Wróć do katalogu

Szkatułka z Tollen - część III

Tajemniczy przedmiot dostaje się w ręce Drakana. To nie wróży nic dobrego...

Beataopublikowano 3 grudnia 20041 godz. 35 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Część III

Małe, delikatne zawiniątko spoczywało w dłoni Drakana. Odwinął mokry materiał i wpatrywał się w szkatułkę niczym zahipnotyzowany. Nie odrywał wzroku od pozłacanych brzegów, od napisów wykonanych w nieznanym mu języku i jedynego słowa, wyrzeźbionego na drewnianym wieczku, które był w stanie przeczytać – {i}Tollen{/i}. Nie miał pojęcia, dlaczego to małe puzderko tak bardzo pochłonęło jego uwagę. Czuł płynącą od niego, niezwykłą energię. Miał wrażenie, że tajemnicza siła, moc, czy cokolwiek to było, kieruje swoje źródło ku niemu, wdziera się do umysłu i chce nad nim zapanować. Wiedział, że nie powinien poddawać się działaniu przedmiotu, ale też nie było mu łatwo odgonić od siebie pięknych wizji. Mgliste wspomnienie podpowiadało mu, że kiedyś powiedział Kelisie o dobrej energii wytwarzanej przez szkatułkę. Teraz odczuwał tę wspomnianą moc. Wypełniały go pozytywne wibracje, ale jednocześnie przebijało się do niego coś, co burzyło ten idealny stan. Coś złego, niepokojącego. Odnosił wrażenie, że nie powinien tego doświadczać. Że robi coś niewłaściwego. Puzderko kusiło go, lecz jednocześnie jakiś szczegół w nim zawarty odpychał go od siebie. Istniał nieznany konflikt, dzięki któremu elementy szkatułki zwalczały się nawzajem. Drakan przejechał palcem po słowie {i}Tollen{/i} i uśmiechnął się pod nosem. Kelisa z własnej winy zgubiła tę wspaniałą rzecz. On wyłowił skarb ze wzburzonej rzeki, więc teraz należy do niego. Do nikogo innego. Sam rozwiąże zagadkę. Poradzi sobie o wiele lepiej niż dziewczyna, która na dobrą sprawę nie miała pojęcia, co trzeba zrobić. Czuł, że jest bardziej godny podjęcia się tego zadania. Szkatułka wyraźnie go wybrała, kusiła pięknymi myślami. Miał wrażenie, że z tym przedmiotem wiązała go historia… Gdyby Drakan spojrzał na samego siebie z boku i zobaczyłby, jak siedzi nieruchomo przy głazie i wpatruje się nieprzytomnym wzrokiem w małe puzderko, przeraziłby się. On jednak nie zdawał sobie sprawy z niewidocznej aury otaczającej go niczym gęsta mgła. Pochłonięty bez reszty wizją zesłaną przez szkatułkę nawet nie wiedział, że zachowuje się dość dziwnie. Cudowne plany całkowicie nim zawładnęły. Mały samczyk leśnej pliszki wylądował tuż przy brzegu jeziora i pisnął donośnie. Jego długi, czarny ogonek poruszył się szybko w górę i w dół. Ptak kilkoma skokami znalazł się na piaskowej płyciźnie i błyskawicznym ruchem zanurzył w wodzie żółty brzuch. Pił nerwowo, co chwilę unosił szary łebek i rozglądał się wokoło, a jego ruchliwy ogon rozbryzgiwał w powietrze drobne krople. Nagle przechylił główkę, zerknął na Drakana jednym okiem i po raz kolejny ćwierknął przejmująco. Tym razem głos stworzonka był tak przenikliwy, że półelf drgnął, jakby obudzony ze snu. Spojrzał na pliszkę. Samczyk zaczerpnął ostatni łyk wody i odleciał w stronę wzgórz. Oszołomienie powoli ustępowało, Drakan znów mógł myśleć logicznie. Wyrwał się spod wpływu szkatułki. Uniósł się na nogi i podszedł do jeziora. Przemył sobie twarz. Przez chwilę klęczał na brzegu, wsparty na rękach zagłębionych w mokrym piasku, patrzył w dół i pozwalał, by skapujące krople wody mąciły gładką taflę. – Co to było…? – szepnął do siebie, zszokowany. Jego serce uderzało w przyspieszonym rytmie. Ostatni raz przesunął dłonią po twarzy i odwrócił się w stronę głazu. Wbił wzrok w leżącą wśród trawy szkatułkę. Teraz wyglądała całkiem niewinnie, wręcz niepozornie, ale on nie dał się zwieść. Wiedział, co czuł, jakie myśli przejęły nad nim kontrolę i w tej chwili dziękował ptakowi, że swym trelem pomógł mu powrócić do rzeczywistości. Kelisa opowiadała mu o klątwie ciążącej na tej małej skrzyneczce. Zawsze był sceptycznie nastawiony do wszelkich legend. Do tej pory historia o chęci posiadania szkatułki jawiła mu się jako jedna z wielu, która może i ma w sobie ziarno prawdy, ale została wyolbrzymiona przez liczne osoby snujące niewiarygodne fantazje o zwykłym wydarzeniu. Teraz Drakan już tak nie myślał. Przekonał się na własnej skórze, że klątwa jest jak najbardziej prawdziwa. Czuł ogromną chęć posiadania tej tajemniczej rzeczy, ogarnęła go jakaś moc i wiara, że nikt inny prócz niego nie zasługuje na rozwiązanie zagadki związanej z Tollen. Wspomnienia minionej chwili sprawiły, że półelf poczuł do siebie najzwyklejszą w świecie niechęć. Myślał, że jest silny, że nic nie złamie jego woli i nie da się nim manipulować… wystarczył jeden kontakt ze szkatułką i natychmiast stracił nad sobą kontrolę. Na nic przydały się tłumaczenia, że małe puzderko kusiło go niezwykłą energią, obietnicami, przeszłością. Gdyby był tak odporny, jak mu się wydawało, nie trwałoby to tak długo. Powinien cisnąć skarb Kelisy za głaz już w momencie, gdy pierwsze fale wdarły się do jego umysłu. Nie, on po prostu siedział jak idiota, gapił się tępo w rzeźbienia i pozwalał, by jego myśli zostały opanowane przez dziwne rojenia. Dosyć, nigdy więcej się to nie powtórzy! Zły na siebie samego, podszedł do głazu. Chwycił szkatułkę, owinął czerwonym materiałem i cisnął z powrotem do trzosu. Zawiązał rzemyk najmocniej jak tylko mógł. Nie miał zamiaru znów tykać tego cholerstwa. To własność Kelisy. Skoro ona chce rozwiązać tę zagadkę, nie będzie jej przeszkadzał. Nawet jej pomoże. Jednak zachowa bezpieczną odległość. Za nic nie chciałby przeżyć znów tego, co spotkało go kilka minut wcześniej. Nie rozumiał jednego: dlaczego szkatułka nie wywierała na dziewczynę jakiegokolwiek wpływu? Kelisa mogła trzymać ją przy sobie i nigdy nie odczuwała żadnych niezwykłych fal. Dla niego jedna noc to zbyt długo. Nie wiedział, dlaczego tak jest i na czym polega wyjątkowość tego puzderka. Jakiś wewnętrzny opór odrzucał go od kontaktu z tajemniczym przedmiotem nawet przez skórę trzosu. Kilkoma silnymi ruchami przywiązał worek do pasa i nakrył koszulą. Rozejrzał się wokoło. Nie krzyczał, nie wołał dziewczyny, wiedział, że to nie miało najmniejszego sensu. Wczoraj stracił orientację w terenie. Usprawiedliwiał się tym, że był śmiertelnie zmęczony, otaczała go ciemność i szalała ulewa, a dzięki temu wszystkie wzgórza wyglądały identycznie. Nadal nie wiedział gdzie jest, ale przysiągł sobie, że odnajdzie Kelisę jeszcze tego dnia. W końcu ponad połowę życia spędził na włóczęgostwie i umiał odnajdywać kierunek w nawet najbardziej dzikich terenach. Tym razem naprawdę się zawziął. Traktował to jako rewanż za swoją słabość, jako próbę odzyskania szacunku do siebie samego. Nadal słyszał w głowie echo myśli nasłanych przez zdradziecką szkatułkę. Wiedział już, co powinien zrobić. Nie miał zamiaru znów moczyć się w strumieniu, chociaż słońce z pewnością ogrzało nieco wodę i prąd nie był już tak silny jak wczoraj. Nie, ułożył sobie inny plan. Ominie jezioro od strony wzgórz i stamtąd zejdzie na równinę. Idąc rozciągającą się u stóp wzniesień łąką z pewnością trafi na miejsce, w którym rozdzielił się z Kelisą. Co prawda droga zajmie mu więcej czasu, jednak będzie miał pewność, że znów nie natknie się na kolejną odnogę rzeki. Wybrana przez niego trasa wiązała się z pewnym ryzykiem. Wśród pobliskich wzgórz mogli mieszkać ludzie. Jeśli stanie z nimi oko w oko, może mieć poważne kłopoty. Postanowił zaryzykować. Nie miał cierpliwości, by brodzić w rzecznych korytach, chciał maszerować na wprost i jeszcze dziś spotkać się z dziewczyną. Będzie unikał okolicznych mieszkańców. O ile ktoś tu w ogóle żył. Zdecydowany, ruszył w stronę leśnych wzgórz Południa, zostawiając za rzeką jakąkolwiek tolerancję dla odmienności.

