Wróć do katalogu

Strofy z przeszłości cz. 3 (2)

Relacje między bohaterami przybierają niespodziewany obrót

neftyda, opublikowano , 38 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Moje życie znów zredukowało się do schematu szkoła-dom. Dni wypełnione były pewnymi rutynowymi czynnościami – wstać, umyć się, zjeść śniadanie, autobus, lekcja, przerwa, lekcja, powrót do domu, obiad, odrabianie lekcji, nauka, telewizja, radio... Pragnąłem jakiejś zmiany. Nie, właściwie to marzyła mi się radykalna zmiana, zupełna rewolucja, przewrócenie wszystkiego do góry nogami. Próbowałem odnaleźć lub stworzyć swój własny styl. Obrzydli mi otaczający mnie ludzie, wszyscy tacy sami, mieszkańcy betonowej dżungli uciekający przed nocą do swoich małych cel, do telewizorów, kuchenek mikrofalowych, płaczących dzieci i psów. Marti pożyczył mi kilka ze swoich płyt z muzyką punkową i alternatywną. Nigdy wcześniej nie słyszałem tych zespołów, ale od razu mi się spodobały. To właśnie one sprawiły, że zaczynałem się buntować. Tak, tylko że mój bunt ograniczał się do własnego pokoju. Pewnego dnia na jego drzwiach przyczepiłem kartkę z artystycznie wykonanym napisem „porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”. Stoczyłem dosłownie batalię z mamą o zasłonki w kwiatki, jakie do tej pory wisiały w moich oknach. Nie chciałem ich. Wydały mi się banalne. Teraz nic nie ograniczało światła wpadającego przez okna. Zdjąłem ze ścian obrazki a z półek pamiątkowe bibeloty. Wylądowały w pokoju mojej siostry. Kuzyn dostał w prezencie kolekcję match-boxów, komiksy i gry komputerowe. To tylko relikty przeszłości. Nie żałowałem niczego. Przy dźwiękach piosenki „Creep” grupy Radiohead, w której refrenie powtarzają się słowa „jestem beznadziejny, jestem dziwakiem”, stworzyłem na jednej ze ścian pokoju niezwykły kolaż. Obok zdjęć zespołów powiesiłem skopiowane kartki z ulubionymi fragmentami książek, z wierszami. Napisałem też coś w rodzaju prywatnego manifestu – całą masę postanowień i haseł, które miałem zamiar wprowadzać w życie. Z tym, co prawda było już gorzej. Każdego dnia obiecywałem sobie, że będę odważnie kroczył z podniesioną głową, będę szczery, otwarty, w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Jednak, kiedy znalazłem się między ludźmi, sprawiałem raczej wrażenie dziwaka, niż kogoś o silnej osobowości. Raz szedłem ulicą, pewnie odmierzając kroki w rytm muzyki sączącej się przez słuchawki wprost do moich uszu, patrząc ludziom w oczy, gdy oglądali się za mną, bo nuciłem sobie pod nosem. Innym znów razem, przemykałem pod ścianami domów, ze wzrokiem wbitym w chodnik, skulony z ciemnym kapturem na głowie, tak jakbym chciał wtopić się w tło. Miotały mną przeciwności. Podziwiany czy też pogardzany, chciałem być przede wszystkim inny. Zdawałem sobie sprawę, że wielu ludzi w moim wieku przeżywa podobne rozterki, ale przyglądając się rówieśnikom, odnosiłem wrażenie, że większość z nich zainteresowana jest jedynie dobrymi stopniami w szkole, układami towarzyskimi i zabawą. W naszej klasie wyraźnie zarysowały się pewne podziały. Po roku znajomości, po pewnym przetasowaniu, ludzie podobierali się w niewielkie, cztero, sześcioosobowe grupki, takie jak nasza paczka. Łączyły ich wspólne zainteresowania, albo to, że mieszkali blisko siebie, mogli się częściej spotykać, przygotowywać wspólnie referaty, prace, pomagać sobie w nauce. Oprócz tych małych „kółek samopomocy” istniała w naszej klasie większa grupa. Jej trzon