Strofy z przeszłości cz. 3 (1)
Piotr znów wraca wspomnieniami do przeszłości, która choć wyidealizowana jest pełna niepokojących rys.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
III.
- Gratulacje, premia, urlopik! – usłyszałem nad głową donośny głos Rafała. Rozejrzałem się dookoła nieco nieprzytomnym wzrokiem. Poza nami w pokoju nie było nikogo. Cisza na korytarzu świadczyła o tym, że większość osób opuściła już biuro. Zerknąłem na zegarek. Dochodziła siódma. - Coś taki smętny? – poczułem mocne klepnięcie w plecy – Stary, przez ten projekt stałeś się oczkiem w głowie prezesa! - Przesadzasz – prychnąłem. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mój ciężko wypracowany sukces może stać się przyczyną zawiści. To takie okrutne, najpierw ludzie wyśmiewali się za moimi plecami, że siedzę jak głupi po godzinach, biorę robotę do domu, przychodzę do biura we wszystkie soboty, a gdy mój trud został doceniony i wynagrodzony, koledzy zaczęli szeptać, że wgryzłem się w łaski prezesa. Chyba trochę puszczały mi nerwy. Powinienem porządnie odpocząć. - No, panie kierowniku, spadaj pan stąd – Rafał zgarnął stertę papierów leżących na moim biurku i rzucił na swoje. – Na dwa tygodnie musisz zapomnieć o tych sprawach. Nie martw się, wszystko jest w dobrych rękach. – Uśmiechnął się szeroko. Nawet go lubiłem, chociaż jak na mój gust trochę za dużo mówił. Robił wokół siebie sporo szumu, żartował, wszędzie go było pełno. Miał bardzo dobre kontakty z klientami, ale zdarzyło mu się zawalić kilka poważnych rzeczy. Był zbyt niedbały. Westchnąłem głęboko i podniosłem się z miejsca. Poczułem dziwną pustkę. Nic nie wisiało mi nad głową, nie goniły mnie żadne terminy, miałem czas dla siebie i…żadnego pomysłu, co z nim zrobić. - Wypocznij, opal się, nadrób seksualne zaległości! – wołał za mną Rafał, gdy opuszczałem pokój. - Okay, okay! – odkrzyknąłem. Powlokłem się pustym korytarzem w stronę windy. Bolała mnie głowa. Dwa tygodnie temu uświadomiłem sobie, że mam strasznie dużo zaległego urlopu i żadnych konkretnych planów. Sądziłem, że zdążę coś wymyślić, albo, w ostateczności, dokonam kolejnej przeróbki w mieszkaniu, odwiedzę rodzinę… Teraz poczułem, że na nic nie mam ochoty. Zjechałem na dół windą i przy wejściu do garażu podziemnego natknąłem się na Anitę. - Co ty tu jeszcze robisz? – wyrwało mi się - Czekam na Maćka – mówiąc to zaczerwieniła się. Zaskoczyła mnie ta informacja. Nie wiedziałem, że Anita i Maciek… No, ale przecież ostatnio nie dostrzegałem niczego poza pracą. - Dobrze, że cię spotkałem – powiedziałem, żeby pokryć swoje zaskoczenie – Oddam ci książkę. Wyciągnąłem tomik z teczki. Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona - Co to? - Wiersze. Pożyczyłaś mi w zeszłym tygodniu, nie pamiętasz? - Tak, ale to nie moja książka. - Jak to? – zerknąłem na okładkę i zrozumiałem, że wziąłem nie ten tomik. - O jejku – poczułem jak oblewa mnie fala gorąca – Twoja została w domu! Przyniosę przy najbliższej okazji. - Nie ma sprawy – powiedziała uważniej mi się przyglądając. Po chwili dodała – Więc jednak nie żyjesz tylko robieniem kariery. - Nie… - zmieszałem się – Chyba nikt tak nie żyje. - O, mogłabym przytoczyć kilka przykładów – w jej głosie można było wyczuć lekką złośliwość – Mogę obejrzeć? To chyba pierwsze wydanie. Zanim zdążyłem zareagować wyjęła mi tomik z rąk. Przez chwilę przyglądała się okładce, potem otworzyła. Na pierwszej stronie była długa dedykacja. Dla mnie. Przeczytała ją uważnie kilka razy. Chciałem coś wyjaśnić, ale nie mogłem wykrztusić słowa. Dziewczyna zamknęła książkę i poważnie spojrzała mi w oczy. - Wygląda na to, że zrobiłam z siebie idiotkę – powiedziała. - Nie – pokręciłem głową - Przypomniałaś mi o tym, co w życiu najważniejsze. Zmrużyła oczy zastanawiając się nad moimi słowami. Zabrzmiały trochę jak tekst z kiczowatego filmu, ale Anita najwyraźniej nie zwróciła na to uwagi. Staliśmy naprzeciw siebie w milczeniu, jednak chyba jeszcze nigdy dotąd nie rozumieliśmy się tak dobrze, Byłem jej wdzięczny za to, że nie wypytuje o moją znajomość z poetą. Musiała wyczuć, że nie jest mi łatwo o tym mówić. Gdzieś na korytarzu szczęknęły drzwi. Oboje drgnęliśmy. Minął magiczny moment. - Nie zatrzymuję cię – powiedziała – Wymyśliłeś wreszcie, co zrobisz z tym urlopem? Mam nadzieję, że nie zobaczę cię w poniedziałek w pracy? – zażartowała - Nie zobaczysz. Mam zamiar spotkać się ze starymi kumplami – wyrwało mi się. Nie wiem, czemu to powiedziałem. Może podświadomie cały czas o tym myślałem? - W takim razie miłego wypoczynku – pomachała mi na pożegnanie. Gdy wkładałem kluczyk do stacyjki samochodu, trochę trzęsły mi się ręce. Z ciemnych, chłodnych podziemi garażu wyjechałem prosto w słońce. Nie było korków na ulicach. W piątek rzadko, kto zostawał po godzinach w pracy. Większość osób szykowała się do weekendu, albo wręcz opuszczała z pośpiechem miasto. Jechałem zastanawiając się, czy to spotkanie z przyjaciółmi ma na pewno sens. Chciałem ich zobaczyć, tęskniłem za nimi, tak bardzo zżyliśmy się przez te kilka lat. Lecz jednocześnie gdzieś w głębi serca tkwiła obawa. Przede wszystkim nie bardzo wiedziałem jak się do tego zabrać, z kim się najpierw skontaktować. Nie odzywałem się do nikogo ładny kawał czasu. Właściwie wysyłaliśmy sobie tylko karty z życzeniami na święta. Dlaczego tak się stało? Z czyjej winy? A może to tylko ja się tak odizolowałem? Czy w ogóle jeszcze będą chcieli mnie widzieć? Samochód przede mną gwałtownie zahamował. Ja też wcisnąłem hamulec, aż pisnęły opony. Stojąca na przednim fotelu teczka przewróciła się i ze środka wysunął się znajomy tomik wierszy. Delikatnie wepchnąłem go z powrotem. - To wszystko przez ciebie, Czaki – powiedziałem
***
"I close my eyes and this is yesterday"
***
Rozpierała mnie radość i duma, gdy szedłem pierwszego września do szkoły. W końcu byłem już drugoklasistą, starym wyjadaczem. Patrzyłem na spieszących się na akademię pierwszaków. Od razu wyróżniali się z tłumu ciągnącego w kierunku szkolnego wejścia. Przejęci, onieśmieleni, przyglądający się wszystkiemu z zainteresowaniem. Taki sam byłem w zeszłym roku. Nie wiedzą jeszcze, co ich czeka w nowej szkole. Kilka rzeczy z pewnością ich zaskoczy. W końcu to nie podstawówka. Nie dość, że licealiści wyglądają dorośle, to jeszcze są poważniej traktowani przez nauczycieli. Nie wszystkich oczywiście. To niesamowite, ale nawet na wspomnienie pana od wuefu zrobiło mi się ciepło na sercu. Chyba się stęskniłem za tym sadystą! Pewnie moja radość z powrotu do szkoły potrwa najwyżej tydzień, a potem znów będę marzył o feriach. Teraz jednak z niecierpliwością wypatrywałem jakichś znajomych. Przy drzwiach stały Aśka, Marta, Ewa, Jacek i Romek. Ku mojemu zdziwieniu zaczęli do mnie machać. - Cześć Piotruś! Gdzie byłeś? Ale opalony! Chociaż wcześniej nasze kontakty ograniczały się do zamienienia kilku słów w szkole, wyściskałem się z nimi jak ze starymi przyjaciółmi. Chyba wszystkich nas opanowała pierwszo-wrześniowa euforia. Jedno przez drugie, opowiadaliśmy sobie o wakacjach. Było miło, ale kątem oka wciąż szukałem moich kumpli. Pojawiało się coraz więcej kolegów z klasy. Zaczynałem się trochę gubić w tym zamieszaniu. Część ludzi weszła już do budynku, żeby zająć sobie lepsze miejsca na sali. Ja, coraz bardziej zaniepokojony, czekałem. - Heja Pietro! – ryknął mi ktoś nad uchem. Odwróciłem się. To był Konrad. - Gdzie masz krawat? – zapytał - Och, nie mam – starałem się nadać mojemu głosowi żałosny ton - Niedobrze, krawat to podstawa! A te spodnie to też nie od garnituru. Przyszedłeś na ważną, szkolną uroczystość, czy wybierasz się na ryby? – robił mi wyrzuty tym swoim donośnym głosem. Przechodzący koło nas ludzie oglądali się ze zdziwieniem. Ciekawe, co myśleli? Znów przypomniał mi się zeszły rok i to jak dałem się nabrać na żarty z Robiego. Konrad zaciągnął mnie na salę, bo jak stwierdził, „musimy się dobrze ulokować”. Z myślą o kolegach zajęliśmy całą ławeczkę. Szkoła pachniała czystością. Sala gimnastyczna była świeżo odmalowana. Dobrze, że znów zaczynała się szkoła. Poza wyjazdem nad morze, moje wakacje były potwornie nudne. Morze... Przez chwilę wspominałem ciepły piach, nurkowanie w falach, wygłupy w smażalniach ryb, grę w billarda i niesamowite dyskusje do trzeciej nad ranem. To były najbardziej niesamowite chwile mojego życia. Obiecaliśmy sobie, że w przyszłym roku, pojedziemy gdzieś razem na dłużej. W drzwiach sali zjawili się Marti i Czaki – nierozłączna para. Konrad uniósł się z miejsca i zaczął wymachiwać rękami. - Hej, głąby! Tutaj! – wołał Twarz Martiego rozjaśnił uśmiech. Chłopak wyglądał niesamowicie. Opalił się nad morzem, a jego włosy znacznie zjaśniały na słońcu. Fantazyjna kamizelka, którą włożył zamiast koszuli, odsłaniała całe brązowe i ładnie umięśnione ramiona. Kiedy szedł przez salę, odwracała się za nim niemal każda dziewczęca głowa. Strasznie się cieszyłem, że mam takiego kumpla. Czak też nieźle wyglądał. Trochę podciął włosy. Nie robił już wrażenia niechlujnego kloszarda. Co prawda wokół przegubów dłoni okręcił sznurki kolorowych koralików i łańcuszki z nanizanymi monetami, a na jego szyi połyskiwało coś w rodzaju talizmanu, ale poza tym miał na sobie typowy galowy strój – białą koszulę i ciemne spodnie. Kiwnął mi na powitanie głową i klapnął obok. Marti kucnął tuż przed nami, wyciągnął z kieszeni kamizeli plik zdjęć i dał nam do obejrzenia. Zdjęcia znad morza. Zdążyłem już zapomnieć, jacy byliśmy opaleni. Fajnie wyglądaliśmy na tle granatowych fal, ozłoceni promieniami zachodzącego słońca, młode, brązowe, kipiące życiem ciała. Niech się schowają wszelkie Chip and Dales i boy-bandy. Wyglądaliśmy super! Kilka osób z klasy, siedzących przed nami odwróciło się zaintrygowanych naszymi okrzykami i śmiechem. Chcieli obejrzeć fotki, więc Konrad bez wahania podał im spory plik. Poczułem jak czerwienią mi się uszy. Nie bardzo chciałem, żeby koledzy, a zwłaszcza koleżanki oglądały mnie w samych slipkach. Już po chwili przekonałem się jednak, że nikt nie zwrócił na mnie wielkiej uwagi. Dziewczyny chichotały, rumieniąc się i rzucając szybkie spojrzenia to na Martiego to na Konrada. - Hej, a to skąd? – zapytała Maryla machając jedną z fotek. Marti zmarszczył brwi zastanawiając się przez moment - Aaaa, to Reading, festiwal rockowy w Wielkiej Brytanii – wyjaśnił - Reading?! – krzyknęła dziewczyna – Byliście na Reading?! - Tak… - Raaany, jak to załatwiliście? – na jej twarzy malowały się podziw i zazdrość. - Mam kumpli w U.K., kupili nam bilety i pomogli dotrzeć na miejsce – powiedział Marti. - Jak było? Kto grał? Opowiedzcie coś – Maryla przestała się już interesować resztą fotek. Odwróciła się w naszą stronę, zupełnie ignorując dyrektorkę, która właśnie miała zamiar zacząć swoje przemówienie. Najlepsza przyjaciółka Maryli, Baśka, przyłączyła się do rozmowy. Obie wbiły natarczywy wzrok w Martiego i czekały na opowieść. - Może później? – bąknął chłopak wyraźnie zaskoczony – Po uroczystości. - Eee tam, chrzanić akademię! – Maryla lekceważąco machnęła ręką – Szanowna dyrekcja walnie okolicznościową mówkę w typie witajcie dzieciaczki po wakacjach, mam nadzieję, że odpoczęłyście i będziecie się dobrze uczyć w nowym roku szkolnym. Słyszeliśmy to setki razy. Lepiej powiedz, co tam widzieliście. Stojąca niedaleko nauczycielka pogroziła nam palcem, dając znaki, żebyśmy się ucieszyli. Dziewczyny również i tym się nie przejęły. Zeskoczyły ze swojej ławki i dosiadły się do nas. Musieliśmy się trochę ścieśnić. Koleżanki oglądały zdjęcia pytając Martiego o różne szczegóły, a potem podawały fotki dalej, w naszą stronę. Zobaczyłem tłum młodzieży, sceny pełne reflektorów i innego sprzętu, zespoły muzyczne, ludzi siedzących na trawie, pijących piwo z dużych, plastikowych kubków, a wśród tego wszystkiego moich przyjaciół. Pasowali do całej zgrai, chociaż zastanawiałem się przez chwilę czy nie zgnietli Czaka w ścisku pod sceną. - Mam nadzieję, że nie było żadnych rozrób, tak jak to u nas bywa – szepnąłem do niego - Może i były, ale ja niczego takiego nie widziałem – odszepnął - Raz czepili się nas pijani Szkoci, ale byliśmy bardzo milutcy, więc dali nam spokój – dodał - Nie mieliście problemów z językiem? – zapytałem - Nie, Marti zna perfekt angielski. Kiedyś jeździł tam w każde wakacje, do rodziny. - A ty byłeś już kiedyś w Brytanii? - Acha, ze starszymi, na wycieczce w Londynie. - Podobało ci się? - Tak Nie zabrzmiało to zbyt entuzjastycznie. Czekałem na jakieś dalsze wyjaśnienia, ale Czak milczał. Na fotkach z festiwalu wyglądał na szczęśliwego, często się uśmiechał. Spodobało mi się szczególnie jedno zdjęcie. Marti i Czaki byli na nim razem. Przycupnęli na swoich plecakach, na trawie, z tyłu za nimi siedziało lub leżało pełno ludzi. Marti jedną ręką przytrzymywał rozłożoną nad głową gazetę, sprawiającą wrażenie czegoś w rodzaju daszku, drugą obejmował szyję Czaka. Czaki wyciągał w kierunku obiektywu butelkę Fanty. Obaj mieli po prostu nieziemskie uśmiechy na twarzach. Szturchnąłem Czaka pokazując na zdjęcie - Fajne – szepnąłem Zaczerwienił się. Wciąż jeszcze dziwiły mnie te jego reakcje. W miarę jak go coraz lepiej poznawałem, zaczynałem zdawać sobie sprawę, że to, co początkowo brałem za wielki luz z odrobiną arogancji, jest w zasadzie pozą, maską, za którą kryje się nieśmiały, potwornie zakompleksiony chłopak. Nad morzem, jeśli dał się sfotografować na plaży inaczej, niż szczelnie owinięty ręcznikiem, to chował się za naszymi plecami. Był szczupły, ale moim zdaniem wcale nie wyglądał tak źle, jak sam sądził. - To, którego zespołu jesteście fanami? – zapytałem oddając zdjęcia - Errr… z tych, co grały na Reading? Ja żadnego. - Żartujesz! Czaki roześmiał się nerwowo. - Dużo słucham muzyki, lubię różne grupy, ale nie jestem typowym fanem – wyjaśnił - To domena Martiego. On jest zupełnie zakręcony na tym punkcie. - A czego słucha? - Wszystkiego – zachichotał - Najgorszych zespołów pod słońcem, takich, o których nikt nie słyszał bo dopiero, co kupili sobie gitary i uczą się grać. - Acha, chyba mnie obgadujesz! – Marti na moment oderwał się od dziewczyn - Nasłuch działa – mruknął Czak. - Co tam mamroczesz? Kątem oka zauważyliśmy jak stojąca z boku nauczycielka macha w naszą stronę rękami. Uciszyliśmy się. Po co robić sobie nieprzyjemności już pierwszego dnia? W ciszy wysłuchaliśmy końcówki przemówienia. Potem rozeszliśmy się do sal, na spotkanie organizacyjne z wychowawcami. Nasza piątka z przyzwyczajenia zajęła ławki na przedzie klasy. W gruncie rzeczy to nie były takie złe miejsca. Zjawił się Robi, który wcześniej gdzieś się zawieruszył i nie siedział koło nas na apelu. Miał ze sobą kolorową puszkę pełną landrynek, którymi wszystkich częstował. - Mają taki smak jak przed wojną - powiedział. Nie mogłem się powstrzymać od parsknięcia śmiechem. Skąd wziął taki tekst? Chyba od babci! Cały Robi. Po zwyczajowym powitaniu wychowawczyni podyktowała nam plan, powiedziała kilka zdań o zmianach w programie nauczania a na koniec przedstawiła nowego ucznia – drugorocznego. Okazało się również, że ubyły nam w klasie trzy osoby. Dwie dziewczyny i chłopak. Podobno przenieśli się do innego liceum, bo u nas był za wysoki poziom. Zabrzmiał pierwszy w nowym roku szkolnym, dzwonek i mogliśmy rozejść się do domów. Myślałem, że wybierzemy się gdzieś po szkole, tylko nasza piątka, ale okazało się, że Maryla i Baśka nie mają zamiaru odczepić się od Martiego i Czaka, dopóki chłopcy nie zdadzą szczegółowej relacji z Reading. Dziewczyny zaciągnęły nas na jedno z podwórek na pobliskim osiedlu. Zajęliśmy dwie ławki na uboczu. Z początku trochę mnie krępowała ich obecność, zastanawiałem się nawet, czy nie odejść i nie wrócić do domu, ale zostałem. Marti opowiadał o festiwalu, o organizacji, o zespołach, publiczności, a dziewczyny co jakiś czas wykrzykiwały “Niesamowite!”, “O rany, naprawdę?!” i tym podobne. Czaki nie odezwał się ani słowem. Zjedliśmy wszystkie landrynki Robbiego i po takiej dawce słodyczy zachciało nam się pić. Konrad wpadł na pomysł, żeby skoczyć do pobliskiego sklepu po jakieś napoje. Wyciągnął mnie do towarzystwa. Ledwo się oddaliliśmy zagadnął: - Myślisz, że panny zarywają nam kolegę? - Co? – nie zrozumiałem - No wiesz, lecą na Marcinka - Eee… wydaje mi się, że autentycznie interesuje je muzyka – powiedziałem. Na prawdę odniosłem takie wrażenie. - Acha – burknął Konrad. Wiedział swoje. Chociaż sklepik z zewnątrz wydawał się maleńki, na szczęście miał w środku lodówkę. Zapakowaliśmy cały koszyk butelkami z Fantą, Colą i Sprite’m. Pomyślałem, że te napoje są tak samo słodkie, jak i landrynki, więc z pewnością nie ugaszą naszego pragnienia. Konrad zauważył moją niepewną minę. - Co jest? – zapytał - Nie sądzisz, że będziemy po tym jeszcze bardziej spragnieni? – wskazałem na zawartość koszyka - Masz zupełną rację! – przyznał ku mojemu zaskoczeniu. Odstawiliśmy butelki z powrotem do lodówki. Sprzedawczyni przyglądała się nam podejrzliwie. - Wiesz, co jest najlepsze na pragnienie i na upał? – spytał Kondi - Woda? – próbowałem zgadywać - Eee tam! Jeszcze nie zgłupiałem, żeby płacić za wodę. Powinna być rozdawana za darmo – trajkocząc skierował się do chłodni z nabiałem – Najlepsze są produkty mleczne – nadawał - Kefirek, mleczko, śmietanka – wyliczał pakując rzeczy do koszyka. Zastanawiałem się, jaką minę zrobią nasze koleżanki, gdy zjawimy się z tym wszystkim. Konrad zapewne nie zaprzątał sobie tym głowy. Wcisnął mi dwa kartoniki z mlekiem a sam obładował się kefirem. Kiedy opuszczaliśmy sklepik sprzedawczyni wychyliła się zza lady, oglądając za nami. No tak, spodziewała się, ze kupimy browar. - Martiemu już pewnie zaschło w gardle – mruknął Konrad, gdy zbliżaliśmy się do znajomych - A ty co, zazdrosny? – nie wytrzymałem - Nyyy – obruszył się – Dbam tylko o to, żeby moi kumple nie zostali zdeprawowani. - O ho, a kto cię uczynił aniołem stróżem? – zaśmiałem się. Konrad posłał mi dziwnie poważne spojrzenie. Jednak nie zdążyliśmy sobie tego wyjaśnić. - Co to jest? – wykrzyknął na nasz widok Czaki. Właśnie dopalał papierosa. Zauważyłem, że Maryla również paliła. Nie lubię gdy dziewczyny piją i palą. Konrad podszedł do Czaka, wyjął mu z ręki peta, rzucił na ziemię i rozgniótł tym swoim wielkim buciorem. Czaki nawet nie zaprotestował. - Wiem, kotku, że ty nie bierzesz takich rzeczy do ust, ale przy nas zrobisz wyjątek – Kondi podał Czakiemu kartonik kefiru – A wy dziewczyny, co wolicie, kefirek czy mleczko? - Kefirek! – bez wahania odpowiedziała Maryla gasząc swoją fajkę. - Jak będziemy to pić bez kubeczków? – martwił się Marti. Konrad bez słowa otworzył karton z mlekiem, przystawił usta do otworu, wypił kilka łyków a potem podał Martiemu. Ten z pewnym ociąganiem wziął mleko, krytycznym wzrokiem popatrzył na zmoczone otwarcie kartonu, po czym wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł je, zanim się napił. Wszyscy zaczęliśmy chichotać. Tylko Konrad udawał urażonego. - Hej, nie mam syfa ani nic takiego! – burknął - A ja wiem, co ty bierzesz w usta? – odparł Marti W tym momencie siedzący na przeciwko niego Czaki parsknął śmiechem, pokrywając Martiego setką maleńkich kropelek kefiru. Marti zrobił najbardziej żałosną minę, jaką w życiu widziałem. - Aaaa maaamooo… - jęczał, podczas gdy my bezwstydnie tarzaliśmy się ze śmiechu. Czaki wyjął chusteczkę z ręki kolegi i próbował go wytrzeć, ale białe ciapki były wszędzie, na spodniach, na kamizelce, na opalonych ramionach Martiego, na jego twarzy i włosach, wszędzie! - Oplułeś mnie! – marudził Marti - Przepraszam – mimo poczucia winy Czak nie mógł powstrzymać chichotu. - Jestem twoim najlepszym przyjacielem, a ty po prostu na mnie naplułeś! – jęczał Marti. - Chciał ci po prostu zrobić chłodny prysznic w ten upalny dzien. – podsunął Robi - Łuuu! Jesteście kompletnie porypani! – oświadczyła Maryla, która aż popłakała się ze śmiechu – Bacha, dlaczego wcześniej się z nimi nie spiknęłyśmy? – zwróciła się do koleżanki. - Myślałyśmy, że są jacyś dziwni, nie pamiętasz? – odpowiedziała Baśka - No to dobre miałyśmy przeczucie! – stwierdziła Maryla, na co znów zaczęliśmy beznadziejnie rechotać.
***
Michał Kostek oblał matematykę. W każdej rozmowie podkreślał, co prawda, że to nauczycielka się na niego uwzięła, ale widząc jego brak zainteresowania nauką, nikt nie wierzył w takie oświadczenie. Kostek, jak go wszyscy nazywali, już od pierwszych chwil dał nam do zrozumienia, że zamierza objąć funkcję klasowego lidera. Myślę, że przybrał nonszalancką, trochę agresywną postawę, bo wyglądem na pewno w nikim nie wzbudzał respektu. Był niewysoki, miał kręcone brązowe włosy, ciemne oczy i niesamowitą ilość piegów na twarzy. Może w innych okolicznościach mógłby wydać się sympatyczny, ale jego wciąż zmrużone oczy i pogardliwie wydęte usta, czyniły go odpychającym. Niemal od pierwszego dnia zakolegował się z Jeżem i jego kompanią. Dla mnie stało się jasne, że z jednej strony podlizywał się Jeżowi, a z drugiej starał się nakręcać go, by Jeż robił wszystko pod dyktando Kostka. Nazwałem go “lisek-chytrusek” i poczułem, że nie będę go lubił. Nie musiałem długo czekać, żeby upewnić się w tym przypuszczeniu. Już jednego z pierwszych dni nowego roku szkolnego zademonstrował, na co go stać. Na długiej przerwie kończyliśmy przepisywanie z tablicy zadań domowych z matematyki. Chociaż nauczyciel opuścił już klasę, nikt nie ruszył się z miejsca, w skupieniu notując skomplikowane równania. Trochę popsuły się nam humory, tyle tego było. - Hej gruby! – zawołał Kostek – Gruby! Wiedziałem, że chodzi mu o Robiego. Wydaje mi się, że Robi też zdawał sobie z tego sprawę, jednak nie reagował. Udawał, że jest bardzo zajęty pisaniem. Krzyki powtórzyły się: - Ty gruby z drugiej ławki, do ciebie mówię! Zauważyłem, że Marti i Czaki przerwali pisanie, odwrócili się i posłali Kostkowi pełne zdumienia spojenia. Oczywiście, zupełnie się tym nie zraził. Wyrwał z zeszytu kartkę, zmiął ja w kulę i rzucił w naszą stronę. Spadła wprost na naszą ławkę. Robi drgnął. - Ogłuchłeś grubasie? Powoli odwrócił się w stronę nawołującego chłopaka. - Do mnie mówisz? Mam na imię Robert – był poważny i pewny siebie - No, nie ważne gruby – zaśmiał się Kostek – Przesuń ten swój wielki łeb, bo zasłania mi połowę tablicy – powiedział Jeż i jego kompania zarechotali. Mi zrobiło się bardzo nieprzyjemnie. Posłałem Robiemu wspierające spojrzenie. Wyglądało na to, że nie przejął się złośliwościami Kostka. - Jeśli nie widzisz z daleka, możesz przesiąść się na pierwszą ławkę, są wolne miejsca – zasugerował. Kostek rzucił wyjątkowo brzydkie przekleństwo, które wywołało u jego nowych znajomych pełen podziwu pomruk. Wstał z miejsca i podszedł do naszej ławki. Z impetem cisnął swoim zeszytem tuż pod nos Robiego. - Właściwie, to, po co mam marnować sobie przerwę, jak ty możesz za mnie wszystko przepisać – stwierdził - Tylko nie bazgrol, bo ja mam wyjątkowo ładny charakter pisma! – dodał stojąc już w drzwiach sali – Hej chłopaki, chodźcie na fajkę! Jeż i jego kumple nie mogli wyjść z podziwu. Zaśmiewając się i robiąc głupie miny przedefilowali przed naszą ławką. Jeż protekcjonalnie poklepał Robiego po głowie. - Pisz, pisz. – powiedział Byłem wściekły. Nie tylko na nich. Również na samego siebie. Dlaczego jakoś nie zareagowałem? Teraz oczywiście przyszła mi do głowy cała masa ciętych uwag, które mogłem rzucić by przygasić Kostka, ale kilka minut temu siedziałem z uszkami położonymi po sobie. Tchórz! Swoją drogą Marti, Czaki i Konrad też mogli coś zrobić. Zerknąłem w ich stronę. Szeptali miedzy sobą. Robi tym czasem odsunął zeszyt Kostka na brzeg ławki i tak jakby nic się nie stało, kończył przepisywanie zadań. Potem wstał z miejsca i przeciągnął się. - Oooh, czy ten człowiek chce z nas zrobić maszyny do liczenia? – stęknął mając na myśli nauczyciela. Zignorował Kostka, Jeża i całą resztę, ale przecież
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil neftyda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…