* * *

Kelisa nie wiedziała, co robić dalej. Chwilami wpatrywała się w pustą przestrzeń i wierzyła, że spośród rzadko rosnących krzaków wyłoni się dobrze znana, wysoka postać. Jednak miała też pesymistyczne myśli. Kręciła się w miejscu, czuła dławienie w gardle, do oczu napływały jej łzy i nie mogła opanować panicznego strachu, który ściskał jej serce. Bała się. Nie wiedziała, co stało się z Drakanem i ta niewiedza doprowadzała ją do szaleństwa. Nie zależało jej na szkatułce. Jeśli ją ukradł, proszę bardzo, może ją sobie zatrzymać, ona już jej nie chce. Ale niech da znać, że żyje, że nic mu nie jest! Odczuwała silny bunt. Wyrzucała sobie nieuwagę, zbyt słabe przygotowanie do wyprawy i narażanie innych na niebezpieczeństwo. A wszystko to z powodu głupiego puzderka! Najchętniej przeprawiłaby się na drugą stronę rzeki i ruszyła z powrotem do swojej rodzinnej wioski. Na Północ. Zapomniałaby o Tollen, zagadkach, klątwie i innych legendarnych bzdurach. Nie obejrzałaby się nawet za siebie. Ale musiałaby wiedzieć tylko jedno… czy Drakan ją zdradził, poddał się chęci posiadania szkatułki, czy miał dobre zamiary, jednak prąd rzeki okazał się dla niego zbyt silny. Gdyby okazało się, że zawładnęła nim klątwa, odeszłaby bez słowa. A jeśli zaryzykował dla niej własne życie i zginął… Po prostu musiała znać prawdę. Do głowy jej nie przyszło, że Drakan ma kłopoty z odnalezieniem właściwego kierunku marszu. Że został zniesiony zbyt daleko przez wzburzony nurt. Gdyby wiedziała, co się z nim działo, z pewnością czekałaby na niego aż do skutku. Tollen wcale jej już nie interesowało. Postanowiła. Dała półelfowi czas do zmroku. Jeśli się nie pojawi, ona stąd odejdzie.

* * *

Drakan robił wszystko, by za wszelką cenę spotkać się jak najszybciej z Kelisą. Nie chodziło mu tylko i wyłącznie o chęć zobaczenia jej. Do przodu gnał go jeszcze jeden powód. Sporadycznie odzywające się głosy w jego umyśle nie traciły na mocy. Wręcz przeciwnie, nasilały się i stawały coraz bardziej uciążliwe, chociaż wciąż nad nimi panował. Wiedział, że sprawia to bliskość szkatułki. Musiał się jej jak najszybciej pozbyć. Był już wśród wzgórz. Zostawił jezioro za sobą, teraz próbował znaleźć odpowiednio płaski teren, by zejść na łąkę rozciągającą się w dole. Biegł szybko, przeskakiwał spore głazy i omijał otaczające go świerki. Leśny mech ślizgał się pod nogami, jednak on nie zwalniał. Nie przejmował się własnym zmęczeniem, chciał jak najszybciej znaleźć się na równinie. Wciąż pędząc przed siebie, spojrzał w dół zbocza. Poprzez gęsto rosnące świerki zdołał zobaczyć, że nadal jest zbyt stromo. Musiał szukać płaskiego terenu gdzieś dalej. Tuż pod nim znajdowała się piaszczysta, pionowa skarpa, lecz kilka metrów dalej pagórek wydawał się być nieco bardziej bezpieczny. Przy odrobinie wysiłku można było swobodnie zejść ze wzgórza lub się na nie wspiąć. Drakan zatrzymał się gwałtownie. Właśnie w tej chwili jakiś mężczyzna korzystał z tej możliwości i wdrapywał się pod górę. Półelf schował się za dwumetrowy świerk i dysząc ze zmęczenia przyglądał się mieszkańcowi Południa. Nie mógł pozwolić, by obcy go zobaczył, to by oznaczało śmierć. Co gorsza, mężczyzna wyglądał na myśliwego, chociaż zaprzeczała temu jego żałosna kondycja. Nie pokonał jeszcze połowy drogi, a już wspierał się na sporym łuku i oddychał niczym miech kowalski. Mimo zagrożenia Drakan uśmiechnął się z ironią. Jeśli miałby zmierzyć się z tym słabeuszem, ucieknie mu bez problemu. Myśliwy przystanął, podparł się ciężko dłońmi o kolana i z trudem przełykając ślinę rozejrzał się po okolicy. Półelf cofnął się głębiej za drzewo. Musiał cierpliwie poczekać, aż Południowiec zniknie w lesie. Sądząc po narzuconym tempie, potrwa to jakiś czas… Nagle jego uwaga wyostrzyła się. Mężczyzna odwrócił się i odezwał do kogoś, kogo jeszcze nie było widać. Po chwili zza skarpy wyłoniło się dwóch młodzieńców. Obrzucili uważnym spojrzeniem zalesione wzgórze. – Ojcze, jesteś pewien, że tutaj trafimy na łosie? – Tak. Właśnie tutaj widziałem dwa dni temu klępę. Spuszczajcie psy! Drakan zebrał się do ucieczki, gdy młodszy z chłopaków powiedział coś, co mogło go uratować. Niepewny, jak sprawa się zakończy, obserwował ich z napięciem. – Ale tato, po co nam po tych wertepach łazić, skoro w lesie przy jeziorze sarny bez problemu znajdziemy! Ojciec prychnął z irytacją. – Zawsze na łatwiznę idziesz! Ja nie wiem, po co cię do myślistwa przyuczam, skoro ty nawet legowiska po głupim zającu nie umiesz wypatrzyć! A na sarny się porywasz?! – On się nie nadaje, ojcze… kto się ostatnio kordelasem zaciął? – dorzucił z satysfakcją starszy i widząc minę brata, wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu. – Przestaniecie się kłócić? Malir, spuszczaj psy, powiedziałem. Młodszy chłopak demonstracyjnym westchnieniem okazał, że dzieje mu się wielka krzywda. Zszedł nieco niżej. Po chwili do myśliwego podbiegło pięć ogromnych, brązowych psów. Nie wyglądały na bestie, łasiły się u nóg mężczyzny, ale gdy wydał im krótkie polecenie, ruszyły w stronę lasu z donośnym ujadaniem. Półelf cofnął się o kilka kroków. Widział, że psy zbliżają się zbyt szybko, nie miał szans na ucieczkę. Mógł co najwyżej spokojnie czekać i liczyć na to, że zwierzęta wyminą go i wbiegną głębiej w dzicz. Wtedy będzie bezpieczny. Trzy brązowe cielska mignęły tuż koło niego. Nie widział ich wyraźnie poprzez gęste igliwie świerku. Wstrzymał oddech, nie chciał zwrócić na siebie uwagi pozostałej dwójki. Ojciec i synowie zostali nieco z tyłu. Wspinali się powoli na wzniesienie i rozmawiali o zakończeniu polowania. Już dzielili między siebie złowioną samicę łosia. Jeden z psów zamarudził niebezpiecznie blisko Drakana. Półelf odchylił się do tyłu i oddychając jak najwolniej obserwował krążącego w pobliżu olbrzyma. Zwierzę przyłożyło do leśnego runa mokry nos i węsząc głośno coraz bardziej zbliżało się do kryjówki. Pies wszedł za świerk i uniósł gwałtownie łeb. Hałaśliwym ujadaniem dał swym właścicielom znak, że trafił na coś godnego zainteresowania. Na odzew czworonożnego łowcy odpowiedział mu inny. Po chwili osaczyły Drakana dwa psy i mieszając szczeknięcia z warczeniem nie dawały szans na ukrycie się. On wiedział, że teraz nie ma już wyjścia. Bez wahania zerwał się i skoczył w las. Biegł przed siebie najszybciej jak mógł, przedzierał się przez gęste zarośla nie zwracał uwagi na świerkowe gałęzie smagające go po ciele. Tuż za sobą słyszał ścigające go zwierzęta. Zbliżały się. Nie zdawał sobie sprawy, jak długo uciekał ani dokąd pędził. W końcu brązowe cielsko rzuciło się na niego i zwaliło z nóg. Upadł na trawę. Jego dyszenie mieszało się z ciężkim sapaniem psa. Zwierzę przygniatało mu pierś przednimi łapami, wpatrywało się w niego swoimi jasnobrązowymi oczyma i co chwilę obnażało białe kły. Po chwili do uszu Drakana dotarły gorączkowe kroki synów myśliwego. Biegli pośpiesznie przez las, kluczyli wśród świerków i w ciągu kilku sekund pojawili się na wzniesieniu. Od razu zauważyli bezbronnego półelfa. On już nie miał na nic siły. Oddychał ciężko, serce waliło mu gwałtownie, krew w żyłach pulsowała, a w ustach czuł słodki posmak. Był wyczerpany. Położył głowę na leśnym mchu i przymknął oczy. Psy momentalnie otoczyły go warczącym kołem, jednak na jedno polecenie starszego brata zostawiły przybysza w spokoju. Chłopcy zbliżyli się na odległość kilku kroków. – Ktoś ty? Drakan nie mógł odpowiedzieć, jego język przyklejał się do wyschniętego na wiór podniebienia. Malir podszedł bliżej i dźgnął obcego łukiem prosto w pierś. Nie było w tym agresji, raczej ciekawość. – Kto ty jesteś? – powtórzył bardziej zdecydowanie starszy chłopak. Półelf uniósł powieki i spojrzał w twarz pochylającemu się nad nim Malirowi. Chłopak momentalnie odskoczył. – Jego oczy…! Widziałeś kiedyś coś takiego, Nadir? Chodź, zobacz! Jak młoda trawa! – nagle podekscytowanie go opuściło. – On w ogóle jest jakiś dziwny, no nie? Chłopcy przyglądali się mężczyźnie z wyraźną nieufnością. Nigdy dotąd nie wiedzieli kogoś takiego jak on. Drakan przełknął ślinę. Udało mu się zebrać nieco sił. Uniósł się na łokciu i chciał wstać, jednak tuż obok niego kłapnęła paszcza jednego z psów. Ostrzeżenie było bardzo jasne – nie miał prawa się ruszać. – Uspokójcie wasze zwierzęta. Nic do was nie mam, po prostu chcę stąd odejść. Bracia nie wiedzieli, jak postąpić. Słyszeli o obcych, istotach innych niż oni sami i wiedzieli, co należy z takimi zrobić. Ale czy on był jednym z tych, o których nasłuchali się tylu opowieści? Z ulgą przyjęli pojawienie się ojca. Odeszli na bok i pozwolili, by to on decydował o losie zielonookiego dziwaka. Myśliwy podszedł do przybysza. Jednym spojrzeniem ocenił, z kim ma do czynienia. – Przekręć się na brzuch. – Niech mi pan pozwoli odejść. Proszę. – Przekręć się na brzuch! Słysząc nad sobą warczenie psów, Drakan wykonał polecenie. Po chwili poczuł, że Południowiec chwyta mu ręce w nadgarstkach, przyciska do pleców i wiąże je mocno twardą, chropowatą liną. Wiedział, że opór na nic się nie zda. Leżąc twarzą w trawie myślał o tym, co się z nim stanie. Przynajmniej żył. Chociaż nie wiadomo, jak długo jego życie jeszcze potrwa. – Kelisa, starałem się… – szepnął do siebie. Głuche bulgotanie dobiegające z psich gardeł zagłuszyło jego słowa.

* * *

– Wchodź tu! Słowa mężczyzny zostały potwierdzone mocnym pchnięciem w plecy. Drakan nie miał szans na zachowanie równowagi. Wpadł do niewielkiej, ciemnej komórki i runął ciężko na gliniane klepisko. Związane na plecach ręce skutecznie utrudniały poruszanie się. Południowiec wszedł do środka i jednym szarpnięciem posadził więźnia przy ścianie. Nie oglądając się za siebie, zniknął za drzwiami klitki. Drakan usłyszał odgłos zakładanego z zewnątrz skobla. Chciał za wszelką cenę uwolnić się z krępujących go lin. Poruszył nadgarstkami. Niestety, wiązanie było na tyle mocne, że mimo rozpaczliwych wysiłków supeł nie poluzował się ani trochę, za to szorstki sznur poranił mu skórę. Musiał stąd uciec. Tylko jak? Pomieszczenie było małe, mroczne i nieprzyjemne. Panujący tu zapach świadczył dobitnie o wcześniejszym przeznaczeniu komórki, zapewne jeszcze kilka dni temu trzymano tu świnie. Klepisko zostało co prawda wymiecione i nie sprawiało wrażenia brudnego, ale pociemniałe drewniane ściany wydzielały duszący smród. Zatęchłe powietrze nie mogło wydostać się na zewnątrz, ponieważ ktoś zasłonił jedyny świetlik belką. Dwa wąskie snopy światła padały na glinianą podłogę poprzez szpary w drzwiach. Paskudne miejsce. Gdyby ktoś bał się panicznie ciemności i zamknięcia, z pewnością oszalałby tu prędzej czy później. Jednak Drakan nie był strachliwy. Używając ściany jako oparcia, uniósł się na nogi i powoli podszedł do skleconych z desek drzwi. Przysunął twarz do wąskiej szczeliny i wyjrzał na zewnątrz. Został uwięziony w jednym z południowych gospodarstw. Widział przed sobą fragment stojącego w pobliżu domu mieszkalnego, wybudowanego w sposób charakterystyczny dla Południa, na zrąb. Po trawiastym podwórzu spacerowały pstrokate kury i kilka kaczek. Na rozstawionych tuż przed obórką palikach suszyły się skóry saren. Wokoło szumiał liściasty las. Nie zobaczył nic odkrywczego. Ot, zwykłe gospodarstwo. Przysunął się nieco bliżej drzwi, przyłożył ramię do brudnego drewna i zaparł się z całych sił. Skobel nie puścił. Kolejna próba i podobny efekt. – Gdybym tylko miał wolne ręce… Odwrócił się. Wpadające przez szparę słońce było zbyt słabe, by rozjaśnić panującą ciemność. Nawet wytężenie elfiego wzroku niewiele pomogło. Nie dostrzegł nic, co mogłoby posłużyć jako prowizoryczne ostrze. Przeszedł wzdłuż ścian i przesuwając związanymi nadgarstkami po belkach, starał się znaleźć jakąkolwiek wyrwę lub chropowate wyżłobienie, na których mógłby spróbować przeciąć więzy. Trafił na spory sęk i zaczął mocować się z liną. Szło mu to bardzo opornie, nie widział co robi, więc drewno trafiało częściej w jego nadgarstki niż w twarde wiązanie. Nagle przerwał mozolne zajęcie i uniósł głowę. Usłyszał tłumione przez miękką trawę kroki. Ktoś się tu zbliżał. Momentalnie powrócił do dawnej pozycji. Siedząc pod ścianą, wpatrywał się w drzwi. Nasłuchiwał coraz głośniejszej rozmowy. W końcu ktoś zatrzymał się przed komórką, zdjął skobel. Światło dnia padło wprost na Drakana, a następnie jasność zasłoniły dwie sylwetki. W progu stał myśliwy i podobny do niego młody mężczyzna. Jak wszyscy mieszkańcy Południa, charakteryzowali się błękitnymi oczyma, dość jasną karnacją i kasztanowymi włosami. U starszego pojawiły się pierwsze siwe pasma. Obaj wpatrywali się w swego więźnia z nieukrywanym zadowoleniem. – A więc Nadir i Malir znaleźli go na granicy? – Tak. Psy dorwały go na wzgórzach. Wiesz, tam gdzie ostatnio kręciła się ta łosza. Młodzian skinął głową, wszedł do komórki i przesunął się tak, że smuga słońca padła na Drakana i pozwalała mu się dokładnie przyjrzeć. – Co to za jeden, ojcze? Elf? – Cholera go wie – myśliwy wzruszył ramionami. – Niby podobny, ale zbyt masywny jak na te zakały. Elfy są smuklejsze. Chociaż oczy ma ich. – Może to dziwaczny człowiek? Jeden z nas? A my go tak traktujemy… – zaśmiał się syn prostacko i zerknął na obcego. – Coś ty za jeden? Drakan nie był głupi, za nic dobrowolnie nie przyznałby się mieszkańcowi tej części Królestwa, że ma w sobie mieszaną krew. Jego wygląd był na to wystarczającym dowodem. Skoro ten chłopak ma jakieś wątpliwości… świetnie. Nie odezwał się więc ani słowem, patrzył tylko na mężczyznę z opanowaniem. – Pytałem cię o coś – młodzik podszedł bliżej i kopnął Drakana w udo. – No już, gadaj! Języka w gębie zapomniałeś? – Zostaw go, Kanir – myśliwy machnął ręką. – A bo to ważne, kim on jest? Nie pochodzi z Południa, to pewne. Pożałuje, że się tu pchał. Mężczyzna zwany Kanirem niechętnie odsunął się od milczącego więźnia. Obrzucił go pogardliwym spojrzeniem. – I tak wiadomo, jak skończy. Mam go zawieźć do Tollen, ojcze? Słysząc nazwę miejscowości, Drakan drgnął mimo woli. Znów rozbrzmiał w jego umyśle ledwie dosłyszalny, melodyjny szept, rysujący przed nim wizje wspaniałego życia. Nie teraz! Dość! Wstrząsnął głową i starał się za wszelką cenę odgonić od siebie zdradliwe myśli. Udało mu się stłumić głos szkatułki i aby do końca zapomnieć o tym, co usłyszał, skupił się na rozmowie ojca i syna. Dotarł do niego tylko fragment, który i tak sprawił, że zapragnął za wszelką cenę wyrwać się z tej pułapki! – …jego i tak tam nie zastaniesz. Wyjechał na kilka dni. Przetrzymamy tu tego cudaka, a później niech on robi z nim, co tylko chce. – A co on może z nim zrobić? Przekaże go Radzie Tollen, a ta widowiskowo skróci jego marne życie. Dla nas monety, dla niego jak zwykle pochwały i słowa uznania. Jeszcze nigdy nie widziałem takiego karierowicza! – Wie, jak dojść do swego – myśliwy uśmiechnął się pod nosem. – Niech sobie wszyscy myślą, że to on chwyta większość tych mieszańców i innych. Ważne, że my dostaniemy swoją część. Mężczyźni zaśmiali się głośno i nie zwracając na Drakana więcej uwagi, wyszli z komórki. Półelf poczekał, aż drzwi chlewika zamkną się za nimi. Gdy usłyszał charakterystyczny odgłos skobla, wstał i momentalnie doskoczył do sęku. Gorączkowo przeciągał po nim związanymi nadgarstkami, szarpał z całych sił i co chwilę rzucał niespokojne spojrzenia w stronę przepuszczającej snopy światła futryny. Chciał się stąd jak najszybciej wyrwać. Wiedział, że jeśli nie ucieknie, w ciągu kilku dni skończy jako zmasakrowana atrakcja dla żądnych krwi mieszkańców Południa. Za bardzo zależało mu na życiu, by poddać się bez walki. Musi uciec… Gruby sęk zachwiał się i opadł na klepisko. W ścianie powstał mały otwór. Drakan podniósł wyłamany fragment drewna i manewrując dłońmi starał się przeciąć pozostałą resztką grubą linę. Niestety, gdy sęk stracił twarde oparcie, nie nadawał się już do niczego. Ślizgał się tylko po ledwie nadszarpniętym sznurze i powodował, że naciągnięte mięśnie pobolewały półelfa coraz bardziej. Tego było już za wiele. Drakan dał upust swojej wściekłości i determinacji. Teraz, gdy wszystko szło ku dobremu, Kelisa znalazła się w pobliżu Tollen i gdy on wyrwał się z niejednego śmiertelnego zagrożenia, nagle pojawiają się ci fanatycy i traktują go jak prowadzoną na rzeź świnię! Miał dość. Cisnął sęk na ziemię i całym ciałem staranował drzwi swojego więzienia. Drewno zaskrzypiało pod jego ciężarem, jednak nie ustąpiło. On również nie miał zamiaru ustępować. Z zaciętością uderzał w deski i nie przejmował się bólem w ramionach. Usłyszał, że jego rumor wywabił z kogoś z domu. Tym razem nie usiadł potulnie pod ścianą. Stał na środku pomieszczenia i błyskającymi złością oczyma wpatrywał się przed siebie. Gdy tylko dotarło do niego, że skobel został zdjęty, rzucił się na drzwi. Na szczęście nic ich nie przytrzymało i Drakan wypadł na zewnątrz, potrącając młodego Kanira. Zaskoczony mężczyzna nie był w stanie zatrzymać rozpędzonego uciekiniera. Uderzony, zatoczył się w bok, a półelf wybiegł wprost na podwórze. Stadko kur umknęło w popłochu, trzepocząc skrzydłami i gdacząc donośnie. Drakan miał jedyną szansę na ucieczkę i nie chciał jej zmarnować. Nie zwracając uwagi na otoczenie, przebiegł przed domem i jednym skokiem znalazł się w lesie. Gnał na oślep, najszybciej jak mógł. Nie znał tych okolic i nie wiedział dokąd pędzi, ale w tej chwili nie było to ważne. Później będzie się zastanawiał, jak dotrzeć do Kelisy. Niestety, związane ręce bardzo utrudniały bieg. Był irytująco powolny, było mu ciężko utrzymać równowagę na pagórkowatym terenie, poza tym lina wbijała się boleśnie w nadgarstki. Nie chciał zwracać na to wszystko uwagi. Jego jedynym celem było uratowanie własnego życia. Szczekanie psów za jego plecami… nie, to nie może być prawda! Przebiegł jeszcze kawałek, lecz gdy usłyszał, że pościg depcze mu po piętach, skoczył w bok i starał się zmylić zwierzęta. Niestety, nie było to takie łatwe, zachowywał się zbyt głośno i nie mógł rozwinąć swojej zwykłej prędkości. Gdyby nie więzy, miałby większe szanse na skuteczną ucieczkę. Chwilę później trzy brązowe olbrzymy otoczyły go z głośnym warczeniem i nie pozwalały biec dalej. Gdyby tylko się ruszył, z pewnością by go zagryzły. Tuż za nim leżała wśród mchu potężna, wysuszona lipa. Oparł się o jeden z jej konarów. Oddychał ciężko i obserwował nadchodzącego pomiędzy drzewami, wściekłego Kanira. Mężczyzna sięgał ręką w stronę noża przymocowanego do pasa. Drakan nie znał się na myślistwie, a jednak zdawał sobie sprawę, że takim kordelasem dobija się schwytaną zwierzynę. W tej chwili to on był pokonanym w nagonce zwierzęciem. Młodzian podszedł do Drakana i jednym ciosem w twarz powalił zmęczonego przeciwnika na trawę. Pochylił się nad nim. – Jeszcze jedna taka próba, a pożałujesz! – pociągnął go brutalnie w górę. – Idziemy! Szarpanie dodatkowo rozwścieczyło Drakana. Odwrócił się gwałtownie i pchnięciem barku przewrócił syna gospodarza na ziemię. Gdy Południowiec upadł, psy momentalnie rzuciły się na półelfa i obskoczyły go z histerycznym ujadaniem. Zapewne by zaatakowały, gdyby podnoszący się z leśnego poszycia Kanir nie zgromił ich głośnym krzykiem. Tym razem nie skończyło się na jednym uderzeniu. Drakan leżał na mchu i kulił się w obronie przed ciosami. Związany, nie był w stanie walczyć i tylko przyjmował spadające na siebie pięści rosłego mężczyzny. Był obity, ale zwinął się na boku również z innego powodu: chciał za wszelką cenę ochronić przez zniszczeniem lub odkryciem szkatułkę przymocowaną do pasa. Jeśli ją straci, nie ma po co wracać do Kelisy. Na sam koniec syn myśliwego kopnął go w podbrzusze i oddychając głęboko starał się uspokoić. Nie mógł patrzeć na tego mieszańca. – No już, wstawaj! – chwycił leżącego. Gdy zobaczył, że w zielonych oczach nadal lśni bunt, wyciągnął nóż i przyłożył ostrze do szyi uciekiniera. – Spróbuj jeszcze raz… a zabiję cię jak nic – syknął. Drakan nie miał jak otrzeć spływającej z rozciętej wargi strużki krwi. – Możesz to zrobić w każdej chwili, całkowicie bezkarnie. Jeszcze obwołają cię odważnym facetem, który zabił jednego z dziwaków. W końcu Południe to tylko i wyłącznie wasz teren – ironizował. – No już, na co czekasz? Po co się ze mną bawisz? Przecież nikt inny prócz was, ludzi, nie ma prawa do życia! Mężczyzna spoglądał mu prosto w oczy, po czym schował kordelas i jednym gwizdnięciem przywołał psy. – Idziemy. I nie próbuj się opierać, dla własnego dobra. Ja zabiję cię od razu, ale szlachcic, do którego trafisz, może cię ocalić. Więc masz jakąś szansę na przeżycie. Trzymaj się jej. Drakan ruszył wolnym krokiem. Wokół niego krążyły gotowe do ataku psy. – Nie zabijesz mnie. Ani ty, ani twój ojciec nie chcecie stracić zarobku, jaki was czeka. – Nie bądź taki cwany. Kilka monet to żadne bogactwo. Satysfakcja z pozbycia się wszarza takiego jak ty jest większa. Do końca drogi obaj nie odezwali się ani słowem. Gdy weszli na podwórze, półelf został brutalnie wepchnięty do cuchnącej komórki. W drzwiach pojawił się myśliwy, a za nim Malir, najmłodszy syn. Ojciec wszedł do mrocznej klitki, obrzucił posiniaczonego Drakana szybkim spojrzeniem i przyjrzał się Kanirowi. W jego spojrzeniu nie było ani cienia pochwały, raczej wyrzut. Na chwilę zniknął w jednym z budynków gospodarczych. Wrócił i postawił przy siedzącym mieszańcu wyszczerbioną miskę z czymś, co wyglądało jak kilkudniowe pomyje. – Jedz. Nic lepszego nie dostaniesz. Drakan jednym kopnięciem odtrącił od siebie naczynie. Paskudna breja rozprysła się dokoła. Gospodarz zerknął na swego pierworodnego i obaj uśmiechnęli się z satysfakcją. Malir nie okazał ani cienia radości. Stał bez ruchu i wpatrywał się w pobitego mężczyznę. Widział jego rozdrapaną skroń i krwawiący kącik ust. – Czego tu sterczysz? – Kanir pociągnął brata za kołnierz koszuli i wypchnął na dwór. Po chwili rozległo się ciche stuknięcie zamykanego skobla. Drakan jeszcze nigdy nie czuł, by tak wielka złość przemieszana z rozgoryczeniem zapanowała nad jego myślami. Poniżony i wściekły, spojrzał na smugę światła. Widział fruwające pyłki kurzu, ukazujące się w zetknięciu z zachodzącym słońcem, docierającym do jego więzienia przez szparę w drzwiach.

* * *

Kelisa przymocowała do siodła wypełnioną prowiantem podróżną torbę i silnym szarpnięciem wodzy zachęciła klacz do marszu. Zwierzę przestąpiło z nogi na nogę i posłusznie ruszyło w kierunku rzeki. Dziewczyna szła przodem ze skupioną miną, wpatrywała się w migającą pomiędzy kępami trawy wodę. Poranne słońce ogrzewało jej twarz. Miała dość rojeń na temat Drakana. Tak jak postanowiła, dała mu czas do końca wczorajszego dnia. Nie pojawił się. Minęła noc, a on nie nadchodził. Nie mogła czekać w nieskończoność na kogoś, kto najprawdopodobniej zniknął z jej życia i nigdy już nie powróci. Szła przed siebie ze ściśniętym gardłem. Smutek przygniatał jej serce. Nie wiedziała, co się stało z towarzyszem i ta niewiedza była najgorsza. Żył? Możliwe, że nie. Uciekł ze szkatułką? Bardzo prawdopodobne. Po godzinach spędzonych na oczekiwaniu nie łudziła się już, że Drakan jest idealnie nieskazitelny, tak jak to sobie wcześniej wmawiała. W każdym czai się coś mrocznego i być może nad półelfem zapanowała ciemniejsza strona jego osobowości. Jakby nie było, przyjaciel był już dla niej stracony. Pociągnęła nosem i otarła oczy, by pozbyć się zebranych pod powiekami łez. Jedną ręką trzymała wodze, a drugą rozgarnęła wysoką, porastającą brzeg rzeki trawę. Ostrożnie zeszła do wody i pociągnęła klacz za sobą. Po chwili obie przeprawiły się na drugą stronę spokojnego, błyszczącego w promieniach słońca nurtu i stanęły na łące. Koń wstrząsnął łbem i chłodne krople prysły Kelisie w twarz. Wskoczyła na siodło. Nie przejmowała się tym, że z jej ubrania sączą się strużki wody. Nie miała zamiaru dłużej zostawać w pobliżu Południa i Tollen, chciała stąd jak najszybciej odjechać i zostawić za sobą piękne, ale i bolesne wspomnienia. Ruszyła w drogę powrotną. Nie zwracała uwagi na przesuwające się obok niej znajome widoki, drzewa, krzewy, głazy... Nawet nie spojrzała na rysujący się po drugiej stronie łąki, spalony klon. To właśnie w tym miejscu Drakan odgarnął z czoła swoje czarne włosy i przekrzykując burzę starał się ją przekonać, by znaleźli bezpieczne schronienie. Dbał o nią i bardzo jej pomagał. Na jedną noc stał się kimś więcej, niż tylko przewodnikiem. Cierpiał i ryzykował po to, by ona cała i zdrowa dotarła do celu swojej wędrówki. Doskonale pamiętała, co odpowiedział, gdy zapytała się, dokąd podąża… „Przed siebie. W żadnym miejscu nie zostaję na dłużej. I tak sobie teraz myślę… chętnie bym ci towarzyszył w drodze do Tollen. Do końca. O ile nie masz nic przeciwko.” Jego głos rozbrzmiał w jej uszach tak wyraźnie, jakby półelf znajdował się tuż obok. Znów poczuła przejmujący smutek, więc potrząsnęła głową i za wszelką cenę odganiała od siebie dawne wydarzenia. To już przeszłość. Była sama, Tollen jej nie interesowało, wracała do swoich korzeni. Aby tylko zapomnieć o bolesnych wspomnieniach, popędziła klacz. Wierzchowiec wyciągnął przed siebie łeb i posapując cicho galopował brzegiem lasu. Pochyliła się do przodu i zmrużonymi oczyma wpatrywała się w mijaną okolicę. Muskające jej twarz pasma rozwianej grzywy przynosiły ulgę i zapomnienie, podobnie jak niezwykła prędkość i poczucie wolności. Ta swoboda miała jednak gorzki smak. Z każdym uderzeniem końskich kopyt Kelisa oddalała się od Tollen. Chciała jak najszybciej znaleźć się na Północy, znów zasiąść za stołem w małej izdebce, którą niegdyś zamieszkiwała wraz z matką. Nie udało jej się rozwiązać zagadki z przeszłości, nie spełniła ostatniej prośby umierającej rodzicielki. O ile kobieta wychowująca ją od niemowlęcia była jej prawdziwą matką… Nie dała rady, to wszystko ją przerosło. Była tylko prostą, naiwną wieśniaczką z północnej części Królestwa, odrzuconą nawet przez własnych ziomków. Do niczego się nie nadawała, każdy mógł nią manipulować i wykorzystywać do własnych celów. Pełna pesymistycznych myśli mrużyła oczy w ochronie przed smagającym wiatrem, a po jej opalonych policzkach spływały słone krople rozczarowania i zawodu. Całkiem nieoczekiwanie klacz zarżała nerwowo i zatrzymała się tak gwałtownie, że zaskoczona dziewczyna omal nie przeleciała nad jej szyją i nie wylądowała na trawie. Na szczęście udało jej się zachować równowagę. Pocieszającym klepnięciem uspokoiła zwierzę i rozejrzała się wokoło. Co mogło je do tego stopnia przerazić? Nie musiała długo szukać odpowiedzi. Pobliskie krzaki zaszeleściły głośno, gałęzie zostały rozgarnięte na boki i spośród zarośli wyszedł dobrze znany Kelisie centaur. Słońce oświetliło jego smukłe ciało, ciemnobrązowa sierść błysnęła niczym doskonale wypolerowany posąg. Klacz cofnęła się niespokojnie o kilka kroków. Centaur skupił na niej swoją uwagę i uspokajającym ruchem przyłożył dłoń do jej hebanowego czoła. Momentalnie stanęła w miejscu i wydała z siebie cichy odgłos zadowolenia. Kelisa nie odrywała spojrzenia od przybysza. – Co ty tu robisz? Zerknął na nią swoimi brunatnymi oczyma. Znów odniosła wrażenie, że łączy ich uderzające podobieństwo. – To raczej ja powinienem zapytać ciebie, co ty tu robisz, dziewczyno. Powinnaś być w Tollen. – Nie chcę mieć z tym miasteczkiem nic wspólnego – odwróciła głowę w bok i otarła policzki. – Wracam do domu. Podszedł bliżej. – Do jakiego domu? Do wioski na Północy? Gdzie nikt nie wierzy, że jesteś jedną z nich, gdzie uważają cię za obcego bękarta? Nie mogła ukryć, jak bardzo zabolały ją te słowa. – Tak, właśnie tam wracam. Nic innego mi nie pozostało – odparła rozżalona. – Wiem, że straciłaś szkatułkę. Ten półelf nie był dla ciebie odpowiednim towarzyszem. Nieporadny mieszaniec… – mruknął do siebie, po czym znów spojrzał dziewczynie w twarz. – Jednak musisz jechać do Tollen. To twoje zadanie. – Jakie zadanie?! Po co mam tam jechać? Nie mam szkatułki, nie wiem, co powinnam dalej robić, a Drakan…! – głos się jej załamał. – Nie pojadę tam, rozumiesz? Centaur wpatrywał się w nią ze spokojem. Kelisę zaczęło irytować to jego wieczne opanowanie i bezustanny brak jakichkolwiek głębszych uczuć. Kim on jest, aby mógł dyrygować jej życiem? Miała dość. Dość całej tej wyprawy, która zamiast pozytywnych rozwiązań przynosi tylko same rozczarowania. Koniec z tym. Potwierdzając swój zamiar, chwyciła wodze i mocnym uderzeniem pięt zmusiła klacz do dalszego marszu. Jednak centaur nie pozwolił jej odjechać. Mruknął pod nosem coś, co zabrzmiało jak ledwie dosłyszalne końskie rżenie. Klacz zachowała się tak, jakby usłuchała rozkazu. Zaparła się kopytami i za nic nie chciała ruszyć się z miejsca. Kelisa mogła ją poganiać i ściskać boki z całych sił, jednak nie była w stanie nakłonić zwierzęcia do dalszej drogi. Rozgoryczona, odwróciła się w stronę przybysza. – Czego ty ode mnie chcesz? Uparłeś się nie wiem na co, śledzisz mnie, manipulujesz wedle własnego życzenia, wydajesz polecenia… po co to wszystko? Ja tylko chciałam sprawdzić, co jest w szkatułce, tylko po to ruszyłam do Tollen! – Masz do wykonania zadanie. To zdanie słyszała już wielokrotnie. Jeden raz za dużo. – Jakie znowu zadanie?! Pytam się, jakie?! Gadasz o jakimś zadaniu, wymyśliłeś sobie zagadkę i chcesz, abym ci ślepo ufała?! To moja prywatna sprawa, nie rozumiesz tego?! – Ja sobie niczego nie wymyśliłem, dziewczyno. Po prostu spełniam to, co do mnie należy. – A więc dobrze! Spełniaj sobie dalej swoje powołanie, ale nie łącz tego ze mną! Nie masz prawa mi rozkazywać. Nie wrócę na Południe. – Musisz tam wrócić. Zeskoczyła z siodła i podeszła do centaura pełna bojowniczych zamiarów. – Po co mam tam wrócić? Szkatułka była celem mojej podróży. Teraz już jej nie mam. Pochylił się lekko i przysunął bliżej. Czy jej się tylko wydało, że jego głos zabrzmiał dość łagodnie? – Szkatułka jest gdzieś tam, dziewczyno – wskazał gestem Południe. – Razem z twoim towarzyszem. To było dla Kelisy niczym cios. – Czyli… Drakan żyje? – Tak. A więc ją zdradził… Odwróciła się do centaura plecami, nie chciała, by widział jej płacz. – Skoro tak, niech on wykona to zadanie. Poradzi sobie lepiej niż ja. Obaj mnie nie potrzebujecie, dla was liczy się tylko to małe puzderko. Odeszła kilka kroków w głąb lasu i oparła się o pień rozłożystej lipy. Ukryta w cieniu, potajemnie przełykała łzy. Wyczuwała na sobie spojrzenie brązowych oczu, jednak nie reagowała. Nie chciała nic robić. Liczyła się z tym, że Drakan może ją zdradzić. Dużo o tym myślała i była przygotowana na taką ewentualność. A teraz, gdy usłyszała prawdę od kogoś stojącego z boku, poczuła się okropnie. – Dziewczyno… – ciężkie kroki zbliżyły się i całkiem nieoczekiwanie poczuła silną rękę na swoim ramieniu. Centaur odwrócił ją i spojrzał prosto w oczy. Zawstydzona, spuściła wzrok i po raz kolejny pociągnęła nosem. On wciąż na nią patrzył. – Pamiętasz, jak mówiłem ci, że twój towarzysz jest silny? Nie była w stanie odpowiedzieć, kiwnęła tylko potakująco głową. – Myliłem się. On nie ma w sobie siły zwykłego półelfa. Jego potęga jest niesamowita, rozumiesz? – umilkł na chwilę. – Myślisz, że on cię zdradził, że ukradł ci szkatułkę? Kelisa zapatrzyła się w jego smagłą twarz poprzez łzy. – A tego nie zrobił? Gdyby szkatułka nie miała na niego wpływu, byłby teraz ze mną. – Ona ma na niego wpływ, to prawda. Tak jak podejrzewałem, po przywróceniu mu uczuć w jego duszy pojawiło się coś nowego. Coś złego… ale on z tym walczy, a tego nie przewidziałem. Co dziwniejsze, wygrywa, trzyma moc szkatułki w szachu. – Skąd o tym wiesz? – szepnęła zaskoczona. Uśmiechnął się w odpowiedzi. To był dziwny uśmiech, przypominał wyuczony grymas. Tak samo uśmiechnął się do niej jeden jedyny raz Drakan, gdy został pozbawiony uczuć. – W takim razie… dlaczego nie wrócił? Dlaczego zostawił mnie samą? – Nie mógł wrócić. I jeśli ty nie pojedziesz do Tollen, jego życie zostanie brutalnie zakończone. Kelisa jęknęła. Południe… wrogi teren dla każdej istoty, która nie była człowiekiem. Nagle wszystko pojęła. Teraz już się nie wahała, wszelkie wątpliwości ją opuściły. Żadne zadanie nie było dla niej ważne, chciała tylko ocalić towarzysza, który tyle dla niej ryzykował i którego tak niesprawiedliwie oceniła. Szybko wsiadła na grzbiet klaczy, pociągnęła za wodze i zawróciła ją w miejscu. Spojrzała na stojącego wśród drzew centaura. – Nie zostawię go samego. Dziękuję ci, że mi o tym powiedziałeś. – Jedź do Tollen, dziewczyno. Uważaj na siebie i uważaj na tych, którzy pojawią się na twojej drodze. W tym właśnie miasteczku spotkasz czwartą osobę, o której wspominałem. Nie daj się zwieść i zapomnij o dawnych urazach. To ważne. – Będę ostrożna. Pomogę Drakanowi – nagle przez głowę przebiegła jej jeszcze jedna myśl. – A ty? Wyszedł na brzeg polanki i szybkim ruchem odrzucił zwiane na twarz, kręcone włosy. – Na mnie jest jeszcze za wcześnie. Spotkamy się wszyscy razem za jakiś czas – nagle coś zwróciło jego uwagę. Podszedł do klaczy, odpiął od siodła typowo elficki łuk i ukrył go wśród krzewów jagody. – Jedź. Kelisa uśmiechnęła się szeroko i nie zdążyła nawet spiąć klaczy, gdy zwierzę samo z siebie ruszyło galopem w stronę Południa. Centaur stał jeszcze chwilę wśród zarośli i obserwował znikającą w dali dziewczynę. Odwrócił się i spokojnym krokiem zagłębił się wśród przyjemnie chłodnego cienia lasu.

* * *

Nieprzenikniona ciemność w ciągu nocy i dwie cienkie smugi słońca w ciągu dnia. Tylko tyle urozmaicało Drakanowi samotność. Nie wiedział, jak długo jest już uwięziony. Stracił rachubę. W tym czasie, który wydawał się mu wiecznością, nikt do niego nie zaglądał. Chwilami słyszał ruch na podwórku, docierały do niego niewiele znaczące rozmowy, jednak małe więzienie omijano szerokim łukiem. Tak toczyło się jego życie dzień po dniu i noc po nocy. Nadszedł kolejny wieczór. Drakan rozpoznawał porę po smolistej ciemności panującej w chlewiku i braku dwóch jasnych snopów światła, które przyciągały do siebie unoszący się w powietrzu kurz. Leżał na plecach i wpatrywał się w przestrzeń nad sobą. Nie widział sufitu zbitego z desek, nie zwracał uwagi na wiatr wdzierający się do środka poprzez szpary w niedbale skleconych ścianach. Każdy oddech uświadamiał mu, jak bardzo kilkudniowa głodówka odbiła się na jego kondycji. Wciągane powietrze wypełniało zapadły brzuch, przy wydechu zarysowywały się żebra. Był osłabiony i wymęczony. Jednak to nie brak pożywienia doprowadził go do tak złego stanu. Co prawda głód był dokuczliwy, ale to nie on był głównym powodem wyczerpania organizmu. Słabość brała się z myśli tłoczących się w głowie. Nie były to jego własne przemyślenia, ale wizje nasyłane przez szkatułkę. Coraz silniejsze i coraz wyraźniejsze, wdzierały się do umysłu niczym ostrze noża. Bliskość tego małego, uczepionego pasa spodni puzderka, z każdą chwilą stawała się nie do zniesienia. Z początku Drakan odpychał od siebie dziwne podszepty i wizje nasyłane przez zadziwiający przedmiot. Odrzucał nawet niezwykłą energię, dzięki której mógł przeżyć. Nie chciał ulegać, wiedział, że jeśli raz się podda, szkatułka zapanuje nad jego myślami i pozbawi go trzeźwej oceny sytuacji. A na to nie mógł pozwolić. Pragnął jedynie spotkać się z Kelisą i przekazać trzos w jej ręce. Niestety, z czasem sytuacja pogorszyła się. Drakan miał wrażenie, że niewielkie puzderko zachowuje się jak myśląca istota i wyczuwa jego psychiczne i fizyczne osłabienie. Zaczęło atakować z coraz większą mocą, a on z narastającą trudnością odtrącał od siebie piękne wizje i obietnice. Im rozpaczliwiej się bronił, tym większy nacisk wywierało na jego myśli. W końcu doszło do kryzysu. Szkatułka znajdowała się w jego posiadaniu zbyt długo. Tego wieczora leżał bez ruchu i wczuwał się w energię dodającą mu siły. Gwałtowny atak puzderka złagodniał, gdy tylko przestał się opierać i zaczął chłonąć w siebie niezbędną do przeżycia energię. Wiedział, że robi coś złego, że nie powinien się poddawać… a jednak znajdował się pod coraz większym wpływem szkatułki. Czuł się podobnie jak przed kilkoma dniami, kiedy siedział nad brzegiem jeziora i przytakiwał każdej wizji zesłanej na niego przez tę małą rzecz. Szkatułka należy do niego… stworzyli ją jego przodkowie… nikt inny nie powinien być jej właścicielem… nikt inny nie ma prawa rozwiązać jej zagadki… zapewni mu wspaniałe i dostatnie życie… Poderwał się z klepiska i mimo związanych ramion, usiadł wyprostowany niczym strzała. Odetchnął głęboko i pochylił głowę. Z całych sił zacisnął piekące powieki. Dosyć tego, myślał. Dosyć! Nie chce i nie znajdzie się pod władzą tego przedmiotu! On należy do Kelisy! Mimo zdecydowanych zapewnień, szkatułka wciąż kusiła go swoją mocą. I znów zaczął ulegać… – Nie! – ocknął się po raz kolejny i poderwał na równe nogi. Głód i ogólne osłabienie dało się mu we znaki. Wstał zbyt gwałtownie, zakręciło mu się w głowie, stracił równowagę i z całych sił uderzył ramieniem w ścianę. Znów znalazł się na klepisku. Brutalny upadek miał swoją dobrą stronę. Dzięki niemu Drakan zdołał zapomnieć o niebezpiecznych rojeniach. Nie mógł pozwolić, by sytuacja znów się powtórzyła. Tym razem omal nie przegrał wewnętrznej walki! Jeszcze trochę i zwariuje! Szkatułka przymocowana do ubrania miała zbyt silny wpływ na jego myśli. Postanowił z tym skończyć. Klęknął, przysiadł na piętach, uniósł koszulę i wyginając mocno pokaleczone dłonie, zaczął rozsupływać rzemyk. Złość dodała mu sił i już po chwili trzymał w ręce mały trzos. Nie zastanawiając się wiele, przysunął się do rogu chlewika i zdecydowanie upchnął worek wśród poluzowanych desek i gęstej warstwy kurzu. Pewien, że nikt nie zauważy kryjówki, odsunął się jak najdalej, pod przeciwległą ścianę. Odczekał chwilę. Wyeliminowanie bezpośredniego kontaktu ze szkatułką pomogło, nie odczuł ani cienia obcej myśli wdzierającej się do jego świadomości. Ale odrzucenie tajemniczego przedmiotu miało też swoją negatywną stronę. Nagle opuściła go wszelka, nagromadzona dzięki puzderku, energia. Poczuł się strasznie zmęczony. Tak zmęczony, że nie miał siły usiedzieć dłużej pod ścianą. Nie pomagało nawet oparcie z desek. Od kiedy został tu zamknięty, nie spał prawie wcale. Nic też nie jadł. Teraz wycieńczenie dało mu się we znaki ze zdwojoną siłą. Powieki stały się ciężkie niczym z ołowiu, z trudem wciągał do płuc zatęchłe powietrze. Nie walczył z osłabieniem. I tak by nie wygrał. Po prostu padł bezwładnie na gliniane klepisko i zasnął twardym, mocnym snem.

* * *

Obudziło go jasne słońce padające wprost na twarz. Nie do końca przytomny, wciąż leżał bez ruchu, nie unosił powiek i cieszył się ciepłymi promieniami grzejącymi jego skórę. Ktoś wszedł do komórki. Chwilę później doszły do niego odgłosy kręcących się wokoło osób. A więc jednak nie zapomniano o mnie tak do końca, pomyślał sennie ze złośliwą ironią. – Śpi jak zabity… Poczuł brutalne szarpnięcie za ramię. Szorstka lina znów wbiła się w poraniony nadgarstek. Dziwne, zdążył się już przyzwyczaić do tego bólu. Postawiono go na środku chlewika. Jednak wymagano od niego zbyt wiele i gdy tylko potężny Kanir odsunął się o krok, oparł się ciężko o drewnianą ścianę. Odetchnął głęboko i spojrzał na trzech synów myśliwego, odgradzających go od otwartych na oścież drzwi. W pierwszej chwili błysnęła mu myśl o ucieczce, ale zaraz odrzucił ją jako całkiem nierealną. Nie teraz, kiedy z trudem utrzymywał się na nogach. Bracia stali obok siebie i z uwagą obserwowali osłabionego półelfa. Dwaj starsi, Kanir i Nadir, spoglądali na niego bez cienia współczucia. Najmłodszy z nich, czternastoletni Malir, ustawił się nieco z tyłu i wpatrywał się ze smutkiem w pokiereszowanego Drakana. – No dobra, co najpierw z nim robimy? Kanir skrzywił się z niechęcią. – Przede wszystkim trzeba go doprowadzić do porządku. Czujecie? Śmierdzi tak, że trudno wytrzymać. Nadir, leć do studni po wiadro wody! Średni brat nawet się nie poruszył. – Malir, po wodę, ale już! Chłopak nie opierał się, widocznie był przyzwyczajony do traktowania go przez tych dwóch niczym popychadło. Zniknął na podwórzu i po chwili wrócił z kubłem pełnym zimnej, przejrzyście czystej wody. – Chodź tutaj – usłyszał polecenie Kanira. Przytaszczył ciężki ceber i znów zerknął na opierającego się o ścianę Drakana. Mężczyzna wyglądał równie żałośnie jak kilka dni temu. Jego rany…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych