Szansa -cz. 3 (Spacer po bulwarze straconych snów)
Trzecia część, która może być traktowana również jako odrębna opowieść. Jest to historia człowieka, który zwątpił w świat, w Boga i w siebie. Zachęcam do lektury.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Chłodne, wrześniowe powietrze szczypało boleśnie w policzki, a łzy, które nie wypłynęły pod wpływem rozpaczy, wyciskał z oczu wiatr. Niebo zasnuły ciężkie chmury. W powietrzu czuć było nadchodzącą wielkimi krokami jesień. Schyłek wszystkiego co piękne... Todd zapatrzył się melancholijnie na zbrązowiałe liście. "Tylko czekać, aż drzewa zrzucą rdzawy płaszcz u stóp kroczącej majestatycznie zimy... Tak jak ja odrzucę swoje życie przed milczącą Panią Chłodu..." - wzdrygnął się mimowolnie i złapał za ramiona. Nie podobały mu się jego myśli. Było mu zimno. Nie tylko fizycznie. "Cóż, Todd, musisz się oswoić z faktem, że umierasz..." - pomyślał beznamiętnie. "Boże, jak to zabrzmiało..." Spuścił głowę. Nie patrzył gdzie idzie. Nie dbał o to. Pozwolił, by przeznaczenie niosło go w swym wartkim nurcie. Nie patrzył także na ludzi, jakby samym spojrzeniem mógł ich skrzywdzić. Czuł się brudny. Wlepił puste spojrzenie w chodnik i powłócząc nogami, kontynuował wytrwale swoją podróż do nikąd.
Podniósł głowę i rozejrzał się zdziwiony. -Ale mnie zniosło... - w jego głosie słychać było autentyczne zaskoczenie. Zaszedł do jednej z najbogatszych dzielnic. Stał właśnie na głównej promenadzie miasta, wzdłuż której ciągnął się pas luksusowych sklepów. Za cenę większości produktów tam sprzedawanych, zwykły śmiertelnik mógłby się wyżywić przez trzy miesiące. Todd wyraźnie wyczuł, że to nie jest jego miejsce. Nie pasował tutaj. Przyjrzał się niepewnie twarzom mijających go przechodniów. Malowała się na nich albo całkowita obojętność co do faktu jego istnienia, albo zwykła pogarda. Młody Armstrong nie wiedział co było gorsze. Paradoksalnie, otoczony tłumem trącających go łokciami osób, poczuł się bardzo samotny. Chciał krzyczeć z bezsilnej rozpaczy. Desperackim zrywem wyrwał się z jadowitej hordy i pobiegł na oślep przed siebie. Ludzie ustępowali mu z drogi, bojąc się tego wystraszonego odmieńca. Zatrzymał się dopiero kilka ulic dalej. Oparł się plecami o chłodną szybę wystawową. -Co się ze mną dzieje? - zapytał cicho, nie oczekując odpowiedzi. Otarł pot z czoła. Chwytał tlen płytkimi i urywanymi wdechami. Serce biło mu szybko, tak szybko jak przerażonemu zwierzątku schwytanemu w pułapkę. Zaczerpnął głębiej powietrza, starając się uspokoić. Jego myśli przypominały ocean podczas letniego sztormu. Nie był już pewny absolutnie niczego. Westchnął ciężko i oderwał plecy od szklanej tafli. Odwrócił się i przypadkiem pochwycił swoje odbicie w szybie. -To naprawdę... ja? - zdziwił się. Miał przed sobą jakiegoś obcego mężczyznę przedstawionego w kolorach szarości. Ciemne włosy wystawały spod jeszcze ciemniejszej czapki, otaczając leniwie szyję. Czarna kurtka opinała chude ciało właściciela. Jasne oczy nieznajomego były nienaturalnie rozszerzone. Bał się. -Dlaczego drżysz, smutny bliźniaku? Wszak twa śmierć, pewną już i ty nic zmienić nie dasz rady... - oparł rozpalone czoło o szybę, cytując słowa jednego z dawno zapomnianych poetów. Przygryzł wargi. Podniósł głowę i spojrzał na swojego przyjaciela w nieszczęściu. Po obu policzkach spłynęła samotna łza. -Żegnaj... - przyłożył dłoń do szyby i uśmiechnął się smutno. - Kto wie? Może widzimy się po raz ostatni... - zaśmiał się cicho, głosem pozbawionym wesołości. Porzucił swojego brata i odszedł, zostawiając bez żalu dzielnicę pustego zepsucia.
-Jak tu wysoko! - powiedział, wychylając się przez barierkę mostu. Kilkanaście metrów niżej spokojnie płynęła woda. Nie można jednak ufać pozorom - tak naprawdę była to śmiercionośna siła. Todd patrzył bez emocji w jej odmęty. Zastanawiał się jaką ma temperaturę. -A może się przekonam? - namyślał się głośno. Dlaczegoż by nie? I tak umierał. Zakończy swoje życie tu i teraz. Po co ma się męczyć? Przeszedł przez barierkę. Stał teraz na wąskim paśmie betonu, zawieszonym nad rzeką. Trzymał się metalowych prętów, czekając na odpowiedni moment. "Jako dziecko, wiele razy chciałem się zabić. Ciekawe czy tym razem się odważę..." - przemknęło mu przez myśl. "Żałuję, że nie zdecydowałem się na to wcześniej." -przyznał z żalem. Poczuł na twarzy rześki podmuch wiatru. W pobliżu nie było nikogo, a w ciszy, która panowała, mógł usłyszeć cichy, zachęcający szept wody. Uśmiechnął się. "Tak, świat jest piękny..." - spojrzał na horyzont. Nawet nie próbował powstrzymywać łez- dwa słone strumienie przyozdobiły jego twarz. Czuł się szczęśliwy. - "A beze mnie, będzie jeszcze piękniejszy." Puścił barierkę. "Koniec..." Gdy jego ciało przechylało się do przodu, usłyszał w myślach smutny kobiecy głos. "Tylko nie waż sobie niczego zrobić! Pamiętaj, że tu zawsze będzie ktoś, kto na ciebie czeka..." Ten szept był jak kubeł lodowatej wody. -Boże! Ja nie chcę umierać! - krzyknął rozpaczliwie. W ostatniej chwili szarpnął się w tył, kurczowo zaciskając smukłe palce na metalowych prętach. Patrzył z przerażeniem w dół. Gardło miał tak ściśnięte, że nie był w stanie wypowiedzieć nawet słowa. Trząsł się jak w febrze. Przełożenie nogi przez barierkę było dla niego nadludzkim wysiłkiem, który jednak z wahaniem podjął. Gdy jego obie stopy dotknęły powierzchni mostu, opuściły go resztki sił. Opadł bezwładnie na ziemię. Pręty boleśnie wbijały mu się w plecy, lecz nawet nie zwrócił na to uwagi. Przycisnął uda do poruszającej się miarowo klatki piersiowej. Splótł bezradnie ręce na kolanach. Zwiesił ramiona i rozpłakał się. -Jestem żałosny... - załkał. Co z tego, że miał już grubo ponad dwadzieścia lat? To wciąż było dziecko, tak samo nieporadne jak w dniu przyjścia na świat. Własna matka nie dała mu nigdy poczucia bezpieczeństwa. Wtedy, gdy najbardziej potrzebował miłości i wsparcia, otrzymywał tylko nienawiść i pogardę. Dopiero u dwójki obcych osób, odnalazł to, czego szukał przez całe życie. I chciał to tak po prostu porzucić? -Jimmy... Rebel... Chcę do domu... - wyszeptał, ocierając łzy. Był jak syn marnotrawny, który zrozumiał swój błąd. I teraz, mimo że czuł się jak śmieć, bał się i nienawidził jednocześnie, pragnął powrócić do miejsca, do którego należał. Do prawdziwego domu. Do domu, w którym ktoś na niego czeka... Nie miał jednak odwagi, by wstać i stawić czoła światu. Poddał się... Na kark spłynęła mu lodowata kropla. Wzdrygnął się. Kolejna rozprysnęła się na jego bladej dłoni. Spojrzał zaskoczony w niebo. -Deszcz? Chłodna ulewa, niczym chrzest, zmazujący wszelkie grzechy, obmyła jego twarz z gorzkich łez. Todd kichnął. -No tak. Jestem przecież chory... - wydawało mu się, że gorączka powróciła. A w jego stanie to bardzo niebezpieczne. - Do domu mam za daleko. Muszę się gdzieś schronić...- poderwał się z miejsca. To, co zastopował marazm i zwątpienie, był w stanie poruszyć zwykły deszcz. Todd puścił się biegiem, rozchlapując na boki wodę z kałuż. Para wydobywająca się z jego płuc, tworzyła za nim mglistą zasłonę. Obraz rozmywał się i zniekształcał w gorączkowym szale. Zbiegł z mostu, rozglądając się rozpaczliwie za azylem dla umęczonego ciała. Pusto. Jakiś gwałtowny impuls, którego nie potrafił wytłumaczyć, kazał mu biec dalej. Mijał kolejne ulice o obco brzmiących nazwach. Wciąż jednak coś pchało go naprzód. Nie wiedział co, ale było to niezwykle silne uczucie. Skręt w prawo, obdrapana kamienica, lewo, wrak Volkswagena, jeszcze jeden zaułek i... Todd stanął jak wryty. Otwarte spiżowe wrota. Półmrok rozjaśniony słabym blaskiem lamp i nieśmiałym migotaniem świec. Charakterystyczny zapach dostojności. Żelazny krzyż nad drzwiami. Kościół. Dom Boga w biednej dzielnicy. Zawahał się. Kiedy ostatni raz odwiedził świątynię? Jak miał osiem lat? Dziesięć? -Nie... - przypomniał sobie. - Przecież byłem na pogrzebie matki. Jako czternastoletni gówniarz... -mruknął ponuro. Po co tu właściwie przyszedł? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Skoro już jednak się tu znalazł, to czemu ma nie schronić się przed nieprzychylną aurą w środku? Bił się chwilę z myślami i niepewnie przestąpił próg kościoła. Todd właściwie nie wierzył w Boga. Wychodził jednak z założenia, że "nigdy nic nie wiadomo", więc starał się zbytnio nie wchodzić Mu w drogę. I bez tego miał wystarczająco kłopotów... Ściągnął czapkę i schował ją do…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kenny-fan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…