stanowił Jeż, Kostek i zapatrzeni na nich koledzy oraz najmodniejsze i najbardziej przebojowe dziewczyny – Aśka, Marta, Ewka, Mariola. Żadne z nich nie wyróżniało się w nauce, ale przewodzili na polu towarzyskim. Co tydzień organizowali imprezy, choć od pewnego czasu nie zapraszali na nie nikogo spoza własnego grona. Przynosili do szkoły magnetofon i na przerwach puszczali muzykę. Przyjęli zasadę, że każdy, kto nie jest w ich paczce, musi być gorszy. Niestety, coraz częściej dawali temu wyraz, wyśmiewając się lub dokuczając ludziom spoza ich grupy. Nie cierpiałem ich. Gdy znalazłem się tylko w pobliżu tego towarzystwa, cały mój bunt, wszystkie zasady i postanowienia brały w łeb. Kurczyłem się w sobie, chowałem w kącie i starałem się stać niewidzialny, żeby tylko się czasem do mnie nie doczepili. Potem, gdy niebezpieczeństwo minęło, wymyślałem sobie od tchórzy, ale prawda jest taka, że po prostu się ich bałem. Robi nazywał ich mafią. Najczęściej dokuczali właśnie jemu. I Tatianie. Pretekstem do naśmiewania się z Robiego, była jego tusza, zaś z Tatiany – jej imię. Pewnie gdyby takie imię nosiła dziewczyna w typie Aśki – zgrabna, super modnie ubrana blondynka, wówczas wszyscy twierdziliby, że Tatiana brzmi niezwykle oryginalnie i odlotowo. Jednak Tania była nieśmiałą, skrytą dziewczyną, trzymającą się zupełnie na uboczu, nie utrzymującą z nikim bliskich kontaktów. Stanowiła łatwy cel. Nie broniła się przed docinkami i nie było nikogo, kto stanąłby w jej obronie. Wiele razy było mi jej żal. W takich chwilach widziałem w wyobraźni siebie, jak wyskakuję na środek klasy i krzyczę wszystkim w twarz: „Jesteście beznadziejnymi dupkami, podlizujecie się Jeżowi i jego bandzie! Kładziecie uszki po sobie i udajecie, że nic się nie dzieje, a ci faszyści mogą robić, co chcą! Dlaczego nikt z was się nie postawi? Oni niszczą naszą klasę, nastawiają nas przeciwko sobie!”. Nic nie robiłem. Chciałem być inny, a byłem jak wszyscy. Sytuacja w naszej klasie stała się obecnie na prawdę nieciekawa. Nie udało nam się zgrać w zeszłym roku, ale chociaż luźno, jakoś trzymaliśmy się razem. Teraz wszelkie kontakty między grupkami kończyły się na kłótniach, niesnaskach, żalach. Podejrzewałem, że w dużej mierze przyczynił się do tego Kostek. To on doprowadzał do konfliktów. Dokuczanie innym musiało mu sprawiać niesamowitą przyjemność. Miał niezwykły dar natychmiastowego rozpoznawania osób, z którymi dobrze trzymać sztamę. Nie mylił się też, co do potencjalnych ofiar. Idealnie wybierał osoby nieśmiałe, zakompleksione, niepewne własnej wartości, takie, które się nie przeciwstawią. Pomylił się tylko w jednym przypadku – Robiego. Pogodna, optymistyczna natura Robcia pozwalała mu walczyć z kompleksami. Nie poddawał się. Poza tym miał nas. Pewnego dnia nauczycielka polskiego spóźniała się na zajęcia, chociaż było już dawno po dzwonku na lekcję. Zabijaliśmy czas pogaduszkami. „Mafia” na końcu sali była wyjątkowo głośna. Kostek bawił kolegów bezsensowną opowiastką, w której roiło się od najgorszych przekleństw. To właśnie one wzbudzały entuzjazm. Skąd ten chłopak znał takie określenia? Gdy padło z jego ust kolejne świństwo, Robi obejrzał się wzdychając ostentacyjnie. Być może Kostek właśnie na to czekał. - Co się tak wytrzeszczasz, grubszy? – krzyknął ze swojego miejsca – Nie podoba się, co? Robi tylko wzruszył ramionami. Zanim zdążyliśmy się zorientować, Kostek chwycił kawałek swojego rozkręconego długopisu i wystrzelił w naszą stronę kilka papierowych pocisków. Następne leżały naszykowane na brzegu ławki. Kumple Kostka nagrodzili ten wyczyn gromkimi brawami. Jedna z kulek trafiła Robcia prosto w oko, aż skulił się z bólu. - Jesteś nienormalny! – to wszystko, na co się zdobyłem W odpowiedzi Kostek pokazał nam kilka obscenicznych gestów. Wtedy ze swojego miejsca podniósł się Konrad. Przeszedł przez całą klasę, wprost do ławki Kostka, bezceremonialnie chwycił go za ucho, podniósł do góry i wyprowadził z sali. Już za drzwiami kopnął go w tyłek. - Zatęskniłeś do podstawówki? Proszę bardzo! – krzyknął. Na moment wszyscy w klasie zupełnie osłupieli. Kiedy Konrad wrócił do sali, z rzędu pod oknem rozległy się brawa. - Uuuu super! – Maryla i Baśka przekrzykiwały się nawzajem – Trzeba mu było wbić parę klapsów! Albo linijką po łapach! Po chwili zaczęli klaskać Marti i Czaki, a później my z Robciem. Jakieś nieśmiałe brawko odezwało się gdzieś z boku. Konrad dał nam znać, żebyśmy się uciszyli, gestem, który mógł znaczyć „dobra, dobra, robiłem tylko, co do mnie należy”. Zanim usiadł z powrotem na swoim miejscu, drogę do ławki zagrodził mu Jeż. W jednej chwili zapadła cisza. Chłopcy mierzyli się spojrzeniami. - Masz jakiś problem? – zapytał Konrad. Udawał, że jest na luzie, ale wyraźnie widziałem, że był spięty, zupełnie jakby szykował się do skoku. - Nie żyjesz! – warknął Jeż przez zaciśnięte zęby - Nic mi o tym nie wiadomo. Jeż popchnął Konrada. Metalowe nóżki krzesła, na które wpadł Konrad, zgrzytnęły po posadzce. Chłopak nie stracił jednak równowagi - Rusz jeszcze raz któregoś z moich kumpli! – zagroził Jeż - A wy czepcie się jeszcze raz któregoś z moich – Konrad oddał pchnięcie Wtedy Jeż zamachnął się, Konrad zrobił zgrabny unik i rąbnął Jeża prosto w żołądek. Chłopak zatoczył się zdezorientowany, ale spróbował jeszcze raz. I tym razem jego sierpowy przeszył jedynie powietrze. Tym czasem Konrad bez problemu trafił go w szczękę. Kolejny cios Konrada powalił Jeża na podłogę. Upadając roztrącił krzesełka i przesunął dwie ławki, robiąc strasznie dużo rumoru. W tej samej chwili do klasy weszła nauczycielka. - Co tu się dzieje?! – wykrzyknęła. To nie była nasza polonistka. Znałem tylko z widzenia stojącą w wejściu kobietę. Widocznie przyszła na zastępstwo. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Siedzieliśmy na swoich miejscach patrząc to na pobojowisko, to na nauczycielkę, to na siebie nawzajem. Jeż wciąż leżał na podłodze, próbując wytrzeć krew z rozciętej wargi. Konrad stał nad nim z opuszczoną głową. - Co to ma znaczyć?! – denerwowała się kobieta – Czy ktoś może mi wyjaśnić? - Małe nieporozumienie – bąknął Konrad - Małe?! – nauczycielka z impetem rzuciła dziennikiem o stolik – Spóźniam się raptem pięć minut, a wy już rozrabiacie! To jest poważna szkoła, panowie! Tu nie ma miejsca dla chuliganów! Idziemy do pani dyrektor wyjaśnić tę sprawę! - Pani profesor, to tylko taka sprzeczka… - próbował Konrad - Nie dyskutować! Nie toleruję chuligańskich wybryków. A wy – zwróciła się do reszty uczniów – Macie w tym czasie siedzieć cicho, jak myszki. Inaczej zrobię wam kartkówkę. Jeż podniósł się z podłogi. Nie odezwał się ani słowem. Kiedy wychodzili za nauczycielką z sali, szedł przygarbiony, z opuszczoną głową. Może wstydził się, że oberwał od mniejszego od siebie? Po ich wyjściu nikt nie odważył się głośno komentować. Ciszę przerywały jedynie sporadyczne szepty. Marti podniósł się z miejsca i zaczął ustawiać poprzewracane krzesła i ławki. Dopiero teraz zauważyliśmy Kostka stojącego w drzwiach. Wydął po swojemu wargi. Oderwał się od futryny i nonszalancko przeszedł koło naszej ławki. Dopiero, gdy był w pewnej odległości, rzucił w naszą stronę: - Wszystko przez ciebie, grubasie! Zrozumiałem, że teraz się nas boi. - Zostawisz go w spokoju ty zawszony gnojku? – dobiegł donośny głos Maryli – Jeszcze raz usłyszę „grubas” i tak cię spiorę, że będą cię zbierać z podłogi przy pomocy mopa! Oczy Kostka zrobiły się okrągłe niczym spodki. Zaklął pod nosem, ale usiadł i zaczął nerwowo mazać po zeszycie. Poddał się! - Marylko! – to był Czaki - Co? - Kocham cię! Zarechotała w mało dziewczęcy sposób. - Ja ciebie też, skarbie! Nauczycielka wróciła z gabinetu dyrektorki sama. Poprowadziła lekcję nie wspominając słowem o awanturze. Dopiero na przerwie, na korytarzu mieliśmy możliwość pogadać z Konradem. Był zupełnie spokojny, może nawet zadowolony z siebie. Otoczyliśmy go ciasnym kółkiem czekając na sprawozdanie z pobytu u dyrektorki. Kondi nie śpieszył się z wyjaśnieniami. - I co? – niepokoił się Marti – Powiedz wreszcie! - Uwaga za złe zachowanie – oznajmił - Moja pierwsza w tej szkole. - Gratulacje – mruknął Czaki – A ten baran? - To samo. Dyrcia nie dociekała, o co poszło. Obdarowała nas obu uwagami i cześć. - Warto było? – powątpiewał Czaki - O tak… - Jasne – zapaliła się Maryla – Rozkwasić mordę takiemu draniowi, sama przyjemność. Ja bym z chęcią obiła tego małego prowodyra. - Następnym razem, Marciu – zaśmiał się Kondi - To była piękna akcja – stwierdziła Basia – Trrraaaach go w brzuch – próbowała zademonstrować nam ciosy Konrada – A potem trzaaask go w zęby! Zabawnie wyglądała, taka chudzinka w zielonym, moherowym sweterku i spódniczce w kwiatki, z kucykami po bokach głowy, odgrywająca przebieg walki. Nie można było patrzeć na to poważnie. - Uważaj laleczko, bo zrobisz sobie krzywdę – naigrywał się Konrad - I baaach go w gałę – nie zwracała na niego uwagi, chwycił ją więc w pasie i zarzucił sobie na ramię jak jakiś pakunek. Nie zważając na wierzgające nogi dziewczyny i jej piski, okręcił ją kilka razy dookoła, zanim z powrotem postawił na ziemi. - Hej uważaj, bo dostaniesz następną uwagę – wtrącił się Robcio – Tym razem za molestowanie seksualne. - O, z tego byłby dopiero dumny! – rzucił Czaki Śmialiśmy się jak banda wariatów. Kostek, Jeż i reszta „mafii” przeszła obok, oglądając się w naszą stronę i robiąc głupie miny. Rozcięta warga Jeża spuchła jak balon. - No, teraz będą cię omijać wielkim łukiem – powiedziałem do Konrada - Albo napadną mnie całą bandą w jakimś ciemnym zaułku – odpowiedział - Myślisz, że mogą? – zaniepokoiłem się - Nie wiem. Prawdopodobnie… Ale co się będę nimi przejmował, nie raz dostałem po głowie. Przeżyję. - To są właśnie skutki stosowania przemocy fizycznej – oznajmił Robi. - Raaaanyyyy Robciu! – jęknął Konrad – Jeszcze jedna taka złota sentencja i zademonstruję na tobie skutki stosowania przemocy fizycznej! Patrzyłem na Konrada. Mniej-więcej mojego wzrostu, ale szerszy w ramionach, o szczerej twarzy, ostatnio upstrzonej kilkoma piegami, które nadawały mu wygląd łobuziaka z fantazją; dread-loki opadające na plecy i ramiona… Stał wyprostowany, z podniesioną do góry głową. Wyglądał tak, jakby był gotowy zmierzyć się z całym światem. On na pewno nie zdradzał swoich przekonań, nie bał się obstawać przy swoim, chociaż narażał się na śmieszność. Nikomu się nie próbował się przypodobać. Chciałem być taki jak Konrad.

***

Kiedy przyjechaliśmy na miejsce drzwi ciągle jeszcze były zamknięte. Przed wejściem tłoczył się już spory tłumek. Byłem tym zaskoczony. Nie spodziewałem się, że mało znany, polski zespół przyciągnie na swój koncert tyle osób. Wyglądali na wiernych fanów. Niektórzy mieli koszulki z nazwą grupy. Dzisiejszy wypad do klubu Stodoła był pomysłem Martiego. Powiedział, że bilety dostał za darmo i szkoda by było zmarnować taką okazję. Zapewniał nas, że Melodramatiz to naprawdę niezły zespół. Do tej pory słyszałem chyba tylko jedną ich piosenkę, właściwie nie wiedziałem jakiego rodzaju muzykę grają. Patrząc na fanów, ubranych w ciężkie glany, ciemne, skórzane kurtki, metalową biżuterię z motywami trupich czaszek, doszedłem do wniosku, że z pewnością nie będzie to Disco Polo. Stanęliśmy sobie nieco z boku, przy barierkach. Marti wepchnął się w tłum. Miał ze sobą kopie swojego fanzinu i chyba zamierzał sprzedać kilka egzemplarzy. Fani zespołu rzucali w naszą stronę podejrzliwe spojrzenia. W dżinsach i sportowych kurtkach wyglądaliśmy jakbyśmy znaleźli się tam przez przypadek. W gruncie rzeczy tak właśnie było. - Mam nadzieję, że nie będzie tu żadnej rozróby – bąknął Konrad. Marti twierdził, że wielbiciele Melodramatiz są bardzo spokojni. Dla mnie wyglądali jak Anioły Piekieł, ale może stwarzali tylko takie pozory? - Teoretycznie Stodoła to klub studencki – odezwał się Robi – Ale zachodzę w głowę, co ci tutaj mogą studiować. Okultyzm? Czarna magia? - Robi... – zganił go Czak – Nie spodziewałem się po tobie, że będziesz oceniać ludzi po ich wyglądzie. - Oh, tylko żartuję. Większość przypomina co prawda Conana Barbarzyńcę, ale na pewno są miłymi chłopcami. – w głosie Robcia zabrzmiał sarkazm. - Ubierając się tak manifestują przynależność do pewnej grupy – westchnął Czaki – Potrzebują czegoś takiego, żeby się wyładować, wyżyć. Pewnie czują się tak samo obcy i samotni, jak każdy. - Czujesz się samotny? – zapytałem zaskoczony. Czaki spojrzał na mnie przelotnie. Nic nie odpowiedział. - Konrad! Konrad! – gdzieś z boku rozległ się dziewczęcy głos. Spojrzeliśmy w tamtą stronę. Baśka i Maryla przebiegały przez ulicę. Obie były ubrane na czarno, Maryla w długą spódnicę z frędzlami u dołu i długi sweter a Basia w obcisłe spodnie i skórzaną kurtkę. Obie miały pomalowane na czarno paznokcie i usta. Wyglądały jak wampirzyce. - Łał, co za image! – wykrzyknął Konrad - Melodramatiz łączy w swojej muzyce elementy heavy metalu i gotyku – wyrecytowała Basia – Po prostu dostosowałyśmy się do ich stylu. Mam nadzieję, że Bruno, wokalista, dostrzeże mnie ze sceny. - Bruno? – zaśmiał się Kondi – Co to za imię? - Pseudo - „Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo, niechybnie brakuje tam nas. Od stania w miejscu niejeden już zginął, niejeden zginął już kwiat.” – cicho zanucił Czaki - To twoje? – zapytałem - Nie – uśmiechnął się – Stachury. - Podobno ty też piszesz wiersze? – wtrąciła się Maryla - Widzę, że plotki krążą – Czak popatrzył na nas z wyrzutem - Dlaczego robisz z tego tajemnicę? – Maryla drążyła temat – Daje głowę, że twoje wiersze są bardzo ciekawe. Twarz Czaka pokryła się różowym rumieńcem. Spuścił wzrok. Przypomniały mi się teksty jakie dał mi przeczytać latem, nad morzem. Były naprawdę dobre, chociaż niepokoił mnie smutek i rezygnacja płynące z każdego utworu. - Hej, chyba otwierają drzwi! – oznajmił Robi Rzeczywiście coś działo się przy wejściu. Tłumek zafalował i zaczął napierać na barierki. Z wnętrza klubu wyszło kilku postawnych mężczyzn ubranych w kurtki z napisem „ochrona” na plecach. Zaczęli wydawać polecenia młodzieży, sprawdzać bilety, przeszukiwać plecaki. W ścisku, krok za krokiem posuwaliśmy się do przodu. - Gdzie Marti? – Czaki rozglądał się dookoła. - Wsiąkł – mruknąłem – Może znajdziemy go w środku. Czaki sceptycznie pokręcił głową. Wydawał się trochę zdenerwowany. Bez problemów przeszliśmy przez kontrolę ochroniarzy. Znaleźliśmy się w obszernym holu z szatnią z boku i schodami prowadzącymi na górę. Na wprost były kolejne szerokie drzwi, a ponieważ wszyscy ciągnęli w tamtą stronę, my też tam podążyliśmy. Sala, do której weszliśmy, nie była zbyt duża. Scenę oświetlały kolorowe reflektory. - Szybko, chodźcie! – Marti stał tuż pod sceną i machał w naszą stronę rękami. Podbiegliśmy do niego. Przesunął się robiąc dla nas miejsce przy barierze odgradzającej od sceny. - Trzymajcie się barierki, jeśli chcecie być w pierwszym rzędzie – poradził – Headbangarzy mogą skakać i surfować, jak nie będziecie się trzymać, to fala was wypchnie gdzieś na tyły, albo jeszcze gorzej, do mosh-pit. - Przepraszam Marti – odezwał się na to Robi – Nie bardzo zrozumiałem co powiedziałeś. Marti roześmiał się. - Chodzi mi o to, że ludzie trochę szaleją na koncertach – wyjaśnił – Do takiej muzyki, jaką gra Melodramatiz wiele osób uskutecznia machanie głowami, zwłaszcza jak mają długie włosy. Nazywa się ich „headbangars”. Niektórzy lubią surfowanie na powierzchni tłumu. Unoszą się na ramionach innych ludzi. Inni są zwolennikami tak zwanego „crowd diving”, czyli nurkowania w tłumie. Najlepiej mieć oczy szeroko otwarte i uważać, żeby nie zostać skopanym i stratowanym na śmierć. Ludzie popychają się nawzajem, tworzy się fala, która zabiera wszystko po drodze, wypycha tych z przodu na tyły. Dlatego radzę mocno trzymać się bariery. - Marti, gdzie ty nas zabrałeś?! – jęknął Robi - Widzę, że się znakomicie znasz na rzeczy – dodała…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych