Stanisław&Fred:Jak Siergiej poznał Stanisława czyl
Jak właściwie Siergiej poznał Stanisława? I dlaczego w Warszawie pingwiny nie jeżdżą autobusami?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Historia owa działa się parę lat temu. I jestem pewien, że o niej słyszeliście.... Jednakże byłe to na tyle "parę lat", że najprawdopodobniej jej nie pamiętacie. Ale to dobrze. Przedstawiła ją każda gazeta i każdy dziennik telewizyjny w kraju, każdy z trochę innym wytłumaczenie tego, co się stało. Każdy z nich rozwodził się na temat japońskiej taksówki z pingwinem w środku. Każda gazeta/stacja telewizyjna miała trochę inne wytłumaczenie tego, skąd owy pingwin, w dość egzotycznym, jak dla niego, pojeździe, znalazł się w Pałacu Kultury w Warszawie. I to nie na parterze. Niestety w każdym wytłumaczeniu zabrakło podstawowego elementu. Stanisława. W tym zgiełku jaki tam panował nikt nawet nie zwrócił uwagi na tego skulonego i zmarzniętego nauczyciel historii ściskającego w ręku dużą torbę... A szkoda bo klucz do tej zagadki posiadał nie kto inny jak właśnie on. Ale pozwólcie, że cofnę się z tą historią trochę w czasie i również zmienię miejsce. Sala była ciasna i ledwo mieściła trzy osoby, które tam się znalazły. A byli to: członek rządu rosyjskiego, jego ochroniarz oraz Siergiej. Zabawne, ale wśród wysoko postawionych urzędników można zawsze dostrzec dość ciekawą prawidłowość... Nie ważne jak ciasno i nie wygodnie miałoby być, nie ważne jak idiotycznie będzie to wyglądało... Oni zawsze będą siedzieć przy wielkim biurku, które spokojnie mogłoby robić za pas startowy dla całej eskadry bombowców. I tak też było tym razem. Urzędnik ledwo mieścił się przy tym biurku, a ochroniarz niemalże na nim stał, by tylko wszyscy bez problemu pomieścili się w pokoju. A chodziło o to, by wywrzeć na Siergieju odpowiednie wrażenie... A kimże był Siergiej? Och! Najlepszym zabójcą w Rosji! Nikt nie potrafił wykonać zlecenia tak jak on. Zawsze mu się udawało, nawet gdy z góry było przesądzone, że jest to misja samobójcza. Gdyby nie fakt, że był Rosjaninem na usługach rządu rosyjskiego powiedziałbym, że prawdziwy z niego Amerykanin. Bo czyż nie takich ich znamy z telewizji...? Jednak jak to się działo, że nigdy nie został nawet draśnięty? Nigdy nawet nie ułamał mu się drobny fragment paznokcia. Nigdy. Jednak o takie rzeczy lepiej nie pytać. Czasem po prostu lepiej nie wiedzieć, bo ci, co są zbyt dociekliwi, źle kończą.... Taką zasadę wyznawał Siergiej i dlatego miał tylko wykształcenie podstawowe. Raz jednak ktoś był dociekliwy aż nadto i wprost zapytał Siergieja, jak on to robi? - Jak to robisz? – zapytał o czym już wspomniałem. - Jeśli ci powiem będę musiał cię zabić – rzekł swym jak zwykle beznamiętnym głosem. - Dobrze – odrzekł rozmówca. Był pewien, że to jeden z tych tekstów wzorowanych na tych bzdurnych kapitalistycznych filmach. - Jestem nieśmiertelny – po czym go zastrzelił. Z tego dialogu można wywnioskować dwie bardzo ważne rzeczy, które tak zacny czytelnik jak Ty na pewno wyłapał: Po pierwsze Siergiej był nieśmiertelny, a po drugie - zawsze mówił prawdę. A jak to się stało, że był nieśmiertelny? Nie mi wiedzieć... To pewnie jeden z tych dowcipów Matki Natury, która dała Amerykanom największy kraj na świecie, a zabrała rozum. Potrafiła czasem być naprawdę zabawna.... - Mamy dla ciebie kolejne zadanie towarzyszu Siergieju. Macie zabić egzorcystę zwanego Stanisław. - Ale ja zawsze pracuje sam – nigdy nie mógł zrozumieć tego zwracania się w liczbie mnogiej. - Co? – polityk najwyraźniej był zbity z tropu. - Mówię, że pracuje sam. Poza tym nikogo więcej tu nie ma, więc zwracanie się do paru osób.... - Wiem, że was jest tylko jeden! – zwrócił się dość nie gramatycznie. - Nas? A, już rozumiem.... - Mniejsza z tym. Ten zachodnio-kapitalistyczny wróg społeczny klasy robotniczej..... o czym to ja...? – jak widać politykowi nie służyły zwyczaje rosyjskie, polegające na rozciąganiu zdań w nieskończoność.- A tak! Otóż dopuścił się aktu przeszkodzenia we wskrzeszaniu wiecznie żywego.....- zastanowił się nad sensem wskrzeszania czegoś co jest wiecznie żywe - aktu PRZEBUDZANIA wiecznie żywego towarzysza Lenina. Za to musi zginąć! Siergiej nie zadawał więcej pytań. Właściwie nigdy ich nie lubił. Pytania - po co one komu?
Tymczasem w Polsce, w mieście gdzie mieszka Stanisław....
Siedział przy stole i czytał list. Po raz drugi. Nie, żeby go nie zrozumiał za pierwszym razem, czy coś w tym stylu.... Ale to po prostu był specjalny list. List z gratulacjami. List pochwalający to czego dokonał. Powstrzymał Rosjan przed przebudzeniem Lenina i zajęciem Polski po raz już chyba setny w historii naszej wspaniałej ojczyzny. A do tego otrzymał drugie zlecenie.... Zawsze wiedział, ze z pensji nauczycielskiej się nie utrzyma i wszystko wskazywało na to, że właśnie znalazł sobie dodatkową pracę. Egzorcyzmy i tego typu rzeczy. Niebezpieczne, ale za to jak dobrze płatne! W liście było napisane, że natychmiast musi udać się do Warszawy do Pałacu Kultury i Nauki. Na ostatnie piętro, gdzie ponoć zadomowił się jakiś paskudny demon. Ot, zwykłe zlecenie. Spakował rzeczy i udał się na pociąg....
Tymczasem na Biegunie Północnym....
Podreptał do najbliższej górki ze śniegu. Przyjrzał jej się, a gdy był już pewien, że jest bezpiecznie, rzucił się na nią. Bo z górkami ze śniegu nigdy nic nie wiadomo. Z tego co wiedział od rodziców, rzucenie się w górkę ze śniegu, która nagle okaże się górką z niedźwiedzia polarnego, kończyło się źle w jedenastu na dziesięć przypadków. Nie był dobry z matematyki – jak każdy pingwin – ale taka statystyka pokazywała wystarczająco wyraźnie, że działo się tak często. Podbiegł do drugiej górki ze śniegu i zrobił tak samo. Po prostu to uwielbiał. Ty czytelniku możesz to uznać za nudne... Ale gdybyś całe życie miał spędzić tam, gdzie jest ciągły mróz, a wszystko jest białe, zapewne też czerpałbyś niesamowitą radość z tak przyziemnych rzeczy jak skakanie w kupki śniegu. Podbiegł do następnej kupki mijając po drodze coś żółtego, co właśnie pojawiło się i... Stanął. Coś żółtego? [ określam to mianem koloru żółtego gdyż my go znamy. Pingwin pomyślał natomiast: “Coś nie białego?”] Był niemalże pewien, że tego tu nie było. Może jeden z tych nie białych niedźwiedzi o których opowiadali dziadkowie? Może jednak istniały naprawdę, a nie była to opowieść starców którzy tego pamiętnego lata najedli się ryb z jeziora gdzie sikają niedźwiedzie [pingwiny nie wiedzą, ze mocz niedźwiedzia ma właściwości halucynogenne. Naprawdę]. Nie mniej schował się za kupkę śniegu i obserwował to coś. Drzwi się otworzyły i na śnieg wypadł jakiś japończyk [tego oczywiście pingwin też nie wiedział] po czym zaczął wykrzykiwać coś w swoim języku. Nie powtórzę wam, co krzyczał gdyż tego języka nie znam. Pobiegał trochę dookoła wyrzucając w niebo śnieg, jakby go nigdy nie widział na oczy, po czym rzucił się na zaspę. I w tym momencie wydarzyło się parę rzeczy. Po pierwsze niedźwiedź polarny, który spał ,zaczął się budzić, gdyż coś bardzo hałaśliwego nie dawało mu się wyspać. Po drugie japończyk trafiając w zaspę zorientował się, że zaspą to coś z pewnością nie jest. Po trzecie niedźwiedź poczuł się naprawdę zły gdy coś uderzyło w jego plecy. Po czwarte japończyk został zjedzony przez niedźwiedzia. Tak oto się kończą zabawy na śniegu, gdy w dzieciństwie nie było się nauczonym rozpoznawać zamaskowanych niedźwiedzi polarnych....
***** Stanisławowi podróż do stolicy minęła bardzo szybko. Podstawą było wybieranie odpowiedniego przedziału by nie trafić na zrzędliwych ludzi. Teraz jednak musiał jeszcze zrobić zakupy więc udał się do jednego z hipermarketów gdzie ponoć można było kupić wszystko. I faktycznie. Był to prawdziwy raj dla osób, które potrzebują kupić pełno rzeczy, z których tak naprawdę nigdy nie skorzystają. Siergiej nie miał tyle szczęścia. Pociągami raczej nie podróżował, a więc nie miał doświadczenia w wybieraniu odpowiedniego przedziału do podróży. Wybrał ten, w którym jechała matka z dzieckiem, zakonnica oraz jakiś punk. Wybuchowa mieszanka. Dziecko zaczęło płakać, matka je uspokajać, punk słuchał muzyki niby za pomocą słuchawek jednak była tak głośno nastawiona, że równie dobrze mogła lecieć z głośników. Podróż w żadnym stopniu nie była miła. Chyba tylko cud sprawił, że wszystkich nie pomordował.... Po około dwudziestu godzinach wysiadł na peronie w Warszawie. Było brudno. Śmierdziało. Czuł się jak w domu. Skierował się do toalety, żeby zmienić przepoconą koszulkę. Ku jego szczęściu punk z jego przedziału też się tam skierował. Może jednak odreaguje tą podróż w jego towarzystwie... Trochę mu się zakrwawił podkoszulek, ale i tak miał go zmienić, więc to żaden problem. Wyszedł z toalety. - Hej! Panie! – ktoś go zawołał. - Słucham? – zwrócił się w stronę bezdomnego, który siedział pod ścianą. - Wrzuci pan parę złotych? - Nie. - Czemu? - A czemu miałbym wrzucić? – po czym skierował się do wyjścia. Bezdomny zaczął się zastanawiać nad tym pytaniem. Było jak najbardziej trafne. Miał przygotowane setki odpowiedzi na rzeczy w stylu “bo nie mam”. Ale takie pytanie padło po raz pierwszy... Jeszcze nie wiedział, ale był to punkt zwrotny w jego życiu. Za jakieś pół godziny wpadnie na pomysł jak rozwiązać problem głodu na świecie. I dzięki temu pomysłowi byt ludzi na ziemi się poprawi, a on zostanie milionerem... No, a raczej mogłoby tak być bo zaraz po wybiegnięciu ze stacji wpadnie pod samochód i zginie na miejscu. Życie bywa zabawne.... ha, ha, ha.
Tymczasem na biegunie....
Niedźwiedź polarny odszedł w inną część lodowego pustkowia z nadzieją, że może tam się wyśpi. Dodatkowo ten śmieszny pingwin o żółtawym odcieniu był chyba ciężkostrawny. I do tego zbyt żylasty. Pamiętał czasy gdy był młody. Wtedy dopiero były pingwiny.... Natomiast nasz mały przyjaciel, który czekał aż odejdzie niedźwiedź, podbiegł w swój pingwini sposób do taksówki. Zajrzał do środka. Było tam ciepło i było dużo mrugających rzeczy, a pingwiny po prostu kochają mrugające rzeczy. Oczywiście nikt o tym nie wiem gdyż na biegunie nie ma mrugających rzeczy więc nikt nie widział jak pingwin może godzinami w takie coś się wpatrywać. Ten miał właśnie taki zamiar. Wejść do środka i patrzeć. Tymczasem podbiegły jeszcze dwa pingwiny i weszły do środka. One też lubiły jak coś tak uroczo mrugało. Natomiast wszystkie trzy nie lubiły jednego – dzielić się tak wspaniałymi doznaniami. Jeden przez przypadek zatrzasnął drzwi, drugi popchnął trzeciego, który upadł na jakiś guzik. Taksówka zniknęła. Stanisław zawsze chciał przejechać się tramwajem niestety w jego mieście ich nie było. Teraz natomiast mógł nadrobić te zaległości. Wsiadł więc do jednego w nadziei na dobrą zabawę. A zabawa miała być przednia... - Bilet do kontroli – zagadnął ktoś z tyłu. - Proszę – Stanisław podał mu swój. - Oj nie dobrze... To bilet z barankiem. - Słucham? – nasz bohater główny poczuł się zbity z tropu. - Bilet z barankiem. Znaczy się wrześniowy. Teraz mamy październik. Obowiązują bilety z krówkami. Takimi łaciatymi, proszę nie mylić z krówkami bez łat. Te bilety obowiązywały w maju. - A ja głupi chciałem wziąć bilet z indykiem....- zadrwił Stanisław. - Oj nie! Te były w czerwcu... Ale indyk duży czy mały? – widać słowo “ironia” było mu obce. - Nie ważne – Stanisław odwrócił się do niego plecami. - Ja nie skończyłem! – będzie kara pieniężna! - Ta młodzież dzisiaj! – odezwała się jakaś staruszka. To, że Stanisław był po trzydziestce nie miało znaczenia. Dla niej i Napoleon musiał być młodzikiem... W całym tramwaju wywiązała się dyskusja na temat Stanisława, który miał bilet z barankiem. - A te buty! Te buty! – ktoś powtórzył by wszyscy mogli spojrzeć. – Kto takie nosi?! Toż to modne dwa lata temu było! I zaczęła się krytyka jego stroju. Po chwili już cały wagon krytykował. Strój, fryzura, spojrzenie etc. Gdy tylko tramwaj się zatrzymał Stanisław wyskoczył szybko na ulicę. Słyszał, że ci w stolicy są dziwni, ale nawet nie podejrzewał, że aż tak.... Wszystkich mieli za gorszych. Jednak jego horror się jeszcze nie skończył. Cześć ludzi wyskoczyła za nim i zaczęła krytykować to jakim tchórzem jest. Ruszył biegiem. Oni za nim. Z ulicy zaczęli przyłączać się ludzie korzystając z okazji na krytykowanie bliźniego. Zdaje się, że tak wyglądała rozrywka całej stolicy: - Kochanie pójdziemy dziś do teatru? – mówiła żona. - A może pójdziemy na spacer z nadzieją, że tłum będzie krytykował jakiegoś nie tutejszego? Przykre, ale bardzo bliskie prawdy. Tak czy inaczej Stanisław nie miał czasu rozwodzić się na takie tematy. Uciekał. Goniła go stolica i nie miała zamiaru łatwo się poddać. Nie gdy gonili kogoś w jasnych butach co teraz w ogóle nie było w modzie. - Kretyn! Biega jak kaczka! – krzyknął jakiś dziadek. Stanisław pędził dalej. Skręcił w boczna uliczkę jednak to za mało by zmylić wygłodniały tłum. Dziadek, który tak na niego krzyczał padł w krzaki. Dostał zawału. I dobrze mu tak..... Tymczasem nasza zwierzyna skręciła do szaletu miejskiego. - Musi...mi...pan pomóc... Oni mnie gonią! - Biedny....…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kjz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…