Studnia władzy
Przeznaczenie. Władza. Manipulacja.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
STUDNIA WŁADZY
Po rozległych pustkowiach, otaczających wioskę, hulał przenikliwie zimny wiatr. Nieprzemijający chłód już dawno zniszczył całą roślinność i wydawało się, że naga równina nigdy się nie skończy. Nikt nie miał ochoty zapuszczać się w tę ponurą i niegościnną okolicę. Prawie nikt…
Długie włosy jeźdźca rozwiewał wiatr, tak silny, że wyciskał łzy z oczu. Zmęczony koń nie miał już siły galopować dalej, ale tajemniczy mężczyzna wciąż zmuszał go do morderczego wysiłku. Można było odnieść wrażenie, że jeździec myśli teraz jedynie o jak najszybszym opuszczeniu złowrogiej okolicy i znalezieniu się w tylko sobie znanym miejscu. Czy podążał do wioski? Tego nie wiedział nikt, ale jego koń był zbyt zmęczony, by wytrzymać dłuższą jazdę w tak szaleńczym tempie. Wizyta w jedynej wiosce w okolicy była więc nieunikniona.
Coraz mniejsza liczba przyjezdnych odwiedzała tę małą osadę, ani też żaden ze stałych mieszkańców nie wyjeżdżał do odległych miast. Wioska Aviles – bo tak się nazywała, trwała więc w ponurej i wszechogarniającej stagnacji. Jak wieść gminna donosi, od dłuższego czasu działo się tam coś dziwnego. Ludzie przekazywali sobie zasłyszane opowieści i każdy, kto zamierzał wybrać się do Aviles natychmiast tracił na to ochotę. Powszechne przerażenie wywoływały pogłoski o tajemniczych zniknięciach w tamtych okolicach. Jak to możliwe, że wyizolowana wioska była tematem rozmów w odległej, bardziej cywilizowanej części kraju? Cóż, taka jest moc plotki, która zdolna jest pokonywać największe nawet odległości. Zawsze znalazł się też jakiś śmiałek, który mimo wszystko decydował się na podróż w osławione okolice. Tak jak tajemniczy jeździec, któremu najwyraźniej nie straszne były złowrogie pustkowia, ani wioska ciesząca się złą sławą.
***
Jak wyglądała wioska? Mizernie. Kilka rzędów niewielkich, ubogich chatek, pamiętających z pewnością bardzo odległe czasy. Obok pokryty ziemią placyk, który być może kiedyś przypominał kształtem koło, ale z pewnością było to bardzo dawno temu. Pośrodku „rynku”, jak go z przesadą nazywali mieszkańcy, stała kamienna studnia. Każdy odwiedzający, a było ich naprawdę niewielu, po pobieżnych oględzinach stwierdzał, że to najzwyklejsza i do tego przeraźliwie nudna wioska. Gdyby jednak przyjrzeć się dokładniej, uwagę przykuwał okazały budynek, wyraźnie odcinający się od szarości wioski. Murowany, z solidną, ozdobną fasadą, jakie widywało się w miastach bogatego południa. Nie pasował do krajobrazu Aviles.
W tej części kraju właśnie kończyła się zima, gdzieniegdzie leżały jeszcze płaty topniejącego śniegu. W odciętej od świata wiosce panował spokój, mimo późnego poranka nie widać było większych oznak życia. Z chat powoli wychodzili mieszkańcy, by udać się do codziennej pracy.
***
Jeździec nadal gnał z zawrotną prędkością, oczywiście jak na możliwości jego wierzchowca, a one właśnie zdawały się wyczerpywać. - Wytrzymaj – długowłosy klepnął go przyjacielsko w kark, a koń potrząsnął spienionym z wysiłku łbem. Coraz bardziej zbliżali się do Aviles – na horyzoncie majaczyły zarysy dachów.
Co przygnało tajemniczego jeźdźca do tej zapomnianej przez Boga i ludzi krainy? Sam tego nie wiedział… Nigdy wcześniej tu nie był (a przynajmniej tak mu się wydawało), ale od dłuższego czasu czuł, że musi wyruszyć w podróż. I w końcu przed pięcioma dniami wziął najlepszego konia ze stajni ojca, spakował najpotrzebniejsze rzeczy i pożegnawszy się z rodziną wyruszył w kierunku, który z niewiadomych przyczyn go przyciągał. Pędził w nieznane, praktycznie bez przerw, tylko czasem zatrzymywał się w przydrożnych karczmach na krótki odpoczynek. Nie używał map, nie wiedział nawet, gdzie tak naprawdę się znajduje. Już tyle razy chciał zawrócić… {i}Przecież to nie ma sensu{/i} – myślał. Ale nie mógł. Koń niósł go wciąż na północ, w coraz dziksze i mniej zbadane części kraju. Przeczucie nadal nie podpowiadało mu, gdzie powinien się udać, ale koń dosłownie słaniający się na nogach zmuszał go do zatrzymania się w wiosce, do której właśnie się zbliżali. Gdy tylko zobaczył dachy pokryte słomą, odetchnął z ulgą. {i}Odpoczniemy i pojedziemy dalej. Chciałbym się tylko dowiedzieć, dokąd…{/i}
***
- Ktoś właśnie wjeżdża do wioski, mój panie! – zakrzyknął sługa, przypadłszy do okna. - Kto, Kyle? - w drugiej izbie rozległ się niski głos. - Sam zobacz, panie.
W pokoju obok słychać było przekleństwo, którego nie udało się stłumić.
- Jaki ja mam z ciebie pożytek? I tak zawsze wszystko muszę robić sam. – gderał mężczyzna, który pojawił się w pomieszczeniu. Był smukły i wyniosły, odziany w arystokratyczny strój. Spojrzał z wściekłością na służącego, a ten wolał jak najszybciej zejść mu z drogi. Wiedział, że nie może z nim igrać, a nie miał zamiaru na razie żegnać się z życiem. Panicznie bał się swego pana, ale i na swój sposób szanował tego czarnowłosego mężczyznę o przenikliwym spojrzeniu.
- Za jakie grzechy pokarano mnie takim sługą? – spytał sam siebie. {i}Nie chcesz wiedzieć{/i} – pomyślał Kyle, a na głos wyrwało mu się: - Jestem ci wierny, panie! – natychmiast pożałował swoich słów. - Wierny? Możliwe. Całkiem możliwe, ale nie wnikam w to. Wierność to nie wszystko.– syknął. - Co mam w takim razie zrobić? - Na razie zejdź mi z oczu! Nie potrzebuję nieudolnych pomocników.
Kyle oddalił się pośpiesznie, w duchu żegnając się z życiem…
Tymczasem tajemniczy mieszkaniec najokazalszego domu w wiosce podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz.
- Tak… - mruknął – Wreszcie przybył. Mój sygnał dotarł do celu. Doskonale! Ze złowieszczym uśmiechem przyglądał się blondwłosemu młodzieńcowi, który właśnie krążył po placyku, prowadząc obok siebie wyczerpanego wierzchowca.
- Wystarczy, że go tu sprowadzę. – szepnął mężczyzna przy oknie i skupił myśli najmocniej, jak potrafił.
***
Z jednej z chatek wysunął się mały, drobny chłopiec i podszedł do przybysza.
- Wzywa cię. Chodź ze mną. – oznajmił nagle.
Młodzieniec z zaskoczenia aż podskoczył.
- Co ty mówisz, mały? Nie rozumiem. - Wzywa cię – powtórzył chłopiec. - Kto mnie wzywa?? - On! – warknął zirytowany malec, tupnąwszy ze złości nóżką. - Nic mi to nie mówi. Zostaw mnie wreszcie, chcę odpocząć! – Nowo przybyły odsunął się od dzieciaka. Chłopiec jednak nie dawał za wygraną, chwycił go za rękę i pociągnął w stronę domu, który tak bardzo wyróżniał się spośród wszystkich budynków w Aviles.
- Zostaw mnie! – przybysz próbował się przeciwstawić, ale nagle poczuł, że jego opór słabnie. W końcu posłusznie podążył za dzieckiem. Malec doprowadził go do drzwi domu i natychmiast ulotnił się. Młodzieniec stał zdezorientowany na progu, ale zanim zdecydował się zapukać, drzwi lekko się uchyliły. Ostrożnie wszedł do środka i rozejrzał się po pomieszczeniu. Pusty w tej chwili pokój o rozmiarach komnaty sprawiał nieprzyjemne wrażenie. Bogaty wystrój wnętrza kłócił się atmosferą, jaka tu panowała. Haroth – bo tak miał na imię młodzieniec, chciał się wycofać i wrócić na plac ze studnią, uznawszy, że zaproszenie do tego domu było tylko niewybrednym żartem. Odwrócił się w stronę drzwi i spostrzegł, że są zamknięte. Nie on je zamknął. Przystanął zdezorientowany i gdy pociągnął za solidną mosiężną klamkę okazało się, że żadną siłą nie jest w stanie ich otworzyć.
- Co to ma znaczyć? – spytał na głos.
Nagle usłyszał kroki, które ucichły tak samo szybko, jak się pojawiły. Haroth spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył, że z cienia wyłoniła się sylwetka postawnego mężczyzny, który przeszywał go spojrzeniem.
- Musiałem się upewnić, że przyjmiesz moje zaproszenie. Mógłbyś przecież zachować się niegodnie i uciec. – wyjaśnił nieznajomy dźwięcznym głosem. - Uciec? O czym pan mówi? Nie rozumiem. - Przecież ciągle uciekasz. – odrzekł – Uciekasz od piętnastu lat. A teraz wreszcie wróciłeś. - Nadal nie… - zaczął chłopak, ale najwyraźniej nurtowało go coś innego, bo spytał: - Kim pan jest? - Słuszne pytanie, mój chłopcze. Nazywam się Alentar - jestem właścicielem tej zapadłej i odciętej od wszelkiej cywilizacji wsi. - Mógłby pan przecież ustanowić tutaj zarządcę i wyjechać na południe, do stolicy. - Nie. – Alentar pokręcił głową. – Muszę tu zostać. Inaczej nie mógłbym zrealizować mojego planu. Haroth spojrzał pytająco na tajemniczego mężczyznę. - Jakiego pla… - Dosyć! – przerwał mu Alentar słowem i gwałtownym ruchem dłoni. Przez chwilę rozglądał się po komnacie i podchodząc do stojącego na stole lichtarza z pięcioma świecami, delikatnie dotykał knotów. Natychmiast rozpalały się jasnym płomieniem. Chłopak patrzył na to jak urzeczony, a wnętrze, w którym się znajdowali nabrało całkiem innej, tym razem przyjemnej atmosfery.
- Wreszcie przybyłeś. – w oczach Alentara odbijał się blask ognia, ale jasnowłosy młodzieniec dostrzegł jeszcze coś: niepokojące błyski. - Obserwowałem cię od samego początku - czarnowłosy mężczyzna kontynuował – Widziałem, jak krążyłeś po placu, wokół studni. Zauważyłeś coś, co cię zainteresowało?
Chłopak przytaknął nieśmiało.
- Kilka dni temu wyruszyłem w samotną podróż, nie wiedząc nawet, gdzie tak naprawdę powinienem się udać. Pędziłem przed siebie dzień i noc, aż wreszcie dotarłem tutaj. Jak nazywa się ta wioska? - Aviles. – rzucił krótko Alentar. - Tak, Aviles.- zamyślił się przybysz. - Gdy tylko wjechałem do wioski poczułem, że to tu zmierzałem. Nie mam pojęcia, dlaczego, nie jest mi nawet wiadomo, w jakiej części kraju się znajduję. Ale to tutaj i bardzo chciałbym się dowiedzieć, co to wszystko znaczy.
Przez tę krótką chwilę, gdy chłopak mówił, właściciel domu i zarazem całej wioski oddalił się od niego o kilka kroków. Nie był jednak aż tak daleko, by jego słowa nie dotarły do uszu Harotha.
- Zadziałało… - Alentar wyrzekł tylko tyle, a młodzieniec czuł coraz większy mętlik w głowie. {i}Co tu się dzieje?{/i} – przemknęło mu przez myśl.
***
Mieszkańcy Aviles usłyszeli z każdą chwilą narastający tętent końskich kopyt. W końcu w wiosce pojawiła się grupa obdartych i potwornie zmęczonych mężczyzn. Niektórzy z nich dosiadali wychudłych szkap, drudzy zaś z wyraźnym trudem szli przed siebie, ledwo trzymając się na nogach. W końcu upadli tam, gdzie stali.
- Ruszcie się! – krzyknął przywódca grupy, zsiadając z konia. Wykończone zwierzę przyjęło to z widoczną ulgą. – Słyszycie? Chcecie tak tu leżeć? Zmuście się do ostatniego wysiłku. Widzicie? Dotarliśmy do jakiejś wioski. Mieszkańcy na pewno nam pomogą. Odpoczniemy jakiś czas i ruszymy dalej. Wstawajcie! Ale już!
Perswazja mężczyzny odniosła skutek, bo wszyscy posłusznie podnieśli się z ziemi i stanęli z trudem na własnych nogach. Najwyraźniej byli bardzo spragnieni, bo ich uwagę od razu przyciągnęła kamienna studnia. Pewnie rzuciliby się do niej biegiem, gdyby nie przeszkodziło im ogromne zmęczenie. Nie pobiegli więc, ale poczłapali, by jak najszybciej napić się życiodajnej wody. Kobieta siedząca przy studni spokojnie czekała aż podejdą, by się napić. Napełniła wodą całe wiadro, a potem wykończeni podróżni podchodzili, by kolejno zaspokoić pragnienie. Im więcej wody wypili, tym bardziej rozszerzał się uśmiech na bladej twarzy kobiety. Mężczyźni byli zbyt zmęczeni, by zauważyć ten szczegół. Gdyby go dostrzegli, pewnie poczuliby lekki, a może i całkiem duży niepokój. Bo to nie był serdeczny uśmiech…
***
Haroth nie mógł tego zobaczyć. Wciąż znajdował się w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Aga_darkside
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…