Świt wyobraźni
Imaginarium zarania pewnej wędrówki... Oceniajcie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Głośny dźwięk budzika rozdarł ciszę nocy i wyrwał Jana ze snu. Mężczyzna sięgnął ponad śpiącą obok żoną i szybko uciszył wrzeszczący piskliwie zegarek. Dochodziła szósta, świt leniwie wstawał, malując niebo w granatowo-zielonkawe barwy i powoli budząc do życia ptaki, które zaczynały wesoło świergotać tuż pod oknem. Jan przeciągnął się i ziewnął. Już miał opuścić ciepłe łóżko, gdy zatrzymał go zaspany głos odwróconej do niego tyłem małżonki: - Gdzie idziesz? Jan wpełzł z powrotem pod kołdrę i przytulił żonę. - Do pracy, przecież wiesz, Gosiu. Małgorzata nie odpowiedziała. Jan uznał to za koniec króciutkiej rozmowy i ponownie zabrał się za wychodzenie z łóżka. Żona jednak zatrzymała go słowami, ponownie nie odwracając się w jego stronę: - Mieliśmy jechać z dziewczynkami do dziadków. Zapomniałeś? Jan zastygł w bezruchu, leżąc na plecach i wpatrując się w szary w tej chwili sufit. Za dnia miał on przepiękny kremowy kolor. - Nie zapomniałem – odrzekł. – Ale akurat mamy duże zlecenie. Dzisiaj przyjeżdżają ci ludzie z zagranicy, muszę tam być. Pojedziecie same… - Janek, do cholery, ja to słyszę za każdym razem – Małgorzata odwróciła się w jego stronę, patrząc z wyrzutem poprzez rozczochrane, kasztanowe włosy. – Wciąż i wciąż: "jedźcie same”, "zobaczcie same", "odwiedźcie same"! Ciągle jest jakieś "ale"! Czy dla ciebie nie istnieje już nic poza twoją firmą? Pamiętasz jeszcze jakie imiona mają twoje dzieci?... - Nie bądź złośliwa – przerwał Jan swojej żonie. – Dobrze wiesz, że robię to przede wszystkim dla nich. Dla was… - Jasne – prychnęła Małgorzata, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Co ja teraz powiem dziewczynkom? Że tatuś nie ma dla nich czasu nawet w niedzielę? Jan zaczął swoim zwyczajem przygryzać policzek od wewnętrznej strony. Westchnął, chciał, żeby z ulgą, ale ze zniecierpliwieniem. - Może… – zaczął, choć bardzo nie chciał kłamać żony – może zdążę pojawić się u rodziców wieczorem… Małgorzata odwróciła się w drugą stronę i powiedziała cicho: - Sam nie wierzysz w to, co mówisz.
Jan głośno wypuścił powietrze nosem. Odczekał chwilę i spojrzał na zegarek. Najwyższa pora wstawać. Ostatni raz spodnią częścią dłoni przetarł oczy. Gdy uniósł powieki nagle zrobiło się całkowicie ciemno. Jan pomyślał, że zbyt mocno potarł oczy i przez moment nie może niczego dojrzeć. Ale chwila ciemności przedłużała się. - Co jest? – mruknął pod nosem. – Gosiu, obudź się, coś dziwnego… Chciał dotknąć ramienia żony, ale łóżko okazało się puste. W miejscu, gdzie przed sekundą leżała jego rozgniewana małżonka, wyczuł jedynie ciepłą poduszkę. Przestraszył się nie na żarty. - Gosiu – powiedział, po omacku macając posłanie, – Gosia, gdzie ty jesteś? Nikt nie odpowiedział. Jan sięgnął ręką w kierunku nocnego stolika po swojej prawej stronie, szukając komórki by rozświetlić egipskie ciemności, które zapanowały nagle w sypialni. Gdy wydawało mu się, że już ją chwycił, prześlizgnęła mu się między palcami i spadła ze stolika. Serce Jana waliło jak oszalałe, tak, że słyszał je bardzo wyraźnie, ale nawet pulsująca w uszach krew napędzona adrenaliną nie stłumiłaby odgłosu upadku telefonu na drewniane panele. Nic takiego się jednak nie stało. - Co tu się dzieje, do diabła?! – powiedział głośno, by po chwili zacząć krzyczeć: - Gosia! Gosiu, gdzie ty jesteś?! Chciał wreszcie opuścić łóżko, ale bał się. Bał się, że… spadnie. Uderzyła go bezsensowność własnych myśli. Przecież jest w własnym domu, w sypialni, podłoga nie wyparowała. Próbował to zrozumieć, ale nie potrafił. Powoli sięgnął po budzik, który zaledwie kilka minut wcześniej własnoręcznie wyłączył. Wychylił rękę za obręb łóżka i wypuścił zegarek z dłoni. Ponownie nie dobiegł go odgłos upadku przedmiotu. Zupełnie nie wiedział, co począć. I co się stało z jego żoną? Ponownie zaczął przywoływać ją po imieniu. Nagle przypomniał sobie o śpiących w pokoju obok dziewczynkach. Musiał sprawdzić, czy nic im nie jest! Przeturlał się na tył łóżka i chwycił drewnianego brzegu. Wziął głęboki oddech i wystawił nogę, próbując wyczuć pod stopą podłogę. Nagle zachwiał się i noga poleciała mu w dół. Łóżko nie było na tyle wysokie, by nie mógł sięgnąć podłogi. Z przerażeniem musiał stwierdzić, że nie miał na czym stanąć! Jak to możliwe? Co tu się dzieje?! - Co tu się dzieje! – wrzasnął ślad za gonitwą myśli. Jego głos spotęgowało echo, jakby znajdował się w ogromnej jaskini. Czuł jak zimny pot spływał mu plecach, zaczynała go ogarniać panika. Echo nie wygasło, lecz zaczęło się nasilać. Jego nawarstwiony głos stawał się coraz głośniejszy, w końcu musiał zatkać sobie uszy, bo hałas stał się nie do zniesienia. Po chwili wszystko ucichło.
Jan leżał bez ruchu, próbując sobie wszystko uporządkować. Nie chciał się odezwać, by ponownie nie wzbudzić tumultu echa własnego głosu. Nie rozumiał nic z tego, czego przed momentem był żywym uczestnikiem. - To musi być jakiś straszny sen – szepnął do siebie, – to tylko sen, a ja zaraz się obudzę. To tylko sen, tylko sen – powtarzał sobie jak w transie, zaciskając powieki z całych sił. Jednak nic nie wskazywało na to, że śni. Leżał skulony i szczypał się w łydkę, ale nie potrafił się obudzić. - Gosiu, gdzie jesteś?... – jęknął bezsilnie. - Jest bezpieczna. Jan aż podskoczył ze strachu. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w okno. Na tym samym co chwilę wcześniej, granatowo-zielonym tle nieba dostrzegał zamglony kontur człowieka. - Kim jesteś?! – krzyknął, trzęsąc się z przerażenia. - Spokojnie, nie musisz się bać – odrzekła tajemnicza postać. Dopiero teraz Jan uświadomił sobie, że głos należał do mężczyzny, ale był dziwnie zniekształcony, jakby nagrany i zmodyfikowany. Słyszał czasem taką barwę, gdy pracował w gabinecie przy laptopie, a dziewczynki oglądały kreskówki w swoim pokoju. Był to zazwyczaj głos jakiegoś czarnego charakteru. - Kim jesteś? – powtórzył Jan, przełykając ślinę. – Czy to ty spowodowałeś te ciemności? Gdzie jest moja żona? I dzieci? - Już ci to powiedziałem. Wszystkie trzy najważniejsze kobiety twojego życia są bezpieczne. - Gdzie?! – wrzasnął Jan. - Spokojnie – powtórzył tajemniczy osobnik, - wkrótce ponownie się z nimi spotkasz. Teraz jednak czas, by zająć się tobą. Jan oddychał szybko. Kręciło się mu w głowie, miał dosyć tego poranka. Po co w ogóle się budził?! Ci cholerni Francuzi mogli zaczekać do jutra… - No, w końcu zaczynasz myśleć jak człowiek – powiedział tajemniczy gość w jego sypialni. Jan wpatrywał się w jego sylwetkę na tle okna. Był to jedyny jaśniejszy punkt pokoju, resztę otoczenia wciąż spowijały nieprzeniknione ciemności. - Co?... – szepnął. Po chwili dotarł do niego sens słów przybysza. – Jak?... Skąd wiesz, o czym pomyślałem? Jan usłyszał cichy pomruk. Domyślił się, że na ustach przybysza pojawił się uśmiech. - Powiedzmy, że wiem o tobie więcej niż się spodziewasz. - Kim jesteś? – zapytał Jan mrużąc oczy. Znał skądś tę sylwetkę. – Znam cię? - Lepiej niż myślisz. - Ale… - zaczął Jan, jednak przybysz przerwał mu łagodniej brzmiącym głosem: - Pozwól, że teraz ja będę mówił. Nie zjawiłem się tu bez przyczyny. Przyszedłem, ponieważ zrobiłeś coś bardzo…nagannego. Drogi Janku, jeśli mogę się tak do ciebie zwracać, czy pamiętasz jeszcze, czym są marzenia? Jana zamurowało. O czym ten człowiek w ogóle mówi? Ma teraz ważniejsze sprawy na głowie. Musi znaleźć żonę i dzieci, a później… - Powtarzam ci po raz kolejny – nie martw się o nie – potok myśli Jana przerwał nieznajomy. – Spotkasz się z nimi w swoim czasie. Teraz odpowiedz proszę na moje pytanie. Jan poczuł, że zaschło mu w gardle. Przełknął resztkę śliny, jaka pozostała mu w ustach i otarł spocone czoło. - Prze… praszam – wyjąkał, - o co pan pytał?... - Och, możesz mi mówić per… Jasiu – odrzekł enigmatyczny przybysz. – Tak, ty jesteś Janek, więc ja mogę być Jasiem. Pytałem o to, czy wiesz i czy pamiętasz, czym są marzenia. Jan spoglądał ze zdumieniem na dziwnie rozmazaną sylwetkę w oknie. Jego strach zelżał, wciąż jednak nie czuł się pewnie. Czym są marzenia? - Hmm… no… to coś, czego się bardzo pragnie, o czym się śni… - nagle poczuł się bardzo głupio. – No… takie tam… rzeczy… - "Takie tam rzeczy" – powtórzył za nim tajemniczy Jaś i mruknął z wyczuwalnym niesmakiem. – No tak… A czy wiesz, o czym marzą twoje dzieci i żona? Czy sądzisz, że spełniłeś chociaż jedno ich marzenie? - Oczywiście – odrzekł Jan od razu. – Mają… to znaczy: mamy wszystko, o czym od zawsze… marzyliśmy! No właśnie – marzyliśmy! Mamy dom, pełne konto, pracę, jesteśmy szczęśliwi… - Jesteś tego pewny? – głos zagadkowego Jasia ponownie stał się złowrogo niski i zatrważający, tak, że Jan zląkł się na nowo. – Myślisz, że odeszłyby od ciebie, gdybyś naprawdę spełnił ich pragnienia?... - Jak to "odeszłyby"? – przerwał mu Jan. – Jak to?… Dlaczego odeszły? Dokąd? - Odeszły, ponieważ umarłeś – odpowiedział mu nieznajomy… jego własnym głosem. Jan poczuł jak krew odpływa mu z twarzy. - Umarłem?... – szepnął. – Ja… umarłem? - Pozwól, że o coś cię teraz poproszę – powiedział tajemniczy Jaś, wciąż jego głosem. – Będzie to bardzo trudne, ale nagroda będzie dla ciebie niezwykle cenna. Jeśli uczynisz to, o co cię poproszę, zobaczysz swoją żonę i dzieci. Jan podniósł głowę, w której dotąd kotłowały się myśli, a teraz przytłaczająca pustka chciała niemal wydrzeć się na zewnątrz. Spojrzał na dziwnego osobnika szeroko otwartymi oczyma. - Zgadzam się – odrzekł gorączkowo i podpełzł do tylniej krawędzi łóżka. - Zgadzam się na wszystko. Tajemniczy Jaś odparł dopiero po chwili. - A zatem połóż się i zamknij oczy. Jan wykonał polecenie. - To ta łatwiejsza część. Teraz będzie już ciężej. Jeśli nie niemożliwie... Nie, to się nie uda. Nie w twoim przypadku. Jan dźwignął się na łokciach. - Nie!... Proszę! Tak bardzo chcę ich zobaczyć! Teraz!... Tajemniczy Jaś westchnął. - No dobrze. Zamknij oczy. Chyba mam w stosunku do ciebie jakąś słabość, wiesz? Jan po raz pierwszy tego poranka uśmiechnął się, blado i krótko. Przybysz mówił teraz cicho, ale bardzo wyraźnie, prawie, jakby szeptał mu do ucha: - Wyobraź sobie, choć wiem, że to trudne, ale spróbuj – wyobraź sobie, gdzie chciałbyś teraz ujrzeć swoich bliskich. Wyobraź to sobie bardzo szczegółowo, czysto, wręcz namacalnie. I wtedy otwórz oczy.
Janowi przemknęło przez myśl, co może być w tym trudnego. Skupił się na wymyśleniu scenerii, w której przyjdzie mu spotkać się z żoną i dziewczynkami. Myślał i myślał, jednak nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Rozpatrywał najróżniejsze pejzaże, które kiedyś zobaczył, widoki, których był świadkiem, krajobrazy, które ujrzał na zdjęciach, czy będąc na wakacjach. Ale to ciągle nie było to. W końcu zaczął się stresować. Chciał jak najszybciej ich zobaczyć!... - Nie tędy droga – usłyszał w uchu głos nieznajomego. Chciał otworzyć oczy, ale nie potrafił. – Nie myśl, ale czuj. Nie próbuj sobie przypomnieć, ale wymyśl to sobie. Bardzo, bardzo drobiazgowo. Jan postanowił spróbować ponownie. Tym razem pomyślał, gdzie jego córki były z nim ostatnim razem i do tego były zadowolone. Z dziwnym, zapomnianym przez niego uczuciem – z żalem – uświadomił sobie, jak dawno musiało się to zdarzyć. Po chwili przypomniał sobie piaskownicę w parku. Było lato, słońce świeciło nad głowami, trawa zieleniła się, liśćmi na drzewach kołysał lekki zefirek. Plac zabaw, typowy, jeden z wielu w parku nieopodal ich domu, uroczy skwer wypełniony radosnymi ludźmi, w tym jego rodziną. Uspokoił oddech i oddał się temu sielskiemu obrazkowi, zrodzonemu w jego głowie. Nagle przez zamknięte powieki dostrzegł światło. Ku swojemu zdumieniu poczuł zapach trawy, usłyszał szum wiatru muskającego korony drzew. Otworzył oczy. Stał, tak jakby przed chwilą opuścił łóżko, w piżamie, na boso, kilka metrów od piaskownicy, w której wesoło…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Veron
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…