Wróć do katalogu

Starsza kobieta i kot

o tym, jak nie okazuje się sobie miłości, i jak często pomagają nam anioły...

Robak LTD, opublikowano , 15 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rockwood było wielką metropolią. Życie płynęło tu szybko i anonimowo. Każdy gonił za swoimi sprawami, nie interesując się losem innych. Światek przestępczy rozwijał się w błyskawicznym tempie. Jak to bywa w każdym wielomilionowym mieście, tak i tu przeplatały się nie tylko wszelkie możliwe statusy społeczne, lecz można było poznać cały wachlarz kultur, reprezentowany przez mniejszości etniczne z całego świata. Ekscentryczne ubiory i dziwaczne zachowania przestały intrygować mieszkańców, którzy przywykli do specyficznej mieszanki socjologicznej, w której żyli. W efekcie nikt nie zwracał uwagi na ulicznych przestępców, a kiedy ci opanowali nieraz i całe dzielnice, prości ludzie bali im się sprzeciwić. Jednak miasto miało też swoje dobre strony. Jeśli ktoś potrafił zatrzymać się w biegu i przez chwilę popatrzeć na zapierające dech w piersiach obrazy, rozciągające się przed oczami w najmniej spodziewanych miejscach, dostrzegał piękno życia codziennego i drobnych gestów. Tak właśnie na Rockwood patrzyła Mary Hatchling, osiemdziesięciopięcioletnia wdowa mieszkająca w czteropiętrowym bloku przy Corner Street. Nie miała dzieci, a jej mąż odszedł siedem lat temu. Od tamtej pory żyła zupełnie sama w jednym z niewielkich lokali na parterze. Miała ustalony plan dnia, którego ściśle przestrzegała od śmierci Gary’ego. Wprowadziła tylko niewielkie i konieczne zmiany. Codziennie rano budziła się około godziny szóstej. Przez następne pół godziny pozostawała w łóżku, wpatrując się w okno i w ciszy kontemplując kolejny dzień. Kiedy już wstała, otwierała drzwi balkonowe i szła do kuchni, by przygotować sobie śniadanie. Zazwyczaj zjadała je w wygodnym fotelu stojącym przed telewizorem. Wtedy też odwiedzał ją jej jedyny gość, bury kot, którego nazwała Mruczkiem. Przychodził, by zjeść wsypaną do miseczki specjalną suchą karmę i położyć się wygodnie na kanapie. Po pracowitej nocy potrzebował się wyspać. Ilekroć Mary próbowała go dotknąć uciekał, więc szybko nauczyła się zostawiać kota w świętym spokoju. Czasem siedzieli na przeciwko siebie i godzinami patrzyli sobie w oczy. Bury kocur wówczas głośno mruczał i ugniatał dywan łapkami. W zupełnie cichym mieszkaniu brzmiało to jak praca silnika olbrzymiego traktora. Kiedy o jedenastej Mary wychodziła na zakupy, Mruczek również gdzieś znikał. Ona zaś powoli przemierzała drogę do małego, osiedlowego sklepiku. Szła wzdłuż Corner Street i skręcała w Magnolia Crescent, ruchliwą uliczkę. Zaraz po prawej stronie znajdował się supersam, w którym staruszka kupowała chleb, trochę owoców, masło oraz wędlinę. W drodze powrotnej miała w zwyczaju przystawać i rozmawiać z napotkanymi znajomymi. Choć była przygarbiona i chodziła o lasce, przygłuchła już mocno i znacznie pogorszył się jej wzrok, zachowała bystrość umysłu. Niepozorna, lecz uważna obserwatorka rejestrowała wszelkie zmiany w jej zakątku wielkomiejskiej dżungli. Jeśli pogoda dopisywała, Mary wracała do domu okrężną drogą, kuśtykając pośród bloków oraz domków jednorodzinnych wybudowanych na niezbyt zamożnych przedmieściach. Od czasu do czasu, uprzednio odniósłszy zakupy, wsiadała w autobus i wybierała się na wycieczkę. Po powrocie przygotowywała sobie jedzenie. Przeważnie były to kanapki, ponieważ ręce tak się jej trzęsły, że bała się gotować. Po południu, w okolicach godziny szesnastej, pojawiał się Mruczek. Dostawał wtedy porcję świeżego mięsa, starannie pokrojonego w drobne kostki. Zostawał aż do wieczora, obserwując Mary oglądającą jakiś serial w telewizji bądź czytającą książkę. Popołudnia upływały im miło, choć w milczeniu. Obojgu samotnikom wystarczała sama obecność drugiej istoty. Mary jadła kolację o