Wróć do katalogu

Sprawiedliwa Kalumnia chaotycznych bytów

inteligentna opowieść o zagubionych ludziach, psychicznie chorych dewiantach, albo o duchach...

arcynik, opublikowano , 22 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Sosnowy las, środek lata. W tle rozbrzmiewa romantyczna muzyka. Pianino, skrzypce i chyba akustyczna gitara. Nie przysłuchuję się dokładnie. Godzina dwudziesta pierwsza dwadzieścia jeden, w sensie, że na ekranie. Jack jest przystojnym blondynem o perlistym uśmiechu i muskularnym ciele. Wiercę się na niewygodnym fotelu. Facet obok śmierdzi gorzej niż niektórzy bezdomni. Na ekranie pojawia się zbliżona twarz Jenny. Ładnie umalowany plastik o pustym spojrzeniu. Mam nadzieję, że gość obok nie zacznie się masturbować. Na pierwszy plan wychodzą teraz jej sztuczne cycki. Mogłam przeczytać recenzję przed pójściem do kina, albo zwiastun chociaż zobaczyć. W każdym razie całują się. Gość łapczywie pcha jęzor do buzi ukochanej, liże ją po ustach, szyi, twarzy. Gorzej niż mój pies. Wchodzą do samochodu. Zmiana perspektywy. Teraz widok jakby zza drzew. Pewnie jakiś psychol zaraz wyskoczy i ich zabije. Cięcie. Wschód słońca. Rozszarpane trupy w samochodzie? Nie. O dziwo żyją. Ona budzi się w pełnym makijażu i idealnie wyprasowanej sukience. Jego biała koszula również stan perfekcyjny. Mam ochotę zapalić. Wsiadają do samochodu. On jeszcze idzie siusiu. Ona otwiera schowek przypadkiem kolanem i pod nogi spada jej pordzewiała puszka po spreju. Myśli, że pusta, bo jakaś stara taka, ale ktoś na nią naklejkę dał z ładnie wykaligrafowanym napisem - sevofluran. Mówi głośno ten blond tępy kaszalot, że to pewnie jakiś lek jej kochanego Jacka. Tak. Lek na twoją głupotę maleńka. Blondyn wraca. Włącza radio. Jadą. Ktoś za mną puszcza głośno gazy. Odwracam się. Jakiś dzieciak. Wstrzymuję oddech i patrzę dalej. W radiu wiadomości. Przejęty spiker mówi, że ciągle poszukują siedemnastoletniej dziewczyny, która zaginęła dwa dni temu. Jack chce przełączyć, ale Jenny mówi, że nie. Jedynym śladem jest nasączona sevofluranem bawełniana chusteczka, na której prawdopodobnie są ślady szminki zaginionej. Jenny dochodzi do wniosku, że jej kochaś może mieć z tym coś wspólnego. Wyskakuje z samochodu bez zbędnych słów. Pewnie scenarzysta uznał, że wymyślona przez niego postać jest za głupia do nawiązania komunikacji werbalnej z partnerem w celu ustalenia, skąd ma ten cały sevofluran. Oczywiście mogłaby to zrobić na mieście. Ucieczka w środku lasu na podstawie poszlaki w czasie bezpiecznej jazdy do domu. Jesteś moją idolką, Jenny. Gość się zatrzymuje i ją goni. O dziwo jest jasno, a las niezbyt gęsty. Wygląda to trochę komiczniej, jednak Jenny sprytnie chowa się za jednym z drzew. Chwila napięcia. Jack rozpaczliwie wykrzykuje: o co chodzi? Co się dzieje? Dlaczego uciekłaś? W dłoni ma sprej z sevofluranem a w drugiej szmatkę, zapewne bawełnianą. Kolejna chwila napięcia. Jest tuż obok niej. Wyciąga telefon. Dzwoni a z jej torebki wydobywa się dźwięk. Są na tyle blisko, że Jack błyskawicznie doskakuje i odbiera jej przytomności. Wzdycham. Wiercę się. Pęcherz się odzywa. Ktoś z tyłu siorbie colę. Mam już dość. Wychodzę. Mogłam się umówić z kolejnym rozpaczliwie pragnącym seksu desperatem i ponabijać się z jego głupawych tekstów. Przynajmniej byłoby zabawnie. Słońce powoli zachodzi. Od domu dzieli mnie dwadzieścia minut spokojnego marszu. Skręcam w najmniej uczęszczane uliczki w nadziei poczucia chociaż nutki zagrożenia. Stare kamienice, opustoszałe drogi. Pozamykane okna i cisza. O to chodziło. Słyszę za sobą kroki. Rozglądam się wokoło. Pusto. Zwalniam nieco. Lekka adrenalina. Zbyt lekka. Cisza. Może ktoś się skrada i zaraz wyskoczy znienacka? Oby. Chcę adrenaliny bez względu na cenę. Zabójstwo, gwałt, pobicie. Jestem gotowa na wszystko. Ludzie mówili mi, że tak mi się tylko wydaje, że nawet nie mam tak żartować. Phi! Gówno wiedzą. Niechętnie dochodzę do głównej drogi nieopodal domu. Z irytacją spoglądam na swój nudny blok. Wchodzę do klatki. Otwieram drzwi. Parę szybkich skoków i jestem na pierwszym piętrze. Zaraz wejdę do dusznej kawalerki. Drzwi są uchylone. Zapomniałam zamknąć? Wątpię. Nerwowo otwieram je na oścież. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda tak jak przed wyjściem. Żadnych śladów na kafelkach. Buty równiutko ułożone, łazienka jak zwykle zamknięta, żeby moja kotka Urszula nie powywracała kosmetyków. Ogarnia mnie lekki niepokój, ale czy nie tego właśnie chciałam? Chyba tak, ale nie tutaj. Dom powinien być miejscem odpoczynku, nie chcę teraz niepotrzebnie się denerwować. Wchodzę do przedpokoju. Urszula powinna od razu podbiec, ale wita mnie przeraźliwa cisza. Może wyszła drzwiami? - Jest tu kto? - pytam i przeciągle bekam. Zapalam w łazience światło i szybkich ruchem otwieram drzwi. Zerkam na wannę, pralkę, sedes, dywanik, kubek ze szczoteczką do zębów, lustro. Wszystko w najlepszym porządku. Bez sensu. W sumie nie trzymałam w domu nic kosztownego i łatwego jednocześnie w transporcie. Może ktoś wszedł, uznał, że nie ma nic godnego uwagi i poszedł okradać bogatszych. Tylko gdzie Urszula? Oby była cala i zdrowa. Może śpi? Wchodzę zdecydowanie do pokoju i podskakuję, niemal dostając zawału. Na samym środku stoi zgarbiona staruszka. Jej twarz jest ogromnym skupiskiem zmarszczek z wyblakłymi, jakby martwymi oczyma. Rzadkie, śnieżnobiałe włosy ledwo sięgają ramion. Minę ma obojętną. Jest niska i strasznie chuda. - Co pani tu robi? - pytam i patrzę na jej nieproporcjonalne wielkie w stosunku do reszty ciała dłonie oraz obcisłe jeansy w kolorze rdzy. Dziwny gust czy prawdziwe zabrudzenia? Trudno ocenić. Na szczęście raczej nie ma w kieszeniach żadnej broni. Przynajmniej w przednich. - Czekam na ciebie - rzekła ledwie słyszalnie, niemal nie poruszając ustami. Drzwi frontowe wciąż są otwarte. Wyrzuciłabym tę dziwaczkę siłą, ale kto wie na co choruje? - Słuchaj. Nie znam cię. Nie obchodzi mnie, czy masz alzheimera czy inne dziadostwo. Wychodzisz, albo dzwonię na policję - zdecydowanie podniosłam głos. - Jak w ogóle tu weszłaś? - Hi,hi. Weszłam - stwierdziła tonem obłąkanej i ruszyła zdecydowanie w moim kierunku. - Wolnego - przesuwam się w stronę wyjścia. - Była tu gdzieś może moja kotka? Cała czarna taka... - Była. Jest pani naprawdę piękna. Miło było się spotkać - odrzeka kobieta i szczerzy bezzębne usta, ciągle idąc w moim kierunku. Cofam się za frontowe drzwi. Wychodzi za mną. - A gdzie pobiegła? - pytam. Słyszę kroki na schodach. Wzdycham z ulgą. Powiem, żeby zrobili coś z tą wariatką i idę szukać Urszuli. Pan Piotr schodzi z psem. Słodkim owczarkiem o przyjaznym usposobieniu. Wymieniamy obojętne „dzień dobry”. Chciałam coś dodać, ale staruszka zniknęła. Nie rozumiem. Stoję chwilę skonsternowana. Z pokoju dochodzi miauczenie. Bez zastanowienia wchodzę i zamykam drzwi.

*

Blade słońce zniknęło za pasmem ciemnych chmur. Pierwsze krople deszczu zaczęły umierać po zderzeniu z brudnym światem. Mogły tylko bezczynnie czekać na ciepło, które zamieni je w parę i wzniesie znów do nieba. Po chwili deszcz zaatakował pełnią sił, a jaskrawy piorun rozpoczął burzę. Ortalionowa kurtka nie przepuszczała wody, ale letnie adidasy nie miały tej zalety. Pierwszy grzmot wywołał uśmiech na mojej mokrej twarzy. Nie miałem zamiaru ubierać czapki ani kaptura. Pozwalałem zimnym kroplom zbierać się na włosach. Bezcelowo spacerowałem po najodludniejszych rejonach miasta. Trwoniłem czas na ucieczkach w przeszłość. Byłem księdzem. Powierzyłem życie Bogu. Byłem dobrym duchownym. Nie chodziłem do domów rozkoszy, nie uwodziłem kobiet, ani w żadnym wypadku dzieci. Ostro walczyłem z objawami zepsucia u współpracowników. Czasem zapaliłem trawkę, lub wypiłem za dużo wina, lecz czy można nazwać to poważnym grzechem? Nie sądzę. Szatan nawiedził mnie nieco później na przypadkowej ścieżce zdającej się drogą do prawdziwego raju. Zakochałem się. Przedłożyłem miłość ziemską nad Bożą i wziąłem ślub z kobietą, która po roku została matką mego pierworodnego syna. Mimo zmiany priorytetów, wciąż kochałem Boga, solennie prosząc go o pomoc w utrzymaniu rodziny. Nie zarabiałem wiele po opuszczeniu kościoła. Roksana miała tego dosyć. Wyjechała z dzieckiem za granicę. Na zawsze. Świat runął a ja stłamszony złego losu piętnem oddałem się mrocznym praktykom, o których wstydzę się nawet myśleć. Wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. Wszyscy opadliśmy, zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher. Ruszam zdecydowanie w kierunku kościoła. Spowiedź i szczery żal za grzechy, które niedługo znów popełnię. Leje coraz mocniej. Przyspieszam. Idę niemal po omacku. Uderzam w coś, domyślnie w kogoś, najpewniej kobietę, bo zapach uwodzący nagle dochodzi do mych nozdrzy. Zderzenie niczym w kiczowatym filmie. Ulewa nie ustaje, ale nagle wzrok mi się jakby wyostrza a ona nabiera realności i uświadamiam sobie, że ona kobietą jest i wyobrazić bym sobie mógł, że znienawidzoną uciekinierką jest i mógłbym ją ukarać za grzechy tamtej egoistki, która zabrała mi syna. - Oszalał pan? Prawie upadłam i cały płaszcz w błocie bym umazałam! - podnosi głos oburzona i chyba próbuje pełny obraz mojej twarzy wyłapać zza rzęsistych kropel deszczu, jakby ona również czegoś szukała. - Jest mi pan winny kolację - dodaje z uśmiechem. Oczy nasze przez chwilowe zetknięcie powiedziały sobie wszystko i zarazem nic. Powierzchowne pierwsze wrażenie. Nic więcej. - Oczywiście - odrzekam rozanielony, ale za niebiańską radością kryje się szatańska pokusa. - Może zjemy u mnie? - Nie słyszę! - rzuca i łapie mnie za rękaw. Idziemy pod najbliższy sklepowy daszek. - Tu przynajmniej nie zmokniemy - dodaje z uśmiechem. Patrzę na nią. Jest śliczna. Wygląda na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Kuszące, pełne usta, mądre oczy w bliżej mi nieznanym odcieniu brązu. Niemal kredowo blada cera przywodzi na myśl szlachetnie urodzone królewny z angielskich zamków. Wdycham świeże powietrze. Orzeźwia, jednak nie czuję jej zapachu. Jakby była zjawą wyłącznie wyzbytą materialnej powłoki, chociaż ciągle trzyma dłoń na mym ramieniu i ciągle wiem, że jest prawdziwa. Gdzie zniknęła woń, którą emanowała podczas zderzenia? Może odurzony jej wspaniałością przestałem już rozróżniać wszystko, albo przypadkowe zderzenie było zesłanym mi przez Boga znakiem uwypuklonym eteryczną mocą? - Powtórz trochę głośniej. Nie usłyszałam cię - mówi. Jej włosy są kompletnie przemoczone podobnie jak szara tunika, spod której widać wyraźnie pokaźne i jędrne piersi, a nie żadne szarlatańskie push-upy. - Chciałem powiedzieć, żebyśmy zjedli u mnie. Nie jestem odpowiednio ubrany do restauracji i... - Jutro - przerywa mi zdecydowanie. - Nie mam dziś głowy na nic, wszystko jakoś tak pędzi, mija zbyt szybko, muszę odpocząć. Podasz numer? - Jasne - mówię i dopiero teraz zauważam jej monstrualne źrenice, niemal w pełni przykrywające tęczówkę. Przed chwilą wydawały się normalne. Twarz przez…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych