Wróć do katalogu

Stos pierwszy, stos ostatni

Templariusze - największa zagadka średniowiecza

Winrich, opublikowano , 20 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Stos pierwszy, stos ostatni

Dym był gryzący i zmuszał do przymrużania oczu. Akurat wiatr wiał prosto w kierunku zebranego tłumu, a specjalnie zawilgocone grube sosnowe bierwiona wydzielały wielkie ilości czarnego, pachnącego smołą dymu. Zaprawdę zgromadzone na wąskim placyku tłumy musiały w tym momencie rzeczywiście sądzić, że oto dokonane tutaj zostaje prawdziwe oczyszczenie zbłąkanej, grzesznej duszyczki, a cuchnący piekłem dym był tego najlepszym dowodem. Jacob de Valois – Wielki Wtajemniczony Zakonu Świątyni nie mrużył jednak powiek. Jego siwe oczy przenikały przez zwały kłębiących się czarnych oparów. Patrzył wprost w przykurczoną niezmierną trwogą twarz męczennika. Chciał mu w ten sposób dodać odwagi. Tylko tyle mógł jeszcze zrobić dla swego młodego konfratra. Być przy nim w chwili śmierci! Strasznej śmierci! Jacob doskonale wiedział, jak powolne może być konanie na stosie przygotowanym przez straszliwych pachołków Wilhelma de Nogaret. Był zaś zupełnie pewny, że to on właśnie stał za tym wszystkim. Że to on podjudził tłum do oskarżeń rzucanych na biednego brata Gotfryda de Charnay. Teraz też pewnie chuderlawy legista krył się gdzieś w ponurym kręgu sług inkwizycji i z dala przyglądał agonii swojej ofiary, której stary templariusz nie potrafił obronić. Jacob spuścił oczy zawstydzony swoimi myślami. Natychmiast je jednak podniósł. Jego współbrat potrzebował pomocy! Jedynej, na jaką w tej chwili było go stać. Starcze oczy templariusza zamgliły się od dymu, który wpadał wprost w nie. Nie zamknął ich jednak. Patrzył! Patrzył, starając się złowić gasnące spojrzenie wijącego się w straszliwych mękach brata Gotfryda. I wreszcie w ostatniej chwili jego życia mu się to udało! I wtedy sam zapłakał płaczem bez łez, nie słysząc już obrzydliwego wycia rozwrzeszczanej tłuszczy, która wpadła w prawdziwy amok, podniecana do tego przez kilku ubranych w czarne grube opończe ludzi. Jacob dobrze ich znał! Z okrutnymi ludźmi Ciemnego Władcy w ostatnich czasach mierzył siły niejeden raz. Na wąskim placyku przed dormitorium czekał na niego zasępiony brat Malachiasz, z którego grobowej miny Wielki Wtajemniczony wywnioskował, że śmierć brata Gotfryda to nie jedyna zła wiadomość, która go czekała tego dnia. Był do tego ostatnimi czasy zresztą przyzwyczajony! Złe wieści stały się codziennością. Po zwycięstwie czeskiego króla Przemysła Ottokara nad siłami popieranego przez templariuszy margrabiego Ludwika zwanego Rzymskim losy cesarskiej korony, a co za tym idzie i świata, zdawały się być przesądzone, chociaż stary Jacob wierzył jeszcze w odmianę losu. Dla samego Zakonu Świątyni nadeszły również ciężkie czasy. Mnożyły się oskarżenia wobec braci! A to o nieprzestrzeganie kościelnych przykazań i zakonnej reguły! A to o zadawanie się z miejskimi dziewkami. Ale najgorsze były te oskarżenia, które cichcem rozsiewali ludzie Nogareta! Czuć bowiem w nich było najgorszą herezją. A po cichu sprzyjał im także młodziutki król Filip, któremu pachniały coraz bardziej skarby zgromadzone przez Ubogich Braci, w czym zaciekle utwierdzali go legiści, zaprzysięgli wrogowie Zakonu. I mimo niechęci do czeskiego namiestnika Ciemnego Władcy francuski monarcha udawał, że wierzy w plotki o szerzącym się wśród templariuszy kulcie żabiogłowych i kociogłowych stworów. Templariuszom źle się wiodło zresztą nie tylko we Francji, gdzie już jedynie upór nowego wielkiego mistrza Jakuba de Molay podtrzymywał ich wpływy w zamkach nad Sekwaną i Loarą. Równie źle było na terenie Rzeszy. Tutaj jeno na ziemiach podległych Henrykowi księciu saskiemu, jedynemu już wrogowi zwycięskiego Przemyślidy, egzystowały z wielkim zresztą trudem komandorie bractwa. Na poparcie mogli jeszcze liczyć na północy, gdzie niechętny Przemysłowi krakowski Piastowicz Władysław zwany Łokciem po wygnaniu ze swego władztwa czeskich starostów wezwał na pomoc braci z czerwonym krzyżem na płaszczu, którzy na dodatek mogli zawsze liczyć na swych pobratymców z Zakonu Maryi. Dzięki temu udało się odeprzeć siły Ciemnego Władcy od wrót Bałtyku i przynajmniej tam na razie nie groziło poważniejsze niebezpieczeństwo. Za to tam, gdzie dotychczas wpływy templariuszy wydawały się niezachwiane, nagle zaczęło się dziać źle. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów Strażnikiem Grobu Świętego w Jeruzalem został mianowany przez Rudolfa z Habsburga nie wielki mistrz Zakonu Świątyni, lecz jeden z baronów króla jerozolimskiego, zaś sami templariusze zaczęli czuć się w swej kolebce jak zaszczute zwierzęta. Jacob już od dawna czuł nadciągającą burzę. Wiedział, jak groźnym przeciwnikiem jest namiestnik Ciemnego Władcy – okrutny Przemysł Ottokar. Zdawał sobie sprawę, że dla Zakonu nadszedł czas wielkiej próby, w której może zgorzeć tak samo jak nieszczęsny brat Gotfryd. Miał jednak nadzieję, że sprawa, do której udało mu się w końcu przekonać wielkiego mistrza, przyniesie światu ratunek przed drapieżnymi łapskami Przemyślidy i jego ponurych akolitów. Cały czas przez głowę przebiegały mu jednakowoż czarne myśli. Nie był pewien, czy wybór, jakiego dokonał, był naprawdę dobry. Ale o tym miał się przekonać już niebawem. - Cóż się stało bracie Malachiaszu? – zapytał z niepokojem Jacob de Valois, widząc strach na twarzy współbrata. Młody templariusz zadrżał. - Czcigodny mistrzu! – przemówił wreszcie drżącym głosem. – Przybył goniec z Ritzerfeldu! Pod zamek podeszły wojska króla Przemysła! - Zamek zdobyty? – zduszonym głosem zapytał stary templariusz. - Nie, mistrzu! Brat Piotr trzyma się dzielnie, ale pomoc będzie mu potrzebna! – pokiwał ponuro głową Malachiasz. – O ile będziemy w stanie jej mu udzielić! Wątpię w to po ostatnich wydarzeniach! - Brat Gotfryd był zbyt łatwowierny! – w głosie starego Wielkiego Wtajemniczonego zabrzmiał jakiś żal. – Ostrzegałem go wiele razy, by nie dał się wciągać w zgubne dysputy z legistami o rozdwojonych językach! Mówiłem, że źle się to skończy! Im wystarczy jedno słowo, by złożyć donos do Świętego Officium, a wtedy już jest o wiele za późno! Brat Gotfryd zrozumiał to o wiele za późno! - Byliście mistrzu TAM? – z drżeniem w głosie zapytał brat Malachiasz, wykonując równocześnie znaczący ruch głową w stronę ciemniejących w oddali miejskich murów. - Do samego końca! – skinął ponuro głową Jacob. – Wezwij pobożny bracie do mojej celi czcigodnego komandora Rotgiera! Muszę z nim pilnie pomówić! Pośpieszaj bracie! – stary templariusz popchnął ręką swego współbrata i nie patrząc już na niego starczym krokiem podążył ku zabudowaniom komandorii. Wieść o ataku na Ritzerfeld przygnębiła go ostatecznie. Była niezwykle groźna. Oznaczała bowiem, że Ciemny Władca wpadł na trop miejsca, gdzie miały rozstrzygnąć się losy świata. Wiedział, że musi zrobić wszystko, by odwrócić uwagę Nieprzyjaciela od tego alpejskiego zamku! I podjął już odpowiednie działania. Jednak w pierwszej kolejności trzeba było na nowo wlać otuchy do zmrożonych ciągłymi porażkami serc współbraci. Zakon mogła uratować jedynie wiara i właśnie temu celowi służyć miało przedsięwzięcie, którego częścią był również stos, który pewnie dopalał się na nieodległym placyku. ... Cela, w której Wielki Wtajemniczony spędził kilka ostatnich miesięcy, była uboga w sprzęty. Nie było w niej nic oprócz niskiego łoża zarzuconego wilczurami. Jacobowi to skromne wyposażenie zupełnie jednak wystarczało, co czasem wzbudzało nieprzychylne komentarze wśród członków konwentu. Ale stary templariusz wcale się tym nie przejmował, chociaż tego rodzaju pogłoski smuciły nieco jego serce. Rzeczywiście duch Zakonu powoli upadał. Gdzież te czasy, kiedy dwóm zakonnikom musiał wystarczać jeden wierzchowiec, a posiłek spożywano jeno raz dziennie. Jacob pokiwał tylko siwą brodą! Tak! Zakonowi potrzebny był przykład! Potrzeba było odnowienia wiary! I on właśnie miał zamiar tego dokonać. Nie miał już ochoty przyglądać się płonącym stosom! Nie miał zamiaru patrzeć na triumfalny pochód apostatów wkraczających do miast ludzi! O nie! Nie mógł pozwolić, by Ciemny Władca zatriumfował! Ale czy zdoła tego dokonać? Wszystko zależało od wyboru, jakiego dokonał ponad rok wcześniej w czasie swej bytności w Jeruzalem! I od tego, czy nieszczęsny brat Gotfryd był wystarczającą ofiarą na ołtarzu wiary. O tym jednakowoż mógł się dowiedzieć dopiero w razie niepowodzenia misji. Na razie wolał nawet o tym nie myśleć! Skrzypnięcie drzwi przerwało jego ponure myśli! Brat Rotgier był jeszcze człowiekiem stosunkowo młodym jak na stanowisko, jakie pełnił w Zakonie Świątyni. Obok Piotra de Coligny – młodego komandora zamku w Ritzerfeld – był najmłodszym członkiem Wielkiej Kapituły Zakonu i jednym z najbliższych współpracowników wielkiego mistrza – Jakuba de Molay. Wielki Wtajemniczony, prawdę mówiąc, specjalnie za nim nie przepadał. Doskonale wiedział, że jego zadaniem jest głównie śledzenie każdego jego kroku i czyhanie na jakiekolwiek jego potknięcie. Widział, jak wczorajszej nocy przegalopował klasztornym dziedzińcem goniec, który pierwej spędził w celi brata Rotgiera długą godzinę. Jacob nie musiałby pewnie go nawet pytać, jakie wieści niesie dla wielkiego mistrza. Teraz więc na wszelki wypadek wolał wybadać młodego komandora, bo jak nigdy wcześniej potrzebował wszystkich sił Zakonu do rozgrywki, jaką szykował. A właśnie w tym pomoc Rotgiera i stojącego za nim de Molaya były mu wręcz niezbędne. - Siadajcie czcigodny bracie! – zaprosił młodego templariusza, wskazując na zasłane skórami łoże, sam przysiadając zaś na niewielkim zydelku tuż przy dębowych drzwiach. - Byliście tam mistrzu? – z emocją w głosie wybuchnął Rotgier, wpatrując się w pomarszczoną twarz swego współbrata. - Do samego końca! – pokiwał wolno głową Jacob. – Nieszczęsny brat Gotfryd! - Do tego właśnie prowadzą takie gierki! – z wyraźną złością rzekł młody komandor. – Nie wolno igrać z ogniem, kiedy się wie, że może poparzyć! Czemuście go nie ostrzegli, mistrzu?! – w ostatnich słowach Rotgiera było tyle żalu, że Wielki Wtajemniczony zdał sobie sprawę, iż jego rozmówca naprawdę wierzy w to, co mówi! - Mówicie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych