezygnował, gdy przeszła obok nich pielęgniarka. – Nie jest to dobre miejsce na taką rozmowę. Chodźmy. Jak mówiłem, i tak dla chłopaków nie możemy nic zrobić. Gdy mężczyźni opuścili szpital, Johan ostatni raz rzucił okiem na drzwi, za którymi leżały ciała zamordowanych antyterrorystów. Gdy wyszli ze szpitala skierowali się do okolicznego parku, a tam zasiedli na najbardziej oddalonej od wszystkiego ławce jaką znaleźli. – Widzisz – rzekł Hodorowski – chodzi o to, że od jakichś dwóch lat współpracujemy z pewnym człowiekiem, po prostu świadkiem koronnym, pomagającym nam w rozpracowaniu ugrupowania, do którego należał. Jego członkowie każą nazywać się Odwróconymi, i niech mnie diabli jeśli nie są oni najzwyklejszą sektą. – Chyba jednak nie taką zwykłą, co? Johan przytaknął. – Tak, masz racje. Gdyby głosili tyrady o nadejściu dnia sądu ostatecznego i kazali sobie płacić aby to nie nastąpiło, nie byliby tacy źli, to znaczy wiesz, z zamknięciem ich nie byłoby problemu. Odwróceni jednak to coś innego. Nie dość, że ich ideały to pokręcony, za przeproszeniem, bajzel, to jeszcze gotowi są za to umrzeć. A przy okazji zabrać ze sobą każdego, kto zamierza im przeszkodzić. – No dobrze, co zatem takiego zrobili? Nie ścigacie ich chyba dlatego, że mówią coś niezgodnego z ogólnymi społecznymi konwenansami? – Z tego co wyjawił nasz świadek, ich przewodnią myślą jest odrzucenie, czy też odwrócenie się od materializmu. Stąd też ich nazwa. Świat widzialny traktują jako coś niższego i gorszego, w związku z tym trzeba nade wszystko pielęgnować sferę ducha. A to, co materialne najlepiej zniszczyć. – Och, nic zatem nowego. – Może i nie. Ale problem polega na tym, że jest to siatka, siatka na tyle duża, że ogarniać może nawet bardzo wysokie stanowiska. – Czekaj, czekaj – przerwał Mass, nieco się podśmiewując. – Sugerujesz, że banda fanatyków zamierza doprowadzić ludzkość na skraj zagłady? I faktycznie ustanowić świt dnia sądu ostatecznego? Johan czuł się bezradny. Przede wszystkim dlatego, że na miejscu detektywa myślałby tak samo. – Wiem, że brzmi to śmiesznie, ale jeśli przeanalizujesz pewne fakty, okaże się, że sprawa jest naprawdę poważna. Przez nich ludzie będą cierpieć, i to bardzo, a jeśli powtarzać się będą sytuacje jak sprzed parunastu dni, zrobi się naprawdę nieprzyjemnie. – To znaczy jakie sytuacje? – Pamiętasz jak odwiedziłem cię w twoim mieszkaniu wraz z Nutellem? Pokazaliśmy ci wtedy nagłówek o porwaniu profesora Ogonka. Zapytałeś potem o informacje o włamaniu do rządowego magazynu. Widzisz, to nie była sprawka młodocianych anarchistów. Mass pokiwał tylko głową. – Czyli, sumując, Odwróceni coś kombinują? – Porwanie Ogonka i ten włam to dopiero początek. Nasz świadek, choć nie jest w pełni władz umysłowych, to potwierdza. Jeśli ich nie złapiemy, może nie ludzkość, ale nasz kraj czeka katastrofa. Mass zamyślił się. Błądząc wzrokiem po zielonej okolicy, zatrzymał się na zażywającym kąpieli ptaszku. – Nie sądzisz – rzekł po chwili, nieustannie analizując usłyszane słowa – że trudno w to uwierzyć? –Och, oczywiście, że trudno w to uwierzyć, gdybym nie znał całej sprawy tak dobrze, jak znam ją teraz, po usłyszeniu takiej historii ogarnąłby mnie pusty śmiech. Ale, przyjacielu, ci ludzie istnieją i naprawdę nie mają zamiaru jedynie gadać o potrzebie zmiany. – Mhm – mruknął Mass, co lekko zdenerwowało komisarza. – W takim razie wiadomo o nich coś jeszcze? Na przykład skąd się wywodzą? – Chyba nie ma na świecie książki historycznej, w której znajdowałaby się o nich choć wzmianka, ponieważ, według naszego świadka, Odwróceni traktowani byli w środowiskach mistyków jako niedouczeni amatorzy. Nikt nie brał ich na poważnie, dlatego też nikt o nich nie pisał. A oni to wykorzystali i urośli przez wszystkie lata jak nigdy. Sigismund w dalszym ciągu obserwował taplającego się w kałuży ptaka. Komisarz kontynuował: – Podobno sami napisali swoją historię, jednak z oczywistych względów, nie sposób do niej dotrzeć. Nawet nasz świadek nie miał dostępu do pełnego kalendarium dziejów sekty. Zna jedynie podstawy przekazywane nowoprzyjętym, a i te są okrojone. – Z tego co słyszę, wiedza o nich jest tak ekskluzywna, jak tylko może być. – Oj tak. Wyobraź sobie, że nie tłumaczą nawet początków i przyczyn swego powstania. Jeśli chodzi o mnie, to wyjaśnienie tych kwestii jest pierwszą rzeczą konieczną do uczynienia, aby pozyskać nowe umysły. Mylę się? Sigismund pokręcił głową. Ku jego smutkowi, maleńki ptaszek odleciał. – W każdym razie, za najważniejszą dla siebie epokę uważają oświecenie, kiedy to ich spotkania odbywały się częściej i kiedy to nie trzeba było się aż tak bardzo obawiać o życie. Powstało wtedy dużo pism, z których korzystają podobno do teraz. Mass w duchu zaśmiał się, jednak fizycznie nie okazał żadnej emocji. – Zaś – kontynuował Johan, sięgając po papierosa – jeśli chodzi o książki, jest pewna pozycja napisana jeszcze w średniowieczu przez dwóch najznamienitszych członków, podobno mnichów, podawanych niekiedy jako ojcowie założyciele. Swoją drogą wyczuwasz ironie? Mass słuchał uważnie, tym razem całym sobą. – Księga ta zawierać ma w sobie wiedzę pozwalającą na osiągnięcie zbawienia, czy jakkolwiek to u siebie nazywają, a także przepowiednie w związku z przyszłością sekty. – Przepowiednie? – Tak. Niestety nasz świadek nie był w stanie określić ani jaka to przepowiednia, ani czego właściwie dotyczy. Czy właściwie, miałaby dotyczyć. Coś napomniał o zaszyfrowanym nazwisku nowego przywódcy, czasach dostatku i podobnych rzeczach. – Johanie, a orientujesz się może w jakim języku została sporządzona ta książka? – W żadnych istniejącym. Zresztą i tak więcej w niej obrazków niż tekstu. Mass złapał głęboki oddech. – Jeśli tak bardzo cię to interesuje, podam ci nawet jej tytuł. Niestety, ale jest ona nieosiągalna, zaginęła bowiem dawno temu. A nazywa się... – {i} Ugeg hami {/i} – dokończył detektyw. Hodorowski zamierzał zapalić, jednak szybko z tego zrezygnował. – Sigismundzie – powiedział tylko. – Czy jest coś, co chciałbyś mi powiedzieć? – Wygląda na to, że jest tego całkiem sporo.
***
Stary antykwariusz przepychał się pomiędzy licznymi grupami funkcjonariuszy policji, którzy badali, mierzyli i przeszukiwali jego przybytek. Szedł on w kierunku detektywa Massa, jedynej znanej mu w zastałych okolicznościach osoby. Gdy nareszcie udało mu sie wylawirować labirynt skupionych na wszelkich detalach ciał, rzekł: – Uhm... Panie Sigismundzie... Ja... Naprawdę doceniam pańskie zaangażowanie, ale czy to naprawdę konieczne? Detektyw wzruszył jedynie ramiona. Wcale staruszka nie słuchał, ponieważ znajdował się on w głębokim zamyśleniu. Oraz niepokoju. Chcąc jednak osiągnąć w sprawie progres, odłożył układanie diabelskich puzzli na potem. Serdecznie skinął na antykwariusza, udając się na poszukiwania Johana Hodorowskiego, który również się gdzieś w tym miejscu znajdował. Nie szukał zbyt długo. Jak zwykle zastał go rozmawiającego przez telefon. – Jasne, można było się tego spodziewać – mówił do słuchawki komisarz. – Ale dzięki za wszystko. Póki co, to tyle. Zakończywszy rozmowę, zwrócił się do Massa: – Chłopaki odwiedzili tę małolatę, o którejś wspominał. Jak ona miała? – Maggy Jurecki. – Właśnie. Wygląda na to, że nie dowiedzieliśmy się niczego, co można by dopisać do twoich notatek. No, może poza portretem pamięciowym. Sigismund uśmiechnął się. – Portret ten jednak – odparł komisarz – tak jak pewnie sobie wyobrażasz, nie jest jakoś specjalnie pomocny. Spójrz. Hodorowski sięgnął po telefon i pokazał obrazek, który agenci jakiś czas temu mu przesłali. – No – odparł Mass, patrząc na najbardziej zwyczajną ze zwyczajnych twarzy – zawsze to coś. – O ile ktoś taki naprawdę istnieje. Powiedz, celowo nie pytałeś tego dzieciaka o wygląd zleceniodawcy? – Tak się składa, że wiedziałem, iż jest to konieczność, będąca jednak do zrealizowania bardzo trudna. W moim mniemaniu zrobilibyście to lepiej, co, jak się okazuje, faktycznie zrobiliście. – Tak, zupełnie jakbyśmy dysponowali nieograniczonych czasem oraz nerwami ze stali. Mężczyźni parsknęli, choć w przypadku Sigismunda Massa było to raczej wymuszone kaszlnięcie. – W kwestii monitoringu też nie mamy rewelacji – ciągnął temat Johan. – Jak mówiłeś, widać jedynie tę dziewczynę. Facet wiedział jak się ustawić. – Analizowaliście godziny szczytu? Może widać na nagraniu kogoś podobnego do sporządzonej pamięciówki? – Ekipa z centrali właśnie to robi. Drugi raz. – Johan rozejrzał się przez chwilę, zupełnie jakby zapomniał na moment o śledztwie. – Chyba nie można tu palić, co? Mass nie odpowiedział. Znów się zamyślił. – Widzę, że coś cię gryzie. Chcesz pogadać? – Chodzi o to, że mam wrażenie jakbyśmy coś przeoczyli. Coś, co jest bardzo, bardzo blisko. – O czym dokładnie myślisz? – Ta sprawa... Zazębiło się to w zadziwiających okolicznościach. – Ha! – charknął komisarz. – Przyznaje, że faktycznie jest to dosyć niezwykłe. Dobrze się jednak złożyło, prawda? – Tego jeszcze nie wiem. Po prostu... Zaczynam dostrzegać pewną niepokojącą mnie zbieżność. – To znaczy? – Pamiętasz jak wspominałem, że w Ugeg hami jest jasna informacja, że demonów walczących z aniołami jest trzykrotnie więcej, czyli tysiąc osiemset piętnaście, prawda? – Prawda, pamiętam. – Otóż za mocno skupiłem się na teraźniejszej sprawie i przeoczyłem, że liczba ta ma związek z czymś, co wydarzyło się bardzo dawno temu. – Czyli? – Czyli z Derekiem Edgewoodem. Pamiętasz Dereka Edgewooda? Hodorowski jedynie skinął. – Skoro więc Ugeg hami z całą swą treścią stanowi świętość dla sekty Odwróconych, łącznie z takimi szczegółami jak liczba aniołów i demonów, i skoro Derek bez przerwy mamrotał przewagę złych, już teraz mogę założyć, że należał on do nich i pewnie z ich powodu mordował. Bardziej jednak niepokoi mnie co innego. Johan wydawał się zmieszany. Pokornie słuchał dalej. – Jakiś czas temu odwiedził mnie Aren. Wypytywał on o Dereka, a gdy powiedziałem mu o jego manierze powtarzania liczby, wyraz jego twarzy stał się bardzo zastanawiający. – Zaraz – przerwał nieoczekiwanie Johan. – Aren, nasz Aren Schuttenbach rozmawiał z tobą o sprawie Dereka Edgewooda? Po co? Zapanowało dziwne napięcie. – Przyszedł nieoficjalnie. Poprosił mnie o pomocą w jego znalezieniu, bo facet podobno rozpłynął się w powietrzu. Hodorowski zdenerwował się, poznać to można było po krwi napływającej do jego policzków. Drżącą ręką sięgnął po papierosa. Niewiele myśląc, zapalił. – Mass... Mogę ci ufać, prawda? Zresztą, szlag by to!, co ja gadam, oczywiście, że mogę ci ufać. Powiedz, co dokładnie chciał wiedzieć Aren? Mass mrużąc oczy poprawił okulary. Diabelskie puzzle poczęły płonąć. – Powiedział, że nie może zdradzić mi szczegółów, bo to ściśle tajne. Chodziło jednak o to, że znaleziono nowe dowody na Dereka, w związku z czym na zawsze można by go zamknąć. Wypytywał, czy podczas naszej sesji zdradził mi jakieś swoje ukryte miejsce, w którym schować by się mógł przed światem. Jak mówiłem, rozpłynął się podobno w powietrzu. – Czyli chciał go znaleźć? – Tak. – I, de facto, nie powiedział dlaczego? Sigismund nie odpowiedział. Nie musiał. – Chodź. Johan złapał detektywa za ramię, po czym wyszedł z nim z antykwariatu. Rozejrzał się dokoła, a gdy uznał, że sunący tłum jest wystarczająco daleko, zaczął mówić: – Sig, Derek Edgewood faktycznie nie figuruje w żadnym urzędzie, nie ma go na kamerach, ani nigdy indziej. Tak, rozpłynął się w powietrzu. Ponieważ postarała się o to policja.
***
Eve Schuttenbach patrzyła na swojego męża. Nie widziała jednak postaci człowieka rozmawiającego przez telefon, a sumę wspomnień i radosnych chwil, które dzięki niemu przeżyła. Kochała go bardzo, w zasadzie to najbardziej na świecie, przez co obdarzyła go najgłębszym możliwym zaufaniem. Wierzyła, że cokolwiek powie, cokolwiek zrobi, czymkolwiek by się zajął, poświęci sto procent swego ducha i uwagi, aby przynieść korzyść rodzinie. Razem bowiem, dawno temu, postanowili, że z chwilą poczęcia pierwszego dziecka, ich myśli, dążenia, pragnienia i cele podporządkowane zostaną właśnie tej wartości. Rodzina była dla nich wszystkim. Dawała im uśmiech i szczęście, dawała spełnienie i poczucie bezpieczeństwa, a przede wszystkim sprawiała, że życie Eve i Arena w istocie można było nazwać życiem. Teraz jednak coś się zmieniło. Jej mąż rozmawiał nerwowo, jego głoś był poszarpany, a gdy następował moment słuchania rozmówcy, przestawał robić cokolwiek. Słuchał, jak słuchać może kamienny posąg, co w mniemaniu Eve było raczej przerażające. Nigdy bowiem nie zdarzało mu się tak zatracić w jakiejś czynności, aby w jego oczach nie tliła się choć iskierka pamięci o rodzinie. A teraz jednak coś się zmieniło. – Rozumiem – odparł Aren, pełen powagi – z tym nie będzie problemu, gwarantuję. Zatem – tutaj spojrzał na zegar wiszący na ścianie, wskazujący akurat godzinę dwunastą piętnaście – do zobaczenia. Po zakończeniu rozmowy, policjant szykował się do wyjścia. Nie doszło jednak do tego, ponieważ stojąca nieopodal Eve go zatrzymała. – Wychodzisz do... Nie dokończyła, jak gdyby bała się usłyszenia pomyślanych słów. – Tak – odparł Aren bez namysłu. – Właśnie tam. Sprawy mają się coraz lepiej, sama zresztą widzisz, prawda? Mężczyzna nieco teatralnie rozłożył ręce, aby podkreślić, iż ma na sobie bardzo drogi, ekskluzywny garnitur, mający symbolizować splendor i dostatek, który ostatnimi czasy spłynął na rodzinę Schuttenbach. – Widzę – powiedziała udającym normalność głosem Eve – ciebie. I niech tak zostanie. Aren zagryzł zęby. Nie podobało mu się to zdanie, nie podobało mu się, że własna żona posądza go o wyrzeczenie się potrzeb rodziny na rzecz własnych. Nie mógł jednak nic z tym zrobić, dyskusja nie miała sensu, a o argumentacji swego stanowiska siłą nie mogło być mowy. Tym razem się do... Eh, co ja robię?, pomyślał. Aren odwrócił się i rozgonił przerażające go myśli. A przynajmniej starał się to zrobić, bowiem wizje stojące mu teraz przed oczami nie należały do szybkich i ulotnych. Sięgnął do klamki i otwarł wejściowe drzwi domu. Ku jego zdumieniu, u…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Massther
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…