Swiat Scrub: Młodzi przeciw Starym
Moje ostatnie opowiadanie w świecie Scrub, które również znajdziecie na stronie www projektu Scrub: scrub.only.pl W czasie, kiedy wrzuciłem tutaj ten rodział mam już gotowy rękopis następnego, który niedługo przepisze ;-)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział I : „Młodzi przeciw Starym”
Dzisiejszy dzień przypominał setki poprzednich. Popołudniu palące słońce, rano i wieczorem przyjemny chłodny wietrzyk nieraz połączony z opadami deszczu.
Było południe, kiedy trzy zbliżające się postacie zobaczyły na horyzoncie jakieś budynki oraz smugę dymu. Byli to zbieracze Pana prowadzący do niego znalezioną kobietę, która nawiasem mówiąc wyglądała okropnie. Na jej niebieskawym ubraniu widniała pokaźna warstwa brudu, co bardziej upodobniało ją do ropuchy, która dopiero co wygrzebała się z ziemi. Apropos żab ostatnio zaczęły one strasznie doskwierać mieszkańcom. Zaczęły się wszędzie panoszyć, co przez zamieszkujących Miasto ludzi uznane zostało za zły znak. Nie było dnia, aby ktoś nie rozdeptał żaby, tak jakby nasze ropuchy starały się pokazać, że mają w głębokim poważaniu ludzi, że w końcu to one zdepczą człowieka. Choć ta myśl wydaje się niezwykle absurdalna to w Mieście zapanował wielki niepokój, gdyż wydawało się, że na miejsce jednego zdeptanego zwierzęcia przychodzą trzy kolejne. Przerażeni mieszkańcy czekali na reakcję Pana, na jego postanowienia dotyczące powstrzymania rosnącej coraz bardziej populacji tych płazów. W końcu się doczekali. Trzeba nadmienić, że jest rzeczą niezwykle rzadką, aby Pan opuścił swoją świątynię, dlatego też takie oto słowa przekazał swojemu ludowi poprzez sługusów: Poczynanie ku zmianie stanu recy zostały poczynone. Nie dziwota, więc, że adresaci nie mogli nic z tego zrozumieć. Pewnie nawet się nie domyślali, że recy to po prostu rzeczy, a, że Pan miał problemy z ortografią wyszło, jak widać powyżej. Mieszkańcy, chociaż nic z tego nie zrozumieli byli przekonani, że chodzi o wybicie tych okropnych żab. Istotnie o to właśnie chodziło, jednak Pan wcale nie spieszył się ze swoimi postanowieniami. Minęło już wiele dni od tego ogłoszenia, a skutków, jak nie było tak nie ma. Co ciekawe jego poddani wierzyli w to tak święcie, że dla nich populacja tych stworzeń rzeczywiście zmalała. Mało tego byli tak zadowoleni z niewidocznego działania, że postanowili to jakoś uczcić. W jak najlepszych zamiarach zorganizowali, więc huczną zabawę wraz z muzyką wytwarzaną przez glettry, na których grali trzej mężczyźni. Lecz, co się okazało Pan wcale nie był zadowolony z takiego stanu rzeczy, a wręcz przeciwnie był wściekły. Właśnie sobie smacznie spał, kiedy straszliwy jazgot przypominający muzykę gwałtownie go obudził, a musimy wiedzieć, że Pan ma wyjątkowo wyczulone zmysły. Słyszy zapewne lepiej od niejednego kota, więc spróbujmy sobie wyobrazić, jak biedaczek to przeżył. W ogromnej furii wybiegł z budynku zapominając nałożyć parę butów i krzyknął z całej siły – Jak śmiesz?! Wtedy balowicze mogli go jeszcze nie zauważyć i bawili się na dobre, ale teraz wszystko stanęło. Muzyka ucichła, ludzie stanęli bez ruchu, a w powietrzu czuć było przerażenie. Wystąpił jakiś z kapłanów i zaczął przepraszać cały czas się kłaniając. Dało to iście komiczny efekt, choć nikt się nie zaśmiał. - Ja chciałem spać, kiedy w mnie strasznie przebudziliście! - krzyknął wściekły – Co to ma być za frasa? Już ja wam pokaże! Zwrócił wzrok na jednego z robotników i zobaczył, że jego spodnie tuż przy kroczu mają jakąś plamę. Wskazał na niego palcem i rozkazał go zabić. Tak też się stało. Jeden z wojowników dzidą natychmiast przeszył nieszczęśnika, do którego Pan właśnie teraz zyskał szacunek. Wszystko przez jedną sentencję, którą otrzymał od swego Pra-Dziada: Miej szacunek do tych, co są odważni, a kiedy wiedzą, że umrą nawet nie mrugną. Te zdanie mówiąc prawdę wcale, a wcale mu się nie podobało, ponieważ było przydługie i, co najgorsze było zgniłe. Jednak przez wzgląd na Pra-Dziada i bankructwo cały czas niezależnie co się działo powtarzał je, aby czasem go nie zapomnieć. Nie mógł powierzyć zapamiętywania komu innemu, gdyż byłoby wielkim bankructwem ujawniać je komukolwiek. Oczywiście niosło to ze sobą także inne negatywne konsekwencje. Jeszcze kilka godzin po inkantacji tej sentencji czuł się zgniły. Te uczucie było okropne, ale był to jego obowiązek, a obowiązek to rzecz święta. Nasz Pan nie tylko ma problemy z ortografią, ale także samym posługiwaniem się językiem. To, co on rozumiał pod bankructwem dla nas oznacza nic innego, jak świętokradztwo. Natomiast, jeśli chodzi o zgniłość to w naszym języku oznacza ona złe samopoczucie. Niby wszystko pięknie, ale śmierć nigdy nie wygląda zbyt estetycznie. Nieszczęśnik począł charczeć, a z jego ust popłynęła krwawa ciecz. Po chwili, jak rażony padł na ziemię. Co gorsze jego usta zostały otwarte, a jego niewidzące już oczy skierowane były, jak się zdawało wprost na Pana. Pan czując na sobie wzrok trupa przejął się tak znacznie, że tylko wskazał na trupa, aby usunięto to ścierwo, jak nazwał martwego mężczyznę, i odwrócił się do niego tyłem. Jeszcze tylko wszystkim innym swoim gromkim głosem obwieścił, że mają natychmiast wracać do pracy i udał się z powrotem do swojego domu, aby w spokoju móc wreszcie zasnąć. Powrót był trudny, gdyż Pan z każdym krokiem musiał uważać, aby jeszcze bardziej nie uszkodzić sobie swoich pięknych stóp. Powrócił, więc do swojego szarego i małego, jednorodzinnego domku, który skrywał w sobie wiele historii z lepszych czasów. W środku zachowały się dodatkowo świadectwa dawnych dni takie, jak obraz wiszący na ścianie nad tronem, o którym zaraz napiszę, czy też fotografia jakiejś rodziny oprawiona w czarną ramkę z plastiku. Nie można także zapomnieć o meblach, szafkach i szafeczkach, które w większości odczuły już na sobie ząb czasu. Sam nazywał ten budynek Domem, a lud nazywał go Świątynią. Rozkazał Atenom umyć swoje nogi po czym rozparł się na swoim, jakże wygodnym krześle. Wprost aż chce się spać... - No już starczy z tym myciem – burknął Bardzo cenił ten mebel, który został mu po przodkach, ale nie wiedział, że jest to jeden z tych antycznych tronów królewskich. Takich samych, jak za czasów, kiedy na świecie panowały dynastie królów i powszechnym był ustrój zwany monarchią. Ustrój, który był jednak łagodniejszy dla swoich wyznawców od tego, jaki od Wielkiego Kataklizmu panował tutaj. O tym wszystkim nie wiedział, bo niby skąd? Nie zachowała się również żadna wzmianka o tym, że tron ten został skradziony przez jego Pra-pra-pra-Dziadów tuż po Wielkim Kataklizmie z muzeum, którego widmowy budynek szpecił teraz leśny krajobraz dzień drogi stąd. Tego wszystkiego nie wiedział i opierając się na kolejnej znanej mu sentencji na pewno tego nie żałował. Sentencja ta brzmiała następująco: niewiedza jest złotem. Chociaż przekazał mu ją kiedyś, jakiś nieznajomy, który zatrzymał się w Mieście to jemu podobała się ona o wiele bardziej niż ta, którą usłyszał od swojego przodka. Nie zniechęcało go nawet to, że nie wiedział co to jest: złoto, gdyż rozdźwięk i wydźwięk oraz małość napawały go szaleńczym wręcz uwielbieniem do trzech tylko słów ułożonych w odpowiedniej kolejności. Wątpię czy się pomylę, jeśli uznam, że wielbił je bardziej od swojego ludu, co przecież jest nie na miejscu w jego funkcji. Chociaż biedny i, jakże cierpliwy Aluch tłumaczył mu wolno, a zarazem dokładnie co to jest złoto to on nic, a nic z lekcji nie wyniósł. Aluch nie mógł uwierzyć, kiedy Pan oznajmił mu, że oto od dziś sentencja ta zostanie wpisana, jako kolejny punkt do dikalogu. Przekonywał go, że to nie ma sensu, że to nie pasuję, ale Pan się uparł i w rezultacie istotnie taki zapis w dikalogu Miasta się pojawił. A dikalog drogi czytelniku to nic innego, jak dekalog, a więc zbiór praw i obowiązków każdego z mieszkańców Miasta wyłączając oczywiście Pana. Właśnie w tej chwili jego tok myśli naprowadził go na wspomnienia związane z osobą Alucha, który przecież nie był prawowitym mieszkańcem Miasta, a wyrzutkiem jakiegoś odległego społeczeństwa. O tym, że Aluch to naprawdę zbieg, Pan również nie wiedział. Znał tylko bajeczkę opowiedzianą mu przez Alucha, że jakoby obudził się przed murami Miasta i przybył tu, gdzie poprowadziło go jego przeznaczenie. Aluch okazał się bardzo, ale to bardzo przydatnym poddanym, który stał się człowiekiem od wszystkiego. To właśnie ta cierpliwa postać raz za razem nie zważając na porażki odkrywała przed swym Panem kolejne elementy świata. Pan jednak był bardzo marnym uczniem, który nawet mając takiego świetnego nauczyciela nie poczynił prawie żadnych postępów w nauce. Po tragicznym dla Alucha incydencie związanym z pomysłem zmiany nazwy Miasta Pan zauważył w nim także zaufanego doradcę. W niedługim czasie Aluch zyskał, więc ogromny wpływ na decyzję Pana, jednak to mu nie wystarczyło... Właśnie teraz przypomniał sobie dosyć dokładnie dzień, w którym Aluch przybiegł zdyszany ze swoim nowym, świetnym pomysłem. Pomysłem, aby zmienić nazwę Miasta. Pamiętał, że Aluch był wtedy strasznie podekscytowany. Nie mógł wręcz ustać na miejscu, tylko chodził w tę i z powrotem, jednocześnie przekazując swoją śmiałą teorię. Pana to tak bardzo zirytowało, że kazał mu wszystko tak powtórzyć od początku, aby stał w jednym miejscu. Jednak nawet po takich poleceniach widać było małe mimowolne ruchy nóg. Co, jak co, ale Pan, jak już wspomniałem ma świetną percepcję, więc nawet najmniejsze szczególiki nie uszły jego uwadze. Wszystko to wyglądało dla Pana, jak kiwanie się osoby szalonej, osoby obłąkanej. Nie mógł przez to skoncentrować się na słowach Alucha, ale zrozumiał wystarczająco, żeby poczuć do niego pogardę i ogromne oburzenie. Nie był pewien, czy wszystko zrozumiał, ale samo to, że chciał nadać nazwę Miastu był bankructwem. Pogwałcał wiele poprzednich zapisów tradycyjnych, co musiało być surowo ukarane. Dla kogoś takiego nie istnieje coś takiego, jak litość – pomyślał i wydał osąd łagodząc go, jednak nieco, aby nie doprowadzić do śmierci, bo, jak mówił jeden z zapisów tradycyjnych: Nikogo nie można skazywać na śmierć choćby zrobił najgorszą rzecz na świecie. Cóż myślę, że taki zapis zmusza nas do głębokiego zastanowienia, jednak według mnie jest on słuszny. Idąc za tą i innymi zapisami tradycyjnymi wydał następujący wyrok: Zaczął oczywiście od swojego sławnego już – Jak śmiesz?!, aby potem pouczyć skazanego – Miasto te nazywa się miastem i bankructwem byłoby sądzić inaczej! Dodatkowo pogwałciłeś liczne zapisy tradycyjne! - po czym przeszedł do wydania wyroku – Przesiedzisz Cztery całe dni, a piętego wyjdziesz... Skazuje cię, więc na cztery dni siedzenia w Dziurze W Ziemi! Poznaj moją łaskę! A teraz... straże! Wbiegło dwóch półnagich wojowników dzierżących włócznie zakończone ostrymi grotami, w których odbijało się światło słoneczne. - Zabrać go do Dziury W Ziemi! Bo popełnił ban... - od tego krzyczenia, bo tak nakazywał jeden z zapisów tradycyjnych, złapał chrypkę – bankruct-wo. Aluch posłusznie dał się zaprowadzić przez strażników do Dziury W Ziemi, co w oczach Pana dodawało mu wielkiego szacunku. Wcześniejsza pogarda do tego człowieka zniknęła, więc tak szybko, jak się pojawiła, a przyczyną tego była kolejna sentencja, którą przedstawiłem już wcześniej, a mianowicie: Miej szacunek do tych, co są odważni, a kiedy wiedzą, że umrą nawet nie mrugną. Już od samego myślenia o tej sentencji zrobiło się mu zgnile, ale zauważył, że nie tylko warto ją cenić ze względu na jej przeszłość, ale też ilość użyć. Cały ten skomplikowany, lub też nie, tok rozmyśleń został brutalnie przerwany stukotem sześciorga butów, co z kolei oznaczało... - zaczął liczyć na palcach - ... trzy osoby. Dzięki swojemu słuchowi słyszał je już wtedy, kiedy nieznajomi wkroczyli do jego domu. Usłyszałby jeszcze wcześniej, gdyby nie to, że piach, który w większości występował w Mieście, jako podłoże skutecznie tłumił odgłosy kroków. Policzył ponownie na palcach, aby upewnić się, że dobrze policzył. Kiedy kończył firana gwałtownie się rozsunęła i wkroczyli trzej nieznajomi w asyście dwóch jego strażników, co ucieszyło go wielce, gdyż potwierdziły się jego obliczenia. W takich chwilach aż chce się żyć – pomyślał – nawet liczenie mi dobrze idzie. Zmierzył nowo przybyłych uważnym wzrokiem. Najbardziej z przodu stała brudna, aczkolwiek niczego sobie kobieta. Po jej nieobecnym wzroku widać było, że jego zbieracze dopełnili swojego obowiązku, a więc podali jej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil samur
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…