dwudziestej trzydzieści. Częstowała kocura najbardziej smakowitymi kąskami z własnego talerza. Później, po serii przeciągnięć, Mruczek znikał za balkonowymi drzwiami, kołysząc ogonem na pożegnanie, a Mary brała kąpiel i kładła się spać. Tak mijał im dzień za dniem, zarówno w lecie jak i w zimie. Może z tą różnicą, że w zimie kot dłużej pozostawał w ciepłym mieszkaniu. Żadne z nich nigdy nie zmieniło swoich zwyczajów, nawet kiedy Mary chorowała. Czas upływał leniwie, o czym orientowali się dopiero wtedy, gdy zmieniały się kolejne pory roku. W chwilach zdumienia razem wyglądali przez okno na przeobrażający się świat. Trwało to w ten sposób przez trzy cudowne, długie lata, aż w końcu nastał dzień dzisiejszy, dwunasty sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku. Mary, jak zawsze, obudziła się o szóstej. Wskazówka zegara przesuwała się leniwie, jednak staruszka, zamiast spoglądać na kołyszące się na wietrze drzewa, kierowana niepokojem, wstała natychmiast i przygotowała sobie pożywne śniadanie, którego wszak nie tknęła. Nie podobał się jej ten ucisk w brzuchu ani przyspieszone bicie serca. Włączyła telewizor w salonie i otworzyła drzwi prowadzące na balkon. Jednak nie potrafiła się skupić na porannym programie, wciąż przyłapując się na zerkaniu do ogródka. - Głupstwo, przecież Mruczek przyjdzie dopiero za godzinę – powiedziała do siebie. Mimo wszystko, nie potrafiła przestać się denerwować. Wzdychała ciężko za każdym razem, gdy niewzruszony zegar wskazywał, że upłynęło zaledwie pięć minut. Z trudem podciągnęła kolana pod brodę, obejmując nogi rękami. Wreszcie, zdawałoby się po całych latach, z maleńkiego okienka wyskoczyła kukułka, by radosnym ćwierkaniem oznajmić, że nastała godzina siódma. Mary niecierpliwie poprawiła się w fotelu i znacząco wpatrzyła się w swój balkon, lecz kot nie przychodził. Z rosnącym niepokojem czekała na cichy dźwięk pazurków drapiących drzwi, żeby uchyliły się szerzej, na gładkie i miękkie futro wślizgujące się do pokoju i na duże, złociste oczy, witające ją z zadowoleniem. W miarę upływu czasu coraz trudniej przychodziło jej spokojne siedzenie w fotelu. Czas dłużył się niemiłosiernie, każda minuta wydawała się wiecznością. Kiedy niepokój osiągnął swoje apogeum, a było to o godzinie siódmej trzydzieści sześć, Mary wstała z fotela najszybciej, jak zdołała. Starannie zamknęła wszystkie okna, wciąż oglądając się na to balkonowe w nadziei, że zobaczy w nim ukochany pyszczek. Nic takiego jednak się nie wydarzyło i, posłuszna instynktowi, podreptała do przedpokoju. Trochę czasu zabrało jej ubranie butów. Spuchnięte i zdeformowane już stopy, przy pomocy długiej łyżki, wepchnęła w wygodne, skórzane półbuty. Trzęsącymi się, niezdarnymi palcami zawiązała sznurowadła. Zżymała się w duchu na swój podeszły wiek. Los był dla niej łaskawy i uchronił ją od wielu chorób, także tych cywilizacyjnych. Na starość wcale nie przytyła, wciąż miała zgrabną sylwetkę – pomijając fakt, że chodziła mocno przygarbiona. Siwe włosy opadały jej wokół twarzy, błękitne, prawie zupełnie pozbawione koloru oczy, w których teraz czaił się strach, po raz ostatni zwróciły się w stronę balkonu. Mary westchnęła ciężko i wróciła do drzwi wejściowych. Ręka odnalazła starą i wysłużoną laskę i chwyciła ją z siła wręcz zadziwiającą jak na tak kruchą i delikatną kobietę. Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak mocno ściska kawałek drewna. Zmiana dziennego rozkładu wytrąciła ją z równowagi, lecz to było niczym w porównaniu z emocjami, jakie zalały jej duszę, zbliżając ją do niebezpiecznej granicy. Troska, jaką przejawiała, zajmując się Mruczkiem, zdawała się zastępować jej miłość do męża. Biedne serce od przeszło siedmiu lat nie czuło tak wielu lęków. Wyszła na klatkę schodową, omal nie zapominając zamknąć za sobą drzwi.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych